Apokalipsa Z. Mroczne dni t.2 - Manel Loureiro - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Apokalipsa Z. Mroczne dni t.2 ebook

Manel Loureiro

4.11764705882353 (17)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 392 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 10 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Apokalipsa Z. Mroczne dni t.2 - Manel Loureiro

Ocalonym z Apokalipsy Z udaje się dotrzeć na Wyspy Kanaryjskie, jedne z ostatnich miejsc, gdzie można się nie obawiać nieumarłych. Trafiają jednak trafiają do społeczności rządzonej przez wojskowych, pogrążonej w wojnie cywilnej, której ludność głoduje i zużywa ostatnie zasoby potrzebne do życia.

Władze Teneryfy rozkazują bohaterowi i jego nieodstępnemu towarzyszowi, aby wraz z ekipą żołnierzy wyruszyli na niemal samobójczą misję: mają zdobyć zasoby zgromadzone w szpitalu La Paz w Madrycie, podczas apokalipsy zamienionego w Bezpieczną Strefę, jedną z pierwszych, które upadły. W szpitalnych magazynach nadal zgromadzone są całe tony lekarstw, niezbędnie potrzebnych ocalonym na Wyspach. Bohaterowie będą zmuszeni pożegnać bezpieczne schronienie i powrócić do niewyobrażalnego piekła – postapokaliptycznego Madrytu, pełnego agresywnych żywych trupów. Ich odwaga ponownie zostanie wystawiona na próbę.

Nie wyobrażają sobie, że najgorsze jeszcze przed nimi. Niegodziwość ludzka naraża na szwank przetrwanie kruchych resztek cywilizacji…

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}

Opinie o ebooku Apokalipsa Z. Mroczne dni t.2 - Manel Loureiro

Cytaty z ebooka Apokalipsa Z. Mroczne dni t.2 - Manel Loureiro

Przez krótką chwilę miała szaloną wizję, w której twarz dozorczyni zmieniła się w pysk buldożka francuskiego obwąchującego jakieś paskudztwo na chodniku i medytującego nad smutkiem swego pieskiego życia.
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że demokracja, zarówno na jednej, jak i na drugiej wyspie, była jedynie pięknym słowem pozbawionym treści, za którym chroniły się poszczególne grupy władzy, aby utwierdzić się na pozycjach i przetrwać.

Fragment ebooka Apokalipsa Z. Mroczne dni t.2 - Manel Loureiro













Manel Loureiro

APOKALIPSA Z
Mroczne dni


Tytuł oryginału: Apocalypse Z

Los días oscuros

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Redaktornia.com

Zdjęcia na okładce

© stokkete/Fotolia.com

© Andrey Yurlov/Shutterstock

© 2010, Manel Loureiro Doval

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Maria Mróz

ISBN 978-83-7758-545-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Dla Maribel,

której – bardziej niż komukolwiek

innemu – ta książka by się podobała


Zabici ich leżą porzuceni, rozchodzi się zaduch z ich trupów; od krwi ich rozmiękły góry…[1]

(Księga Izajasza, 34,3)


Wprowadzenie

Gdzieś w Saharze Zachodniej

Niewielka jaszczurka od wielu godzin trwała nieruchomo pod nagrzanym przez słońce głazem. Powietrze paliło, jakby pochodziło wprost z głębin piekła. Boki gada pulsowały w rytm oddechu. Od czasu do czasu jaszczurka wysuwała szorstki język i cierpliwie czekała na czas polowania, który nadejdzie, gdy nad tym niegościnnym, pustynnym zakątkiem zapadnie noc.

Nagle poczuła drgania niesłyszalne dla ludzkich uszu; zresztą nie było tam nikogo, kto mógłby coś usłyszeć. Skuliła się instynktownie w zagłębieniu pod kamieniem, a jej maleńki mózg pracował nad rozpoznaniem zagrożenia i sposobem ocalenia przed nieznanym, lecz z pewnością niebezpiecznym drapieżnikiem.

Wkrótce infradźwięki zamieniły się w słyszalne odgłosy. Z początku był to niski pomruk, który stopniowo narastał, aż na kilka sekund przeszedł w ogłuszający warkot tuż ponad kryjówką gada. Następnie dźwięk stawał się coraz słabszy, a w końcu ucichł na zawsze.

Jaszczurka wychyliła ostrożnie łepek spod głazu. Przymknęła błoniaste powieki, aby dostosować wzrok do ostrego południowego blasku. Przez chwilę przez powietrze falujące od upału patrzyła w przejrzyste, bezlitośnie błękitne niebo zachodniej Sahary.

Gdyby wyjrzała pół minuty wcześniej, stałaby się świadkiem spektaklu niezwykłego w tym zapadłym zakątku świata. Ujrzałaby przelatujący ogromny śmigłowiec, pomalowany na żółto i biało, ozdobiony na jednym z boków wytartym logo Xunta de Galicia i dźwigający podwieszony pod podwoziem dziwaczny ładunek wielkich kanistrów, zresztą już w większości opróżnionych. Bardziej uważny obserwator dostrzegłby także pilota, niskiego czterdziestoletniego blondyna z sumiastym wąsem i bez dwóch palców u lewej dłoni, który wykonywał swoje zadanie automatycznie i z wyrazem zmęczenia na twarzy, oraz pasażerów – dwie kobiety w różnym wieku i mężczyznę z niechlujnym parodniowym zarostem. Za to ktoś, kto mógłby zajrzeć do wnętrza śmigłowca, zauważyłby, że mężczyzna głaszcze ogromnego perskiego kota spokojnie śpiącego mu na kolanach i – spoglądając w roztargnieniu na pustynny krajobraz, który otwiera się przed jego oczyma – błądzi myślami bardzo daleko.

Ów mężczyzna, tuż po trzydziestce, był wysoki i szczupły, twarz miał kościstą. Wyraz jego oczu wskazywał na skrajne wyczerpanie. Jeszcze nie tak dawno nasz bohater wiódł nudne, niewykraczające poza rutynę życie prawnika w małym mieście na północy Hiszpanii.

Dni mijały mu na pracy, na kontaktach z rodziną i przyjaciółmi oraz na próbach radzenia sobie z ogromnym żalem i pustką po śmierci żony, która zginęła dwa lata wcześniej. Aż nagle pewnego dnia – przed dziesięcioma miesiącami – rozpętała się apokalipsa i wszystko diabli wzięli. Wszystko się zmieniło.

Wszystko.

Na początku były tylko niejasne wiadomości prasowe, krótkie notki, którym nie poświęca się najmniejszej uwagi. Jakaś mała grupka muzułmańskich rebeliantów wpadła na wspaniały pomysł, żeby zaatakować bazę wojskową w Dagestanie, odległej republice Federacji Rosyjskiej. Czy chcieli zdobyć broń chemiczną, czy jeńców, czy po prostu broń konwencjonalną, aby ją sprzedać na czarnym rynku – tego nie wiadomo.

Napastnicy nie zdawali sobie sprawy, że baza ta była w swoim czasie eksperymentalnym ośrodkiem badawczym broni bakteriologicznej i że drzemały tam spokojnie w szklanych próbówkach najgroźniejsze na świecie bakterie i wirusy, czekając na swój wielki dzień. Należy wszakże oddać sprawiedliwość terrorystom: nawet zachodnie służby wywiadowcze nie miały pojęcia o istnieniu tej zapomnianej schedy po byłym imperium radzieckim. Zresztą w świetle tego, co stało się później, to i tak nie miało najmniejszego znaczenia.

A to dlatego, że tak czy owak napad okazał się sukcesem. Lub też całkowitą i straszliwą porażką, zależy, jak się na to spojrzy. Napastnikom udało się bowiem opanować bazę, ale też niechcący i przypadkowo uwolnić z próbówek szczep drobnoustrojów, które nigdy nie powinny były zostać stworzone. I dlatego, zanim upłynęły dwie doby od ataku, wszyscy rebelianci byli już martwi. No, prawie martwi…

Najgroźniejsze jednak było to, że niedostrzegalne ludzkim okiem tajemnicze wirusy rozprzestrzeniały się niekontrolowanie, jak pożar na afrykańskiej sawannie.

Oczywiście początkowo nikt o tym nie wiedział. W starej, zapatrzonej w siebie Europie, w Ameryce i w Azji życie toczyło się swoim biegiem, spokojnie i przyjemnie. W ciągu pierwszych siedemdziesięciu dwóch godzin można było jeszcze coś zrobić, można było opanować epidemię, ale Dagestan to mała i biedna republika, a jego władze, nawet gdyby chciały coś uczynić, nie miały ku temu środków. Faza propagacji choroby już się rozpoczęła.

Przez pierwsze parę dni nikt (w tym prawnik o kościstej twarzy) niczym się nie martwił. Wiadomości o dziwnej gorączce krwotocznej gdzieś w górach Kaukazu, docierające poprzez prasę i telewizję, ginęły wśród informacji o wynikach mistrzostw Europy w piłce nożnej i doniesień o kolejnych skandalach politycznych.

To jednak postępowało.

Dopiero po jakimś czasie zaczęto się orientować, że coś jest bardzo, bardzo nie w porządku. Duże obszary Dagestanu stały się ciemne i milczące, jakby nie było tam już nikogo żywego. Władze tej małej republiki dokonały rozpoznania i tak wystraszyło je to, co odkryły, że niezwłocznie zaapelowały do rządu Federacji Rosyjskiej, aby się zajął tym problemem. Przerażeni Rosjanie natychmiast zamknęli granice, nie tylko Dagestanu, ale i całego państwa.

Ale wtedy było już za późno.

Początkowo pojawiły się nieskładne plotki, następnie całe serie sprzecznych komunikatów władz Rosji, Centrum Zwalczania i Profilaktyki Chorób z Atlanty oraz siedmiu innych organizacji światowych, które twierdziły, że chodzi o wybuch epidemii ebola, ospy, gorączki Zachodniego Nilu, choroby marburskiej lub też o żadną z wyżej wymienionych. Wieści, coraz straszniejsze i bardziej niepokojące, rozchodziły się po świecie, w miarę jak strefa cienia rozszerzała się z Dagestanu na sąsiednie kraje, a rzesze uciekinierów starały się zbiec przed „tym czymś”, czymkolwiek ono było. Na koniec Putin i podległe mu władze zarządzili blokadę informacji w kraju, znieśli wolność prasy w Federacji Rosyjskiej i mimochodem, jakby niechcący, poprosili o pilną pomoc zagraniczną.

Lecz i na to było za późno.

W tym czasie już nie tylko nasz prawnik, ale i połowa ludzkości śledziła, co działo się w tamtym rejonie świata. Wiadomości o epidemii przeszły z ostatnich stron na czołówki gazet. Zdjęcia, które wyciekły mimo ostrej cenzury, pokazywały niezliczone tłumy uciekinierów zdążające w jednym kierunku i równie nieprzebrane szeregi wojska udające się w stronę przeciwną. Niektórych, co bardziej dociekliwych i nieufnych, dziwiło niepomiernie, że epidemię zwalcza się przy pomocy armii, ale ich głos ginął przytłoczony oficjalnym przekazem. W końcu wysłano do ogniska epidemii wyspecjalizowane służby międzynarodowe. Gdyby nastąpiło to dwa tygodnie wcześniej, miałyby może pewną szansę na powodzenie.

Ale wówczas naprawdę było już za późno.

Po kilku dniach oddziały międzynarodowe musiały wracać do rodzinnych krajów. Zabierały ze sobą rannych, którzy ucierpieli w potyczkach z tymi, którym mieli nieść pomoc. Problem przybrał wymiar globalny. Choć jeszcze nikt o tym nie wiedział, epidemia ostatecznie wymknęła się spod kontroli i przerodziła się w pandemię. Najrozsądniejsze, co można było wtedy zrobić, to fizycznie unicestwić zarażonych (a władze już zaczynały sobie zdawać sprawę, z czym mają do czynienia), ale interesy polityczne i lęk przed opinią publiczną przeważyły nad zdrowym rozsądkiem.

I tak zaprzepaszczono ostatnią szansę kontroli nad pandemią, a wirus rozpoczął swą śmiertelną galopadę, przekształcając pandemię w apokalipsę.

Wtedy to prawnik był już tak samo przerażony jak reszta świata, jak wszyscy, którzy mieli dostęp do telewizji, radia czy internetu. Środki komunikacji nieustannie nadawały wiadomości o pandemii. Nasz bohater bezradnie śledził, dzień po dniu, jak wirus podbija nowe terytoria. Wkrótce nie było już żadnych wiadomości z Dagestanu. Po paru dniach ucichła cała Federacja Rosyjska… I Polska, Finlandia, Turcja, Iran, a następnie wszystkie państwa świata. Wirus rozprzestrzeniał się po całej planecie jak plama ropy po morzu, ale nawet wtedy cenzura nadal panowała nad obiegiem informacji. Władze Unii Europejskiej w bezprecedensowym akcie powołały wspólny sztab antykryzysowy, który dawkował wiadomości jak kroplomierzem, podczas gdy połowa krajów Europy zamykała szczelnie granice i ogłaszała stan wyjątkowy. To właśnie wtedy w internecie pojawiły się pierwsze szaleńcze plotki o chodzących żywych trupach lub o chorych przejawiających potworną agresję. Nie brak było także doniesień o ataku cywilizacji pozaziemskiej, nadejściu Antychrysta, skutkach eksperymentów genetycznych lub potworach z piekielnych czeluści. Było niemal tyle teorii, ile stron w sieci.

Wszyscy natomiast zgadzali się co do jednego, że – czymkolwiek było – zagrożenie okazało się niesłychanie zaraźliwe i śmiertelnie niebezpieczne. I że choroba rozprzestrzeniała się poprzez bezpośredni kontakt z zakażonymi.

Pewnego dnia nasz prawnik ujrzał w telewizji króla Hiszpanii, który – ubrany w mundur jak podczas zamachu stanu w 1981 roku – ogłosił stan wojenny. Zrozumiał, że to, co sygnalizowała mała notka prasowa dwa tygodnie wcześniej, dotarło także do jego kraju.

A władze ze wszystkich złych rozwiązań wybrały najgorsze. Powodowane przytłaczającą logiką procedur sanitarnych (odizolować zdrowych od błąkających się chorych), zdecydowały się skoncentrować wszystkich jeszcze niezarażonych w azylach urządzonych w tym celu w całym kraju, nazwanych Bezpiecznymi Strefami. Były to całe kwartały miast, odpowiednio ogrodzone i odizolowane, gdzie obywatele pozostawaliby z dala od „czynnika infekcji”. W tym czasie już wszyscy bowiem zdawali sobie sprawę, że spotkanie z zarażonymi kończy się naprawdę źle.

Nasz prawnik natomiast ze wszystkich pomysłów, które mu przychodziły do głowy, wybrał na swoje szczęście najlepszy. Nie chciał trafić do żadnej z Bezpiecznych Stref (wydały mu się podejrzanie podobne do warszawskiego getta), więc kiedy wojskowe oddziały ewakuacyjne przeszukiwały jego dzielnicę, ukrył się i czekał, aż wszyscy odejdą, po czym zabarykadował się we własnym domu.

Został sam.

Ale nie na długo.

Teraz było już kwestią chwili, aby posady świata zaczęły się kruszyć. Prąd i media szwankowały, ponieważ pracownicy odpowiedzialni za ich utrzymanie nie pojawiali się w swoich miejscach pracy lub po prostu znikali bez śladu. Wkrótce kanały telewizji na całym świecie nadawały jedynie stare filmy przerywane od czasu do czasu przez krótkie programy informacyjne, w których histerycznie nakazywano obywatelom koncentrację w Bezpiecznych Strefach. Cenzura podupadła całkowicie. Przyznawano jawnie, że zarażeni po śmierci powracają do życia, napędzani jakimś impulsem, który wywoływał straszliwą agresję wobec żywych istot. Brzmiało to jak wątek zaczerpnięty z kiepskiego filmu i wydawałoby się śmieszne, gdyby nie było prawdziwe. I gdyby w ciągu kilku dni nie doprowadziło do upadku świata.

Potworny maleńki wirus uwolniony przypadkiem z próbówki przed dwudziestoma dniami pokazał, do czego jest zdolny.

Bardzo trudno opisać to, co zdarzyło się w ciągu następnych czterdziestu ośmiu godzin. System padł, na całym niemal świecie zabrakło prądu i nie znalazł się nikt, kto wiedziałby, co robić. Bezpieczne Strefy okazały się śmiertelną pułapką dla tych, którzy się w nich schronili. Hałas i skupienie ludzi w jednym miejscu działały jak magnes na Nieumarłych, a ci kłębili się już wszędzie. W niektórych strefach oblężenia wybuchła panika, co ułatwiło tym istotom ich zdobycie i opanowanie, z takim skutkiem, że większość chroniących się tam osób także przeistoczyła się w Nieumarłych. Oficjalny przekaz, docierający z rzadka przez nieliczne działające jeszcze media zmienił się: należało trzymać się z daleka od Bezpiecznych Stref.

Teraz jednak było już za późno na cokolwiek. O wiele za późno. Sytuacji nie dało się opanować w żaden sposób.

Prawnik, który pozostał w domu sam, w dzielnicy opuszczonej przez mieszkańców i jedynie w towarzystwie leniwego perskiego kota o imieniu Lukullus, obserwował klęskę w osłupieniu. Kiedy przestał działać nawet internet, szykował się na najgorsze.

I najgorsze wkrótce nadeszło. Nie minęły nawet dwie doby, kiedy pierwsi Nieumarli pojawili się na ulicach spokojnego osiedla na obrzeżach niewielkiego miasta w północnej Hiszpanii. Przerażony prawnik zdał sobie sprawę, że ocalał tylko po to, żeby tkwić uwięziony we własnym domu jak w śmiertelnej pułapce. Przez następne dni ze zgrozą obserwował przez okno swojego schronienia przemarsz nieskończonych szeregów Nieumarłych.

To było piekło na ziemi.

Dopiero po kilku dniach zdecydował się uciec z domu i przedostać do Vigo, do najbliższej Bezpiecznej Strefy, ponadto chciał ujrzeć jakąś ludzką twarz. Skończyły mu się zapasy pożywienia i wody. Miał do wyboru: albo podjąć próbę wymknięcia się Nieumarłym i dotarcia do bezpieczniejszego miejsca, albo też sczeznąć we własnym domu. Mimo oficjalnych ostrzeżeń schronienie się w Bezpiecznej Strefie wydawało mu się jedynym możliwym sposobem ocalenia.

I tak, w każdej chwili igrając ze śmiercią, rozpoczął niebezpieczną, długą podróż przez wyludnione wsie, szosami zablokowanymi przez porzucone lub roztrzaskane samochody, których pasażerom nikt nie przyszedł z pomocą. Kiedy na koniec dotarł do Bezpiecznej Strefy w Vigo, płynąc wzdłuż brzegu bezpańską żaglówką zdobytą w porcie Pontevedra, runęła jego ostatnia nadzieja. Bezpieczna Strefa w Vigo, zlokalizowana w dawnej strefie wolnocłowej portu, była całkowicie i bezpowrotnie spustoszona. Nie pozostał żaden żywy człowiek, za to po całej okolicy błąkały się bez celu tysięczne rzesze Nieumarłych.

Był bliski popełnienia samobójstwa, gdy zauważył oznaki ludzkiej bytności na stojącym na redzie starym skorodowanym statku towarowym „Zaren Kibish”. Udało mu się tam dostać. Załoga statku, a właściwie grupa zgromadzonych na nim ocalonych, opowiedziała mu o potwornościach, które rozegrały się w ostatnich godzinach istnienia Bezpiecznej Strefy w Vigo, o jej zagładzie pod nawałą Nieumarłych, o głodzie i chorobach; jednym słowem streściła mu historię tysięcy podobnych miejsc na całym świecie.

Ale raz jeszcze fortuna mu sprzyjała. Na pokładzie „Zaren Kibish” poznał wąsatego, niskiego Ukraińca o niewiarygodnie niebieskich oczach, Wiktora Pritczenkę, pilota śmigłowca. Pritczenkę, jak wielu pilotów z Europy Wschodniej, władze Galicii zatrudniały co roku w sezonie letnim do zwalczania pożarów lasu. Uwięziony przez apokalipsę w Vigo, z dala od domu i rodziny, Ukrainiec jako jeden z niewielu ocalał z ataku na Bezpieczną Strefę. Zaprzyjaźnił się z naszym bohaterem, tak jak i on samotnym, zabłąkanym w chaosie tych dni grozy.

Przetrwali kilka upiornych tygodni, podczas których nie tylko musieli bronić się przed Nieumarłymi, lecz i stawić czoło despotycznemu i niezrównoważonemu kapitanowi statku, po czym wspólnie opracowali plan ucieczki. Śmigłowiec Ukraińca, przystosowany do prowadzenia akcji gaśniczych, nadal znajdował się w bazie leśnej o kilka kilometrów od portu. Chcieli do niego dotrzeć, aby następnie spróbować dolecieć na Wyspy Kanaryjskie, jedno z nielicznych miejsc na świecie, które z racji swego oddalenia uchroniło się przed pandemią. To właśnie tam, jak wynikało z ostatnich wiadomości docierających tuż przed absolutną zagładą systemu, hiszpańskie władze i ocaleni usiłowali pozbierać do kupy szczątki upadłej cywilizacji.

Najpierw jednak należało odwrócić uwagę kapitana i jego uzbrojonej załogi, planujących ocalić własną skórę kosztem życia Prita i prawnika. Naszym bohaterom udało się uciec ze statku oraz – wielokrotnie ryzykując życie – przemierzyć spustoszone miasto. Wydawało się, że najgorsze już za nimi.

Jednak los nie szczędził im dalszych prób.

W opuszczonym salonie samochodowym, który wybrali na prowizoryczne schronienie na noc, Wiktor Pritczenko uległ wypadkowi, próbując otworzyć zabezpieczoną mechanizmem pirotechnicznym walizeczkę, na której odzyskaniu bardzo zależało kapitanowi statku. Wymagał niezwłocznej pomocy lekarskiej.

Prawnikowi nie pozostało nic innego, jak spróbować dotrzeć do jakiegoś szpitala. Jego towarzysz stracił dwa palce i cierpiał na poparzenia drugiego stopnia. Było oczywiste, że w szpitalu nie ma już żadnego lekarza i że najprawdopodobniej kłębią się tam tłumy Nieumarłych, lecz przynajmniej liczyli na znalezienie niezbędnych materiałów opatrunkowych i lekarstw.

Nasz bohater nie wziął pod uwagę, że ogromny, opuszczony i pogrążony w ciemnościach szpital, z dziesiątkami korytarzy, sal i klatek schodowych, może się okazać śmiertelną pułapką. Otoczeni przez Nieumarłych i zagubieni w czeluściach budynku mężczyźni tracili wszelką nadzieję, lecz kiedy sytuacja wydawała się bez wyjścia, pojawiła się Lucía. To ona ich ocaliła.

W ponurym gmachu opanowanym przez Nieumarłych spodziewali się wszystkiego, tylko nie spotkania z żywą dziewczyną. Miała siedemnaście lat, była wysoka i szczupła, a długie czarne włosy podkreślały urok jej lekko skośnych zielonych oczu. Jej obecność w tych ciemnych korytarzach była tak niedorzeczna, że wydała się adwokatowi i Pritczence przywidzeniem. Ale Lucía, podobnie jak oni sami, była po prostu przerażoną istotą ludzką, którą łaskawy los ocalił i umieścił w tym właśnie miejscu.

W końcowych dniach chaosu dziewczyna, szukając rodziców, od których się odłączyła, trafiła do szpitala. Nie udało jej się odnaleźć nikogo z rodziny, za to przez kilka dni pomagała nielicznym, skrajnie wyczerpanym lekarzom, którzy za wszelką cenę usiłowali podtrzymać funkcjonowanie placówki sanitarnej.

Podziemia szpitala stanowiły coś w rodzaju bunkra, do którego prowadziło jedynie kilkoro pancernych drzwi. Kiedy rzesze Nieumarłych otoczyły budynek, dziewczynie w ostatniej chwili udało się tam ukryć. Towarzyszyła jej siostra Cecilia, zakonnica, która też pracowała do końca jako pielęgniarka wolontariuszka. Od tej chwili obie kobiety mieszkały zabarykadowane w szpitalnej piwnicy, czekając na brygady ratunkowe, które nigdy nie nadeszły. Kiedy Lucía usłyszała wystrzały i ludzkie głosy rozbrzmiewające w korytarzach, odważyła się opuścić bezpieczne schronienie.

Jej zdumienie dorównywało temu, którego doświadczyli prawnik i pilot. Zamiast na uzbrojoną grupę ratowników – na co liczyła – natknęła się na uciekinierów, brudnych, głodnych, zagubionych i na granicy załamania nerwowego, z których jeden dodatkowo był ciężko ranny.

Młodziutka dziewczyna wykazała się doświadczeniem godnym dorosłych. Zaciągnęła mężczyzn wraz z ich puszystym rudym kocurem do piwnicy, gdzie siostra Cecilia, ostatnia żywa sanitariuszka w promieniu setek kilometrów, zajęła się rannym Ukraińcem. W końcu, po wielu tygodniach koszmaru, prawnik i jego przyjaciel odnaleźli bezpieczny, ciepły i wygodny azyl.

Następne miesiące minęły im jak we śnie. Czwórka ocalonych, komfortowo zainstalowana w piwnicy zabezpieczonej przed Nieumarłymi, wyposażonej w wodę i żywność dla setek osób oraz własne generatory energii elektrycznej, prowadziła spokojne życie i czekała, aż sytuacja na powierzchni pozwoli opuścić podziemia.

Lecz zdarzyło się coś nieprzewidzianego, co zmusiło ich do nagłego opuszczenia szpitala i podjęcia próby dotarcia na Wyspy Kanaryjskie. Podczas silnej burzy kilka kilometrów od szpitala wybuchł pożar wzniecony piorunem. W opuszczonym przez ludzi świecie, pełnym łatwopalnych szczątków i suchej roślinności, ogień rozprzestrzeniał się swobodnie, aż dotarł niemal do drzwi jeszcze nie tak dawno supernowoczesnego szpitala. Na szczęście czworo ocalonych zdało sobie sprawę z zagrożenia, zanim ogarnęła ich pożoga. W ostatniej chwili, kiedy pierwsze płomienie pełzały już po ścianach, szczęśliwie udało im się opuścić budynek.

Tak więc już od paru dni podróżowali śmigłowcem. Napełnili po brzegi zbiorniki paliwem i zabrali w sieć ładunkową tyle zapasowych kanistrów z benzyną, ile się dało, po czym skierowali się ku Wyspom Kanaryjskim, gdzie spodziewali się znaleźć ocalałe resztki ludzkiej cywilizacji. Prowadziła ich jedna jedyna myśl.

Chcieli przeżyć.


1

– Prit! Prit! Słyszysz mnie? Cholerny ukraiński psychopata!

Zakląłem pod nosem. Pieprzony interkom znowu się zepsuł. Po raz trzeci, od kiedy wylecieliśmy z okolic Vigo. Nagle ciężka maszyna podskoczyła do góry, dostawszy się w komin ciepłego powietrza. Złapałem się z całej siły bocznej poręczy. Prit, obojętny na harce śmigłowca, pełnym gazem radośnie pruł do przodu, bez litości katując moje uszy okropną słowiańską wersją piosenki o ciele Johna Browna.

Włożyłem Lukullusa do koszyka. Kot przeciągnął się z gracją właściwą swojemu gatunkowi i ponownie spokojnie usnął, niewrażliwy na potworny ryk silników naszego wehikułu. Spoglądałem z zazdrością na wielką kulę rudego futra. Po pięciu dniach lotu ten dźwięk, nawet przefiltrowany przez słuchawki interkomu, doprowadzał mnie do szału. Jak, do diabła, Lukullus to znosi? No cóż, koty chyba po prostu tak mają.

Odwróciłem się w kierunku kabiny pasażerskiej. Siostra Cecilia, starannie przypięta pasem do fotela, mamrotała monotonnie modlitwy, prawą ręką przesuwając paciorki różańca. Niziutka zakonnica wyglądała nieco surrealistycznie w swym nienagannie czystym habicie i ogromnych czerwonych słuchawkach na głowie. Jedyne, co można było jej zarzucić, to z lekka pozieleniałą cerę i wyraz lęku, który pojawiał się na jej twarzy za każdym razem, gdy śmigłowiec dostawał się w strefę turbulencji. Najwyraźniej latanie nie należało do jej ulubionych zajęć, ale ze spokojem znosiła niewygody podróży. Przez te pięć dni z jej ust nie dobyła się ani jedna skarga.

Na fotelach po przeciwnej stronie przejścia leżała wygodnie wyciągnięta Lucía. Miała na sobie obcisłe beżowe szorty i koszulkę na ramiączkach ubrudzoną smarem z wirnika (uparła się, żeby pomóc Pritowi sprawdzić działanie wirników śmigłowca podczas ostatniego postoju). Spała głębokim snem, a niesforne pasmo włosów spadało jej na oczy. Wyciągnąłem rękę i odgarnąłem jej włosy z twarzy, starając się nie obudzić dziewczyny.

Westchnąłem. Miałem z nią kłopot i nie wiedziałem, co robić. W ciągu tych ostatnich dni Lucía przywiązała się do mnie… a ja do niej. Było jasne, że jej się podobam i że szuka sposobu, aby mnie uwieść. Nie zaprzeczam, też odczuwałem silny pociąg do tej czarnulki ze zniewalająco długimi nogami, o kuszących kształtach i kocich oczach, mimo wszystko starałem się zachować zimną krew.

Po pierwsze, to naprawdę nie był czas ani miejsce na romans. Ponadto, co wydawało mi się nie mniej ważne, dzieliła nas zbyt duża różnica wieku. Szesnastoletnia smarkula (no, siedemnastoletnia, poprawiłem się w myślach) i ja, trzydziestolatek. Na Boga, to prawie czternaście lat różnicy.

Lucía poruszyła się przez sen, mrucząc coś z wyrazem zadowolenia na twarzy. Przełknąłem ślinę. Lepiej pójdę trochę odetchnąć, pomyślałem…

Minąłem wąski korytarzyk, który łączył strefę bagażową i pasażerską z kokpitem, i opadłem na siedzenie drugiego pilota obok Pritczenki. Ukrainiec odwrócił się i uśmiechnął promiennie. Z niewielkiego pokrowca przewieszonego przez ramię wyjął termos z kawą i wyciągnął w moim kierunku. Machinalnie podniosłem go do ust i łyknąłem trochę płynu. Natychmiast do oczu napłynęły mi łzy. Nie mogłem złapać tchu, zakrztusiłem się i zakaszlałem. Niech mnie, jeśli ta kawa nie była pół na pół zmieszana z wódką.

– Kawa z prądem – zakomunikował Ukrainiec, wyrwał mi z ręki naczynie i bez mrugnięcia okiem pociągnął długi łyk. Jednym haustem opróżnił pół termosu, uderzył się w pierś i głośno beknął. – Dużo lepiej się prowadzi. – Oddał mi termos. – Tak, proszę pana. Dużo lepiej. – Mlasnął z zadowoleniem i obdarzył mnie kolejnym wspaniałym uśmiechem. – W Czeczenii cały mój batalion pił samą wódkę… No, ale tam było o wiele zimniej – dodał, rechocząc.

Pokiwałem głową, nie komentując jego wynurzeń. Wiktor bywał nieznośny, a w kabinie było gorąco, bardzo gorąco. Ukrainiec miał na sobie zniszczone wojskowe spodnie, od pasa w górę był nagi. Jego ciało błyszczało od potu. Strój uzupełnił okropnym czarnym kowbojskim kapeluszem, który znalazł na wieszaku w jakimś barze, i okularami przeciwsłonecznymi z zielonymi odblaskowymi szkłami. Jego imponujące wąsiska sterczały na wszystkie strony. Przypominał postać z filmu Czas Apokalipsy.

Należało jednak przyznać, że był doskonałym pilotem. Pierwszego dnia, gdy opuszczaliśmy Vigo, jak gdyby nigdy nic podniósł sokoła ze zbiornikami wypełnionymi po wręby i ponad dwiema tonami paliwa w kanistrach, szczelnie upchanych w sieci załadunkowej uwieszonej u podbrzusza maszyny. Coś niesamowitego.

Przed oczyma przesuwały mi się obrazy widziane podczas podróży. W ciągu tych ostatnich dni w całej rozciągłości zdaliśmy sobie sprawę z rozmiarów apokalipsy. Gdybyśmy mieli jeszcze jakieś wątpliwości, raz na zawsze uzyskaliśmy straszliwą pewność, że cała ludzka cywilizacja definitywnie poszła w rozsypkę.

Najgorsze były pierwsze godziny. Śmigłowiec kierował się na południe, lecąc na wysokości kilkuset metrów wzdłuż portugalskiego wybrzeża, a my rozglądaliśmy się wokół z przerażeniem. Wszędzie panowały chaos i pustka. Jednak pierwsze, co nas zdziwiło, to światło. Powietrze było niezwykle jasne, przejrzyste. No tak, przestały działać fabryki i ruch kołowy już od miesięcy nie zatruwał atmosfery. To niesłychanie czyste powietrze miało w sobie coś nierzeczywistego i fantastycznego. Można by pomyśleć, że znajdujemy się na dziewiczych terenach przed pięcioma tysiącami lat. Rzecz jasna, efekt psuł nieco unoszący się zewsząd odór zepsutego mięsa, śmieci i resztek organicznych. Zresztą już jeden rzut oka na snujących się wszędzie zgniluchów skutecznie rozwiewał iluzję.

Szosy wyglądały na całkowicie nieprzejezdne. Ciemne wstęgi asfaltu znaczyły plamy pozostawionych tu i ówdzie samochodów, gdzieniegdzie z powodu potwornych karamboli droga była nieprzejezdna na całej szerokości. Widzieliśmy też parę wiaduktów, które całkiem się zapadły, i leżące wszędzie zwały ziemi. Górski odcinek autostrady łączącej Porto i Lizbonę na długości kilku kilometrów zamienił się w dziki potok, którego wzburzone wody przelewały się przez zaporę i tworzyły kłębowiska piany wokół resztek karoserii, niczym dookoła dziwacznych skalnych odłamów.

Przyroda upominała się o swoje. Wyniosłe budowle, dumne dzieła inżynierów i konstruktorów powoli pochłaniały roślinność, woda, ziemia i wszystko to, czego Bogu spodobało się użyć w tym celu.

Trzaski w słuchawkach interkomu nagle wyrwały mnie z zamyślenia i kazały wrócić na Saharę. Cholerna aparatura postanowiła znowu działać.

– Lecimy na resztkach paliwa – głos Wiktora metalicznie rozbrzmiewał w moich uszach. – Zrobię koło. Uważaj. Szukaj dobrego miejsca do lądowania.

I miej oczy szeroko otwarte, powiedziałem sam do siebie. Tego by tylko brakowało, żeby coś spieprzyć teraz, kiedy już prawie jesteśmy na miejscu.

Cóż, ostrożności nigdy nie za wiele.

Wystarczy przypomnieć sobie, co zdarzyło się poprzedniego dnia.


2

To był jeden z ostatnich postojów, gdzieś na zapadłej wsi, na granicy między Portugalią a Estremadurą. Wylądowaliśmy na zakurzonym parkingu przydrożnej restauracji. Betonowa płyta była niemal pusta, stały tam tylko zardzewiały volkswagen polo i seat leon na sflaczałych oponach. Neon restauracji pokrywała gruba warstwa kurzu, a wszystko wokół było zaniedbane i opuszczone. Najwyraźniej byliśmy pierwszymi ludźmi, którzy się tam pojawili od prawie roku.

Sokół usiadł, wzniecając gigantyczną chmurę pyłu. Jeszcze zanim opadł pył, zeskoczyliśmy z Pritem na ziemię z karabinami automatycznymi Heckler & Koch, wymierzonymi do strzału. W ustach czuliśmy gorzki smak strachu. Rozpaczliwie próbowaliśmy przebić wzrokiem kłębiastą zasłonę, wypatrując, czy nie zbliża się chwiejnym krokiem jakiś umarlak.

Po chwili stwierdziliśmy, że parking jest pusty. Szaleńcze bicie mojego serca powoli się uspokajało. Wirnik sokoła przestał się kręcić i wokół zapadła grobowa cisza. Nie było słychać nawet śpiewu ptaków.

Z pewnością wszystkie pierzaste stworzenia wystraszyły się lądującego śmigłowca. Lub, co gorsza, poprawiłem się w myśli, w całej okolicy nie został już ani jeden cholerny ptak. Tak też mogło być.

Przez moment miałem niepokojące wrażenie, że jesteśmy ostatnimi ludźmi na Ziemi. Nagle zamiauczał Lukullus i przerwał mój dziwny nastrój. Trzeba było wziąć się do roboty.

Pritczenko żwawo podszedł do sieci ładunkowej i z pomocą Lucíi odczepił jej górne mocowanie. Gruba, wytrzymała sieć ześlizgnęła się po stercie żółtych kanistrów. Odsunąwszy kilka pustych, Ukrainiec popchnął kanister wypełniony po brzegi kerozyną CB-1-A w kierunku wlewu paliwa, odkorkował go i wprawnym ruchem podłączył gumową rurę, przez którą paliwo popłynęło do zbiornika.

Tankowanie zajmowało zaledwie parę chwil, ale były to chwile szczególnie niebezpieczne. Siedzieliśmy na ziemi, z odczepioną siecią ładunkową i otwartym wlewem paliwa, łatwopalny płyn lał się strumieniem. Gdyby znienacka pojawili się jacyś Nieumarli, mielibyśmy się z pyszna.

Upewniłem się więc, że w okolicy nie widać żadnego ruchu, dałem znać Pritowi i wróciłem do kabiny po papierosa. Zmarszczyłem brwi rozczarowany. W schowku było tylko kilka cameli, pokruszonych i zawilgoconych. W szpitalu zdobyliśmy wystarczające zapasy żywności i leków, ale nasze zasoby tytoniu były bardziej niż skromne.

Z namysłem popatrzyłem na restaurację po drugiej stronie parkingu. Była to dość podła przydrożna knajpa, ale założyłbym się o milion euro, że mieli automat z papierosami przy drzwiach wejściowych lub też w głębi, pod wiszącym telewizorem. Mógłbym tam zajrzeć, pomyślałem. Przecież na tym pustkowiu nic się nie dzieje.

Chciałem uprzedzić o swoim zamyśle towarzyszy podróży, ale Lucía i Prit stali do mnie tyłem, namiętnie dyskutując o najlepszym sposobie załadunku pustych kanistrów do sieci. Siostra Cecilia spokojnie spała, wykorzystując chwilę odpoczynku od przerażających ją podniebnych przestworzy, a Lukullus… no cóż, Lukullus mył się starannie, jak to koty mają w zwyczaju, całkowicie obojętny na resztę świata. Wzruszyłem ramionami i skierowałem się w stronę restauracji. To potrwa chwilę, pomyślałem.

Drzwi były zamknięte. Rozejrzałem się dookoła. Fasadę budynku ozdabiały donice z wyschniętymi roślinami i zakurzona markiza. Na ziemi leżał przewrócony, wypłowiały od słońca baner reklamujący lody. Porwany parasol, kilka plastikowych krzeseł i zasypany piaskiem stół dopełniały obrazu opuszczenia. Pod ścianą, zbierając kurz i powoli zamieniając się w szmatę, leżała nieokreślonego koloru kurtka dżinsowa, porzucona przez kogoś, kto ewidentnie nie miał czasu, aby odłożyć ją w lepsze miejsce.

Drzwi wyglądały na dość solidne, ale na bocznej fasadzie tuż obok było kuchenne okno starego typu z drewnianą ramą. Z biegiem lat i od gorąca bijącego od rusztu stojącego w środku tuż obok okna rama wypaczyła się i między jej dolną krawędzią a ościeżnicą powstała kilkucentymetrowa szpara.

Wyciągnąłem nóż, który nosiłem z tyłu za paskiem, i wsunąłem ostrze w szparę. Podważyłem zasuwkę i usłyszałem cichy trzask. Droga wolna. Skrzydło okienne otworzyło się bezdźwięcznie – ktoś kiedyś solidnie naoliwił zawiasy.

Ostrożnie wskoczyłem do chłodnej kuchni, starając się przeniknąć wzrokiem półmrok. Kontrast między słonecznym blaskiem i ciemnym wnętrzem na sekundę mnie oślepił. Ale niemal nie zwróciłem na to uwagi. Dużo gorszy był panujący w środku potworny, duszący odór zgnilizny. Usiłowałem zakryć sobie nos rękawem, z oczu popłynęły mi łzy, czułem, że niechybnie zaraz się porzygam.

Kiedy mój wzrok przywykł do półmroku, przyjrzałem się dokładniej wnętrzu kuchni. Smród bił z ogromnej przemysłowej zamrażarki, otwartej na oścież, w której od miesięcy rozkładały się połcie wieprzowego i wołowego mięsa. Na stole kuchennym leżało coś, co było kiedyś dużym kawałem schabu, a obecnie mrowiem białych robaków, które wspinały się nawet po nożu opartym o stolnicę. Tuż obok zastygł na wieczność stos zgniłych pomidorów, oczekując pokrojenia na sałatkę, która nigdy nikomu nie zostanie podana. Na kuchence stała spalona patelnia, a na suficie ponad nią widniał wielki krąg sadzy. Kurek gazu był odkręcony. Gaz skończył się już dawno, choć z pewnością przedtem palił się przez kilka dni. Tylko jakimś cudem cały budynek doszczętnie nie spłonął.

Obraz całości świadczył o pospiesznej ucieczce. O panice, która nie pozwala zadbać o najprostsze rzeczy. Nietrudno mi było sobie wyobrazić, co tak przeraziło klientelę i personel.

Ostrożnie otworzyłem kuchenne drzwi. W jadalni, też pogrążonej w półmroku, było kilkanaście stolików; na niektórych stały talerze z zaschniętymi resztkami potraw. Samotna torebka zwisała z oparcia krzesła, pozostawiona tam przez uciekającą w popłochu właścicielkę.

Obrzuciłem uważnym spojrzeniem nieprzyjemnie wyglądające pomieszczenie i wreszcie dostrzegłem automat z papierosami. Stał w rogu przy wejściu, tuż obok ekspresu do kawy. Za kontuarem, pomiędzy butelkami koniaku oraz zdjęciami i szalikami Realu Madryt, na poczesnym miejscu wisiał kalendarz, na którym czas w lutym zatrzymał się na zawsze. Wszedłem za ladę i zacząłem przeszukiwać szuflady, aż w trzeciej, obok stosu rachunków, odnalazłem pęk kluczy. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem. Z pewnością był wśród nich klucz od automatu.

Już otwierałem maszynę, gdy z zewnątrz dobiegł mnie stłumiony brzęk uderzających o siebie pustych metalowych beczek. Oznaczało to, że Prit i Lucía zamykają sieć bagażową, szykując się do odlotu. Nagle ogarnął mnie absurdalny lęk. Wyobraziłem sobie, że odlecą beze mnie i zostawią mnie w tym brudnym, cuchnącym miejscu, zapomnianym przez Boga i ludzi. Myśli te były całkowicie nieuzasadnione, ale jak wszystkie głupie pomysły, które lęgną się w przemęczonych głowach, nabrały nagle pozoru realności. Musiałem się pospieszyć. Błyskawicznie, jak leci wrzucałem papierosy do plecaka, nie zwracając na nic uwagi i w pośpiechu zrzucając część paczek na ziemię. Nie wiedziałem, czy w tej podróży gdzieś jeszcze uda mi się zdobyć tytoń.

Miałem już wychodzić, kiedy uświadomiłem sobie, że strasznie chce mi się sikać. Po siedmiu godzinach lotu mój pęcherz pękał. Prit twierdził, że w śmigłowcach sika się do butelki, ale do pomysłu, by robić to na oczach zakonnicy i siedemnastoletniego podlotka, nie do końca byłem przekony, tak więc powstrzymywałem się. Aż do teraz.

Przerzuciłem karabin przez plecy i w marszu odpinając rozporek, aby nie tracić czasu, poszedłem do łazienki. Stanąłem przed pisuarem i wkrótce poczułem zdecydowaną ulgę.

Właśnie miałem zapiąć spodnie, kiedy w lustrzanej powierzchni ścianki nad pisuarem zobaczyłem tuż za sobą odbicie dłoni. Dłoni, ramienia i reszty kobiety. Grubej kobiety ze sztywnymi kręconymi włosami, a raczej strzępami włosów. Brakowało jej też połowy twarzy. Coś (lub ktoś) ją wyżarło, przypuszczalnie to samo, co oderwało jej ręce od tułowia. W przelocie zobaczyłem rozszarpaną kończynę, leżącą na podłodze w kałuży zaschłej krwi. Druga, ta, której odbicie najpierw ujrzałem, zwisała z ramienia na kilku włóknach i huśtała się w makabryczny sposób, w rytm ruchów swojej właścicielki.

Nie zdołałem się nawet odwrócić, gdy bestia rzuciła się na mnie i przycisnęła do ściany. Czułem jej odór z tyłu, na karku, i usłyszałem, jak wgryza się w lufę karabinu, który miałem przewieszony przez plecy. Była ogromna, ważyła z pewnością sporo ponad setkę i poruszała się ociężale, tak jak wszyscy Nieumarli.

Na moje szczęście nie miała rąk, bo inaczej załatwiłaby mnie w mgnieniu oka. Udało mi się odeprzeć pierwszy atak, ale sytuacja nadal wyglądała bardzo groźnie. Opierając się rękoma o ścianę, silnie odepchnąłem ciało do tyłu, jednak zgnilucha ciągle zaciskała zęby na moim karabinie, a nogi ślizgały mi się rozpaczliwie po posadzce.

Zwaliliśmy się na podłogę. Uwolniłem się jakoś od tego martwego ciężaru i zacząłem odczołgiwać się tyłem, plecami do drzwi, ale – ku swemu przerażeniu – poczułem, że potwór wgryza mi się dziko w stopę, szczęśliwie solidnie obutą. W napadzie histerii zacząłem kopać drugą nogą w brunatną masę, która kiedyś była kobiecą twarzą.

Nie chciałem umierać. Na pewno nie tak. Nie w brudnym kiblu baru na zadupiu, z rozpiętymi spodniami, czołgając się po ziemi. Nie w ten sposób.

Ująłem obiema rękami bełt, których kilka zawsze nosiłem ze sobą w przypiętym do nogi pokrowcu (kuszę zostawiłem w śmigłowcu, niestety), i wbiłem go z całej siły w głowę poczwary. Metalowy grot z cichym mlaskiem wślizgnął się do środka i utknął na twardej kości czaszki.

Opierając się o ścianę, zdołałem się podnieść, ani na chwilę nie tracąc z oczu ciała Nieumarłej. Jak zawsze w takich przypadkach, kiedy było już po wszystkim, poczułem się naprawdę źle. To zdarzyło się tak nagle. Oblany zimnym potem, trzęsącymi się rękami próbowałem zapalić papierosa, musiałem jednak zrezygnować. Nie dałem rady przekręcić kółka zapalniczki. Piętnaście sekund, nie więcej, coś jak mgnienie oka. Boże ty mój, nadal nie mogłem w to uwierzyć!

Opuściłem łazienkę, słaniając się na nogach. Czułem gorzki posmak w ustach, adrenalina odpłynęła. Nie przywykłem i nigdy się chyba nie przyzwyczaję do zabijania tych istot. Wiedziałem, że nie są żywe, ale za każdym razem czułem się chory. Za każdym razem zagrożenie życia wywoływało u mnie przejściowy paraliż i głęboki lęk. Noc w noc, od miesięcy, moimi nieodstępnymi towarzyszami w łóżku były okropne, przerażające sny.

I nie tylko moimi. Widziałem, jak Lucía rzuca się przez sen, usiłując uciec przed niekończącym się koszmarem. Widziałem, jak Prit budzi się nagle, zlany zimnym potem i z błyskiem szaleństwa w oczach. Zastygał potem na całe godziny, patrząc w pustkę z nieobecnym wyrazem na twarzy, lub chwytał butelkę wódki i opróżniał ją kilkoma łykami. Ja tak pewnie wyglądam, kiedy budzę się w nocy. Zresztą żadnemu z nas od miesięcy nie zdarzyło się przespać więcej niż pięć godzin naraz.

Wreszcie, pomimo dygotu rąk, udało mi się zapalić papierosa, otworzyć frontowe drzwi i wyjść na zewnątrz. W świetle słońca na chwilę musiałem zmrużyć oczy, po czym lekko zdezorientowany popatrzyłem wokół. Łopaty sokoła już powoli kreśliły ogromne koła w powietrzu. Lucía obserwowała mnie uważnie z fotela drugiego pilota, Pritczenko był zajęty odczytywaniem wskazań instrumentów pokładowych przed startem.

Podszedłem do śmigłowca, powłócząc w pyle nogami i czując na sobie przenikliwy wzrok dziewczyny. Zauważyła, że coś złego spotkało mnie w tej porzuconej, zakurzonej restauracji. Czułem się zmęczony, bardzo zmęczony i wyczerpany. Ten drobny epizod był symbolem mojego obecnego życia.

Koszmar. Niekończący się koszmar.


3

– Odbiór! Dawaj! Dawaj! Słyszysz mnie?

Głos Prita przebijał się przez trzaski i zakłócenia interkomu. Byłem tak pogrążony w myślach, że aż do tej chwili zupełnie go nie słyszałem. Potrząsnąłem głową, odrzucając upiorne wspomnienia, i powróciłem do rzeczywistości, do sokoła, który jak ogromny ptak leciał nad Saharą.

– No co tam, Prit? – wrzasnąłem, przekrzykując wycie silników. Śmigłowiec schodził w dół po szerokiej spirali.

– Myślę, że to będzie dobre miejsce, żeby wylądować – stwierdził Ukrainiec, kiedy wślizgnąłem się do kokpitu.

Popatrzyłem w kierunku, który wskazał. Lecieliśmy nad zabitą dechami wioską nad samym brzegiem Atlantyku, gdzie piaski Sahary pogrążały się w zimnych morskich wodach. Wieś liczyła nie więcej niż kilkanaście domów, był tam też meczet z cegieł suszonych na słońcu, pobielony wapnem, pół tuzina długich łodzi rybackich suszących się na plaży i rachityczne pola uprawne obok zabudowań. Zasypana piaskiem droga, prowadząca z północy na południe, przecinała wioskę wzdłuż i gubiła się w oddali.

Na południowym krańcu osady, ponad dwieście metrów od najbliższych zabudowań, znajdował się obszerny plac otoczony żywopłotem z kolczastych drzew i krzewów. W swoim czasie teren ten z pewnością służył za zagrodę dla kóz, ale teraz nie było ani śladu zwierząt. Doskonałe miejsce, aby wylądować.

Kreśląc z wdziękiem w powietrzu przedłużoną literę „S”, Prit zszedł niżej i na chwilę zawiśliśmy jakieś pięć, sześć metrów nad ziemią, tuż nad dawną kozią zagrodą. Kanistry – już w większości puste – zagrzechotały metalicznie, gdy ogromna sieć oparła się o powierzchnię lądowiska. Lekkim dotknięciem manetki Ukrainiec przesunął śmigłowiec tak, aby znalazł się tuż obok sieci. Po chwili sokół po raz kolejny w tej podróży osiadł na ziemi, wzniecając wokół siebie prawdziwą burzę piaskową i podmuchem powietrza częściowo rujnując ogrodzenie.

Kiedy piasek opadł, mogliśmy spokojnie przyjrzeć się otoczeniu. Jedynie odgłosy wiatru świszczącego między chatami z niewypalanej cegły zakłócały panującą we wsi grobową ciszę. Natychmiast poczuliśmy duchotę i gorąco. Temperatura na bank dochodziła do czterdziestu pięciu stopni. Od upału powietrze było gęste i gorące jak rosół, oddychało się z trudem. Z całą pewnością nawet w swych najlepszych latach ta wieś na skraju pustyni nie była miłym miejscem zamieszkania, a teraz, zrujnowana i opustoszała, wyglądała złowieszczo.

Mając się na baczności, wyszliśmy z Pritem z zagrody. Chcieliśmy się rozejrzeć i przy okazji trochę rozprostować nogi, czego bardzo potrzebowaliśmy po wielogodzinnej podróży. Główna i jedyna ulica wioski, nędzna szosa pokryta asfaltem w zaniku, już ginęła pod ogromnymi piaszczystymi wydmami. Nikt jej nie konserwował od miesięcy.

Ostrożnie szliśmy środkiem jezdni ku zabudowaniom. Wieś znajdowała się blisko terenów, na których przed apokalipsą działał Front Polisario, i pobocza nielicznych szos w tej okolicy nadal mogły być zaminowane. Byłoby ironią losu zginąć wypatroszony przez minę teraz, gdy już tak niewiele dzieliło nas od Wysp Kanaryjskich.

Spomiędzy pierwszych domów dotarł do nas silny odór jakby skwaśniałego mleka. Popatrzyliśmy na siebie bardzo zdziwieni. Nie był to typowy smród rozkładu, który towarzyszył nam od początku podróży. Był mniej intensywny, kwaskowaty, ostry.

W milczeniu przeładowaliśmy broń, co Ukraińcowi poszło o wiele sprawniej niż mnie. Odetchnęliśmy głęboko i raptownie skręciliśmy za róg domu, celując na chybił trafił we wszystkie strony.

– Ależ… – Wyraz twarzy Pritczenki świadczył o całkowitym zaskoczeniu. – Co to jest, do diabła?

– Nie mam najmniejszego pojęcia, Prit. – Opuściłem broń i poskrobałem się po głowie. – Ale za cholerę nie chciałbym tu być wtedy, kiedy to się wydarzyło.

Na wąskiej uliczce przed nami leżał stos kilkunastu ciał rzuconych jak bądź na ziemię. Widzieliśmy już mnóstwo takich podczas naszej podróży.

Różnica polegała na tym, że ciała te – zresztą niewątpliwie martwe – nie były w rozkładzie, jak należało się tego spodziewać. Wysoka temperatura, suchy klimat i upalne powietrze pustyni dokonały dzieła. Doskonale zmumifikowane wyschnięte trupy koloru hebanu, poczerniałe i spalone przez słońce, z przypominającą pergamin skórą, napiętą jak na bębnie, były obleczone w resztki podartych ubrań.

Ostrożnie zbliżyliśmy się do zwłok, które wydzielały charakterystyczny kwaśno-gorzki zapach. Trupy przypominały mumie faraonów eksponowane w muzeum w Kairze. Trąciłem nogą tego, który leżał najbliżej. Zupełnie jakbym kopnął kawałek drewna. Byli wyschnięci na wiór.

Niemal wszyscy mieli w głowach otwory od kul oraz wiele innych ran i okaleczeń. Ich ubrania były sztywne od zakrzepłej krwi. Po tylu doświadczeniach z Nieumarłymi nie mieliśmy wątpliwości, czym były te istoty, zanim ktoś je zlikwidował.

Prit schylił się i podniósł z ziemi błyszczącą miedzianą łuskę. – Pięć koma pięćdziesiąt sześć milimetra, NATO – powiedział, obrzuciwszy ją szybkim spojrzeniem. – Przypuszczalnie z takiego HK416, jaki nosisz na plecach – dodał. Potem zamilkł. Nie było potrzeby mówić więcej.

Żołnierze marokańscy używali jeszcze starych karabinów Cetme kaliber 7,62 mm, których Hiszpania dostarczała tysiącami w latach dziewięćdziesiątych, kiedy Maroko modernizowało armię. A więc nie zrobili tego Marokańczycy, a przynajmniej nie ich regularne oddziały. Kto i kiedy załatwił te poczwary, pozostawało zagadką.

Nagle ze stosu trupów po prawej dobiegło nas głuche rzężenie. Obydwaj z Ukraińcem podskoczyliśmy jak rażeni prądem. Rzężenie powtórzyło się raz jeszcze, głębokie i ochrypłe, ale stos zwłok trwał w całkowitym bezruchu.

Nerwowo dotknąłem bezpiecznika HK416, patrząc pytająco na Prita. Ukrainiec oblizał zaschnięte wargi, zastanawiając się, co począć. Wreszcie podszedł bliżej do trupów, tak ostrożnie, jakby były bombą atomową.

Pomruk powtórzył się po raz trzeci i tym razem udało nam się zlokalizować, skąd pochodzi. Wydobywał się z ciała, które leżało oparte plecami o ścianę, z nogami wyciągniętymi na ziemi, rękoma opuszczonymi wzdłuż boków i głową przekrzywioną na piersi, podziurawione serią z karabinu. Mur pobrudzony był zaschniętą krwią w miejscu, po którym się osuwało, aż upadło w tej pozycji. Obydwa kolana były całkowicie zdruzgotane przez kule, jedną nogę łączyło z resztą ciała jedynie kilka wyschniętych ścięgien.

Zaskoczony gwizdnąłem cicho. Ależ miał pecha ten Nieumarły. Został rozstrzelany, ale żadna z kul nie trafiła go w głowę. Nieszczęśnika, nieruchomego i uznanego przez oprawców za całkiem nieżywego, pozostawiono swojemu losowi w zapomnianej uliczce, gdzie całymi miesiącami wysychał w palącym słońcu pustyni, nie mogąc umrzeć.

Przyjrzałem mu się z bliska. Jego kończyny były pozbawione życia i sztywne, ciało, schnąc, powoli zanikało, zamieniając się w twór przypominający rzemień czy deskę. Nie mógł poruszyć żadnym mięśniem, ale w głębi jego wyschniętych gałek ocznych błyszczała jeszcze iskra życia (raczej nieżycia, poprawiłem się w myślach). Po raz pierwszy, od kiedy to wszystko się zaczęło, szczerze współczułem tym istotom. Nie wiedziałem, czy mają one świadomość, ale nie umiałem wyobrazić sobie piekła, jakim było zamieszkiwać ciało zamienione w kawałek drewna. W jakimś zakamarku tej wysuszonej czaszki gnieździła się esencja życia, wściekła i oszalała z powodu uwięzienia tam na zawsze.

Pieprzony Nieumarły zwariowany do szczętu. Ale numer.

Jednakże to odkrycie sprawiło, że wyraźnie się odprężyliśmy. Jeśli ten stwór znajdował się w tak opłakanym stanie, to oznaczało, że każdy Nieumarły, który przebywałby w tej okolicy od ponad kilku tygodni, powinien być wyschnięty jak trawa ostnica i podobnie jak ona nieruchomy.

Była w tym ironia losu. Jedynymi bezpiecznymi miejscami na świecie stały się te najmniej nadające się do zamieszkania. Oczywiście fakt, że pustynie nie nadawały się do zamieszkania, eliminował je całkowicie jako tereny, gdzie mogliby osiedlić się ludzie. Sytuacja tak czy inaczej bez wyjścia.

Prit przez chwilę milczał, przyglądając się potwornej postaci. Coś mu świtało w głowie, nie było co do tego wątpliwości.

– Wiktor… przyjacielu, co się dzieje? – Położyłem mu rękę na ramieniu. Ukrainiec aż podskoczył.

– Myślałem… – oblizał wargi w zamyśleniu – …pomyślałem, że jeśli krańcowy upał tak działa na te istoty, to przypuszczalnie minusowa temperatura może je zamrozić. Rozumiesz?

– Nie wiem, do czego zmierzasz, Prit, ale nie wydaje mi się, aby…

– Zima w Niemczech jest surowa, bardzo surowa. – Oczy zabłysły mu w podnieceniu. – Moja żona i syn byli w Düsseldorfie, a tam temperatury sięgają dziesięciu stopni poniżej zera! Jeśli wszyscy Nieumarli zamarzli, to istnieje szansa, że mojej rodzinie nic się nie stało! – Mały Ukrainiec aż podskakiwał z podniecenia. – Może powinniśmy tam lecieć?!

Popatrzyłem skonsternowany na swojego przyjaciela. Jak tonący brzytwy uczepił się nadziei, że jego rodzina pozostała przy życiu.

– Prit, sądzę, że się mylisz i że sam o tym wiesz – sprzeciwiłem się łagodnie, starając się nie zranić jego uczuć. – Ekstremalne gorąco i ekstremalne zimno to nie to samo. Te istoty, Nieumarli, nie mogą umrzeć z zimna, a dopóki się ruszają, nie mogą też całkiem zamarznąć. Przypuszczam, że przy temperaturach pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu stopni poniżej zera zamarzliby, ale tam, gdzie żyją ludzie, nie ma takich temperatur. Na twarzy Wiktora pojawiła się rozpacz.

– No to dlaczego… Nie rozumiem, jak…

– Prit, pomyśl tylko. Nie chodzi o temperaturę, ale o wilgotność powietrza – tłumaczyłem cierpliwie. – Ciało składa się w dziewięćdziesięciu procentach z wody i kiedy traci ją pod wpływem gorąca, zostaje coś takiego. – Wskazałem gestem na Nieumarłych leżących pokotem u naszych stóp. – Na północy, nawet jeśli temperatury są bardzo niskie, jest nadal wilgotno, i te skurwysyny mogą się poruszać bez końca. Tak mi się przynajmniej wydaje – zakończyłem, opuszczając bezradnie ręce.

Ze współczuciem popatrzyłem na Pritczenkę. Wyraz jego twarzy pokazywał jasno, że zdaje sobie sprawę ze znaczenia moich słów. Te przeklęte poczwary nie umierały ani z zimna, ani z głodu, ani z pragnienia, ani od gorąca. Nadzieja, że jego rodzina w Niemczech żyje, skurczyła się do zera. Tak jak i nadzieja na to, że żyją moi bliscy, pomyślałem rozgoryczony. Zostaliśmy sami, samotni jak kołki w płocie.

Odeszliśmy stamtąd powoli, ale przedtem Prit, z nienawiści, przezorności lub litości, przez oczodół wbił ostrze noża w mózg Nieumarłego. Rzężenie natychmiast ucichło.

Przeszukanie pozostałej części wioski obyło się bez większych niespodzianek. Ktoś (przypuszczalnie ci sami, którzy wykończyli wszystkich Nieumarłych) opróżnił doszczętnie to miejsce. Nie znaleźliśmy niczego, co by się nam mogło przydać, ani jedzenia (które nam się niepokojąco kończyło), ani paliwa, ani broni, ani też wody. Wioskowa studnia, potwornie głęboka, ocieniona daszkiem, usytuowana była naprzeciwko drzwi do meczetu. Mieszkańcy ciągnęli wodę za pomocą pompy motorowej, lecz jedynym po niej śladem były śruby, którymi kiedyś przymocowano ją do ziemi. Ci, którzy spustoszyli wieś, zabrali ze sobą wszystko, pompę również.

Ściany domów z gliny zaczynały już pękać w tym duszącym pustynnym upale. Niektóre budynki miały zerwane dachy od silnego oceanicznego wiatru i ukazywały naszym oczom wnętrza. Przypuszczalnie za kilka lat, o ile nikt temu nie zaradzi, pustynia pożre osadę i zniknie ona tak, jakby nigdy nie istniała.

Słońce zachodziło już ponad oceanem, zabarwiając niebo na wspaniały czerwonawy kolor, i robiło się nieco chłodniej. Zdecydowaliśmy się tu nocować. Nie licząc stosu ciał w zaułku i jeszcze paru trucheł w jednym z domów, nie napotkaliśmy innych Nieumarłych. Postanowiliśmy rozbić obóz w meczecie, jedynym budynku wioski, którego podłoga była pokryta dywanami.

Tej nocy, siedząc w ciemnościach na plaży, z papierosem w ręce i pod niebem usianym gwiazdami, po raz pierwszy od długich miesięcy poczułem odprężenie. Udało mi się, nadal żyję.

I po raz pierwszy, od kiedy wyruszyłem w podróż, wybuchnąłem płaczem.


4

Wyspy Kanaryjskie

– Matko Przenajświętsza! Jesteśmy ocaleni! – Głos siostry Cecilii zadrżał z emocji. Dostrzegliśmy właśnie majaczący na horyzoncie mglisty kontur Lanzarote, najdalej na wschód wysuniętej wyspy archipelagu.

Spojrzałem z zaciekawieniem na niziutką zakonnicę. Oto na widok bliskiej już ziemi porzuciła swoją zwykłą rezerwę i opanowanie i w ciasnym pomieszczeniu kabiny pasażerskiej wznosiła entuzjastyczne okrzyki. Lucía natomiast obdarzyła zarówno mnie, jak i Wiktora kilkoma głośnymi pocałunkami i uściskami, które odebrały nam dech.

Miała ku temu dobry powód. Cel był już blisko.

Kilka godzin wcześniej opuściliśmy kontynent afrykański. Lecieliśmy z wiatrem i pokonaliśmy dystans szybciej, niż przypuszczaliśmy, a teraz wyspa Lanzarote lśniła w południowym słońcu jak fatamorgana na tle morza o głębokiej turkusowej barwie. Był to najpiękniejszy obraz, jaki było mi dane widzieć od miesięcy.

Spojrzałem z zadowoleniem w stronę Prita, który spokojnie poinformował, że za jakieś dwadzieścia minut będziemy lądować.

– A za trzy kwadranse mam zamiar raczyć się zimnym piwem – dodał. – Chcę całą beczkę zimnego piwa i skrzynkę kanaryjskich cygar – sprecyzował po sekundzie, uśmiechając się szelmowsko.

Z tyłu dobiegł mnie głos Lucíi, która pospiesznie tłumaczyła siostrze Cecilii, że nie może się już doczekać, żeby zdobyć jakieś ubrania, które nie będą na nią o trzy rozmiary za duże. Coś młodzieżowego i podkreślającego figurę, tak dokładnie powiedziała.

Wewnątrz sokoła panował świąteczny nastrój. Podniecenie udzieliło się nawet Lukullusowi i biedaczek zaczął skakać po całej kabinie. Musieliśmy go wsadzić z powrotem do koszyka, ku jego wielkiemu zresztą niezadowoleniu wyrażonemu głośnym miauknięciem. Ja sam odczuwałem głęboką ulgę. Wyruszyliśmy w podróż bez powrotu i udało nam się przebyć ponad dwa tysiące kilometrów bez większych przygód, co – zważywszy na okoliczności – bez wątpienia było wybitnym osiągnięciem. Byłem zadowolony.

Przeszukiwałem częstotliwości radiowe w nadziei na kontakt z wyspą. Zamierzałem uprzedzić o naszym przybyciu. Ostatnia rzecz, na jakiej nam zależało, to żeby ktoś nerwowy nie wytrzymał i nacisnął spust. Byliśmy nowi na tym podwórku, więc musieliśmy zachowywać się przezornie.

Wyraz mojej twarzy spowodował, że radosna wrzawa panująca w kabinie stopniowo zaczęła cichnąć. Żebym nie wiem jak obracał pokrętłem strojenia radioodbiornika, nie udawało mi się znaleźć niczego innego niż szumy na falach krótkich. Okropna, lodowata kula lęku przygniotła mi żołądek. Jeśli na krótkich falach nie da się niczego złapać, to oznacza jedno z dwojga: albo na Lanzarote z jakiegoś nieznanego powodu panuje cisza w eterze, albo… na całej wyspie nie został już nikt, kto umiał się posługiwać radiostacją.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.