Autobiografia fanki - Joanna Konopnicka - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 196 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Autobiografia fanki - Joanna Konopnicka

Mała dziewczynka doświadcza magii, jaką roztaczał wokół siebie jeden z największych artystów wszech czasów. Raz zauroczona, na zawsze pozostaje pod jej wpływem. Muzyka i przesłania zawarte w tekstach piosenek towarzyszą jej w najważniejszych momentach życia, kształtują osobowość i pomagają zrozumieć świat. Dorasta i staje się wartościową, dojrzałą kobietą przy akompaniamencie muzyki tworzonej przede wszystkim po to, aby świat stał się lepszym miejscem…

 

Autobiografia fanki” to historia kobiety, która idzie przez życie, nosząc w sobie energię i radość zaczerpnięte z twórczości swojego idola. Zwariowana i wzruszająca, zabawna, a momentami gorzka opowieść o przeradzaniu się dziewczynki w kobietę w rytm muzyki, która porusza serca milionów. To historia napisana muzyką, która inspiruje i daje niesamowitą siłę. Muzyką stworzoną przez człowieka o wielkim sercu i ogromnej wierze w lepsze jutro.

Opinie o ebooku Autobiografia fanki - Joanna Konopnicka

Fragment ebooka Autobiografia fanki - Joanna Konopnicka






Strona redakcyjna


I.
Wiadomości

Zazwyczaj wpadam do pracy z miną obojętną lub marsową – wściekła, zła Asia, bo rano musiała wstać – norma, nic nowego. Później humor albo mi się poprawia, albo nie – takie skomplikowane kobiece przypadłości. Z babeczkami bywa różnie, a ja jestem tego żywym przykładem. Muszę się jednak pochwalić, że czasami witam koleżanki z uśmiechem na twarzy, taka wesolutka, jakby co najmniej było południe, a nie ósma rano. Zdarza mi się być radosną o poranku – w końcu jestem człowiekiem i cieszyć się też potrafię. Akurat nie pamiętam dokładnie, co było przyczyną mojego radosnego nastawienia o tak wczesnej porze tego dnia; może mile spędzone ostatnie wieczory w towarzystwie mojej ulubionej koleżanki z pracy – takie pogawędki, plotki, śmiechy, głupie pomysły – urzeczywistniane oczywiście – przy winku na świeżym powietrzu – jak nie u niej nad jeziorem, to nad morzem w Mielnie; może doza świeżego powietrza w nadmiarze; może zaczynające się lato – w końcu przestało padać. W każdym razie byłam cała szczęśliwa. A! wiem – może jednak to, że był piątek, a w planach miałyśmy wielkie byczenie się nad jeziorem przez cały weekend – hm, chyba jednak ta perspektywa totalnego lenistwa na świeżym powietrzu dodała mi z samego rana przeogromnych skrzydeł.

Auto tego ranka sprawowało się cudnie. Dzień wcześniej odebrałam moją Asterkę (tak mówię na mojego opla astrę) od mechanika, więc nic nie mogło zakłócić mojego happy – nastawienia. Zarzuciłam oczywiście moją ulubioną muzyczkę, która nastroiła mnie jeszcze bardziej pozytywnie (bez muzyki nie ruszę, bez względu na humor), no i wpadłam punkt ósma rano do pracy cała zadowolona.

Dziewczyny jednak wcale do zadowolonych nie należały. W końcu pracowałyśmy razem już jakiś czas i każda z nas coś o sobie wiedziała. Śmiałam się dosłownie całym ciałem, co – jak zauważyłam – trochę je zdziwiło, lecz nie wiedziałam dlaczego; przecież czasami tak się zachowywałam, a one odbierały to normalnie! Tego ranka jednak było inaczej, obserwowały mnie!

– Ty nic nie wiesz – padło stwierdzenie.

– Słuchałaś dziś radia? – usłyszałam pytanie.

Otworzyłam oczy chyba najszerzej, jak potrafiłam, i zaczęłam główkować, o co im chodzi: „Radio..., że niby nic nie wiem...”.

– Wejdź na neta, to będziesz wiedziała.

„Neta? A po co?”

Oniemiałam naprawdę.

– Co się stało? – spytałam.

Dziewczyny właśnie uskuteczniały te swoje wymiany wzrokowe, a ja stałam jak parasol i patrzyłam na nie z prawdziwym wytrzeszczem gałek ocznych, zachodząc w głowę, co się dzieje, postanowiłam jednak cierpliwie poczekać na odpowiedź, mimo że do cierpliwych osób absolutnie nie należę. Przestałam się już śmiać całym ciałem, uśmiech zszedł mi z twarzy i zmienił się w podkowę. Byłam jak w próżni, nie wiedziałam, co one chcą mi powiedzieć i co media mają z tym wspólnego.

Stałam.

One patrzyły na mnie.

Ja nadal stałam.

One patrzyły.

Ich wzrok przyprawiał mnie o dreszcze.

Spojrzały na mnie bardzo wymownie. Nie lubiłam sposobu, w jaki na mnie patrzyły; porozumiewały się ze sobą bez słów, a ich oczy wyrażały... współczucie. Nie chciały mi czegoś przekazać, ale w końcu się doczekałam. Usłyszałam odpowiedź, druzgocącą odpowiedź:

– Michael Jackson nie żyje. – Prosto przekazana informacja, która zwaliła mnie z nóg.

A potem:

– Jak to usłyszałam, to od razu pomyślałam o tobie.

Ja nic jeszcze nie myślałam.

...

...

Ja nadal stałam, a one nadal patrzyły. Nie wiem, czy coś odpowiedziałam czy nie, zakręciłam się raz, dwa, a może trzy i poszłam do siebie do biura, taka nieswoja, taka otumaniona, taka z wielkim znakiem zapytania gdziekolwiek się znajdował, ale był, sto tysięcy pytań się nasuwało... bez odpowiedzi...

Pierwsze czynności, jakie wykonałam: włączyłam radio – leciało Billie Jean – zły znak; odpaliłam kompa i zaczęłam się wściekać, że to wszystko tak długo trwa, odpala się godzinami, ładuje godzinami; wszystko tak długo trwało. Nie mogłam się doczekać, żeby wejść na jakąkolwiek stronę, żeby upewnić się, że to nieprawda, że to głupi żart moich koleżanek, a jednak... moje rozczarowanie nie znało granic – wszystkie strony krzyczały: Michael Jackson nie żyje!

Czas stanął dla mnie w miejscu. Nic nie mogłam zrobić. Nie było dla mnie ważne, że nawet się nie rozpakowałam, nie wyjęłam dokumentów, segregatorów i nie wiem, czego jeszcze, kompletnie nic a nic mnie nie interesowało, nic nie słyszałam oprócz kończącego się już Billie Jean w radio, nic nie widziałam, nie wiem, czy w ogóle odczuwałam cokolwiek. Totalne odrętwienie. Jeszcze przecież parę sekund temu tak bardzo chciałam się upewnić, że to nieprawda, taka byłam zła, że komputer tak wolno chodzi, mimo że działał normalnie, a teraz bałam się, dosłownie bałam się otworzyć tego wytłuszczonego czarnego „nekrologu” z wykrzyknikiem przewielkim, bo jednak nie docierało do mnie, nie wierzyłam, a te uparte czarne wrzeszczące w niebogłosy litery stawały się coraz większe i widziałam już tylko ten jeden napis na całej stronie; inne tytuły artykułów przepadły, zniknęły, gdzieś się zapodziały – mój umysł, moje oczy niczego więcej nie były w stanie dostrzec.

Michael w radio umilkł, Billie Jean się skończyło, a ja zaczęłam powoli dochodzić do siebie, wracać ze stanu, którego do dziś nie potrafię określić, do stanu względnej normalności... tak mi się wydawało. Wzięłam głęboki oddech i wstrzymując go, kliknęłam tą czarną myszką na te czarne litery, które mnie tak zelektryzowały. Przeczytałam, zamknęłam stronę i siedziałam tak sobie w milczeniu, patrząc gdzieś, nic nie widząc, będąc gdzieś, nie wiadomo, gdzie, słysząc coś, nie wiadomo, co. Tak po prostu siedziałam cała niewiedząca, co się dookoła mnie dzieje. Wszystko, co mnie otaczało, nie istniało, nie miało znaczenia, jedyne znaczenie miało dla mnie to, co czułam. Smutek..., który z każdą chwilą pogłębiał się coraz bardziej i bardziej, czułam coś niewyobrażalnego, największy, najgłębszy smutek, którego nigdy wcześniej nie doznałam aż tak intensywnie. Byłam smutna nie raz, płakałam nie raz, byłam zdruzgotana nie raz, śmierć mojego dziadka była dla mnie wielkim przeżyciem, z którego długo nie mogłam się wykaraskać, czułam przewielki smutek po nim, nie do opisania, ale ten smutek był inny. Niesamowite, że smutki mogą przybierać tak różne barwy. Myślałam, że jest tylko jeden. Nie jest tak. Gdybym go chciała do czegoś porównać, to byłby to widok morza, tak najpierw z góry, najlepiej z lotu helikoptera, jest takie piękne, jasnoniebieskie, gdy się je widzi ze statku, jest już tylko niebieskie, gdy dalej się w nie zagłębia, nie jest już niebieskie, staje się granatowe, potem ciemnogranatowe, a potem już czarne, a na dnie czerń przysłania wszystko. W mym smutku byłam na samym dnie morza, a może oceanu? W każdym razie ogarnął mnie czarny smutek, bezgraniczny, ogromny... Nie płakałam. Nie umiałam. Smutek zapanował nad całą moją osobą, był bezwzględny.

Czułam, że coś się skończyło bezpowrotnie, że nie wróci, coś odeszło, ale nie potrafiłam tego nazwać. Szukałam w sobie odpowiedzi – nie znajdywałam. Przecież zawsze na wszystko mam odpowiedź – tu nie było żadnej, zawsze silna – teraz słaba, zawsze optymistka – teraz nijaka, nigdy się nie poddawałam – teraz się poddałam, bo ktoś ważny, kogo osobiście nie znałam, odszedł nagle; ktoś, kto wniósł w moje życie tyle piękna, tak wiele radości, uśmiechu, spontaniczności, radości, dobroci, nauczył patrzeć tam, gdzie trzeba, poprzez swoją muzykę, teksty piosenek powiedział mi tak wiele i już więcej nie powie nic, bo Go nie ma, już więcej nie nauczy, nie sprawi, że zacznę się zastanawiać nad życiem, nad światem, nad ludźmi, nad samą sobą. Zawsze dawał nadzieję na lepsze jutro, pokazał to, czego nie widziałam, i nawet o tym nie wiedział. Nie wiedział, ile mi pokazał, czego mnie nauczył, nie wiedział, ile dla mnie znaczył..., póki żył, ja też tego nie wiedziałam, niestety. Smutne, ale prawdziwe.

Ach, bo człowiek taką dziwną machiną jest: dopóki nie straci, tak naprawdę nie wie, co ma. Ale ta machina jednak potrafi czuć, bo ogarnia ją pustka, którą za żadne skarby nie ma czym wypełnić. W sumie nie jest aż tak źle, bo każdy z nas czuje stratę, większą lub mniejszą, to jest jakiś plus, bo zdajemy sobie sprawę, że coś lub ktoś odszedł na zawsze, nie powróci i odczuwamy coś, czego nie umiemy nazwać. Tak jak ja... Brakuje mi słów, bo takich nie ma, po prostu. Nikt nie zastąpi nikogo i nikt nie zastąpi Jego, nie ma takiej możliwości. Każdy jest niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju, nie ma duplikatów.

Michael Jackson, mój idol, żyć będzie, dzięki wszystkiemu, co stworzył. Nie umarł, dla mnie żyje nadal, płakać nie chcę, bo nie chcę Go uśmiercić do końca.

Musiałam się pozbierać. Perspektywa wyjazdu nad jezioro do Anetty była teraz dla mnie odskocznią, musiałam tam jechać. Czekał mnie spokój, świeże powietrze, rozmowa z dobrą koleżanką, która mnie wysłucha, postara się zrozumieć. Nie było już radości, ale jakaś nadzieja, że będę mogła się wygadać, powspominać, mimo że Anetta do fanek Michaela nie należała. Z nią czuję się dobrze i to jest najważniejsze.

Ciężko było mi dobrnąć do końca w pracy, ale musiałam. Wybiła szesnasta i szybko zmyłam się do domu. Starałam się mimo wszystko funkcjonować jak najbardziej normalnie.

Muzyka Michaela miała to do siebie, i ma nadal, że zawsze podnosiła mnie na duchu, bez względu na jakiekolwiek okoliczności. Gdy było mi źle, pomagała mi zobaczyć wszystko w jaśniejszych barwach, a gdy było dobrze, to widziałam wszystko jeszcze bardziej kolorowo. To było moje lekarstwo na wszelkie niepowodzenia i narkotyk na bycie jeszcze bardziej radosną, niż byłam. Włączałam piosenki Michaela i świat stawał się bardziej kolorowy, nie ważne, czy z czerni robił się biały, czy z bieli robił się jeszcze bielszy.

Zatem pierwsze, co zrobiłam, gdy już dotarłam do domu: włączyłam głośno, bardzo głośno Whatever Happens. Chodziłam, podskakiwałam, śpiewałam, pakowałam się, robiłam milion rzeczy naraz – szukałam pocieszenia. Znalazłam. Zawsze znajdywałam i teraz też nie było wyjątku. Buzia mi się uśmiechnęła, bo dotarło do mnie, że przecież zawsze ze mną pozostanie, zawsze mogę Go usłyszeć, wystarczy włożyć CD i jest! Zrobiło mi się lepiej na sercu i na duszy, mimo że smutek czułam nadal, ale jakoś inaczej.

Umówiłam się z Anettą, że przyjedzie po mnie koło dziewiętnastej. Obie miałyśmy czas na spakowanie się i zrobienie tego, co konieczne. Anetta się spóźniała, a ja siedziałam i słuchałam sobie Mike’a. Nie przeszkadzało mi, że jeszcze jej nie ma; było mi dobrze, byłam zasłuchana.

Telefon wyrwał mnie z zadumy, bo sobie tak dumałam. O czym? Uwierzcie mi, nie wiem. To był telefon od mamy, zły telefon.

– Asia, właśnie jadę taksówką za karetką, która zabrała babcię do szpitala. Stan jest ciężki.

Odrętwiałam dziś po raz drugi. Jedyne, co odpowiedziałam, to „dobrze”. Takie głupie, nie na miejscu, ale nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Moją ukochaną babcię w stanie ciężkim wieziono do szpitala, a ja miałam jechać nad jezioro. Teraz jezioro, wypoczynek był najmniej ważny, najważniejsza była babcia.

Nie myśląc wiele, wyleciałam z domu jak oparzona i pobiegłam do auta. Nawet nie włączyłam muzyki. Nie przyszło mi to do głowy! Chciałam być jak najszybciej na miejscu. Byłam cała wystraszona. Babcia poświęciła dla mnie tak wiele, całe swoje życie; byłam i jestem jej ukochaną wnuczką, a ja kocham ją nad życie, chociaż czasami, przyznaję szczerze, nie za bardzo potrafiłam to okazać.

Dojechałam na miejsce. Babcia, biedna, nie mogła swobodnie oddychać. Akurat robiono jej badania, więc nie wchodziłam do sali. Stałam z mamą przed drzwiami.

Lekarz powiedział, że babcia musi zostać w szpitalu, bo jej stan jest krytyczny. Muszą wykonać wiele przeróżnych badań. Biedna, tak bardzo nie chciała jechać do szpitala, broniła się rękami i nogami, na co przystawałyśmy, bo szanowałyśmy jej wolę. Ale w tym przypadku babcia nie miała nic do powiedzenia. Mama bez pytania wezwała pogotowie. Okazało się, że bardzo dobrze zrobiła – powiadomiono nas później, że prawdopodobnie nie przeżyłaby tej nocy.

Starsi ludzie podobno tak mają, że bardzo boją się szpitala, bo wychodzą z założenia, że już z niego nie wyjdą. Takie myślenie... nie wiadomo, skąd to się bierze.

Zakończono wstępne badania. Babciunię przewieziono do pokoju. Stanęłyśmy koło niej; była bardzo blada, wyczerpana i smutna. Starałyśmy się uśmiechać i nie dawać po sobie znać, że jest źle. Starałyśmy się zachować spokój i być normalne. Babcia jednak popatrzała na mnie i ciężko łykając powietrze, powiedziała:

– Słyszałam, słyszałam, twoja miłość nie żyje. Asiu, bardzo mi przykro.

Powiem szczerze – nigdy w życiu tak nie powstrzymywałam łez. Po prostu ją przytuliłam. Moja babcia, taka chora, taka słaba, taka kochana, jeszcze mnie próbowała pocieszyć. Wiedziała, ile On dla mnie znaczył. Użyła słowa miłość, zawsze mówiła, jak byłam podlotkiem, że zwariowałam na Jego punkcie, ale wcale mi się nie dziwiła. Wręcz odwrotnie, cieszyła się, że mam zainteresowania, że mam takiego, a nie innego idola, zresztą przecież sama Go lubiła.

Powiedziałam jej tylko „ci...”; nie chciałam, żeby mówiła więcej, bo nie mogła, jedno słowo kosztowało ją bardzo dużo. Byłam totalnie rozbita. Tak strasznie było mi jej szkoda. Tak bardzo cierpiała, a jeszcze pamiętała o mnie. Serce rozpadało mi się na kawałki.

Wróciłam do domu i najzwyczajniej w świecie się popłakałam, wręcz zanosiłam się płaczem. Nie wytrzymałam. To było silniejsze ode mnie. Ryczałam jak dziecko, które za wszelką cenę próbuje wyrzucić z siebie złe emocje, a tym samym sprawić, aby to, co złe, szybko i bezpowrotnie odeszło, ustępując miejsca dobru dającemu nadzieję.

Jezioro już dla mnie nie istniało. Zostałam w domu. Nie wyobrażałam sobie, by teraz gdzieś jechać i odpoczywać, nie było takiej opcji. Babcia to dla mnie druga mama, tak jak dziadek był moim tatą, tacy drudzy rodzice, których przeraźliwie kocham i zawsze będę kochać. Świat mi się zawalił. Nie chciałam doprowadzić do odczuwania jeszcze większej pustki, bo to by oznaczało, że pogodziłam się z czymś, co nie miało prawa nastąpić.

...

Znowu włączyłam Michaela, chciałam się wyciszyć. Szukałam nadziei. Uwierzyłam, że będzie dobrze...

To był 26 czerwca 2009 roku.


II.
Po raz pierwszy

Razem z mamą wybrałyśmy się do mojej przyszywanej cioci. Przyszywanej, bo to nie była żadna moja ciocia, w końcu nie należała do rodziny, a że była to mamci swojego czasu dobra koleżanka, toteż zmuszona byłam nazywać ją ciocią, mimo że za nią nie przepadałam. No, ale wypadało, więc przez zęby „ciocia” mówiłam, żeby nikomu nie było ani głupio, ani przykro. Owa ciocia była mamą mojego kolegi z klasy i skubane dwie mamuśki bardzo przypadły sobie do gustu. Cóż, siła wyższa. Odwiedzały się dosyć często, według mnie za często, ale co ja miałam jako siedmioletnia dziewczynka do powiedzenia. No, kompletnie nic! Suma sumarum, udawałam, że ciocię lubię i za rączkę razem z mamusią do niej wędrowałam.

Bawiłam się tam z siostrą mojego kolegi z klasy, który w tym wieku dziewczynek nie lubił, a ja za chłopcami nie przepadałam; zresztą jaka to by była siara! Nasze mamy namiętnie plotkowały i co chwilę się chichrały, a my, dziewczynki, dorwałyśmy słynne niegdyś lalki Barbie (jak na tamte czasy Barbie to był rarytas, ja dostałam tę lalkę od cioci z Kanady, a siostrze mojego kolegi tato przywiózł z Niemiec) i robiłyśmy pokazy mody, a kolega grał w piłkę z chłopakami na dworze. I dobrze, bo nie był nam do niczego potrzebny, a my zapewne jemu.

Obie byłyśmy bardzo podekscytowane naszymi pięknymi lalkami ubranymi w kolorowe sukienki z super fryzurami; a propos, na takiej małej główce lalki umieściłyśmy milion dwieście spinek ludzkich rozmiarów (tzn. dziewczęcych) -fryz jak z żurnala, no i koniecznie chciałyśmy pokazać mamom nasze gwiazdy – modelki.

Z impetem wparowałyśmy do nich, aby zaprezentować wielki pokaz mody Barbie (Keny poszły w odstawkę). W telewizji akurat zaczynał się jakiś film, tak wtedy myślałam. Mamy nas uciszyły i zahipnotyzowane wpatrywały się w ekran. Ciocia powiedziała wtedy coś w stylu: „Gośka, widziałam to już, mówię ci, super!”. Słysząc te słowa, zastosowałyśmy wymianę wzrokową i obie, zgadzając się ze sobą bez słów, rozsiadłyśmy się na podłodze po turecku, bardzo wygodnie, oczywiście z Barbie w rękach, i niecierpliwie czekałyśmy na to coś, co było takie super. No i się zaczęło: jakiś pan w czerwonej kurtce siedział w kinie z jakąś dziewczyną i objadał się popcornem uśmiechnięty od ucha do ucha, a ona nic nie jadła i zadowolona, tak jak on, nie była. Odniosłam wtedy wrażenie, że była lekko wystraszona. Jednej sceny nie widziałam, bo mama zakryła mi oczy, dlatego też nie mogłam stwierdzić wtedy do końca, czy rzeczywiście była przestraszona, a jeśli tak, to dlaczego. Ona jednak w pewnej chwili wstała tak po prostu i uciekła z kina, a on pobiegł za nią, wymienili parę zdań nie po polsku. Strasznie się zdziwiłam, że nie słyszę tłumacza w tle. Ten pan z kina zaczął śpiewać, fajnie śpiewać, strasznie mi się podobało, sąsiadce obok siedzącej też, bo siedziałyśmy i kiwałyśmy głowami w rytm muzyki.

No, ale...

– Dziewczynki, proszę wyjść z pokoju i zamknąć drzwi, bo to jest jednak film nie dla dzieci. Zawołamy was, jak się skończy, nie trwa długo – powiedziała ciocia.

Obie byłyśmy bardzo rozczarowane, zniesmaczone i niezadowolone. Nawet próbowałyśmy dyskutować z naszymi mamami, ale niestety nie miałyśmy najmniejszych szans. Uciszały nas jeszcze setki razy i stanowczym głosem wyprosiły.

W trakcie naszych usilnych starań przekrzyczenia mam, akcja w „filmie” rozgrywała się dalej. Pilnie, tak ukradkiem, śledziłam, co się dzieje w telewizorze. W momencie kiedy pan w czerwonej kurtce skończył śpiewać i razem z dziewczyną przechodzili koło cmentarza, nasza wojna dobiegła końca, skapitulowałyśmy i byłyśmy już za drzwiami, niestety.

Całe zawiedzione znielubiłyśmy nasze ma- my; lalki już nie dały dla nich show, byłyśmy obrażone. Zamknęłyśmy się w pokoju siostry kolegi i zgodnie uradziłyśmy, że my tu naszych mam nie wpuścimy, bo odbywa się pokaz mody Barbie za zamkniętymi drzwiami, na który nie wykupiły biletów, więc pa, pa.

Ale łatwo nie było, przecież mamy wszędzie mają wstęp, tak że wkrótce zostałam zabrana z pokoju siłą i zaprowadzona za rączkę do domu, wysłuchując po drodze, jak to brzydko się zachowałam.

Ojej, te mamy nic nie rozumiały.

A przyszywana ciocia zaliczyła u mnie wielki minus, bo przecież przez nią musiałyśmy opuścić pokój telewizyjny! Ponadto kazania mamy nie miały końca, też przez nią!... Mama tam sobie cały czas coś mówiła, a ja myślałam o panu w czerwonej kurtce z kina i w myślach nuciłam to, co zdążyłam usłyszeć...


III.
Początki

Chwila napięcia, oczekiwania... słychać wrzaski, gwizdy, histeryczne piski. A On? On stoi w jednej pozycji, nieruchomy...

Widownia szaleje, a Michael nadal się nie rusza, On cały czas stoi, a publiczność dostaje spazmów, mecząc się przy tym potwornie, zresztą na własne życzenie. On jeszcze nic nie zrobił, nic nie pokazał, nie zatańczył, nie zaśpiewał, pokazał na razie siebie... Fani szaleją jak opętani... Takie reakcje fanów powoduje sam Jego widok... Wręcz niesłychane...

Teraz... odwrócił głowę... i się dzieje, wszyscy oszaleli...

Powoli zdjął okulary... Totalny odlot, a teraz słynny obrót i START! Koncert się zaczął. Jam. Dziewczyny piszczą jak zwariowane, płaczą i... już nawet jakąś wynoszą z widowni, oj, biedna, dla niej koncert już się skończył, mimo że tak naprawdę jeszcze się nie rozpoczął. Z tych wielkich przeżyć nie wytrzymała napięcia, ale... show trwa, a On jest boski!

Bo to nie jest tak, że po prostu siadam i piszę. Tak się nie da. Muszę mieć odpowiedni dzień, nastrój, klimat, wenę, a przede wszystkim muszę widzieć, słyszeć i czuć Michaela. Najlepiej nastrajają mnie koncerty, uwielbiam Jego występy. Aż ciarki przechodzą.

O! Cucą następną!

Ach, Michael, co Ty wyprawiasz z tymi dziewczynami?! Pewnie sama bym na Twój widok zemdlała albo się popłakała, albo wrzeszczała, albo zaniemówiła. Trudno powiedzieć, nie mam pojęcia, co bym zrobiła; znając siebie, pewnie wszystko naraz!

Koncert trwa, zerkam co chwilę, inaczej po prostu nie umiem, jak będzie przestój w pisaniu, to bardzo przepraszam. Będzie to tylko oznaczać, że najzwyczajniej się zapatrzyłam.

W latach osiemdziesiątych w mojej kochanej ojczyźnie niestety nie było dostępu do Internetu, MTV czy w ogóle jakichkolwiek mediów mających znaczenie na świecie. Dlatego jako ta siedmioletnia dziewczynka byłam zmuszona odłożyć temat pana w czerwonej kurtce na później, ponieważ nawet moja ukochana mama nie potrafiła mi pomóc w zdobyciu czegokolwiek na Jego temat, mimo że bardzo się starała. Z czasem zapomniałam i przestałam nucić muzykę z „Koszmaru”, którego urywki zdołałam usłyszeć i zobaczyć.

Nie pamiętam, w której to było klasie, ale na pewno jeszcze wtedy chodziłam do szkoły muzycznej. Koleżanka przyniosła niemieckie „Bravo” – gazetka, którą na pewno każdy zna, bo później było nawet polskie wydanie – to było coś! Koleżanki z satysfakcją przeglądały gazetę, bo to takie coś innego było, my nie mieliśmy dostępu do podobnych rzeczy – mam na myśli czasopisma poświęcone tylko i wyłącznie światkowi muzycznemu, a do tego tak kolorowe. Przysiadłam się do nich i przeglądałyśmy ją razem. I co? Doznałam szoku! To ten Pan! Dokładnie ten sam, w tej samej czerwonej kurtce, uśmiechnięty, tylko że bez popcornu! To była ta chwila! Oczy na pewno świeciły mi się na wszystkie strony, jakby chciały oświetlić cały świat, krzycząc o moim odkryciu! Nigdy nie zapomnę, co czułam, bo najzwyczajniej w świecie zapomnieć nie chcę! Taka mała, taka zauroczona, taka wpatrzona, taka szczęśliwa! Prosiłam na wszystko moją koleżankę, by dała mi ten plakat w prezencie, bo to był właśnie plakat, tak prosiłam i... wyprosiłam. Dostałam plakat, wielki plakat, bo składał się z czterech części, a ja do dziś jestem dozgonnie wdzięczna koleżance za tak wielki podarunek. Miał dla mnie tak przeogromne znaczenie, że nie potrafię nawet tego wyrazić. Szukałam, czekałam, aż zapomniałam; i nagle jest! Pojawił się w gazetce! I mam Go!

Ojej, ja najszczęśliwsza chyba wtedy na świecie, trzymałam Go kurczowo przy sobie i kręciłam się z radości w kółko, moje warkocze wirowały razem ze mną, raz po raz bijąc mnie leciutko po twarzy, mówiąc: „To prawda, masz to, co chciałaś, znalazłaś Go i wiesz, kim jest, znasz już Jego imię i nazwisko!”. Jejku co to było za przeżycie! Moja buzia była tak roześmiana, szczęście było wszędzie wkoło mnie, czyste szaleństwo małoletniej fanki! Niesamowite, zapewne takie chwile przeżywa się tylko raz, to jest coś na miarę pierwszej miłości, naprawdę, nie kręcę teraz, tak było. Uczucie nie do opisania, oby takich więcej!

Pamiętam, że nie mogłam się doczekać, aż skończą się lekcje. Już jako taka małolata urwałam się z lekcji fletu, bo tak strasznie chciałam się podzielić moim szczęściem z mamą i resztą rodziny. Biegłam do domu jakby mnie ktoś gonił, nie ważne było dla mnie nic, oprócz tego, że zdobyłam plakat Pana w czerwonej kurtce i tak strasznie chciałam go pokazać wszystkim!

Przybiegłam do domu, dzwoniłam zapalczywie do drzwi, wydawało mi się, jakby to trwało wieki, zanim ktoś nacisnął klamkę. Dziadziuś mój kochany w końcu je otworzył, no i cały zdziwiony zapytał:

– Wnusiu, tak wcześnie?

– Tak dziadziu, lekcje fletu pani Bogusia odwołała – palnęłam co mi ślina na język przyniosła. Kłamstwo ma krótkie nóżki, o czym niebawem się przekonałam.

Dziadziuś, jak to dziadziuś, przyjął wszystko bez zastanowienia, nie pytając więcej o nic. Dla mnie lepiej. Gorzej było z mamą, która wyrosła jak spod ziemi.

– Jak to lekcja odwołana? – Mama dobrze znała swoją córkę i wiedziała, że mała Asia coś kręci.

Najpierw zrobiłam słodkie oczka, potem delikatnie spuściłam głowę i zaczęłam mamrotać coś w stylu:

– A... no bo... Nie wiem tak dokładnie, chyba pani Bogusia źle się czuła, chyba bardzo głowa ją bolała i nie mogła dać mi dziś lekcji, ale... – i teraz odważnie przejęłam inicjatywę, podniosłam głowę, oczy miałam pewnie jak pięć złotych – wie mama, co się stało?! Dziadku, mamo, zobaczcie, co ja mam!

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.