Arabska Pieśń - Leila Aboulela - ebook
Wydawca: REMI Katarzyna Portnicka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 470 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Arabska Pieśń - Leila Aboulela

Oto historia zamożnej muzułmańskiej rodziny, która wydaje się nie mieć żadnych zmartwień. Jednak głowa rodu, charyzmatyczny Mahmud, nie dostrzega narastającego konfliktu pomiędzy swoimi żonami: młodą postępową Egipcjanką i starszą żyjącą zgodnie z tradycją Sudanką. Kobiety różni wszystko, gdy dochodzi do tragedii, przyszłość całej rodziny staje pod znakiem zapytania…

Arabska Pieśń to poruszająca opowieść o kulturze muzułmańskiej, skomplikowanych relacjach rodzinnych i wyborach w imię Allaha.

Doskonale nakreślony portret wpływowej rodziny żyjącej na pograniczu dwóch państw, Egiptu i Sudanu, w czasach dramatycznych przemian. Arabska pieśń to wciągająca historia konfliktu pomiędzy tradycją a nowoczesnością konfliktu, który w społeczeństwach muzułmańskich trwa do dziś. (NEW INTERNATIONALIST)

Opinie o ebooku Arabska Pieśń - Leila Aboulela

Fragment ebooka Arabska Pieśń - Leila Aboulela










Tytuł oryginału: Lyrics Alley

Copyright © Leila Aboulela 2011

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Remi Katarzyna Portnicka 2011

Polish translation copyright © Joanna Urban 2011

Redakcja: Beata Słama

Zdjęcie na okładce: iStockphoto

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Portnicka, Wojciech Portnicki

Skład: Michał Nakonieczny

ISBN 978-83-63142-06-3

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 00, fax 22 721 30 01

www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Sprzedaż wysyłkowa

www.olesiejuk.pl

www.empik.pl

www.merlin.pl

www.amazonka.pl

Wydawnictwo REMI Katarzyna Portnicka

ul. Łukowska 8/98

04-113 Warszawa

www.wydawnictworemi.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu


O autorce

Leila Aboulela (ur. 1964), jedna z najważniejszych przedstawicielek współczesnej literatury muzułmańskiej, pochodzi z Chartumu, pisać zaczęła w Szkocji, a obecnie mieszka w Katarze. Jej debiut literacki, Tłumaczka, trafił na listę „100 najciekawszych książek roku 2006” „New York Timesa”. W języku polskim ukazała się również jej poprzednia powieść, Minaret. Aboulela jest laureatką Caine Prize for African Writing. Jej książki nominowane były do Orange Prize oraz International IMPAC Dublin Literary Award. Arabska pieśń przez krytyków porównywana jest do Trylogii kairskiej Nadżiba Mahfouza, Świat się rozpada Chinuy Achebego czy Połówki żółtego słońca Chimamandy Ngozi Adichie.

Więcej informacji o pisarce i jej powieściach oraz linki do piosenek ilustrujących fabułę Arabskiej pieśni znaleźć można na anglojęzycznej stronie: www.leila-aboulela.com.


Wydawca poleca:

Arabska perła Maha Gargash

Minaret Leila Aboulela

Tłumaczka Leila Aboulela

Zapowiedź:

Przepowiednia Szeherezady


Dla mojego ojca, Fuada Mustafy Abouleli (1928-2008),

w hołdzie miłości, jaką darzył swoją rodzinę.

Pamięci jego kuzyna, Hassana Awada Abouleli (1922-1962),

którego często wspominał.

Oby wszechmocny Allah okazał im łaskę.


Dramatis personae

Mahmud Abuzajd, głowa rodziny Abuzajdów

Hadżdżah Wahiba, starsza żona Mahmuda, matka jego dwóch starszych synów, Nassira i Nura

Egipcjanka Nabilah, młodsza żona Mahmuda, matka jego dwojga młodszych dzieci

matka Nabilah, Kadrijjah

ojczym Nabilah, Mohsin (oboje mieszkają w Kairze)

Idris Abuzajd, młodszy brat Mahmuda, wdowiec, ma trzy córki

Halima, córka Idrisa

Fatma, córka Idrisa, która wyszła za swojego kuzyna Nassira

Soraja, córka Idrisa, zaręczona ze swoim kuzynem Nurem

Ustaz* Badr, Egipcjanin, nauczyciel arabskiego zatrudniony przez rodzinę Abuzajdów

Hannijah, żona Badra

Osama, Bilal, Radwan i malutki Ali, synowie Badra

Szukry, kuzyn Badra, który przyjechał do nich z wizytą, aby poszukać w Sudanie pracy

* Ustaz (arab.) – nauczyciel.


I

Alhamdulillah[1], niebezpieczeństwo minęło, najgorsze było już za nim. Dzięki Bogu czuł się dzisiaj lepiej niż wczoraj. Tak właśnie powtarzali wszyscy wokół niej, ale Soraja była niecierpliwa. Nie wystarczało jej ani to, że jej ukochany stryj Mahmud odzyskał apetyt, ani to, że dyskutował już ze swoimi gośćmi, czy wojna w Korei wywoła może wzrost cen bawełny. Dziewczyna pragnęła, żeby był dokładnie taki jak kiedyś, a nie słaby i przykuty do łóżka. Chciała, aby nie tylko z uśmiechem stanął pewnie na nogach, ale jeszcze krzątał się z dawną energią. Żeby podziękować za jego powrót do zdrowia, zarżnęliby wtedy barana albo może nawet byka, a żebracy tłumnie cisnęliby się przez bramę seraju, by dostać porcję chleba i pieczonego mięsa. A potem Soraja wróciłaby do szkoły. Odkąd głowa jej rodziny zachorowała, opuszczała lekcje, bo w tym trudnym dla wszystkich czasie wolała być pod ręką. Tego wieczoru, jak i w poprzednie, bezustannie pojawiali się i odchodzili goście – wielu z nich zaglądało już wcześniej, a niejeden miał zostać na kolacji. Ponadto z Madani przyjechali dziś specjalnie Fatma i Nassir. Czuwanie przy łóżku ojca stanowiło dla najstarszego syna święty obowiązek – prawdę mówiąc, można było mieć Nassirowi za złe, że przyjechał dopiero teraz. Natomiast Soraja z radością spotkała się ze swoją starszą siostrą. Siedziały właśnie w ogrodzie, gdzie nikt im nie przeszkadzał. Za jakiś czas miały pomóc przygotować tace z kolacją dla mężczyzn, ale na razie mogły sobie pozwolić na chwilę lenistwa. Bujna roślinność ginęła w mroku, rechotały żaby, a nagrzane w ciągu dnia powietrze pachniało jaśminem i pyłem.

Soraja podniosła wzrok i pomyślała, że gdzieś tam, na zamglonym niebie, wśród chmur i innych gwiazd, jest ta, której zawdzięcza swoje imię – piękna, jasna i poetycka. Spojrzała na swoją starszą siostrę, żeby wybadać, w jakim jest nastroju. Chciała, żeby Fatma była rozluźniona i przyjaźnie nastawiona do świata, kiedy pojawi się Nur. A powinien przyjść lada chwila. Zawsze idzie prosto do niej, więc zastanie je razem w ogrodzie. Soraja miała nadzieję, że siostra nie będzie zbyt surową przyzwoitką, że nie będzie się zachowywała jak poważna, dorosła osoba. Pamiętała czasy, gdy Fatma nie była jeszcze mężatką i codziennie jeździły z kierowcą do szkoły sióstr w Chartumie – przez most na Nilu, koło pałacu, a potem przy kościele w prawo. Pamiętała ją w mundurku uczennicy ostatniej klasy, schludną, ale i pełną życia, krztuszącą się od śmiechu, piszczącą z koleżankami, z tymi swoimi cienkimi włosami ściśle przylegającymi do głowy dzięki różnokolorowym wsuwkom. Pamiętała też, jak Fatma płakała, gdy musiała odejść ze szkoły, i jak siostra Józefina przyszła do nich do domu, żeby prosić rodziców, by nie wydawali jej za mąż.

Nie powinnyśmy tak tutaj siedzieć – powiedziała Fatma. – Powinnyśmy wrócić do ciotki i smażyć ryby.

Ale nie podniosła się z miejsca.

– Jesteś gościem. Nikt nie będzie od ciebie wymagał, żebyś pomagała w kuchni – odrzekła Soraja.

– Od kiedy to niby jestem gościem? – Fatma poczuła się urażona. – W tym roku byłam u was już trzy razy i za każdym razem zostawałam na ponad miesiąc.

Soraja starała się sprawiać wrażenie skruszonej.

Wszyscy wiedzą, że jesteś zmęczona po podróży. Możesz zacząć pomagać jutro.

Przez jakiś czas siedziały w milczeniu. Pierwsza odezwała się Fatma:

– Czy ktoś o mnie plotkował? O mnie i Nassirze?

– Dlaczego ktoś miałby o was plotkować?

– Że tak późno przyjechaliśmy. Powinniśmy się zjawić ładnych parę dni temu.

– No właśnie, dlaczego nie przyjechaliście od razu? Kiedy stryj Mahmud zemdlał i lekarz stwierdził, że to śpiączka cukrzycowa… przecież to było w zeszły czwartek!

Zabrzmiało to jak oskarżenie i Fatma skrzyżowała ręce na piersi w obronnym geście.

– A więc miałam rację. Wszyscy nas obmawiają.

Po prostu się zastanawiali.

– Och, znasz Nassira. Wstaje w południe i byle co to dla niego straszny wysiłek. Zwlekał i zwlekał. Pojedziemy do Omdurmanu jutro, jutro wyjeżdżamy. Nie mógł podjąć decyzji. Najpierw musiał jeszcze zrobić to, potem jeszcze załatwić tamto. No i czy zostawić dzieci, czy wziąć je z sobą? – Fatma ściszyła głos. – Nie mieliśmy pojęcia, jak długo tutaj zostaniemy. Gdyby stryjowi się pogorszyło, utknęlibyśmy tu na dobre, i co wtedy? Więc Nassir się wahał, a dni mijały. – Westchnęła, po czym dodała nieco ostrzej: – Gdybym go zostawiła i przyjechała sama, co mogłabym przecież zrobić, wyglądałoby to przecież jeszcze gorzej!

Soraja żałowała, że poruszyła ten temat. Nie chciała, by Nur zastał Fatmę naburmuszoną i rozżaloną. Powiedziała więc:

– Najważniejsze, że już jesteście. Zostańcie, jak możecie najdłużej. Nie wyjeżdżajcie, nawet jeśli stan stryja się poprawi.

Fatma uśmiechnęła się, ale ze smutkiem. Soraja podziękowała losowi za to, że nie wychodzi za mąż za takiego bezużytecznego nieroba jak Nassir. Chodziły słuchy, że jest alkoholikiem i że daje się wykorzystywać: ludzie pożyczają od niego pieniądze i nigdy ich nie zwracają. Czasami trudno było uwierzyć, że jest synem stryja Mahmuda i starszym bratem Nura.

– Na początku myślałam, że Nassir się zmieni – przyznała Fatma. – Ale teraz cieszę się tylko, że przenieśliśmy się do Madani. Gdybyśmy mieszkali tutaj, stryj w kółko by go krytykował i zamienił jego życie w piekło. Hadżdżah Wahiba potrafi być taka złośliwa!

– Cóż, może sobie na to zasłużył?

– Może, ale nie chcę, żeby go tak traktowano. Nie wiem, może to dlatego, że jest moim kuzynem, ale trochę się nad nim lituję. Niezależnie od tego, ile ma wad, nie chcę, żeby ktoś mu je wytykał, nawet jego ojciec i matka.

Zdawać by się mogło, że Fatma powiedziała coś głębokiego i zaskakującego zarazem, bo obie zamilkły. Sorai przyszło na myśl, że może siostra zakochała się w końcu w swoim mężu. Było w tym przypuszczeniu coś szokującego i odpychającego. Pamiętała, jak Fatma szlochała, kiedy musiała porzucić szkołę, jak poddała się z rezygnacją woli rodziny niczym obojętna na wszystko lunatyczka – a tu nagle zrobiła się dla Nassira taka opiekuńcza.

Soraja wstała i poprawiła fałdy tobe[2]. Wytężyła wzrok, żeby sprawdzić, czy od strony bramy nadchodzi Nur.

– Mam teraz tyle samo lat co ty, kiedy odeszłaś ze szkoły i wyszłaś za mąż – zauważyła.

– O nic się nie martw. Kiedy siostra Józefina tu wtedy przyszła, ojciec obiecał jej, że pozwoli ci skończyć szkołę.

Czy można liczyć na obietnicę złożoną przez rodzinę Abuzajdów dyrektorce? Z jednej strony to tylko kobieta, ale z drugiej Europejka, włoska zakonnica.

Soraja uśmiechnęła się łobuzersko.

Ale dostałam propozycję matrymonialną.

– I nikt mi nic nie powiedział! – wykrzyknęła jej siostra. – Nie mogę w to uwierzyć! Czy Madani leży na końcu świata, że wszyscy tu o mnie zapomnieli?!

Ta pełna energii Fatma była Fatmą sprzed lat, prawdziwą i młodą. Soraja wybuchnęła śmiechem i objęła siostrę.

– Jak moglibyśmy o tobie zapomnieć? Jak jamogłabym o tobie zapomnieć? Czy nie wiesz, jak bardzo za tobą tęsknię?

– Nigdy mnie nie odwiedzasz – poskarżyła się Fatma, ale w jej głosie brzmiała słodycz, nie gniew. Tak bardzo chciała usłyszeć, że mimo iż wyszła za mąż i się wyprowadziła, nic się między nimi nie zmieniło.

Soraja wyczuła to i przemówiła z miłością:

– Bo lepiej, żebyś to ty przyjeżdżała do nas. Dobrze się tutaj bawisz i jest nas więcej.

Za każdym razem, kiedy zbliżał się termin rozwiązania, Fatma przyjeżdżała z Madani i zatrzymywała się u ich starszej siostry Halimy. Przy pierwszym dziecku cierpiała na tak dotkliwe poranne nudności, że zjawiła się w Omdurmanie już w drugim miesiącu ciąży, a do domu wróciła dopiero czterdzieści dni po porodzie.

– Zostawmy już to – prychnęła Fatma niecierpliwie. – Opowiedz mi lepiej o tym kandydacie na męża. To nikt z rodziny, prawda?

– Zgadza się – uśmiechnęła się Soraja. – Jego ojciec jest przyjacielem stryja Mahmuda. Matka przyszła porozmawiać z Halimą. Powiedziała, że jej syn jedzie studiować do Londynu, a potem chce zostać ambasadorem. Kiedy uzyskamy niepodległość, będzie jednym z pierwszych sudańskich ambasadorów. Jakbym nic, tylko chciała podróżować!

– Przecież chcesz.

Bo tak było w istocie. Jej ulubionym przedmiotem w szkole była geografia. Studiowała mapy i marzyła o nieznanych ekscytujących miastach. Uwielbiała jeździć do Egiptu. W Kairze nie musiała chodzić w tobe, tylko ubierała się nowocześnie, w sukienki i spódnice – Fatma też tak robiła – a wieczorami chodziły na zakupy.

– Byłabyś dobrą żoną dla ambasadora – powiedziała wolno Fatma, wybiegając myślami w przyszłość.

– Cóż, mam inne zobowiązania – szepnęła Soraja kokieteryjnie jak gwiazda filmowa.

Fatma parsknęła śmiechem.

– I co Halima powiedziała matce naszego przyszłego ambasadora? Jak odrzuciła oświadczyny tak, żeby jej nie urazić?

– Zgadnij.

– Powiedziała jej: „Soraja została już poproszona o rękę przez swojego kuzyna Nura”.

Fatma wypowiedziała te najpiękniejsze ze słów bez cienia uśmiechu i zupełnie normalnym głosem. Jednak Soraja promieniała szczęściem i nie mogła się doczekać, kiedy zjawi się jej narzeczony i usiądzie u jej boku pod rozgwieżdżonym niebem.

Dziecko pozbawione matki, zbyt małe, by pamiętać matczyną miłość i pachnące mlekiem ciepło, zbyt małe, by pamiętać rozpacz i pustkę po jej śmierci. Ale Fatma pamiętała i to ona opowiedziała o wszystkim Sorai, to ona stworzyła dla siostry mit matki. A Halima, jako najstarsza, starała się im matkę zastąpić. Fatma z początku się temu sprzeciwiała i często czuła się z tym dziwnie, ale Soraja nie sprawiała kłopotów. Była pieszczoszką kochaną za to – jak wytłumaczyła jej Halima – że kiedy kobiety zawodziły nad łożem śmierci ich matki, stała z kawałkiem suchego chleba w rączce, z sięgającą kolanek pieluchą i potargana, i przyglądała im się niewinnie wielkimi oczami. Przez lata Soraja zdążyła wiele razy wysłuchać historii o przedwczesnej śmierci swojej matki, którą zabił atak astmy. Oczami wyobraźni widziała swój dom rodzinny pogrążony w bólu głębokiej żałoby, podczas gdy ona, malutka i słodka, dreptała nietknięta nieszczęściem jak przemierzający piekło anioł.

Matka to dom, to ognisko domowe, to bycie razem. Żona to towarzystwo i przyjemne drobiazgi, to wydatki i sieć kontaktów. Ojciec Sorai, Idris Abuzajd, młodszy brat Mahmuda, szybko przestawił się z powrotem na kawalerski tryb życia. Znał się na rolnictwie i lepiej czuł się na wsi niż w mieście. Był też odpowiedzialny za finanse rodziny, a zatem uchodził za kogoś w rodzaju szarej eminencji, co pasowało do jego skrytości i małomówności. W odróżnieniu od swojego ekstrawaganckiego brata wizjonera, Idris liczył się z każdym pensem, wiedząc, że kiedyś uzbierają się z nich funty. Pieniądze cenił jednak nie za to, co mógł za nie kupić – miał skromne potrzeby – ale za to, że ich zbieranie, składanie, ta wynikająca z posiadania majątku pewność były satysfakcjonujące same w sobie. Nigdy nie pozwalał lokatorom na spóźnianie się z czynszem, a dłużnikom na niedotrzymanie zobowiązań. Nie lubił Anglików nie dlatego, że najechali jego kraj, ale dlatego, że zrozumienie ich języka i obyczajów wymagało wysiłku. Nie marzył przy tym, by wkrótce się wynieśli, ponieważ zazwyczaj ich podziwiał – nie za to, że wprowadzali nowoczesne porządki, ale za to, że można było robić z nimi interesy. Był rozważny, niektórzy powiedzieliby, że skąpy. Podliczył koszty związane z powtórnym ożenkiem i zdecydował się pozostać wdowcem. Czyżby nie mógł zapomnieć? Jak każdemu człowiekowi w jego sytuacji często doskwierała mu samotność, ale po pierwsze, dobra żona to droga inwestycja, a po drugie, chociaż był surowym ojcem, nie chciał obciążać swoich córek pojawieniem się przyrodniego rodzeństwa.

Efekt tego był taki, że dom Idrisa przeobraził się z czasem w dość ponure miejsce i Soraja nie lubiła w nim przebywać. Stała się nomadą. Przy byle okazji – gdy tylko w rodzinie wyprawiano wesele, rodziło się dziecko, ktoś chorował albo umarł – pakowała manatki i przenosiła się tam, gdzie zbierali się ludzie. Nie mógł się bez niej obejść żaden zjazd rodzinny. Spędzała tyle czasu w wypełnionym gwarem domu Halimy, że jej siostrzeńcy zrobili się zazdrośni. Najstarszy z nich pchnął ją kiedyś, mówiąc: „Nie jesteś moją siostrą! Wynoś się z mojego domu!”. Soraja nie płakała. Też go pchnęła, bo miała świadomość, że Halima zawsze weźmie jej stronę. Dziecko pozbawione matki, ale kochane przez to jeszcze bardziej. Księżniczka o nieskazitelnej cerze i pięknych rysach. O uśmiechu i temperamencie, dzięki którym stała się popularna w szkole. O pogodnej, hojnej naturze, zawsze mająca dla innych czas, energię i prezenty. Nie była jednak tak nierozważna jak Fatma, która pozwoliła zabrać się ze szkoły, wydać za tego ladaco, Nassira, i wywieźć na zesłanie do Madani. Co zrobiłabym na miejscu Fatmy, żeby nie wyjść za Nassira? – zapisała Soraja w dzienniku, prezencie od przyjaciółki Nancy. Prowadziła go po angielsku, żeby nikt nie mógł zrozumieć jej zapisków.

Po pierwsze, uparłabym się, że chcę skończyć szkołę, i przekonała siostrę Józefinę, by przyszła do nas do domu i porozmawiała z ojcem na długo przed tym, nim publicznie ogłoszono by zaręczyny, więc można by było je zerwać.

Po drugie, odmówiłabym rozstania się z ojcem i Halimą, i wyjazdu z Omdurmanu. Odrzuciłabym Nassira, argumentując, że za daleko pracuje.

Po trzecie, rozmówiłabym się z Nassirem osobiście, powiedziała mu, że go nie chcę, i weszła mu na ambicję, podkreślając, że dżentelmen nie żeni się z dziewczyną wbrew jej woli. Tylko czy on jest dżentelmenem?

Po czwarte, zagroziłabym, że popełnię samobójstwo.

Gdy napisała ostatnie zdanie, poczuła przypływ gniewu; wiedziała, że to nie w porządku. Najlepszym rozwiązaniem był punkt pierwszy i drugi. Siostra Józefina przed, a nie po ogłoszeniu zaręczyn. Ale czy sama wpadłaby na to, żeby zwrócić się do siostry Józefiny? Czy była tylko mądra po szkodzie?

Siostra Józefina, z pochodzenia Włoszka, szczupła i energiczna czterdziestolatka w białym habicie i czarnych butach na niskich obcasach, budziła respekt. Czasami do jej ubrań przyczepiały się pojedyncze rude włosy, zadając kłam szerzącym się wśród dziewcząt pogłoskom, jakoby zakonnice były łyse. Kiedy niespodziewanie przyszła z wizytą, Halima nie wiedziała, gdzie ją posadzić. Europejka żądająca widzenia się z ojcem – czy powinno się ją przyjąć w kobiecej części domu, czy w salonie, w części dla mężczyzn? Halima postanowiła potraktować ją jak honorowego gościa płci męskiej i jak wszyscy później potwierdzili, była to dobra decyzja. Dyrektorka nie uśmiechała się do Idrisa, ale miała słabość do muzułmańskich dziewcząt z bogatymi ojcami. Fatma i Soraja dobrze się uczyły, a hojne datki rodziny Abuzajdów na rzecz szkoły były zakonnicom niezbędne do tego, by nadal mogły uczyć za darmo dzieci najbiedniejszych wiernych z miejscowej parafii katolickiej. Dowiedziawszy się, że Fatmę zabrano ze szkoły, żeby wydać ją za mąż, siostra Józefina wzięła forda anglia należącego do biskupa i przejechała przez most do Omdurmanu. Niestety, pomimo dramatycznych starań – rzadko kiedy opuszczała teren klasztoru i szkoły, a samochód biskupa trudno było załatwić z tak małym wyprzedzeniem – nie udało jej się ocalić uczennicy. Mimo to jej przenikliwy głos, jej błagalny ton, jej protest, pewność, że ma rację – przez które Fatma poczuła się tylko gorzej – głęboko poruszyły Halimę, Soraję i inne młode kobiety z sąsiedztwa. Halima, która nigdy nie chodziła do szkoły, poprzysięgła sobie, że jej córki zdobędą wykształcenie. Nawet Idris, choć wyprowadzony tą wizytą z równowagi, przyrzekł w końcu uroczyście, że Fatma będzie ostatnią przedstawicielką rodziny Abuzajdów, która nie skończyła szkoły z powodu zamążpójścia. Soraja mogła się spokojnie uczyć. Każdego dnia, z wyjątkiem piątków i niedziel, miała wkładać ukochany mundurek, w którym było jej tak ładnie. Miała nadal pracować nad charakterem pisma, pochylać głowę nad książką i unosić ją, by patrzeć na tablicę.

Chociaż bardzo lubiła przedmioty ścisłe: chemię i biologię, pasjami czytywała romantyczne powieści, których bohaterki były piękne i tryskające życiem. Pociągały ją dramatyzm i wartka akcja.

Halima uważała, że niepotrzebnie odcina się od świata, czytając tak dużo.

– To tak, jakbyś mówiła ludziom, że nie masz ochoty z nimi rozmawiać.

Idris z kolei skrzyczał najmłodszą córkę, kiedy zastał ją pogrążoną w lekturze gazety. Wyrwał ją jej z rąk, ponieważ gazety były pisane dla mężczyzn. Jej nieżyjąca matka nigdy nie czytała gazet, była niepiśmienna. Halima także tego nie robiła, chociaż umiała trochę czytać, a jeśli chodzi o Fatmę, jej ulubionym przedmiotem w szkole była matematyka. Jednak dla Sorai słowa wydrukowane na papierze były czymś, co przyciągało jak magnes, czymś, co symbolizowało wolność, czymś dla każdego, bez względu na to, kim jest. Kiedy się na nie natykała, traciła nad sobą kontrolę – po prostu musiała za nimi podążyć, jakby się przemieszczały, a ona szła ich tropem. Wiedziała jednak, że z książką należy się kryć, że czar, jaki rzuca, to coś, czego wręcz trzeba się wstydzić. Kiedy wszyscy już spali, zakradała się do domu, do dusznych, źle oświetlonych pokoi, po których buszowały karaluchy, żeby otworzyć powieść w zaznaczonym ostatnio miejscu i znowu zanurzyć się w pulsującej toni słów.

Książki były również czymś cennym i rzadkim. Pożyczała od Nura angielskie powieści sprowadzane z Kairu lub Aleksandrii. O każdej opowiadał jej tak długo, że znała całą historię, zanim jeszcze zabrała się do czytania. Nigdy nie sięgnęła po nic, czego on nie poznał pierwszy. Był jej przewodnikiem, a ona była zachwycona, że o niej pamiętał. Co prawda nie mogła, tak jak on, czytać Szekspira – Nur chodził bowiem do prestiżowego Victoria College, a w szkole sióstr włoskie zakonnice nie uczyły o tym brytyjskim klasyku – ale przecież z zaraźliwym entuzjazmem streścił jej wszystkie sztuki. Łatwiej było dostać pozycje arabskie, zakonnice uznałyby jednak bujne piękności z ich kolorowych okładek za nieprzyzwoite, dlatego dziewczęta musiały wykazywać się nie lada sprytem, żeby pożyczać powieści po kryjomu. Półkę z książkami miała też w swoim salonie druga żona stryja Mahmuda, Nabilah, i dlatego Soraja chętnie ją odwiedzała.

Nabilah, Egipcjanka z wielkiego miasta, była w oczach dziewczyny uosobieniem nowoczesności: ubierała się elegancko, starając się nadążać za ostatnimi trendami europejskiej mody, miała cudowne włosy i nienaganne maniery, i w ogóle przypominała gwiazdę filmową. Soraja z lubością wspominała kairskie wesele Nabilah i stryja. Pierwszy i jedyny biały ślub, na jakim była. Za każdym razem, gdy gościła u ciotki, przeglądała z namaszczeniem album ze ślubnymi zdjęciami albo przyglądała się długo tym, które wisiały w ramkach na ścianie. Postanowiła, że kiedy przyjdzie kolej na nią i Nura, urządzą pierwszy biały ślub w historii Omdurmanu. O tym marzyła, i gdy przebywała w pokojach Nabilah, pełnych kwiatów i ozdób, z gramofonem, a przede wszystkim z kolekcją książek i czasopism, wydawało jej się, że to marzenie może się spełnić.

Pewnego razu, wszedłszy do bawialni ciotki, Soraja zastała gospodynię idącą wolno poprzez pokój, wyprostowaną jak struna, ze sporą książką na głowie. Nabilah przestraszyła się intruza i tomiszcze spadło na ziemię. Soraja zapytała ją, po co robi coś tak dziwnego, ale ta odmówiła udzielenia wyjaśnień. Innym razem, kiedy dziewczyna weszła, ciotka czytała właśnie swojej córeczce. Serce Sorai ścisnęła zazdrość paląca niczym gorączka. Była to scena, jakiej nigdy wcześniej nie widziała, uderzająco nowoczesna i jakże obca kulturowo. Zapragnęła czegoś takiego dla siebie, a pragnienie było tak silne, jak chorobliwy głód.

Pozbawione matki dziecko chciało, by Nabilah została jej przyjaciółką i tak jak inni roztoczyła nad nią opiekę. Zamiast tego druga żona stryja pozostała w stosunku do Sorai oschła i nieprzystępna. Dziewczyna, chociaż z natury dumna i wrażliwa, kiedy tego chciała, potrafiła być jednak odporna na takie traktowanie.

Czy mogę wziąć tę powieść? – pytała, przyciskając książkę do piersi.

Nabilah wahała się przez moment, a na jej policzkach zakwitał rumieniec, ale zanim z jej ust padała odpowiedź, Soraja ruszała już do drzwi, udając, że dostała pozwolenie. Wychodziła pospiesznie, trzymając kurczowo swój skarb.

Miesiąc przed zasłabnięciem stryja, w szkole, na chemii, której uczyła siostra Józefina, Soraja spojrzała na tablicę i zobaczyła nakreślone kredą znaki. Widziała jak przez mgłę. Od wytężania wzroku w oczach stanęły jej łzy. Pod koniec lekcji musiała sięgnąć po chusteczkę.

– Może powinnaś nosić okulary? – napomknęła pogodnie nauczycielka, jakby nie pamiętała, że jedyne dwie uczennice w szkole, które noszą okulary, są brzydkie. – Poproś ojca, żeby zaprowadził cię do lekarza na badania.

– Ale, proszę siostry, ja nie chcę nosić okularów.

– To wzrok ci się pogorszy i już niczego nie przeczytasz!

Słowa zakonnicy przeraziły dziewczynę. Łamała sobie głowę, co począć; mrużyła oczy i testowała wzrok na oddalonych obiektach. „Poproś ojca, żeby zaprowadził cię do lekarza na badania”. Tyle że ojciec w ogóle z nią nie rozmawiał – zwykle nawet na nią nie patrzył – i proszenie go o cokolwiek było nie do pomyślenia. Zamiast do niego zwróciła się do Halimy, ale ta zbagatelizowała sprawę:

– W okularach będziesz brzydko wyglądała. To całe czytanie ci szkodzi.

Soraja obstawała jednak przy swoim, tak jak to tylko ona potrafiła, pewna, że prędzej czy później siostra jak zawsze ustąpi. Halima poprosiła wreszcie Idrisa o pozwolenie, ale go nie udzielił: żadnych lekarzy badających wzrok, żadna z jego córek nie będzie nosiła okularów jak mężczyzna.

– Więc lepiej siedź już cicho. – Halima poklepała zapłakaną Soraję po plecach. – Bo inaczej dasz mu powód, żeby zabrać cię ze szkoły i zamknąć w domu. No już, cicho.

Rozgwieżdżone niebo było nieco zachmurzone, ale twarz Nura ani trochę. Usadowił się koło niej na stopniach werandy, tak że znalazła się pośrodku, między nim a siedzącą po prawej Fatmą. Jak miło tak siedzieć. Jest w towarzystwie ludzi, których kocha, a którzy na co dzień są tak daleko: Fatma w Madani, a Nur w Aleksandrii. Wiedziała, jak to jest za nimi tęsknić, pamiętała doskonale spędzone wspólnie dzieciństwo i nie wątpiła, że pewnego dnia oboje jeszcze wrócą do Omdurmanu. Nur kiedyś skończy naukę za granicą i włączy się w rodzinne interesy, a stryj Mahmud machnie ręką na wysiłki Nassira na roli i każe mu wrócić do miasta.

– Mam ci tyle do powiedzenia o wczorajszym wieczorku poetyckim! – odezwał się Nur. – Były takie tłumy, że zabrakło krzeseł, i nas, młodszych, poproszono, żebyśmy usiedli na trawie!

– Jego ojciec leży chory, a on chodzi sobie na wieczorki! – obruszyła się Fatma. – A mnie dostaje się za to, że za późno przyjechałam!

Ciocia Wahiba miała do niej pretensję – wyjaśniła Nurowi Soraja.

– „Czyżbyś przyszła ze swoim mężem pieszo?” – powiedziała Fatma, przedrzeźniając teściową.

Nur parsknął śmiechem.

– Ostatnio jest bardzo zajęta, bo w kółko, a to ktoś przychodzi, a to wychodzi. Pomyśl, że gdyby mogła poświęcić ci całą swoją uwagę, byłoby jeszcze gorzej!

Fatma skrzywiła się, jakby chciała pokazać mu język, ale zaraz spoważniała.

Jak się czuje stryj Mahmud? – spytała.

Dobrze, prawie odzyskał siły. Spodziewam się, że lada chwila oświadczy mi, że mam już nie odkładać wyjazdu, tylko jak najszybciej wrócić do szkoły. Jesienny trymestr już się zaczął.

Soraja nie dała po sobie poznać, jak bardzo jest rozczarowana. Pragnęła oczywiście, żeby stryj wrócił do zdrowia, ale dlaczego musi to oznaczać wyjazd Nura? Tak jej było dobrze z tym, że odkładał powrót do szkoły. I jeszcze ta niespodziewana wizyta Fatmy! Tyle powodów do ekscytacji! Zwykłe życie bywa jednak czasem nudne i puste. Lubiła, kiedy byli wokół niej ludzie, którzy dawali jej ciepło, kiedy dom wypełniały ich głosy.

– Opowiedz nam o tym wieczorku poetyckim. – Saraja uśmiechnęła się do Nura.

Ileż to razy relacjonował jej takie spotkania albo wykłady o polityce czy zebrania kółek dyskusyjnych. Był jej łącznikiem ze światem zewnętrznym, ze światem, który nie jest dla dziewcząt.

– Abdallah Muhammad Zajn przeczytał swój nowy wiersz. To najmocniejszy z jego utworów i najbardziej melodyjny. Zapisałem go i wczoraj wieczorem nauczyłem się na pamięć. Nie mogłem zasnąć. Jego słowa huczały mi w głowie. To te czasy, w których żyjemy. Wszyscy mówią o samostanowieniu i niepodległości, a potem poeta wyraża to w jeszcze inny sposób. Posłuchajcie: Jestem Omdurmanem…

Kto jest Omdurmanem? – żachnęła się Fatma.

– Siedź cicho i słuchaj – upomniała ją Soraja.

Ona rozumiała, kto jest Omdurmanem.

Jestem Omdurmanem. Jestem perłą, która zdobi mój kraj. Jestem tym, który cię żywił, i dla ciebie, mój synu, się ocalę. Jestem Omdurmanem, Nil poił mnie i szukał mego boku. Jestem tym, który leży na zachodnim brzegu, a moim wianem była głowa Gordona[3]. Jestem Omdurmanem, jestem tym narodem. Jestem tym językiem i twoją oazą…

Całą trójkę poruszyły te patriotyczne wersy. Chociaż ich rodzina była silnie związana z Egiptem, a stryj Mahmud oficjalnie popierał unię obu państw, młodsze pokolenie bardziej utożsamiało się z Sudanem. To z nim wiązali swoją przyszłość – z południowymi ziemiami o ogromnym potencjale, potencjale równie tajemniczym, jak mrok nocy.

– Piękny wiersz – westchnęła Soraja.

Chciało jej się płakać, ponieważ Nur słyszał go deklamowanego przez jego autora, a ona nie, i ponieważ zbliżały się ekscytujące wydarzenia, zmiany, a ona miała tylko o nich słyszeć, zamiast brać w nich udział.

– Powinni zrobić z niego piosenkę – orzekła Fatma. – Wtedy łatwiej by go było zapamiętać. Nawet dzieci mogłyby uczyć się go na pamięć.

Jest piękny – powtórzyła Soraja.

– Żałuję, że sam go nie ułożyłem – przyznał Nur.

Soraja się uśmiechnęła.

– Co z tego, że napisał go ktoś inny? Najważniejsze, że istnieje.

Ale nie jest mój.

Przypomniało jej się, że kiedy Nur był młodszy, zanim poszedł do Victoria College, uwielbiał śpiewać. Uczył się na pamięć wierszy i popularnych piosenek, a potem na każdej rodzinnej imprezie umilał im czas swoim słodkim, pełnym nadziei głosem. Raz zaśpiewał na weselu kogoś spoza rodziny i starsi byli na niego bardzo źli. Uznali, że występując przed obcymi jak uliczny muzykant, przynosi wstyd rodzinie. Następnym razem może widownia zaczęłaby mu jeszcze rzucać pieniądze! Soraja pamiętała, jak wtedy płakał i jak za karę ojciec zakazał mu chodzić w gości. Był taki zagubiony i przybity, a płakał, jak to chłopiec, niemal bezgłośnie, choć czuł się bardzo pokrzywdzony.

Jeszcze napiszesz swój wiersz – szepnęła czule. – Lepszy od tego.

Hej, wy dwoje, chodźmy już! – Fatma wstała.

Poczekaj, mam coś dla Sorai.

Nur wyjął z kieszeni sporą paczuszkę, po czym ją otworzył.

Soraja wyciągnęła rękę i nagle znalazły się w niej okulary. Fatma parsknęła śmiechem.

– Skąd je wziąłeś? – spytała Soraja bez entuzjazmu, po części dlatego, że jej siostra się zaśmiała, a po części dlatego, że Nur nie uważał jej za ideał.

– Zamówiłem je specjalnie dla ciebie. Oczywiście powinnaś iść do lekarza i dostać szkła na receptę, ale na razie te choć trochę ci pomogą.

Na razie. Do czasu, aż wyjdzie za mąż i uwolni się spod kurateli surowego, konserwatywnego ojca.

Przymierz je.

Nie chcę.

Dlaczego nie? Yalla![4]

Fatma poprawiła tobe, zniecierpliwiona, że nie wracają na hoasz[5].

– Później – odrzekła Soraja. – Przymierzę je, kiedy będę sama.

Dotknęła grubych czarnych oprawek. Przymierzy je później przed lustrem.

– Nie chce, żebyś ją w nich oglądał – stwierdziła Fatma.

– Przestań – syknęła Soraja.

Soraja jest piękna – powiedział Nur do Fatmy. – Najpiękniejsza.

Fatma skrzyżowała ręce na piersi i uniosła brwi. Nur spojrzał na swoją narzeczoną, która siedziała ze spuszczoną głową i okularami na podołku.

– Nic nie odbierze jej urody – dodał chłopak. – A szkła okularów sprawią, że jej oczy będą wyglądać na jeszcze większe.

Soraja nie mogła się nie uśmiechnąć.

Yalla, przymierz – zachęcił ją serdecznie. – Daj mi je.

Sam założył jej okulary, szczypiąc przy tym pieszczotliwie płatki jej uszu i przesuwając palcami po jej włosach. Poczuła na nosie ciężar oprawek. Miała wrażenie, że wszystko wokół jest o krok dalej niż przed chwilą, ale jednocześnie stało się o wiele wyraźniejsze. Na krańcach jej pola widzenia pozostała znajoma mgiełka, ale kiedy patrzyła przed siebie, wszystko było ostre. Rozejrzała się po ogrodzie – zobaczyła bugenwillę, kamforowiec, a bliżej, na werandzie, wielkie donice z kwiatami. Zerknęła w górę – każda z gwiazd świeciła osobno mocnym światłem. Jakże brakowało jej tych wszystkich detali! Odwróciła się do Nura. Zaciął się w brodę przy goleniu, ale znała ten uśmiech i te płonące oczy. Był z niej dumny.

Odwróciła się do siostry.

– I jak wyglądam? – spytała.

Okropnie. Po prostu okropnie.

Wchodząc na hoasz, jeszcze się śmiali.

– Nur! Nur! Przyszedł twój nauczyciel! – dobiegło ich wołanie Wahiby.

– Czuję rybę. – Fatma przyspieszyła kroku. – Zaczęła smażyć, a ja nie pomagam!


II

Allah, Potężny i Najwyższy, powie w Dniu Zmartwychwstania: „Synu Adama, byłem chory, a nie odwiedziłeś mnie…[6]

Idąc ciemnymi wąskimi zaułkami Omdurmanu ku rozświetlonemu serajowi Mahmuda Beja Abuzajda, ustaz Badr miał zamiar wyrecytować każdy cytat z Koranu i każdy hadisporuszający temat choroby. Ćwiczenie to miało trzy zalety: po pierwsze, odświeżało pamięć, po drugie, pozwalało nieco zapomnieć o irytującym liście, który otrzymał tego dnia, i wreszcie po trzecie, odrywało jego myśli od ciała i głosu jego ponętnej połowicy Hannijah. Uważał, że obsesyjne pożądanie, jakie w nim rozniecała, nie przystoi człowiekowi w jego wieku i jego profesji. Ich małżeństwo było ciągłym pojedynkiem pomiędzy starającym się zachować godność mężem a żoną, która wykorzystywała wszystkie swoje talenty – a przynajmniej tak mu się wydawało – by drażnić się z nim i go prowokować.

Sztuczka mu się udała, bo kiedy doszedł do Hadisu Qudsi, który obiecywał mu, iż odnajdzie swojego Pana w towarzystwie chorych, był już skoncentrowany, a jego zmysły uspokoiły się tak bardzo, że słowa przeniknęły do wnętrza jego jestestwa, a oczy napełniły się łzami.

Badr miał oczy duże i wyłupiaste, niepasujące do jego szczupłego, energicznego ciała, jakby były mięśniem wyrobionym nadmiernie od bezustannych ćwiczeń. A trzeba przyznać, że je ćwiczył. Wyćwiczył je, by czytały bez wysiłku, by chłonęły informacje, a następnie, żeby działały jak zawór niepozwalający, by cokolwiek uleciało mu z pamięci, zawór zatrzymujący wiedzę w jego wnętrzu, a potem uwalniający ją na życzenie, błyskawicznie i profesjonalnie. Był pilny od dziecka i jako jedyny spośród swoich braci skończył szkołę średnią i kolegium nauczycielskie. Później został oddelegowany do Sudanu, by uczyć tych mniej wyedukowanych niż on, którzy potrzebowali jego umiejętności i byli gotowi płacić mu za jego czas. Coraz częściej zgłaszały się też do niego osoby chętne pobierać lekcje prywatne. Miał dzięki temu szansę zaoszczędzić o wiele więcej pieniędzy, niż gdyby został w Górnym Egipcie.

– W tym kraju otworzyły się przed tobą niejedne drzwi – powtarzał sobie. – Podziękuj Panu i pocałuj wnętrze i wierzch swojej dłoni.

Był już przed posiadłością Mahmuda Beja – na całym jej terenie i wszystkich trzech kondygnacjach paliły się światła. Zaprojektowana z wyczuciem, prezentowała się bardzo elegancko, a jako że zdobiła wjazd do Omdurmanu, sprawiała też wrażenie, iż strzeże sekretów tego położonego tak blisko Nilu miasta. Przy szerokiej asfaltowej drodze wiodącej do Chartumu stało pięć pięknych aut. Badr na ich widok stracił pewność siebie i ominął główne wejście. Zawahał się również przy bramie wiodącej do rozległego skrzydła madame Nabilah. Kiedy przychodził tu popołudniami na lekcje z dwójką jej dzieci, zwykle wchodził właśnie tędy, ale tego wieczoru brama była zamknięta na klucz, a ta część serajuwyjątkowo tonęła w niegościnnym mroku. Mężczyzna skręcił więc w boczną uliczkę prowadzącą do innego wejścia, które dobrze znał. Tę boczną furtkę nazywano wejściem dla kobiet, ale używali jej także członkowie najbliższej rodziny, dostawcy, żebracy i służący.

Zaklaskał i zawołał kilkakrotnie: Ja satir! – chcąc się zaanonsować, tak żeby kobiety mogły albo się schować, albo zakryć głowy, ale mało kto zwrócił na niego uwagę. Szeroki, pozbawiony dachu hoasz pełen był łóżek, stołów i taboretów, służył bowiem kobietom, służbie i dzieciom za kuchnię, pokój dzienny i sypialnię – to tu gotowano, spano, jedzono i spędzano wolny czas. Z oczami wbitymi w ziemię, by nie zobaczyć niczego zakazanego, Badr czekał, aż ktoś go zauważy. Hadżdżah Wahiba, siedząca w kucki na taborecie nad smażącą się rybą, najpierw go nie poznała, ale zaraz potem zaczęła wołać:

– Nur! Synku! Przyszedł twój nauczyciel!

Zmieniła pozycję, poprawiając spowijającą jej tęgie ciało tobe. Rysy miała bardziej murzyńskie niż jej mąż, a przez oba jej policzki biegły po trzy plemienne blizny przypominające pęknięcia w wyschniętym korycie rzeki. Jej twarz wydawała się przez nie szersza i bardziej przyjazna. Dzięki wielkim oczom, zdrowym zębom, wielobarwnej tobei złotym bransoletkom połyskującym na jej przedramieniu od nadgarstka aż po łokieć, pomimo swojego wieku wciąż była atrakcyjną kobietą.

– Nur! Gdzie jesteś? Niech ktoś idzie po Nura! Niech pan wejdzie, witamy, proszę wejść.

Na hoasz zawsze coś się działo, ale dziś przyszło tu z wizytą wyjątkowo dużo kobiet. Rozgardiasz był tym większy, że szykowano wieczorny posiłek. Zapełniano właśnie duże okrągłe tace, na których miano zanieść jedzenie mężczyznom. Nos Badra drażniło połączenie ostrego zapachu ryby z apetyczną wonią kiełbasy. Chociaż jego obecność nie krępowała kobiet, czuł się niezręcznie. Co prawda wszystkie zakryły głowy – niektóre ze szczerej potrzeby, inne niechętnie – ale nie przestały gawędzić i stawiały na tacach coraz to nowe smakołyki: pikle, biały ser, gotowane jajka i czerwone chili zmieszane z sokiem z cytryny, solą i kminem, a wszystko to w małych miseczkach.

– Niech pan wejdzie – powtórzyła Hadżdżah Wahiba.

Badrowi przebiegło przez głowę, że jest żoną, a dokładniej pierwszą żoną, jednego z najbogatszych ludzi w kraju, a mimo to nie ma nic przeciwko gotowaniu i spaniu pod gołym niebem, jak jej przodkowie. Jego Hannijah marzyła o mieszkaniu w nowoczesnym bloku, z salonem i balkonem. Po cóż mieliby wyprowadzać się z Egiptu, jeśli nie po to, żeby się dorobić? Nienawidziła zbudowanego w tradycyjnym sudańskim stylu domu przydzielonego im przez szkołę i narzekała dzień i noc, co kładło się cieniem na ich małżeństwie.

Uratował go Nur, którego uczył, zanim tamten wyjechał do Victoria College. Badr zauważył, że od czasu kiedy widzieli się ostatnio, chłopak bardzo się zmienił. Zawsze górował wzrostem nad swoim nauczycielem, ale teraz wyszczuplał i był umięśniony. Po pulchnych policzkach dziecka i niezdarności nastolatka nie został ślad – przed Badrem stał człowiek lepiej ułożony, godny zaufania i nieco bardziej wycofany. Jednak Nur nadal miał przyjazny uśmiech i bystre oczy, które nadawały mu wygląd psotnego chochlika.

– Mój najlepszy uczeń – przywitał go Badr, wyciągając rękę.

Nur nie uścisnął jej, tylko przytulił nauczyciela. Ten spontaniczny gest był miły, choć nieoczekiwany. Chłopak pachniał mocnymi perfumami, niepasującym do jego nieformalnego stroju. Trzymając nauczyciela pod ramię, zaprowadził go do domu.

– Przyszedł pan zobaczyć się z ojcem? Zaprowadzę pana do niego. Taki tu ruch ostatnio, tylu gości…

Przeszli przez niewielki znajomy pokój z białym stołem, przy którym Badr udzielał Nurowi lekcji, przez krużganek, pokoje dzienne, urządzone w stylu francuskim, i wreszcie przez imponującą jadalnię, a Nur wypytywał grzecznie, jak na lekcjach arabskiego radzą sobie jego przyrodni brat i siostra – czy zapamiętują wiersze i czy potrafią siedzieć w skupieniu przez godzinę.

Apartament Mahmuda Beja był prawie tak duży, jak dom Badra. Nauczyciel stanął niezauważony na progu, próbując to wszystko ogarnąć. Był oszołomiony nie tylko z powodu otaczającego go bogactwa, ale dlatego, że pomieszczenie, do którego go wprowadzono, miało zdecydowanie europejski charakter. Woń cygar i drogich perfum to wywoływała w nim niemy krzyk zachwytu, to znowu zapierała dech w piersi. Spojrzał na małżeńskie łoże, na którym oparty o poduszki spoczywał Mahmud Bej, ale zamiast skupić uwagę na chorym, powędrował wzrokiem ku dużemu mahoniowemu biurku, dwóm szafom oraz kanapom i fotelom mieszczącym niemal dwudziestu gości zebranych w grupkach po dwóch czy trzech, z których każda miała do dyspozycji własny stolik zastawiony popielniczkami, miseczkami orzeszków i szklankami z wodą bądź sokiem. Toczyły się tu ważne rozmowy, brali w nich udział najważniejsi ludzie w kraju. W wymiętym garniturze, z poplamionymi atramentem palcami i mizerną twarzą Badr z pewnością się do nich nie zaliczał. Dla zebranych także było to jasne, bo nikt nie zamilkł nawet na moment ani nie podniósł się, by go przywitać.

Znowu uratował go Nur. Podszedł do ojca i przypomniał mu w paru słowach, kim jest nowo przybyły.

– A, tak…

Mahmud Bej wyjął z ust papierosa zakończonego czarnym filtrem, a prawą rękę wyciągnął do nauczyciela. Był przystojnym mężczyzną o starannie przyciętych cienkich wąsach, pełnych wargach i pewnym spojrzeniu. Miał na sobie jedwabny szlafrok w kolorze wina, a kiedy się odezwał, słychać było, że jest osłabiony chorobą.

– Dziękuję za wizytę. Jak się pan miewa? Jak tam pańska rodzina?

Badr wygłosił zwyczajową religijną formułkę o szybkim powrocie do zdrowia i pomyślności na przyszłość, na koniec dodając wiązankę komplementów – wszystko to, rzecz jasna, na stojąco. Byłoby nie do pomyślenia usiąść w takim towarzystwie. Nagle chorego zdekoncentrował urywany śmiech, który doleciał z drugiego końca pokoju. Nauczyciel przerwał w połowie zdania, wyłapawszy słowa „budynek” i „mieszkanie”. Słowo „mieszkanie” w mieście, w którym wszyscy żyli w domach – bogaci w willach, a biedni w lepiankach – nieuchronnie przywodziło na myśl Egipt, a ponieważ stamtąd pochodził, zdawać by się mogło, że było przeznaczone dla jego uszu. Wychwycił je, jakby to było jedyne arabskie słowo użyte przez kogoś mówiącego w obcym języku. Świat otaczających go mężczyzn był tak odległy, że Badr miał trudności z wyobrażeniem sobie, o czym też rozmawiali, kiedy wszedł. Na pewno jednak padło słowo „mieszkanie”, słowo tak dobrze się kojarzące, gdzie mogliby mieszkać jak ludzie, jak w marzeniach Hannijah. Spróbował podsłuchać, o czym mowa, ale rozpraszało go to, co widział, to, czym syciły się jego oczy. Straciwszy poczucie przyzwoitości, gapił się otwarcie, zerkając to tu, to tam. Wiedział, że drugi raz do sypialni Mahmuda Beja już nie trafi, że jest to coś, co będzie pamiętał przez całe życie, coś, co przeniknie do jego snów. Niedaleko wezgłowia łóżka zauważył uchylone drzwi do kolejnego pomieszczenia. Była to łazienka, cała w kafelkach i z nowoczesną toaletą, łazienka do dyspozycji wyłącznie jednego człowieka. Ach, żeby tak mieć własną łazienkę! Wyobraźnia nauczyciela miała swoje granice – nie sięgała do miejsc poza zasięgiem zazdrości.

Podtrzymywanie rozmowy z Mahmudem Bejem nie miało sensu. Ten zapomniał już o gościu i odwróciwszy głowę w drugą stronę, słuchał jednego ze swoich przyjaciół. Nie istniał żaden powód, by przeciągać wizytę. U boku Badra po raz kolejny pojawił się Nur, tym razem, żeby go wyprowadzić. Żaden się nie odezwał, dopóki nie znaleźli się na tarasie wychodzącym na ogród. Powiał wiatr, przynosząc obietnicę zimy. Nauczyciel poczuł, że musi zapalić. Zaczął przeszukiwać kieszenie, ale Nur był szybszy. Wyjął z kieszeni paczkę stuyvesantów i obaj zapalili.

– Czy twój ojciec wie, że palisz?

Badr doceniał wysoką jakość tytoniu, na który sam nie mógł sobie pozwolić.

Nur oparł się o kolumnę.

– Nie, a nawet gdyby tak było, nie odważyłbym się zapalić w jego obecności.

Nauczyciel zaśmiał się cicho.

– Opowiedz mi o Victoria College.

Chłopakowi zapłonęły oczy.

– To najlepsza szkoła na świecie. Jestem teraz kapitanem drużyny piłki nożnej. Rozgrywamy mecze z innymi szkołami. No i coraz lepiej pływam, bo chodzimy pływać w morzu, tyle że woda jest strasznie zimna. Aleksandria to przepiękne miasto.

Badr nigdy tam nie był, chociaż prowincja, z której pochodził, Asjut, leżała całkiem niedaleko. Uśmiechnął się jednak tylko, pochłonięty innymi myślami i nie do końca dopracowanymi projektami.

– Nadal piszesz wiersze? – spytał.

W Nurze zaszła nagła zmiana, jakby przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym.

– Tak. Ale nic, co bym uważał za poruszające czy wyjątkowe. Był pan dla mnie bardzo miły, dodając mi otuchy, kiedy zaczynałem.

– Masz talent. – Badr zaciągnął się papierosem. – A z czasem twoje umiejętności jeszcze wzrosną i będziesz coraz lepiej kontrolował kafijawazn[7] wiersza.

Przypomniał sobie, co najbardziej lubi w Nurze – szczere pragnienie poszerzania wiedzy, uczenie się nie dla stopni i nie ze strachu przed egzaminami. Być może mógłby mu się do czegoś przydać. Spróbuj, zachęcił się w duchu, spróbuj właśnie teraz, kiedy chłopak puchnie z dumy po komplemencie, jakim go obdarzyłeś. Zapewne rzadko ktoś chwalił go za coś takiego. Dlaczego nie spróbować, nie przycisnąć go, a nuż się uda?

Odetchnął głęboko.

– To o czym oni tam rozmawiali? O jakimś bloku?

– Tak, ojciec buduje nowoczesny budynek mieszkalny.

– Jak te w Kairze?

Nur się zaśmiał.

– Tak, w samym sercu Chartumu. Będzie to pierwszy wielopiętrowy budynek w mieście. Przy Newbold Street, koło Hoasz Boulus. Na parterze mają być sklepy i biura do wynajęcia, a na wyższych piętrach mieszkania.

– Kiedy będzie gotowy?

– Za półtora roku, może później. Żeby nie przesadzić, powiedzmy, że będzie gotowy w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim. Prace posuwają się naprzód, ale czasami, kiedy materiały nie docierają w terminie, zdarzają się przestoje.

Badr znowu odetchnął.

– Czy sądzisz, że twój ojciec byłby na tyle miły, żeby wynająć mieszkanie mi i mojej rodzinie? Nie musi być duże, wystarczą dwa pokoje. Mam, Allahowi niech będą dzięki, czworo dzieci, mój sędziwy ojciec niedomaga, a mieszkamy w naprawdę trudnych warunkach. Moja żona bezustannie na to narzeka, a co gorsza, nie mamy tam żadnej prywatności. Nie może tak dłużej być, to straszne. Dzisiaj dostałem list od mojego kuzyna. Chce przyjechać do Sudanu w poszukiwaniu pracy! Rzecz jasna zamierza się zatrzymać u mnie. Jestem zobowiązany przyjąć go pod swój dach. Ale gdzież ja go umieszczę? Mamy jeden pokój i siedzimy jedno drugiemu na kolanach!

Nur się zaśmiał rozbawiony takim doborem słów.

Nauczyciel zaciągnął się papierosem. To upokarzające, żalić się temu chłopcu, dziedzicowi fortuny. Ale duma to luksus, na który Badr nie mógł sobie pozwolić.

– Spytam go – obiecał Nur, wciąż się uśmiechając. – Na pewno wynajmie panu mieszkanie. Ojciec ma wobec tego budynku wielkie plany. Chce, żeby przyjęły się w Sudanie egipskie gusta i egipska fachowość, obie te cechy zapożyczone zresztą od Europejczyków. Czy zna pan historię powstania tego seraju? Ojciec jechał autem bulwarem w Heliopolis i zatrzymał się, by podziwiać posiadłość Paszy. Skontaktował się potem z jej twórcą i oznajmił architektowi: „Proszę zaprojektować mi taką samą w Omdurmanie”. Tak samo było z materiałami: wszystko, od marmurowych kafli po lampy ogrodowe, sprowadził przez Egipt z Włoch.

Idąc do wyjścia, minęli wypełniony gwarem i smakowitymi woniami hoasz. Hadżdżah Wahiba sprawdzała właśnie wszystkie tace, upewniając się, czy na każdą trafił pełen zestaw potraw.

Odwróciła się w ich stronę.

– Proszę zostać na kolacji – rzekła do Badra.

Zaproszenie matki powtórzył Nur. Duże okrągłe tace były zbyt ciężkie, żeby mogła udźwignąć je jedna osoba, więc służbie przyszli z pomocą członkowie rodziny. Nura również o to poproszono, więc przeprosił nauczyciela i zostawił go samego. Badr nie przyjął zaproszenia, chociaż był głodny – nie tylko ze skromności, ale też dlatego, że bardzo chciał wrócić do domu. Pragnął spędzić ten wieczór z Hannijah, zabawić ją opisem sypialni Mahmuda Beja. Musiał też położyć ojca do łóżka i sprawdzić, czy malcy odrobili zadania domowe – Hannijah nie można było ufać w tych sprawach, a czułby się upokorzony, gdyby jego dzieci nie były najlepsze w klasie. Powiedzenie, że szewc bez butów chodzi, w żadnym razie nie może odnosić się do niego. Przede wszystkim jednak, chciał zasiąść do kolacji z rodziną. Lubił patrzeć, jak jego synkowie jedzą. Każdy kęs, który trafiał z talerzy do ich ust, był halal[8]i owocem jego całodniowego wysiłku.

Kiedy szedł na przystanek tramwajowy, w uszach wciąż pobrzmiewała mu obietnica Nura: „Ojciec na pewno wynajmie panu mieszkanie”. Miał jednak za sobą zbyt wiele gorzkich doświadczeń, by nie spoglądać w przyszłość z cynizmem. Chłopak jest naiwny. Gdyby Mahmud Bej zgodził się wynająć mu mieszkanie, musiałby policzyć za to znacznie mniej, niż mógłby dostać na wolnym rynku. Rozumiałby, że Badra nie stać na wysoki czynsz, i czułby się zobowiązany wyświadczyć mu tę przysługę jako prywatnemu nauczycielowi swoich dzieci. Dlatego istniało prawdopodobieństwo, że nie wyrazi zgody. Warto było jednak próbować i Badr miał jeszcze w planach poproszenie o wstawiennictwo madame Nabilah. Jako jego rodaczka, być może będzie bardziej skłonna mu współczuć i szepnie mężowi słówko.

Za zakrętem o mało nie wdepnął w placek oślego łajna, ale myślami był daleko – teraz zaczął się zastanawiać nad pogłoskami, że Brytyjczycy nie dopuszczą do unii z Egiptem. Jeśli pozycja Egipskiej Misji Edukacyjnej zostałaby zagrożona tak bardzo, że musieliby się wycofać, jakże bezsensowne stałyby się jego marzenia o przeprowadzce! Na ziemię sprowadziło go nawoływanie do modlitwy dobiegające z pobliskiego meczetu. Odebrał je jako reprymendę, jako przypomnienie, po co żyje. Po to, by tu i teraz walczyć o przetrwanie, nie tracąc jednak z oczu tego, co czeka na końcu drogi. Po to, by mieć pieniądze na mięso dla swoich malców i na słodycze dla swojej cudnej Hannijah. Po to, by zaspokajać pragnienia i przeganiać smutki pani swego serca, która tak często jest powodem jego niepokoju. Po to, by zachowywać się jak mężczyzna i przywoływać ją do porządku, żeby nadal doglądała jego ojca i nie narzekała. Wszystko to było dla niego źródłem ogromnego stresu, podobnie zresztą jak intrygi i rywalizacja w szkole, oporni i tępi uczniowie, niekończące się bieganie z jednej prywatnej lekcji na drugą. Najgorsze było jednak to, co działo się z jego ojcem – to przerażające, jak z energicznego choleryka zmienił się w zdezorientowanego staruszka, mówiącego od rzeczy i zależnego od innych! Przerażenie to ustępowało wprawdzie powoli smutkowi, który stale Badrowi towarzyszył, ale nic nie mogło go rozproszyć i nie pomagały banalne słowa pociechy. Takie właśnie było życie Badra: szara codzienność i ani chwili spokoju. Po co to wszystko? Dokąd to zmierza? Odpowiedź miał teraz przed oczami, przypominała mu się nie raz i jeszcze nie raz miała mu się przypomnieć. Jego życie to podróż. Podróż do dnia, w którym wszechmogący Allah spojrzy na niego, spojrzy tak naprawdę, przejrzy go na wylot i zajrzy do jego wnętrza. A potem zawoła go po imieniu. Ya Badr.


III

Dla Nabilah Sudan był niczym dno morza, egzotyczna dzicz, senne miejsce z dala od tych, w których decydowały się losy świata. Miejsce niezwykłe, ale ograniczające jej ruchy, mogące ją wchłonąć, uwięzić w głębinach i utopić. Czasami udawało jej się wstrzymywać oddech i akceptować taki stan rzeczy, ale zazwyczaj walczyła o utrzymanie się na powierzchni, dokładając wszelkich starań, aby wieść takie same życie, jak jej matka w Kairze – życie nieznające stagnacji i duchoty, dostosowane do tempa i porządków cywilizowanego świata. Nabilah wiedziała, że powinna być bardziej elastyczna, że powinna się dopasować, ale zbyt świadoma swojego statusu, nie mogła odnaleźć w sobie dość beztroski. Przypominała piękną roślinę zerwaną w Egipcie przez Mahmuda Beja, czule wywiezioną na południe z nadzieją, że się tam przyjmie i bujnie rozrośnie.

Dzięki wsparciu męża i jego szerokiemu gestowi urządziła swoje skrzydło seraju na wzór nowoczesnego egipskiego domu, a nie zgodnie z tradycjami sudańskimi. Zamiast hoasz miała do dyspozycji zacieniony taras z wiklinowymi meblami, gdzie zimą mogła cieszyć się popołudniową herbatą, przyglądając się, jak Farial jeździ na trójkołowym rowerku, a Faruk kopie w ogrodzie piłkę. Zamiast staromodnych łóżek stojących wzdłuż czterech ścian umieściła w salonie wygodne fotele, kanapę i swoją dumę – gramofon. Była to bawialnia jak się patrzy. Goście rozłożeni na łóżkach, łóżka jako jedyne meble, jej własne łóżko wystawione na widok publiczny, żadnej prywatności – wszystko to bardzo ją drażniło. Uważała te zwyczaje za prymitywne, były dowodem na to, że Sudańczycy mają jeszcze przed sobą długą drogę. Podobnie było z posiłkami – w skrzydle Nabilah serwowano je w jadalni, przy porządnym stole, z nożami, widelcami i serwetkami, a nie na dużych okrągłych tacach. Jedli rękami, siedząc na łóżkach, które tak ją drażniły. Z Egiptu sprowadziła także całą swoją służbę. Przyjechali razem z nią niania i kucharz Gaber, którego tureckie dania wzbudzały zazdrość starszej żony Mahmuda Beja. Tylko w ten sposób Nabilah mogła poczuć się jak u siebie w domu. Otoczyła się egipskimi widokami, akcentami i kuchennymi zapachami, odcinając się od upału, pyłu i słońca dzikiej ojczyzny swojego męża.

Nie mogła jednak odciąć się od jego rodziny. Zjawiali się zapowiedziani i niezapowiedziani. Traktowali ją jak kogoś bliskiego, uśmiechali się przyjaźnie, uwielbiali jej dzieci i z podziwu godną cierpliwością tolerowali jej humory i obojętność. Nie rozumiała ich. Ten chłopak, Nur, z tym swoim szerokim uśmiechem, taki rozluźniony i zadowolony z siebie. Wyjaśniła mu kiedyś, że musi dzwonić do drzwi, a nie tak po prostu wdzierać się do środka. Zamiast przeprosić czy choćby pokazać, że zrozumiał swoje przewinienie, zachichotał tylko i powiedział: „Czy to nie dom mojego ojca?”. Albo ta dziewczyna, Soraja, taka niechlujna z tym swoim robieniem balonów z gumy, i te jej wiecznie czymś zajęte ręce – a to głaszczące oparcie fotela, a to bawiące się klamką, co okropnie Nabilah irytowało. Zero samodyscypliny! Często wpatrywała się też smętnie w ślubne fotografie Nabilah, nie mówiąc przy tym ani słowa. Albo rozsiadała się leniwie na fotelu i pytała, przeciągając samogłoski: „I co tam u ciebie słychać, Nabilah?”, nie zwracając się do niej ani „madame”, ani abla, ani hanim[9], ani nawet „ciociu”. Soraja również wpadała bez uprzedzenia, pożyczać książki, których nigdy potem nie oddawała, albo wyśmiewać się tego, że Farial jest obsypana talkiem albo że Faruk mówi z egipskim akcentem. Trudno się spodziewać, żeby dzieci mówiły inaczej niż ich matka!

Nabilah dała Farukowi i Farial po pierwszym z wielu całusów na dobranoc i zabrała się do ich usypiania. Jej pociechy były jedynymi dziećmi w rodzinie Abuzajdów, które kładły się do łóżek zawsze o tej samej porze i miały własny pokój, prawdziwy pokój dziecinny. Sudańczycy nie rozumieli nowoczesnych metod wychowania dzieci, ale miała zamiar uczyć ich na swoim przykładzie. Dzisiaj, zamiast bajki, opowiadała maluchom, skąd biorą się imiona.

– Ty, Faruku, dostałeś imię po królu. Po królu Egiptu i Sudanu, któremu baba[10] zawdzięcza swoją pozycję. To dlatego baba jest Mahmudem Bejem. Nie każdy może nazywać się Bej[11], nawet jeśli tego chce. Tylko król o tym decyduje.

Faruk uśmiechnął się i podciągnął kołdrę pod brodę. Farial trzymała rączkę na policzku matki.

– A ja, co ze mną?

– Zaczekaj. Faruk chce o coś zapytać.

Zawsze potrzebował zachęty. Teraz też otworzył usta, zamknął je, aż wreszcie wykrztusił:

– Ale nie wszyscy mówią do baby Mahmud Bej. Niektórzy mówią do niego Sajjid Mahmud.

Nabilah westchnęła.

– Niektórzy Sudańczycy nie rozumieją i nie doceniają tego tytułu. Wasz ojciec powinien ich poprawiać, ale tego nie robi.

– Więc Sajjid nie jest tak ważny jak Bej?

– Tutaj, w Sudanie, Sajjid to najgrzeczniejsza forma, jakiej można użyć wobec mężczyzny. Ale wasz ojciec…

Przerwała jej Farial, której już nie zadowalało trzymanie ręki na policzku matki, i złapała ją tak, żeby ta na nią spojrzała.

– Nie rób tak. To niegrzeczne – upomniała ją Nabilah.

Poirytowana dziewczynka zacisnęła usta.

– A co z moim imieniem? Co z moim?

– Najpierw przeproś, Farial!

– Przepraszam.

– Nie zabrzmiało to szczerze.

– Przepraszam, mamo.

– Tak lepiej.

Nabilah pocałowała ją w czoło i pogłaskała po głowie. Dzięki Ci, Boże, pomyślała, że moja córka nie ma kręconych włosów! Martwiła się o to przez całą ciążę.

– Dostałaś imię po księżniczce. Księżniczka Farial jest najstarszą córką króla.

Dziewczynka wyprężyła się jak zadowolony kot.

– A teraz spać!

Utuliła swoją ruchliwą córeczkę kołdrą, ale ta ani myślała zasnąć.

– Czy kiedy babcia przyjedzie z Kairu, to ona będzie nam opowiadała bajki na dobranoc?

Dzieci wiedziały, że Nabilah wysłała do Kadrijjah Hanim telegram, w którym zawiadamiała ją o chorobie Mahmuda i błagała, by matka ją odwiedziła.

Westchnęła.

– Babcia nie może przyjechać. Ale następnym razem, kiedy będę do niej dzwoniła, dam ci na chwilę słuchawkę. Och, gdybyśmy tak teraz byli w Kairze! Jestem pewna, że baba nie byłby taki chory. Lekarze w Kairze na pewno są lepsi od tych tutaj.

Nie mogła zadomowić się w Sudanie. Nie tak się umawiali, kiedy brali ślub. Z początku plan był taki, że Mahmud kupi jej mieszkanie w Kairze i będzie składał jej długie wizyty. Przecież i tak, interesy zmuszały go do spędzania w Kairze kilku miesięcy w roku i warto było mieć tam własny dom, zamiast zatrzymywać się zawsze w tym samym apartamencie w hotelu Shepherd. Nabilah byłaby egipską żoną w Kairze, a Hadżdżah Wahiba sudańską w Omdurmanie. Takie rozwiązanie doskonale sprawdzało się w praktyce i przeżyli tak kilka lat, kiedy nagle mąż zaproponował, by przeprowadziła się z dziećmi tutaj. Nabilah nie zgodziłaby się, gdyby nie namowy matki. Mahmud zapewnił ich, że Nabilah będzie miała własne skrzydło, że ani Hadżdżah Wahiba, ani nikt z rodziny nie będzie wchodził jej w drogę. Obiecał, że każde lato spędzi z dziećmi w Kairze. Więc Nabilah zebrała się w sobie, zaczerpnęła powietrza i popchnięta lekko przez matkę, rzuciła się na głęboką wodę.

Żeby zapomnieć o nostalgii, odezwała się do swojego poważnego synka:

– Zgadnij, kto odwiedził dziś babę! – Wyprostowała kołnierzyk jego piżamy. – Twój nauczyciel, ustaz Badr.

Chłopczyk patrzył w przestrzeń. Karnację miał ciemniejszą niż matka i siostra, włosy bardziej kręcone, a rysy bardziej murzyńskie.

– Kiedy baba wróci do domu?

Pogłaskała go po policzku.

– Niedługo. Dzisiaj czuje się lepiej. Jutro, kiedy go odwiedzimy, przyjdzie z nami do domu.

Na czas choroby Mahmud Bej przeniósł się do swojej dawnej sypialni w środkowej części seraju, nieopodal hoasz Hadżdżah Wahiby. Nie chciał, żeby tłumy gości zakłócały spokój jego młodszej żony.

– Czy baba umrze?

Jakby przed chwilą mu nie powiedziała, że czuje się lepiej! Chłopiec odnosił się do ojca z rezerwą, może dlatego, że czasem przez wiele miesięcy, kiedy byli w Kairze, w ogóle go nie widywał. Mahmud Bej rzadko zwracał na niego uwagę i malca onieśmielała jego obecność.

Nabilah ściągnęła brwi.

– To bardzo niegrzecznie mówić tak o własnym ojcu. Nie wolno ci nigdy używać tego słowa. Ani tak nie mów, ani o tym nie myśl.

A przecież sama o tym myślała. Udobruchała szybko Faruka, bo nie chciała, żeby zasypiał zasmucony jej gniewem, co zwykle powodowało, że moczył się w nocy. Zgasiwszy światło, przeszła do swojej sypialni i oddała się godnym potępienia rozmyślaniom, których zabraniała synkowi. Śmierć męża oznaczałaby dla niej jedno: powrót do Kairu.

Zostałaby wdową w tym samym wieku, co jej matka. Ojciec Nabilah zmarł, gdy miała dziewięć lat, a jej matka wyszła powtórnie za mąż jeszcze w tym samym roku. Tyle że gdyby zmarł Mahmud, Nabilah nie musiałaby szukać jego następcy, ponieważ odziedziczyłaby swój udział w jego ogromnym majątku i źródła stałego dochodu. Było coś obscenicznego w drążeniu tego tematu, a mimo to jej umysł wciąż podsuwał jej kolejne obrazy. Zobaczyła siebie wsiadającą z dziećmi do samolotu, w czerni, z oczami zaczerwienionymi od płaczu, bladą i nieumalowaną. Wyobraziła sobie, jak spotyka się z matką na lotnisku, a potem jadą do domu znajomymi szerokimi ulicami, a ona chłonie bliskie jej widoki i dźwięki. Zajechałyby pod dom, a odźwierny wstałby, by się z nimi przywitać i wniósł po schodach jej walizki. Drzwi do mieszkania byłyby otwarte na oścież, gdy wysiadałyby z windy. Na progu stałaby służąca jej matki, w chustce i długiej sukni we wzory. Powiedziałaby: „Alhamdulillah za pani bezpieczny powrót, ja sett hanim”.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com