Apokalipsa Z Gniew sprawiedliwych t.3 - Manel Loureiro - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 573 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 16 godz. 16 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Apokalipsa Z Gniew sprawiedliwych t.3 - Manel Loureiro

Trzeci tom hiszpańskiej trylogii zombie.

Grupka ocalałych z zagłady wywołanej przez zombie ma mnóstwo szczęścia: w czasie huraganu zostaje uratowana pośrodku oceanu przez członków jednej z ostatnich zorganizowanych społeczności, jakie zachowały się na ziemi. Nie mając innego wyjścia, rozbitkowie towarzyszą swoim wybawcom i docierają nad Zatokę Meksykańską. Powstałe tam miasto-państwo zdaje się tętnić życiem i rozkwitać pod łaskawymi rządami tajemniczego kaznodziei. Przybysze szybko odkryją jednak, że choć życie w mieście toczy się tak, jakby do apokalipsy zombie nigdy nie doszło, to tak naprawdę ten mały raj na ziemi skrywa mroczną tajemnicę…

Opinie o ebooku Apokalipsa Z Gniew sprawiedliwych t.3 - Manel Loureiro

Cytaty z ebooka Apokalipsa Z Gniew sprawiedliwych t.3 - Manel Loureiro

Gulfport było zawsze małym miastem. Właściwie przy odrobinie złej woli można by je nazwać przedmieściem Biloxi. Rzadko gościło na łamach ogólnokrajowych mediów, bo i trzeba przyznać, że nie odgrywało w dumnym stanie Missisipi (stan magnolii, odwiedźcie nas ponownie!) szczególnie ważnej roli. Mieszkańcy miasta byli z niego jednak niezmiernie dumni, a to z trzech powodów: Gulfport było siedzibą drużyny Merlins, areną obchodów Święta Dyni oraz miejscem, gdzie od początków istnienia jednostki stacjonowali tak zwani Seabees. Seabees, „Morskie Pszczółki”, stanowili część korpusu inżynieryjnego armii Stanów Zjednoczonych. Przydomek zyskali sobie podczas drugiej wojny światowej, kiedy to praktycznie od zera budowali bazy i pasy startowe na każdej z pacyficznych wysepek, gdzie tylko było to potrzebne do szybszego pokonania Japończyków. Po wojnie jednostkę rozbudowywano, wyposażając ją w coraz szersze i nowocześniejsze zaplecze techniczne. W końcu „Pszczółki” stały się jedyną w swoim rodzaju formacją w całej amerykańskiej armii. Nikt, kto w niej służył, nie wygrał nigdy zawodów strzeleckich (bo i większość „Pszczółek” nie umiała nawet porządnie trzymać broni), ale z drugiej
To ogromna radość móc powitać panienkę na naszym skromnym spotkaniu – zaczął. – Jestem przekonany, że mogę w imieniu całej załogi powiedzieć, iż pani obecność pośród nas jest niezmiernie odświeżająca. Kobieta o panienki urodzie to doprawdy rozkosz dla oka.
Ta sama nowomowa i słowna sraczka co zawsze. I ani słowa o konkretnym problemie! Znana i sprawdzona biurokratyczna metoda chronienia własnej dupy, pomyślał Hong, który uznał, że trzeba zdobyć się na bezpośredniość.
Ten człowiek był prawdziwym geniuszem, ale – jak to często bywa z wielkimi umysłami – nie do końca nadążał za rzeczywistością. Świat zaczynał i kończył się dla niego pośród czterech ścian laboratorium. Dalsza dyskusja nie miała sensu.
Płyn miał słodkawy smak, a jego kojące działanie przyprawiało niemal o rozkosz. Każda komórka mojego ciała wołała o więcej. Jestem pewien, że gdyby ktoś ofiarował mi beczkę pełną tego leku, piłbym tak długo, aż zabrakłoby mi miejsca w żołądku. Wtedy zwymiotowałbym z premedytacją, by móc pić jeszcze i jeszcze.
ukrywał swoje uczucia pod grubą jak słoniowa skóra powłoką zewnętrznego spokoju. Uczucia te jednak, choć niewidoczne, cały czas były żywe. Prędzej czy później musiały dać o sobie znać. Wiktor wiedział, że gdy to nastąpi, przyjdzie mu zmierzyć się z potężnym, niesłychanie trudnym do pokonania bólem.
miodem płynącej, gdzie jeleń i lew chronią się przed upałem w cieniu tego samego drzewa. Odtąd Chrześcijańska Republika Gulfport będzie wam domem. – Jesteśmy za to wielebnemu niezmiernie wdzięczni – powiedział adwokat z wyrazem ulgi na twarzy. – Ze swej

Fragment ebooka Apokalipsa Z Gniew sprawiedliwych t.3 - Manel Loureiro














Manel Loureiro

APOKALIPSA Z
Gniew sprawiedliwych


Tytuł oryginału: Apocalipsis Z

La ira de los justos

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Mariola Hajnus

Zdjęcia na okładce

© isoga/Shutterstock

© Colin Anderson/Photographer’s Choice/FPM

© Adrian Assalve/E+/FPM

© 2011, Manel Loureiro Doval

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Stanisław Bończyk

ISBN 978-83-7758-654-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Książkę dedykuję Ricie i moim rodzicom.

Dziękuję Wam za miłość, nieskończoną cierpliwość

i za to, że zawsze byliście przy mnie.


1

Kiedy się wybierzesz w podróż do Itaki,

życz sobie, żeby długa była,

pełna przygód, pełna doświadczeń.

K. Kawafis, Itaka[1]

Jak niemal wszystko, to też było dziełem przypadku.

Na tym skrawku Oceanu Atlantyckiego od miesięcy nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Przez ostatnie półtora roku na wodach gdzieś w pół drogi pomiędzy Ameryką a Europą pojawiło się kilka wielorybów i trochę dryfujących śmieci. To wszystko.

Główne morskie szlaki handlowe zawsze przebiegały daleko stąd, ale teraz bardziej niż kiedykolwiek odczuwalny był tu brak ludzi. Na horyzoncie nie rysował się ani jeden statek, żagiel czy smuga dymu. Nic. Jakby z powierzchni ziemi znikły wszelkie istoty ludzkie. Rzecz w tym, że do zagłady ludzkości doszło naprawdę. No, prawie. Ktoś tam jednak ocalał. Pośród otwartego oceanu nie było nikogo, kto by się mógł przejąć sytuacją lub poświęcić jej chociaż chwilę namysłu. A jednak nadal coś się tutaj działo.

Zaczęło się od niewielkiego wzrostu temperatury – o cztery, może pięć stopni. Sierpniowe słońce przez szereg dni ogrzewało powierzchnię wody. Tony pary wodnej powędrowały do atmosfery na tyle szybko, że nastąpiło ich błyskawiczne wystudzenie, wskutek czego przekształciły się w warstwę chmur. Jednocześnie ciśnienie atmosferyczne gwałtownie spadło. Wiatr, wzbudzony różnicą ciśnień i ruchem obrotowym Ziemi, przybrał formę kolosalnych, ospałych pierścieni, które stopniowo nabierały prędkości.

Gdyby znalazł się tam jakiś meteorolog (o co byłoby trudno, ponieważ na świecie pozostało może czterdziestu tego rodzaju specjalistów, z których niemal wszyscy koncentrowali się na ratowaniu własnego życia, a nie na liczeniu izobar), miałby okazję stwierdzić, że oto powstaje komórka burzowa. Ściślej mówiąc: superkomórka. Zauważyłby także, że na tej szerokości geograficznej podobne zjawisko spotykane jest niezmiernie rzadko.

Na tym skrawku oceanu nie było jednak nikogo, satelity meteorologiczne zaś, które powinny nadzorować sytuację, albo stały się nieaktywne, albo wybuchły w zderzeniu z atmosferą. W ostatnich miesiącach nikt nie dbał o ich utrzymanie. Stacje kontrolne na ziemi opustoszały. Nie pozostał nikt, kto mógłby wysłać jakikolwiek komunikat. Trzydzieści godzin później superkomórka burzowa przekształciła się w huragan trzeciej kategorii, który przemieszczał się w stronę wybrzeży Afryki. Narodzinom tego meteorologicznego monstrum nie towarzyszył ani jeden świadek.

Nie miał więc kto ostrzec załogi niewielkiego jachtu żaglowego znajdującego się o czterysta mil na wschód, że niedługo ponad ich głowami rozpęta się piekło.


2

– Co będzie na obiad? – zapytał Prit, wsunąwszy głowę pod pokład naszego „Krokodyla II”.

– Spróbuj zgadnąć – mruknąłem, uśmiechając się półgębkiem. Zerknąłem na swojego towarzysza. Niski, nieco żylasty, w zaskakująco dobrej formie jak na faceta koło czterdziestki, Wiktor Pritczenko patrzył na mnie z zejściówki swoimi wyrazistymi niebieskimi oczami. Słońce spaliło mu skórę tak bardzo, że przybrała niespotykany miedziany odcień, który mocno kontrastował z blond włosami i słomianymi wąsami.

– Tylko nie mów, że znów ryba – jęknął Wiktor. – Mam już serdecznie dość tej naszej sardynkowej diety!

– Ja też – przyznałem – ale musimy korzystać z tego, że łatwo tu coś złowić. Nie wiadomo, ile nam zajmie dotarcie na ląd ani kiedy znów będzie przepływać obok nas coś jadalnego. Poza tym, sam wiesz: żelazny zapas trzymamy na sytuacje awaryjne.

Wiktor aż oblizał się w myślach na wspomnienie kilku puszek ustawionych w niedużej szafce w głębi kabiny. Westchnął i zwrócił się w stronę pokładu, mamrocząc przy tym wiązankę ukraińskich przekleństw. Zdążył oprzeć stopę na pierwszym stopniu schodków, gdy runęła na niego potężna kula rudego futra, która pozbawiła go równowagi i przewróciła na ziemię. Przekleństwa miotane przez Ukraińca stały się głośniejsze. Na próżno usiłował złapać nadpobudliwego perskiego kota, który obserwował go z szelmowskim rozbawieniem z wysokości koi. Wiktor nie rozzłościł się jednak zbytnio – żeby wyprowadzić go z równowagi, trzeba było znacznie więcej.

– Pilnuj tego swojego cholernego kota, bo, jak Boga kocham, kiedyś wywalę go za burtę!

– Nie wierzę ci. – Nawet nie podniosłem wzroku znad niedawno złowionych makreli, które właśnie czyściłem. – W głębi duszy jesteś do niego przywiązany. Poza tym on nie jest mój. Według tego zwierzaka to ja jestem jego człowiekiem, nie on moim kotem.

Jak gdyby przytakując, rudzielec miauknął długo i dźwięcznie. Zeskoczył z koi i z gracją ruszył w moją stronę, licząc na to, że rybie wnętrzności trafią do jego miski. Pritczenko wyszedł z kabiny i zostawił mnie samego.

Spojrzałem na swoje spracowane, pokryte rybimi łuskami dłonie i nie potrafiłem powstrzymać gorzkiego śmiechu. To wszystko wciąż wydawało mi się nierealne. Ledwie półtora roku wcześniej moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Byłem szanowanym prawnikiem, mieszkałem i pracowałem w Pontevedrze, niedużym mieście na północnym zachodzie Hiszpanii. Miałem tam swoje życie i przyjaciół – własny cholerny uroczy światek.

Ambitny dorobkiewicz, trzydziestolatek, wysoki, szczupły i przystojny – tak o mnie mówili – świat leżał u moich stóp. Złote dziecko wyżu demograficznego czy – jak z przekąsem ujmowali to moi krewni – „młodzieniec z kwiatkiem w dupie urodzony”.

Jasne, że ten mój mały świat bywał też ponury. Moja żona zginęła w idiotycznym wypadku samochodowym (czy w ogóle bywają nieidiotyczne?) jakiś czas przed pandemią i długo trwało, zanim wygrzebałem się z głębokiej czarnej jamy depresji, w którą wpadłem, nie wiedząc nawet kiedy.

Gdy nadeszła apokalipsa, zaczynałem właśnie dochodzić do siebie po katastrofalnym okresie, w którym rozpacz przygniotła mnie tak bardzo, że prawie całkowicie porzuciłem pracę, przyjaciół i rodzinę. Zadręczałem się wyrzutami sumienia i własnym niewybaczalnym błędem. Czemu, do cholery, pozwoliłem jej prowadzić w nocy i przy tak gównianej pogodzie? Przez te spowite pijacką mgłą miesiące tyle razy zaglądałem do butelki, że nabierałem już ochoty, by zajrzeć w głąb lufy. Poszłoby łatwo, szybko i – jeśli dobrze się do tego zabrać – bezboleśnie… No i wtedy właśnie pojawił się Lukullus.

Mały kot perski o rudym futrze był prezentem od mojej siostry, która martwiła się, że stoczę się na samo dno. Co, do cholery, mogło się z nią stać? Gdzie ona, do diabła, może być? Siostra bez wątpienia trafiła z prezentem, bo konieczność opieki nad zwierzęciem spowodowała, że przestałem użalać się nad sobą i wyszedłem na prostą. Ale to już stare dzieje.

Problemy nie tylko moje, ale wszystkich bez wyjątku przestały mieć jakiekolwiek znaczenie podczas tamtej zimy, kiedy w Dagestanie otworzyły się bramy piekieł. Muszę przyznać, że podobnie jak większość mieszkańców Zachodu, nigdy wcześniej nie słyszałem nawet o tej byłej radzieckiej republice, zagubionej gdzieś w Azji. Nie wiem też, czy ten karłowaty kraj dorobił się kiedykolwiek takiego pieprzonego wynalazku jak ministerstwo turystyki, ale jeśli tak było, to powinni temu resortowi przyznać jakąś (pośmiertną) nagrodę. Przez dwa ostatnie tygodnie, kiedy w świecie funkcjonowały jeszcze media, nazwa tego skrawka ziemi hen na Kaukazie była bez wątpienia najczęściej powtarzanym słowem we wszystkich zakątkach globu.

Jak było – wiadomo. Wszyscy, którzy pozostali przy życiu, znają tę historię w najdrobniejszych szczegółach. Grupa ekstremistycznych pojebów (Allah Akbar!) z leżącej po sąsiedzku Czeczenii chciała obrabować skład broni z czasów ZSRR i zdobyć środki do prowadzenia dżihadu. Napad się udał, ale łup mocno rozczarował mudżahedinów. Zamiast na kałasznikowy, granaty, wyrzutnie ręczne i taśmy z amunicją trafili na opustoszałe laboratorium z czasów radzieckich pilnowane przez dwunastu zapomnianych żołnierzy i wypełnione wyłącznie menzurkami, probówkami i lodówkami o zaplombowanych drzwiach. Rozgoryczony i wściekły czeczeński dowódca rozkazał swoim ludziom, by puścili to miejsce z dymem, łącznie z wielkimi lodówkami, które obklejono kiedyś ostrzegawczymi plakatami z napisami cyrylicą.

Był to ostatni rozkaz, jaki wydał. I bez wątpienia najgłupszy. Niecały kwadrans później on sam i wszyscy jego ludzie byli już zainfekowani wirusem TSJ, przez dwadzieścia cztery lata uśpionym wewnątrz laboratoryjnej kolby ukrytej w jednej z lodówek. Czterdzieści osiem godzin później wirus rozprzestrzenił się już w sposób niekontrolowany po terytorium Dagestanu, a w zaledwie dwa tygodnie – po całym świecie. Kiedy się to działo, partyzancki dowódca już nie żył (a ściślej mówiąc: uległ już przemianie w Nieumarłego). Nie dowiedział się więc, że swoją akcyjką rozpętał piekło na ziemi. Banda pastuchów-analfabetów, którzy nie potrafili odczytać ostrzeżenia na lodówce, wymazała ludzkość z mapy świata. Co za ironia. Co za pieprzona ironia.

TSJ rozprzestrzenił się po całej planecie i wszystko potoczyło się bardzo szybko. Niewidzialny gołym okiem więzień laboratoryjnej kolby, uwolniony przypadkiem przez nieznanego partyzanta, okazał się skurwielem najgorszego rodzaju. Był skrajnie zaraźliwy i zabójczy, a w dodatku jego kod genetyczny zaprogramowano na dalszy rozwój nawet po śmierci nosiciela.

Twórcą wirusa (tak, tak: TSJ to produkt ludzkiego umysłu) był jeden z najlepszych wirusologów, jakich wydał Związek Radziecki. Ten nieżyjący od przeszło dwudziestu lat i zapomniany dziś naukowiec odnosił w swoim czasie znaczne sukcesy jako bioinżynier. Zginął jednak w Berlinie Wschodnim podczas próby ucieczki za żelazną kurtynę. TSJ zaś, będący jego najwybitniejszym (a więc najbardziej śmiercionośnym) osiągnięciem, popadł w zapomnienie. Po śmierci twórcy wirusa stała się bowiem rzecz nieunikniona: cały projekt, którym kierował, padł ofiarą czystki. Rezultaty przeprowadzonych eksperymentów uwięziono w zabezpieczonych lodówkach. Tam oczekiwać miały, aż ktoś ponownie podejmie nad nimi pracę. Jednakże powolność radzieckiej biurokracji i późniejszy rozpad ZSRR sprawiły, że całe przedsięwzięcie pogrzebane zostało pod tonami papierów i akt i nikt nie przypomniał sobie o nim przez ponad dwie dekady. Aż do tamtego zimowego dnia.

Sytuacja zarażonych TSJ była – mówiąc delikatnie – nie do pozazdroszczenia. Umierali w konwulsjach i potwornych bólach, zbliżonych intensywnością do tych, które wywołuje wirus ebola. Owszem, po kilku godzinach podnosili się, jednak z medycznego punktu widzenia wciąż byli martwi. Przepoczwarzali się w coś na kształt agresywnych lunatyków, atakujących każdą żywą istotę napotkaną na swej drodze. Nieumarli, tak określali ich dziennikarze. Do czasu aż przestały istnieć media. Większość tych, którzy je tworzyli, szybko bowiem zasiliła opanowujące świat zastępy zarażonych.

Wszystko to spadło na mnie jak koszmar senny. Kiedy uzmysłowiłem sobie, co się dzieje, znajdowałem się w samym środku jednej z niezliczonych akcji ewakuowania ludności; ład społeczny rozpadał się z godziny na godzinę, a chaos rozprzestrzeniał się po świecie jak pożar pochłaniający suchy las. Wkrótce zamarła telekomunikacja. Nieco później rozpadowi uległy struktury rządowe. W ciągu paru tygodni od momentu, gdy wirus dotarł do Hiszpanii, było już po wszystkim. Zniknęły resztki ładu, zaraza pochłonęła prawie całą ludność. Spośród miliardów mieszkańców Ziemi uchowała się nas zaledwie garstka: kilka tysięcy walczących o przeżycie, zmuszonych do nieustannego przemieszczania się. Otaczało nas morze Nieumarłych, biernych i niezbyt inteligentnych, ale przygniatających liczebnością. Byli wszechobecni, nie potrzebowali jedzenia ani snu, a nam – ocalałym – pozostało jedno jedyne wyjście.

Uciekać.

Zanurzyłem wypatroszone makrele w wiadrze morskiej wody. Rybie wnętrzności zostawiłem kotu. Lukullus przyglądał mi się z uwagą, tak jakby się głowił, jakim cudem podanie mu jedzenia może zajmować mi aż tyle czasu.

– Voila, jaśnie panie – powiedziałem, głaszcząc kota po grzbiecie, gdy tymczasem on pochylał się nad rybimi resztkami. – Wiem, że to niezupełnie whiskas, ale przynajmniej masz co jeść.

Lukullus przeżuwał głośno. Mlaśnięcia przeplatał pomrukami zadowolenia. Patrząc, jak pochłania rybie wnętrzności, nie byłem w stanie powstrzymać odruchu wymiotnego. Chwyciłem się przegrody i zaczekałem, aż nudności miną. Myśl o potwornej śmierci, która w ostatnich miesiącach spadła na miliony ludzi, nie dawała mi spokoju, dlatego czasem takie jak ta, błahe na pozór, codzienne sytuacje przyprawiały mnie o mdłości. Było to o tyle zrozumiałe, że przed apokalipsą mój najbliższy kontakt ze zwłokami miał miejsce przy wyborze steków w supermarkecie. Lukullus podniósł wzrok znad miski i przyglądał mi się, zdziwiony nieco bladym odcieniem, jaki przybrała moja skóra. Po chwili postąpił jednak, jak nakazuje koci savoir-vivre, i oszczędziwszy mi komentarzy, skupił się na dojadaniu swojej porcji.

Z pewnym trudem przecisnąłem się przez wąskie wnętrze „Krokodyla II” i dotarłem pod drzwi łazienki. Przed wypłynięciem nie mieliśmy czasu uzupełnić stanu zbiorników, więc słodka woda podlegała na naszym pokładzie ścisłemu racjonowaniu. Ten zbiornik, który wykorzystywaliśmy do mycia, napełniliśmy wodą prosto z oceanu. Kilka miesięcy i zawarta w niej sól sprawi, że cała instalacja sanitarna jachtu skoroduje. Chciałem jednak wierzyć, że nie będziemy musieli żeglować aż tak długo. Efekty dwóch tygodni mycia się w słonej wodzie widać było po naszych poskręcanych włosach i smużkach solnego osadu na ubraniach.

Kilkakrotnie przemyłem twarz i przejrzałem się w stłuczonym łazienkowym lustrze. Z przeciwka przyglądał mi się brunet o ostrych, kanciastych nieco rysach i gęstej czuprynie. Oczy, ciemne i głębokie, były lekko przekrwione na skutek niedoboru snu i wielotygodniowego stresu. Poprawka – wielomiesięcznego.

Moje życie stało się prawdziwą odyseją od chwili, kiedy pandemia zmusiła mnie do opuszczenia rodzinnego miasta. Najpierw uciekłem na jachcie do nieodległego Vigo, gdzie – jak słyszałem – powstał najsilniejszy punkt oporu w całej Galicii. Dotarłszy tam, przekonałem się jednak, że miasto jest już zrujnowane. Po wielu perypetiach pośród zgliszcz Vigo zaprzyjaźniłem się z Wiktorem Pritczenką, ukraińskim pilotem śmigłowców zatrudnionym przy gaszeniu pożarów lasów. Wybuch pandemii uniemożliwił mu opuszczenie Hiszpanii i odciął od domu i rodziny oddalonych o tysiące kilometrów.

Od tamtego czasu Wiktor i ja nie rozstawaliśmy się ani na moment. To, że trzymaliśmy się razem, niejednokrotnie uratowało nam obu życie. Jako zespół utorowaliśmy sobie drogę przez pełne Nieumarłych płonące ruiny Vigo. Później wspólnie kontynuowaliśmy ucieczkę z kontynentu, by ostatecznie trafić na Wyspy Kanaryjskie. Potężnym ciosem dla naszego morale było odkrycie, że „Wyspy Szczęśliwe” zmieniły się w gigantycznych rozmiarów obóz dla uchodźców. Zjeżdżali się tam ludzie z całego świata, a wojsko reglamentowało żywność i żelazną ręką pilnowało porządku. W powietrzu wisiała wojna domowa.

Wreszcie w obawie o własne życie postanowiliśmy płynąć dalej. Odległość dzielącą nas od Wysp Zielonego Przylądka uznaliśmy za możliwą do pokonania bez większych przeszkód. Co ważne, miejsce to od zawsze było zakątkiem oddalonym od cywilizacji i słabo zaludnionym. Mocno wierzyliśmy, że zaraza tam nie dotarła. Wyspy miały stać się naszym małym rajem, który pozwoli zacząć życie na nowo.

Zwłaszcza że teraz była ze mną Lucía.

Wyszedłem z łazienki i przecisnąłem się pomiędzy zamontowanym na środku stołem a podstawą masztu, która przechodziła pod powierzchnię pokładu i docierała aż do głębokiej części kilu. Drzwiczki prowadzące do dziobowej części kabiny były uchylone. Leżąca na koi Lucía spała głęboko. Nie miała na sobie nic oprócz bikini w kwiatowy wzór. Jedna ręka zwisała jej swobodnie ze skraju łóżka. W dłoni nadal miała stary numer magazynu o modzie. Od jego wydrukowania minęło sporo czasu, ale i tak stanowił trzon naszej pokładowej biblioteki, która składała się poza tym z podręcznika do nawigacji i połówki czasopisma sportowego, użytej dawno temu przez właściciela jachtu do podparcia baniaków w zęzie.

Lucía dołączyła do naszego wąskiego składu kilka tygodni po tym, kiedy Prit i ja się poznaliśmy. Pośród chaosu, który towarzyszył ewakuacji głównych skupisk ludności, dziewczyna została odcięta od rodziny.

Zagubiona i przestraszona schroniła się ostatecznie w piwnicy szpitala, gdzie okopana jak żołnierz na froncie dotrwała do chwili, kiedy wpadliśmy na nią my dwaj. Momentalnie, nie wiedząc nawet zbyt dobrze, jak to się stało, Lucía i ja pokochaliśmy się całym sercem. Pomimo różnicy wieku wynoszącej paręnaście lat.

Bez wątpienia, pomyślałem, lekko się uśmiechając, świat się mocno zmienił. Większość tych zmian to jeden wielki syf, trudno się nie zgodzić. Są jednak sytuacje takie jak moje spotkanie z tą dziewczyną, które sprawiają, że naprawdę się cieszę z tego durnego ataku w Dagestanie.

Mimo bezładu, chaosu, śmierci i zniszczenia, które spadły na świat z powodu cholernego partyzanckiego wyskoku, pewne rzeczy nie zmieniły się ani trochę. Ludzie wciąż potrafili być brutalni, egoistyczni i niebezpieczni, a jeśli wymagały tego okoliczności, mordowali z zimną krwią. Jednocześnie nadal śmiali się, śpiewali, oddawali marzeniom i – jeśli między nimi zaiskrzyło – zakochiwali się.

Zwłaszcza gdy pojawiał się ktoś taki jak Lucía.

Przed pandemią do dziewczyn o jej urodzie faceci ustawiali się w kolejkach. Dziś byłoby tak samo, poprawiłem się natychmiast. Sęk w tym, że przytłaczająca większość mężczyzn uległa zarażeniu i zwyczajnie nie bardzo było na kim robić wrażenia.

Lucía była wysoka, smukła i miała nieziemsko długie nogi. Jej czarne włosy okalały twarz o regularnych rysach, wystających kościach policzkowych i skrzących się zielonych oczach. Ten prowokujący i zmysłowy typ urody spotyka się przeważnie u kobiet, które właśnie przestały być nastolatkami. Ciało osiemnastoletniej już dziewczyny przywodziło na myśl dzikie koty, zwłaszcza gdy tak jak teraz leniwie się przeciągała.

Starając się jej nie przestraszyć, zbliżyłem się i delikatnie pocałowałem jej włosy. Lucía westchnęła i odwróciła się, nie otwierając oczu.

– Co jest? – spytała nieprzytomnym głosem. – Zaczyna się moja wachta?

– Nie, kochanie – szepnąłem, gładząc jej długie nogi.

Lucía spędziła na pokładzie ostatnią ćwiartkę nocnej wachty i spała dopiero od czterech godzin. Teoretycznie każde z nas powinno czuwać tyle samo czasu, ale Prit i ja widzieliśmy, że dziewczyna jest już u kresu wytrzymałości fizycznej. Staraliśmy się więc urywać z jej wachty chociaż po parę godzin. Lucía nie była głupia, świetnie zdawała sobie z tego sprawę i w głębi duszy była nam wdzięczna za ten gest. Wyczerpanie dawało się we znaki nam wszystkim, ale Prit i ja mieliśmy większy zapas sił. Przynajmniej na razie.

– Śpij dalej. Masz jeszcze ponad trzy godziny.

– Czemu tak tu czuć rybą? – spytała nagle Lucía, marszcząc nos.

– Zgadnij, jakie dziś mamy danie dnia! – odpowiedziałem z lekkim zażenowaniem, próbując jednocześnie ukryć pod narzutą na koi swoje oblepione rybimi łuskami dłonie.

– Fuuu! – Dziewczyna odwróciła się i zakryła twarz poduszką. Dokładnie w tej samej chwili jachtem mocno szarpnęło. Najwyraźniej w kadłub uderzyła nieco większa fala. Pomyślałem, że skoro czeka nas noc na wzburzonym oceanie, to należy jak najszybciej zakończyć temat obiadu, a zająć się przygotowywaniem takielunku.

– Skoro pytasz – ciągnąłem bezlitośnie – to powiem ci, że wahałem się, czy przygotować wołowinę a la Wellington na porto, podaną z opiekanymi ziemniakami, czy po prostu gotowane makrele bez dodatków. Wiem, że tak naprawdę ty i Wiktor cenicie sobie prostotę, więc skłoniłem się ku lżejszej opcji i…

– Przymknij się wreszcie albo ja cię uciszę! – Zacisnęła lekko dłonie na mojej szyi i wpatrywała się we mnie swoimi wielkimi zielonymi oczami.

Kolejne szarpnięcie spowodowało, że straciłem równowagę i upadłem na Lucíę. Poczułem dotyk jej piersi na swoim nagim torsie. Pocałowała mnie, a moje usta na kilka błogich sekund wypełnił gorący smak jej śliny. W moich spodniach coś drgnęło i miałem wrażenie, że temperatura w kabinie skoczyła nagle o kilka stopni.

– Może dziś zaczniemy od deseru? – szepnąłem Lucíi do ucha, przesuwając dłoń w stronę kokardki przytrzymującej górę bikini.

W odpowiedzi dziewczyna zalotnie skubnęła mnie w szyję i wygięła plecy w taki sposób, by ułatwić mi zdjęcie jej stanika. Wtem kolejne uderzenie fali rzuciło gwałtownie kadłubem „Krokodyla II”. Było tak mocne, że oboje potoczyliśmy się na gródź na prawej burcie. Uderzyłem plecami o wystający kant i na moment aż odebrało mi dech. Stało się zadość staremu marynarskiemu porzekadłu, które mówi, że zawsze gdy jesteś do czegoś odwrócony tyłem, nadziejesz się na jedyną część mogącą zrobić ci krzywdę.

– Wszystko w porządku? – Lucía starała się nie wybuchnąć śmiechem. – Myślałam, że nie o to ci chodziło, kiedy mówiłeś, że…

– Nie o to, uwierz – jęknąłem, sięgając ręką do podstawy pleców. Bolało, jakby ktoś wbił mi czekan w kręgosłup. – Co, do kurwy nędzy, Wiktor wyprawia tam na górze?

Odpowiedziały mi ponaglające nawoływania z pokładu.

– Chodźcie tu szybko! Musicie to zobaczyć!

Zeskoczyłem natychmiast z koi i rzuciłem się w stronę wyjścia z kabiny. Przechodząc pospiesznie przez mesę, spostrzegłem mimochodem, że wiaderko, do którego włożyłem ryby, poleciało na podłogę. Lukullus bacznie przyglądał się teraz wypatroszonym makrelom, które w rytm coraz to mocniejszych uderzeń fal prześlizgiwały się z jednej burty na drugą. Ale nie to było teraz moim największym zmartwieniem. Pognałem po schodkach na górę i wystawiłem głowę nad pokład.

Na widok rozgrywającego się wokół spektaklu rozdziawiłem usta ze zdumienia. Ostatni raz wyszedłem z kabiny dwie godziny wcześniej, żeby złowić makrele, które teraz walały się po podłodze mesy. Niebo, na którym jeszcze niedawno nie było nawet jednej chmurki (jak co dzień, odkąd opuściliśmy Teneryfę), zmieniło się w groźnie wyglądającą białawą mozaikę.

Nad naszymi głowami przemieszczały się prędko rzędy chmur grupujących się i łamiących szyk w sposób całkowicie chaotyczny. Ocean, jeszcze przed chwilą spokojny, pokrywały grzywy fal, które uderzały bezładnie o kadłub jachtu, nie trzymając się żadnego logicznego rytmu. Zwróciłem się do wiatru i krew odpłynęła mi z twarzy. Całą linię horyzontu zasnuła czerń. W zasięgu wzroku nie było najmniejszego choćby przejaśnienia. Co kilka sekund złowieszczą kotarę czarnych chmur rozświetlał błysk dziesiątek niewidocznych z tej odległości błyskawic. To monstrum było o wiele, wiele potężniejsze niż jakikolwiek sztorm, który widziałem do tej pory.

Przysiadłem w kokpicie i rzuciłem okiem na barometr. Tak jak podejrzewałem, poziom słupka rtęci był bardzo niski. Tempo dalszego opadania widzieliśmy gołym okiem.

Przełknąłem ślinę. Przez moment chciałem wierzyć, że to wszystko okaże się tylko koszmarnym snem. Słyszałem wcześniej o załamaniach ciśnienia, ale nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę coś takiego na własne oczy, a już na pewno nie w takich okolicznościach: setki mil od najbliższego portu, na starym jachcie o zdezelowanym takielunku.

– Co to, do cholery, jest, kapitanie? – To, że miałem patent żeglarski, w oczach Wiktora automatycznie czyniło mnie wilkiem morskim. Fakt, że ten kwitek uprawniał mnie wyłącznie do prowadzenia małych jachtów, i to, że nigdy wcześniej nie oddaliłem się od brzegu na więcej niż trzy mile, wcale Ukraińca nie obchodziło. Ja sam byłem jednak przerażony.

– Nie jestem pewien – zacząłem, jednocześnie bardzo energicznie kręcąc rollerem spinakera – ale jeśli moje obawy się potwierdzą, możemy mieć poważne kłopoty.

– Jak poważne? – Ukrainiec rzucił się do pomocy w zwijaniu żagla.

– To wygląda naprawdę źle, Wiktor – odpowiedziałem cicho, patrząc na niego z powagą.

Lucía wychyliła się przez luk i słuchała z szeroko otwartymi oczami, bacznie obserwując ścianę chmur, która szybko przemieszczała się w naszym kierunku.

– Bardzo chciałbym się mylić, ale jeśli jest tak, jak mi się wydaje… to za mniej niż dwie godziny może być po nas.


3

Gdyby to wszystko działo się przed apokalipsą, superkomórka burzowa przemieszczająca się ku wybrzeżom Afryki natychmiast zostałaby poddana wnikliwemu nadzorowi. Ktoś w Ośrodku Wykrywania Huraganów sięgnąłby po sporządzaną na początku każdego roku alfabetyczną listę i na jej podstawie „ochrzcił” rodzący się huragan. „Edna” – na to imię padłby wybór. Swoją drogą, brzmi całkiem nieźle. Stosowanie tego rodzaju nazewnictwa, po pierwsze, ułatwiało proces śledzenia, a po drugie, pozwalało dziennikarzom telewizyjnym nadać relacjom nieco dramatyzmu, gdy wiatr docierał do lądu. Huragan mający imię można było opisywać tak, jakby był nie efektem kumulacji niskiego ciśnienia, ale nomadyczną istotą o wolnej woli, żądną destrukcji i podłą. Rzecz jednak w tym, że teraz nie było już nikogo, kto mógłby się tym wszystkim zająć.

Kiedy na wysokości Casablanki Edna dotarła ostatecznie do stałego lądu, nikt nie miał szansy ocenić skali zniszczeń, które dotknęły to, co pozostało jeszcze z miasta. Huragan pogrzebał pod gruzami tysiące Nieumarłych. Bez świadków.

Nikt również nie obserwował dziesięciokrotnie potężniejszej furii żywiołu na pełnym morzu, gdy Edna szalała jeszcze setki mil od brzegu.

Nikt poza trzema osobami.


4

– Uważaj, Wiktor! – Ledwie zdążyłem wykrzyczeć te słowa, gdy fala rozmiarów dwukondygnacyjnego budynku runęła na naszego zdezelowanego „Krokodyla II”. Uderzenie było tak potężne, że takielunek wydał dźwięk podobny do jęku, a maszt niebezpiecznie wygiął się ku prawej burcie. Cały pokład zniknął na moment pod wodą, a ja pomyślałem, że jacht zaraz się przewróci. Przez chwilę naprawdę sądziłem, że właśnie wybiła nasza ostatnia godzina.

Otarłem twarz z zalewającej mi oczy słonej wody i wbiłem wzrok w dziobową część jachtu. Jeszcze kilka sekund wcześniej majaczyła tam sylwetka Ukraińca, który starał się chwycić łopoczący róg żagla wyrwany z właściwego położenia przez potężny szkwał. Pośród uderzeń wiatru w mgławicy wodnego pyłu z trudem wypatrzyłem Pritczenkę. Miał na sobie sztormiak, a linka bezpieczeństwa łączyła jego pas z okuciem na pokładzie. Ukrainiec kasłał i parskał jak topiący się pies. Uderzenie fali rzuciło nim o maszt, ale szczęśliwy traf sprawił, że kamizelka ratunkowa, którą miał na sobie, wytłumiła siłę uderzenia. Gdyby ściana wody rzuciła nim czterdzieści centymetrów dalej od masztu, prawdopodobnie wypadłby za burtę.

– Jesteś cały, Wiktor?… Odpowiedz, do cholery! – Złożyłem dłonie w trąbkę, żeby mój głos dotarł do dziobu. Wycie wiatru było jednak tak donośne, że znajdujący się ledwie kilka metrów ode mnie Prit i tak nie był w stanie nic usłyszeć. Musiał jednak odgadnąć, czego chcę się dowiedzieć, bo mimo wycieńczenia uniósł ręce nad głowę i skierował kciuki ku górze.

Huragan bezlitośnie miotał nami już od sześciu godzin i wydawało mi się naprawdę zdumiewające, że dotąd nie zatonęliśmy. Okazji było co najmniej kilkanaście. Nasz jacht nie został zbudowany z myślą o stawianiu czoła takim warunkom pogodowym. Nawet gdy lśnił nowością tuż po opuszczeniu stoczni, nie był gotowy na takie wyzwania. A cóż dopiero teraz, w tak opłakanym stanie!

Pierwszą oznaką tego, że sprawy zmierzają w złą stronę, było to, że straciliśmy foka. W drugiej godzinie naszej walki z huraganem żagiel rozdarł się z trzaskiem i odfrunął niesiony potężnym szkwałem, wyglądając jak peleryna czarownicy lecącej na miotle. Od tego momentu zmagaliśmy się z żywiołem, mając do dyspozycji tylko zrefowany grot. Staraliśmy się wyprzedzać fale, z których każda mogła nas dosłownie pożreć. Straciłem poczucie czasu. Po tylu godzinach walki o utrzymanie kursu i siłowania się z kołem sterowym miałem zdrętwiałe ręce. Naszą jedyną szansą na przetrwanie było utrzymywanie się w osi wiatru i nadchodzących fal. „Krokodyl II” z godną podziwu dzielnością wspinał się na kolejne monstrualnych rozmiarów wodne góry atakujące nas od strony rufy. Raz po raz jacht wędrował po nabrzmiewającej powierzchni wody, by ostatecznie dotrzeć na sam grzbiet fali zwieńczony brudną, pienistą grzywą. Gdy znajdowaliśmy się w tym punkcie, kadłub był w całości wystawiony na pęd wiatru, co sprawiało, że łódź natychmiast parła ku krawędzi załamania fali. Następnie, pośród ogłuszającego łoskotu wytwarzanego przez tysiące ton pędzącej wody, pikowała po przeciwnej stronie wodnego spiętrzenia, zmierzając wprost na dno zagłębienia powstającego między dwiema potężnymi falami. Dotarłszy na sam dół, jacht wbijał się dziobem w wodę jak widelec w rozgrzane masło. Na kilka sekund znajdowaliśmy się wtedy w kotlinie pomiędzy dwiema górami wody, gdzie panowała całkowita cisza. Chwilę później kolejna fala unosiła rufę „Krokodyla II” i cały cykl rozpoczynał się na nowo. I tak raz po raz przez sześć godzin, które zdawały się trwać całą wieczność.

Koniec mógł być tylko jeden. Czułem, że prędzej czy później musi nadejść zdradziecka boczna fala, która rzuci jachtem o kilka stopni na bakburtę lub na sterburtę i sprawi, że znajdując się w kotlinie pomiędzy falami, ustawi się bokiem. Wtedy zaś kolejna nadchodząca ściana wody niechybnie przewróci go do góry dnem.

Z rozmyślań tych wyrwał mnie paskudnie brzmiący trzask. U podstawy masztu pojawiła się rysa. Jej szerokość była nie większa niż linii narysowanej długopisem, jednak po chwili z przerażeniem zauważyłem, że po każdym dotarciu jachtu na szczyt fali szczelina staje się coraz szersza i dłuższa. Oceniłem szybko, że maszt wytrzyma jeszcze najwyżej kilka minut, a potem po prostu oderwie się od pokładu.

– Prit! Prit!!! – wrzasnąłem rozpaczliwie, jednocześnie gwałtownie gestykulując i wskazując na maszt. – Wanty i sztag! Trzeba je natychmiast odciąć!

W pierwszej chwili Ukrainiec najwyraźniej nie zrozumiał, o co mi chodzi. W ułamku sekundy zorientował się jednak, jak poważna jest sytuacja. Jeśli maszt runie i wypadnie za burtę, w dalszym ciągu będzie przymocowany do kadłuba jachtu grubymi linkami ze stalowego splotu, które wcześniej utrzymywały go w pozycji pionowej. Ciągnąc dodatkowy balast w postaci masztu i większości takielunku, „Krokodyl II” natychmiast straci sterowność i będzie po nas.

Prit nie był może urodzonym żeglarzem, ale bez wątpienia był to facet konkretny i przytomny. Jego świetny refleks nieraz ratował mu skórę w okolicznościach, w których miliony osób straciły życie. Ukrainiec błyskawicznie rzucił się w stronę najbliższej stalowej linki i czubkiem noża próbował oderwać od pokładu okucie, w którym była zakotwiczona. Żyły na jego szyi nabrzmiały, gdy z całych sił starał się podważyć metalowy element. Po chwili pomimo świstu wiatru nawet ja usłyszałem odgłos pękającego metalu. Czubek ostrza ułamał się i ugrzązł zaklinowany w pokładzie.

– Nic z tego! – krzyknął Wiktor, wyrzucając za siebie bezużyteczny, złamany nóż. – Nie dam rady podważyć tego cholerstwa!

Przeszył mnie zimny dreszcz. Było po nas. Mieliśmy przejebane. Kompletnie przejebane.

Nagle poczułem na plecach mocne klepnięcie. Nie puszczając steru, odwróciłem się i zobaczyłem Lucíę, która właśnie wyszła na pokład. Dziewczyna, tak jak my, włożyła kamizelkę ratunkową, ale nie miała na sobie sztormiaka. W efekcie wystarczyło kilkanaście sekund, by pył wodny i fale wdzierające się od rufy przemoczyły ją do cna. Lucía wyglądała jednak tak, jakby nie robiło to na niej najmniejszego wrażenia. Musiała słyszeć naszą rozmowę, a pomimo to w jej oczach połyskiwały niezłomność i determinacja, by utrzymać się przy życiu.

– Spróbujcie tym! – krzyknęła mi do ucha, jednocześnie wsuwając w moją dłoń coś ciężkiego i podłużnego.

Zacisnąłem palce na przedmiocie, który mi podała. Zorientowałem się natychmiast, że to jeden z dwóch karabinów automatycznych HK, które mieliśmy na pokładzie. Pomysł Lucíi był dobry, choć trudny do zrealizowania. Nie pozostawało nam jednak nic innego niż spróbować. Lepszego wyjścia po prostu nie mieliśmy.

– Będziesz musiała sama strzelić! – wykasłałem z trudem; do gardła wlał mi się właśnie tuzin kubłów słonej wody przyniesionej przez kolejną potężną falę. – Ja muszę trzymać kurs! Jak już uwolnisz achtersztag, podaj broń Wiktorowi. Niech on odstrzeli liny na dziobie!

Lucía skinęła głową i zwróciła się w stronę okucia umieszczonego na rufie, tuż powyżej płetwy sterowej. Wiatr wiał jej teraz prosto w twarz, a jej oczy zalewały strumienie słonej wody.

– Spokojnie, mała. Nie bój się – wymamrotałem bardziej do siebie samego niż do niej.

Po raz kolejny znaleźliśmy się na szczycie fali. Wiatr uderzał teraz w kadłub z całą mocą, a maszt wydawał coraz bardziej niepokojące dźwięki. Widać było, jak odrywają się od niego kolejne podłużne kawałki włókna węglowego. Pęknięcie u podstawy miało już szerokość palca. Takielunek wydawał odgłosy przywodzące na myśl krzyk bólu – obciążenie, z jakim się teraz zmagał, znacznie przewyższało założone przez producenta maksimum. Każda kolejna minuta żeglugi mogła być ostatnią. Łodzią gwałtownie szarpnęło, gdy niesiona wyjątkowo silnym uderzeniem wiatru docierała na sam czubek potężnej fali. Ułamek sekundy później, pośród ryku fal i kaskad piany, jacht runął w dół wodnego urwiska.

Przez może dwie sekundy miało się wrażenie, że wiatr ustał. „Krokodyl II” trafił w zagłębienie powstałe między dwiema gigantycznymi, ponadtrzydziestometrowymi falami, by na krótką chwilę znaleźć tam schronienie przed szkwałami. W ciągu tej jednej, jakże nierzeczywistej chwili panowały całkowita cisza i spokój – do tego stopnia, że wyraźnie słychać było, jak krople deszczu uderzają o pokład. I na taki właśnie moment czekała Lucía! Spokojnym ruchem oparła kolbę na ramieniu i wymierzyła w śrubę utrzymującą achtersztag. Pociągnęła za spust.

Ustawiony na tryb automatyczny HK zdawał się w jej rękach żyć własnym życiem. Dziewczyna ledwie radziła sobie z potężnym odrzutem towarzyszącym wystrzałom. Wraz z pojawianiem się w rufie jachtu kolejnych dziur po kulach spadał na nas coraz gęściejszy deszcz drzazg i odłamków drewna tekowego, włókna szklanego i rozgrzanego metalu. Wreszcie dwa naboje trafiły w element mocujący stalową linę do pokładu.

Wszystko potoczyło się teraz bardzo szybko. Gruba stalowa linka była tak przeciążona wskutek potężnego naporu wiatru na żagiel, że pod wpływem uderzenia naboju kaliber 5,56 mm zaczęła się natychmiast rwać.

– Uwaga! – zdążyłem krzyknąć, puszczając jednocześnie ster i przewracając Lucíę na pokład. Pociągnąłem ją w dół i osłoniłem własnym ciałem na ułamek sekundy przed tym, jak stalowa linka pękła z głośnym trzaskiem, a jej uwolniony koniec wystrzelił w powietrze niczym zabójczy bat.

Luźny koniec tego stalowego bicza przeszył powietrze dokładnie w miejscu, gdzie jeszcze sekundę wcześniej znajdowała się głowa Lucíi. Następnie z wielką siłą uderzył w nadbudówkę i wzbił w powietrze deszcz drzazg i kawałków potłuczonego pleksiglasu. Uszkodziwszy okno i drzwi jachtu, stalowa lina na nowo wystrzeliła w górę, wijąc się przy tym w powietrzu jak rozwścieczona kobra. Wiatr cisnął ją teraz na drugą stronę masztu, wskutek czego ostry metal achtersztagu naderwał zrefowanego grota. Zrozumiałem w tym momencie, że Wiktor nie będzie mieć żadnych szans, by odciąć stalowe linki w części dziobowej. Wyręczyć go w tym miał jednak zaraz sam huragan.

Gdy jacht po raz kolejny znajdował się na szczycie fali, od strony rufy przyszedł wyjątkowo potężny szkwał. Maszt, osłabiony godzinami walki z żywiołem, dał ostatecznie za wygraną i runął. Pęknięcie u jego podstawy zmieniło się w ziejącą czarną dziurę, a pokład zasypały odłamki włókna węglowego. Towarzyszący temu wszystkiemu donośny trzask przyprawił mnie o zgrzytanie zębów. Byliśmy świadkami czegoś, co przydarza się niewielu żeglarzom. Jeszcze mniej jest zaś tych, którzy mogli o takim przeżyciu później opowiedzieć. Maszt jachtu uniósł się w powietrze ciągnięty monstrualną siłą huraganowego wiatru, ale wciąż przymocowany do poszycia jachtu sztagiem na dziobie. Przez kilka sekund pozostawał w powietrzu utrzymywany przez stalową linę i wyglądał jak dziwaczny latawiec, dzieło szalonego rzemieślnika. Po chwili jednak sztag nie wytrzymał. Poczuliśmy szarpnięcie, po czym maszt odleciał niesiony huraganem w deszcz i nawałnicę. W końcu runął do wody, pogrzebany przez dwie potężne fale, które właśnie wyprzedzały nas z prawej burty.

Byliśmy o włos od śmierci, ale przeżyliśmy. Nasza sytuacja jednak nadal wcale nie wyglądała dobrze.

– Lepiej schowajcie się do środka! – przekrzykując wycie wiatru, zaproponowałem Lucíi i Wiktorowi. – Tu nie macie już nic do roboty!

– Takiego wała! – odpalił bez namysłu Pritczenko, pomagając mi się podnieść. – Jeśli już mam się utopić, to wolę być tu niż zamknięty w tej wannie!

– Prit… – Zacisnąłem pięści, starając się zapanować nad emocjami. Pozostawanie na pokładzie było zwyczajnie niebezpieczne, wiedziałem jednak, że Ukrainiec potrafi być naprawdę nieprzejednany, kiedy się uprze. – Kurwa mać, właź do środka! Na pokładzie jest zbyt niebezpiecznie!

– Jaja sobie robisz? Nie ruszę się stąd!

– Właź do środka, uparty Rusku!

– Przecież mówię, że nie wejdę! I jestem Ukraińcem, nie Rosjaninem!

W tym momencie naszą sprzeczkę przerwała Lucía. Wystawiła głowę z kabiny, uchylając strzaskane drzwi zejściówki, i starczyło spojrzeć na wyraz jej twarzy, by zorientować się, że coś jest nie tak.

– W kabinie są dwa przecieki – powiedziała słabym głosem, starając się opanować strach. – Toniemy.

No zajebiście, tego nam tylko brakowało, pomyślałem. W starym kadłubie jachtu musiały być jakieś mikrouszkodzenia. I w sumie trudno się dziwić – w końcu spędził on Bóg wie ile czasu wystawiony na działanie słońca w zapomnianej sportowej marinie. Po miesiącach i miesiącach obkurczania się i rozszerzania pod wpływem temperatury jakiś pęcherzyk powietrza zabłąkany między warstwami poszycia w końcu wystrzelił, i tak we włóknie kadłuba zaczęła tworzyć się szczelinka. Teraz, w samym środku sztormu, to mikropęknięcie postanowiło bez uprzedzenia zwiększyć swój rozmiar. Woda przedostawała się do środka przez nieszczelność znajdującą się gdzieś poniżej linii zanurzenia. Nie wiedziałem, w jakim tempie wdziera się do kadłuba, ale było jasne, że w ciągu kilku minut, godzin lub najwyżej paru dni (wszystko zależy od rozmiaru nieszczelności, matołku; wiedziałbyś to, gdybyś miał więcej pojęcia o żeglarstwie) jacht po prostu musi zatonąć.

Łódź straciła maszt, mieliśmy nieznanej wielkości przeciek i znajdowaliśmy się w samym środku najgorszego sztormu, jaki widziałem w mojej żeglarskiej karierze. Cudownie. Po prostu, kurwa, wspaniale! Na co nam ci wszyscy Nieumarli? Wyszło na to, że ja sam wystarczyłem, żeby ukatrupić nie tylko samego siebie, ale też tych, którzy byli ze mną.

– To pewne? – spytał Prit głosem dławionym przez strach. – Faktycznie toniemy?

– Nie – skłamałem. – To tylko woda, która wlała się przez stłuczone bulaje. Ale na wszelki wypadek uruchom pompę awaryjną.

– Ja to zrobię – powiedziała Lucía.

Wziąłem dłoń dziewczyny w swoją i uścisnąłem. W oczach Lucíi malował się lęk, ale jednocześnie widać też w nich było ogromny spokój – efekt uboczny wszystkich cierpień, które spadły na nią w ciągu ostatnich miesięcy. Jeśli mieliśmy zginąć, to było jasne, że Lucía nie pokłoni się śmierci, tylko przyjmie ją, patrząc jej prosto w oczy. Ba, jeszcze splunie jej w twarz!

Musiałem powiedzieć Wiktorowi prawdę. Jacht mógł pójść na dno w ciągu paru minut i miałem obowiązek powiedzieć o tym Ukraińcowi. Zwróciłem się w jego stronę, ale nim zdążyłem się odezwać, mój stary druh odgadł, o co chodzi. Wystarczyło, że spojrzał mi w oczy.

– Mamy przejebane, tak?

Nie odpowiedziałem. Mój wzrok utkwiony był w horyzont, gdzie w piekielnym spektaklu morze splatało się z wodami oceanu. Już od iluś godzin nie miałem poczucia czasu, ale było chyba koło północy. Wszechobecne fale i morska piana w połączeniu z panującą ciemnością ograniczały widoczność do jakichś stu–dwustu metrów. Ponadto jachtem rzucało tak mocno, że było fizyczną niemożliwością utrzymanie wzroku w jednym punkcie. Przez chwilę jednak, przez jedną, nędzną, krótką chwilkę, wydawało mi się, że widzę coś w oddali. Przetarłem oczy i starałem się ponownie odszukać wzrokiem to coś. Po chwili wzburzone morze znów uniosło nas ku górze. Znaleźliśmy się na szczycie kolejnej fali. Jacht był teraz na znacznej wysokości i udało mi się znów zobaczyć źródło moich nadziei. Nie było najmniejszych wątpliwości.

Po zawietrznej, o mniej niż pół mili morskiej od nas, widać było zielone światło.


5

Potrzebowałem chwili, żeby się uspokoić. Serce biło mi tak mocno, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Ten zielony blask oznaczać mógł jedną tylko rzecz – nieprawdopodobną, niewiarygodną, kompletnie od czapy, a jednak…

– Co z tobą? – spytał Prit. – Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.

– Powiedz, czy coś tam widzisz?! – Wskazałem punkt na horyzoncie, gdzie dostrzegłem światło. – Widzisz tam zielony poblask?

– Co, jaki poblask? Coś ci się chyba…

– Cicho bądź! – przerwałem mu gwałtownie. – Zaczekaj chwilę i spójrz… O, teraz! Teraz! Widzisz?

– Co ty mi… O kurwa, faktycznie! Jest światło! Ale skąd ono się tam wzięło?

– To oznaczenie burty statku, nie ma innej opcji! – zawołałem rozradowany. – A jeśli sądzić po tym, jak wysoko nad wodą jest to światło, to statek musi być naprawdę spory.

– „Spory”, czyli jaki?

– Nie wiem dokładnie, ale na pewno dużo większy od tego gówna, na którym płyniemy. – Kręciłem zapamiętale sterem, co jednak w znikomym stopniu przekładało się na zmianę kursu.

– Co robimy? – wtrąciła nagle Lucía, która wychyliła się z kabiny. Chwilę wcześniej uruchomiła pompę, a teraz trzymała na rękach przemoczonego i wściekłego Lukullusa. Usłyszała naszą rozmowę i strach malujący się wcześniej na jej twarzy wyraźnie ustąpił miejsca nadziei.

– Na razie płyniemy z wiatrem w kierunku tego światła – odpowiedziałem. – Kiedy będziemy bliżej, wystrzelimy flarę, żeby mieli szansę nas zobaczyć. No, a potem trzeba będzie jakoś przedostać się z naszej tonącej krypy na ich pokład. Będzie nieźle, jeśli uda nam się przy tym nie potopić.

– Nie wiemy, kto płynie tym statkiem – ponuro zauważył Pritczenko. – To może być patrol wysłany za nami z Teneryfy albo nawet jakaś dryfująca łajba pełna Nieumarłych.

– Statek pełen Nieumarłych dawno osiadłby na brzegu – odparłem, starając się zwrócić dziób „Krokodyla II” w kierunku światła. – Poza tym szczerze ci powiem, że mam już tak dość tego słonego piekła, że byłbym nawet gotów wsiąść jeszcze raz na „Zaren Kibish” i spotkać się z jego załogą uzbrojonych pojebów.

Ukrainiec zaśmiał się cicho i skinął ze zrozumieniem. Dobrze wiedział, że nasza sytuacja jest rozpaczliwa. Jeśli mieliśmy jakiekolwiek szanse przeżycia, to były one nierozerwalnie związane z majaczącym w oddali zielonym światłem. Musieliśmy dostać się na tamten statek! Potem niech się dzieje, co chce – jakoś sobie poradzimy.

Minęło pięć nieznośnie ciągnących się minut. Za każdym razem, gdy znajdowaliśmy się na szczycie fali, wlepialiśmy wzrok w horyzont, starając się na nowo zlokalizować światło. Z początku było to dosyć łatwe, jednak po kilku minutach zaczęliśmy mieć trudności. W końcu zaś zupełnie straciliśmy z oczu nasz punkt odniesienia.

Na krótką chwilę przyszło mi nawet do głowy, że wszystko to było jedynie omamem, przywidzeniem wywołanym przez stres. Zaraz po tym pomyślałem jednak o innej jeszcze możliwości – znacznie bardziej przerażającej. Pośród tej potwornej nawałnicy nietrudno było przepłynąć o dziesięć metrów od innej jednostki i nawet jej nie zauważyć. Najgorsze, co mogło nas teraz spotkać, to gdybyśmy raptem dostrzegli czerwone światło na przeciwnej burcie statku. Oznaczałoby to, że się minęliśmy, a przy tak silnym wietrze i na łodzi pozbawionej masztu zawrócić byłoby przedsięwzięciem niewykonalnym.

Wtem uderzyła w nas z boku potężna fala. Cały pokład zalała lodowata czarna woda. Przez chwilę jacht jakby zastygł na czubku kolejnej fali, a gdy zaczął się z niej zsuwać, czuliśmy jego coraz silniejszą rotację. Było jasne, że zaraz się przewróci.

– Przygotujcie się, będziemy skakać! – krzyknąłem tak głośno, jak tylko pozwalało mi zdarte, podrażnione solą gardło.

Nagle kadłub jachtu przestał się okręcać. Znaleźliśmy się znów w zagłębieniu pomiędzy falami. Góra wody, która o mało nas nie przewróciła, oddalała się w stronę horyzontu, ale coraz bliżej nas była kolejna rycząca fala. Koło sterowe kręciło się jak oszalałe, a jacht – bez jakiegokolwiek naszego udziału – skręcał raz w lewo, raz w prawo. Zdawało się przy tym, że wiatr zupełnie ustał, tak jakby ktoś mocą magicznego zaklęcia po prostu go wyłączył.

– Co się dzieje, do cholery? – spytał Prit.

– Nie mam pojęcia. Zupełnie jakbyśmy znaleźli się w oku cyklonu, ale przecież…

– Jezu, patrzcie! – W głosie Lucíi brzmiało przerażenie. Słysząc go, poczułem, że serce zaczęło łomotać mi ze strachu. Odwróciłem się, by spojrzeć w kierunku, który wskazywała, i oniemiałem.

Niebo zasnute było czernią. Niespełna dwadzieścia metrów od nas dziób kolosalnego tankowca pruł wodę, przesłaniając swoim ogromem wszystkie gwiazdy. Był coraz bliżej zdezelowanego kadłuba „Krokodyla II”.

– Rozjedzie nas!

Nie byliśmy w stanie nic zrobić. Łódź dryfowała (podejrzewam, że ster był uszkodzony), w baku nie było paliwa i nie mieliśmy nawet dość czasu ani miejsca, żeby wykonać jakikolwiek manewr. Zbiornikowiec był olbrzymi – to jeden z tych kolosów o długości przekraczającej trzysta pięćdziesiąt metrów, tak ogromnych, że w czasie sztormu z mostka kapitańskiego nie widać dziobowej części pokładu… a cóż dopiero dryfującego gdzieś poniżej ośmiometrowego jachtu. Po prostu nie mieli szans nas zobaczyć ani wykryć. W tych warunkach pogodowych byliśmy dla ich radaru niewidzialni. Zwłaszcza że kadłub jest z włókna węglowego i nie ma masztu, który mógłby odbić sygnał, podpowiedziała przytomniejsza część mojego umysłu, która z przestrachem i fascynacją obserwowała nasz niechybny koniec.

Sunący na nas statek był tak wielki, że sam ruch wody wzbudzany jego kilem wytwarzał fale wielkości niewielkich pagórków. Jedna z takich właśnie fal uderzyła w zdezelowany kadłub naszego „Krokodyla II” i rzuciła nim, jakby był niesioną przez prąd rzeczny gałązką. Znajdowaliśmy się tak blisko potężnego kadłuba, że widzieliśmy wgniecenia, nity i ślady spawania. Wreszcie, po chwili oczekiwania w nieznośnym napięciu, pchnięty resztkami wiatru jacht obrócił się na tyle, by o włos uniknąć zderzenia z tankowcem.

Nadal mieliśmy szansę, ale trzeba było działać błyskawicznie. Zwróciłem się do Wiktora, który z niemym podziwem przyglądał się mijającemu nas o niespełna dwa metry gigantowi.

– Znajdź pistolet sygnałowy i wystrzel flarę! Niech nas zobaczą!

Wyrwany z letargu Ukrainiec szybko otworzył jedną z bakist w kokpicie, chwycił szybko pistolet i pociągnął za spust. Flara, sycząc, opuściła lufę. Dotarła na przewidzianą wysokość i rozprysła się, uwalniając smugi czerwonego światła, które nadały niebu nierzeczywisty odcień.

Podczas gdy raca pomału opadała na spadochronie, ja rzuciłem się do kabiny. Wnętrze jachtu, miejsce jeszcze tak niedawno naprawdę przyjemne, przedstawiało teraz obraz nędzy i rozpaczy. Stałem po kostki w wodzie, na której unosiły się plamy oleju, resztki jedzenia, mapy i różne papiery.

Lucía siedziała w kącie, trzymając kota na rękach, i patrzyła na mnie wyczekująco.

– Jak my tam wejdziemy? – spytała z zadziwiającym spokojem.

– Jeszcze nie wiem. Najważniejsze, żeby nas zauważyli i nie odpłynęli.

Chwyciłem jeden z miotaczy harpunów, które mieliśmy na pokładzie, i zarzuciłem go na ramię. Nie przejmując się pełnym powątpiewania spojrzeniem Lucíi, otworzyłem szafkę na żagle, by poszukać odpowiednio mocnej liny. Była w niej zimna woda i śmierdziało wodorostami. Podejrzewałem, że tuż obok jest jakaś nieszczelność. Nic jednak nie mogłem z tym teraz zrobić.

Znalazłem linę i przymocowałem ją do harpuna. Mało wyrafinowane rozwiązanie, ale musiało wystarczyć.

– Co to ma być?

– Nasza lina holownicza… a w każdym razie coś, co trochę taką linę przypomina – wyjaśniłem, kierując się z powrotem na pokład.

Podczas gdy byłem w kabinie, tankowiec minął nas już niemal połową swojej długości. Ten statek był naprawdę olbrzymi, jego wysokość, licząc od linii wody, dałoby się porównać z ośmiopiętrowym budynkiem. Jego olbrzymi kadłub całkowicie chronił nas od wiatru i uderzeń fal. Aż mrugnąłem zdumiony tym, co widziałem wokół: „Krokodyl II” kołysał się teraz w małej enklawie ciszy w samym środku potężnego huraganu. Wody były tu spokojne i nie czuło się lekkich nawet uderzeń wiatru. Wszystko to zaś rozświetlał blask flar, które niestrudzony Wiktor odpalał jedną po drugiej. Kilkadziesiąt metrów dalej, dokąd dochodziło jeszcze światło rac, widać było, jak efekt parawanu stwarzany przez kadłub tankowca zanika, a morze na nowo odsłania swe zabójcze oblicze.

Mieliśmy tylko jedną szansę. Uniosłem wyrzutnię harpunów i wycelowałem w kierunku pokładu majaczącego wysoko gdzieś w ciemnościach nocy. Szybko dokonywałem w myślach obliczeń. Mocniejszej wyrzutni nie mieliśmy, a dystans, jaki miał do pokonania harpun, był znaczny, do tego w płaszczyźnie pionowej. Trzeba też było mieć na uwadze ciężar liny… Nie pierdol, tylko weź głęboki oddech i strzelaj! Jeśli nie uda się zaczepić harpuna o pokład tankowca, będzie po nas, podpowiadał szorstki głos rozsądku. Jeśli nie zabije nas sam huragan, to zrobią z nas miazgę śruby i wir za statkiem. Dobrze wiesz, że tak będzie! Masz tę jedną szansę, więc, do cholery, przestań gdybać i strzelaj!

Odrzuciłem głowę do tyłu i wypuściłem harpun z wyrzutni. Ostrze ze świstem ruszyło w górę, a leżąca na pokładzie jachtu lina zaczęła rozwijać się z dużą prędkością. W głowie po cichu liczyłem metry: pięć, dziesięć, piętnaście… Gdy doszedłem do dwudziestu pięciu, lina przestała się rozwijać. Trzęsąc się ze zdenerwowania, chwyciłem pozostający przy jachcie kawałek i szarpnąłem, lekko, potem mocniej. Lina nie ustępowała. Udało nam się zaczepić o pokład tankowca!

Roller spinakera, do którego przytwierdzony był nasz prowizoryczny hol, boleśnie zatrzeszczał, gdy pęd tankowca szarpnął jachtem. Wytrzymał jednak obciążenie, a „Krokodyl II” niczym pasożyt uczepiony wielorybiego cielska przemieszczał się równolegle do potężnej burty statku, raz po raz uderzając o jego stalowy korpus. Po każdym uderzeniu od naszego kadłuba odpadały kolejne kawałki włókna węglowego. Łódź dosłownie kruszyła się w starciu z kolosem. Nie miałem przy tym najmniejszego pojęcia, w co wbiło się ostrze harpuna. Połączenie mogło zaraz się zerwać.

Wtem kilka snopów światła omiotło pokład naszego jachtu. Spojrzeliśmy w górę. Z tankowca świeciło w naszą stronę pięć czy sześć latarek. Z tej odległości nie słyszeliśmy rozmów członków załogi, ale kimkolwiek byli ci na górze, założę się, że głowili się nad tym, kim, do ciężkiej cholery, jesteśmy i co wyrabiamy, obijając się o ich burtę. Miałem tylko nadzieję, że zastanawianie się nad tym nie zajmie im zbyt wiele czasu.

Po kilku nieznośnie długich minutach załoga tankowca spuściła z burty szeroką drabinę sznurową, by umożliwić nam dostanie się na pokład. Wyobraziłem sobie, ile wysiłku musiało przy tej pogodzie kosztować marynarzy przeniesienie ciężkiej sieci po pokładzie. Przecież tam na górze huragan szalał z całą swoją zabójczą siłą. Było jasne, że kimkolwiek są ci ludzie, chcą, żebyśmy dostali się na górę. Co do tego nie było wątpliwości.

– Właźmy, zanim zmienią zdanie! – zawołał Wiktor. Ukrainiec uczepił się sieci i nie oglądając się za siebie, z małpią doprawdy zręcznością piął się ku górze. Lucía podała mi kota, radośnie pocałowała mnie w usta, po czym ruszyła za Pritczenką. Zostałem na pokładzie jachtu sam. W żołądku czułem dziwne skurcze. Ostatnio wchodziłem na nieznany statek wiele miesięcy wcześniej w porcie w Vigo, a konsekwencje tego okazały się niezbyt przyjemne. Mam nadzieję, że przynajmniej tym razem nikt nie wymierzy do mnie z broni, gdy tylko wejdę na pokład, myślałem, umieszczając Lukullusa wewnątrz górnej części sztormiaka i dopinając zamki. Kot ułożył się w tym prowizorycznym worku tak, by móc wystawić głowę przez niewielki otwór przy mojej szyi.

Jeszcze jedno, ostatnie spojrzenie, by pożegnać się z jachtem, i zacząłem wspinać się po sieci. Czuć mnie było całego przemoczonym kocim futrem. Wiele godzin później uświadomiłem sobie, że na pokładzie tonącego jachtu zostawiliśmy cały nasz sprzęt. Teraz było mi jednak kompletnie wszystko jedno. Drapiąc się w górę po sieci jak marna podróbka Spidermana, i tak nie dałbym rady unieść zbyt wiele.

Gdy w końcu dotarłem na pokład tankowca, naraz wydarzyło się kilka rzeczy. Najpierw poczułem uderzenie wiatru, tak potężne, że o mało nie runąłem plecami w dół, co bez cienia wątpliwości by mnie zabiło. Na szczęście kilka silnych rąk chwyciło mnie i przytrzymało na pokładzie. Tam kolejne pary rąk narzuciły na mnie koc i pomogły chronić się przed deszczem. To było drugie zdarzenie. Trzecim i najbardziej zaskakującym było pojawienie się nienagannie eleganckiego oficera o skandynawskiej urodzie, który zbliżył się do mnie z uśmiechem i wyciągnął dłoń w geście powitania.

– Są państwo z pewnością najbardziej egzotycznym gatunkiem ryb, jaki dotąd zdarzyło się nam złowić – powiedział czystą, świetnie wyuczoną angielszczyzną, z akcentem, którego nie umiałem zidentyfikować. – Pozwolą państwo, że powitam ich na pokładzie.

– Jak nazywa się ten statek? Gdzie my jesteśmy?

Pośród ulewnego deszczu oficer wykonał ręką szeroki gest obejmujący ogrom powierzchni tankowca.

– Witam na pokładzie – powtórzył z uśmiechem. – Są państwo na „Itace”.


6

Dotarłszy do stałego lądu na wysokości południowego Maroka, huragan Edna szybko tracił na sile. Niszczycielska nawałnica zmieniła się najpierw w porywisty wiatr, by po kolejnych dwudziestu czterech godzinach stać się delikatną bryzą. Chmury zaś, po wylaniu z siebie nad oceanem nieprzebranych mas wody, rozproszyły się. Sierpniowe słońce znów prażyło i ogrzewało powierzchnię oceanu. W niespełna czterdzieści osiem godzin po dotarciu do lądu z potężnego huraganu została tylko zupełnie niegroźna letnia burza przemieszczająca się nad Cieśniną Gibraltarską w kierunku środka basenu Morza Śródziemnego. My, rzecz jasna, nie widzieliśmy tej przemiany.

Kiedy się ocknąłem, moją pierwszą reakcją było natychmiastowe wyciągnięcie ręki po broń. Znajdowałem się w nieznanej kajucie o ścianach pomalowanych na kolor bladoniebieski. Przez uchylony bulaj do wnętrza wpadała smuga jasnego światła. Nim zwoje w moim mózgu trochę się ocknęły, przez chwilę moja dłoń nadaremnie szukała kolby pistoletu maszynowego. Zaraz jednak dotarła do mnie sprawa oczywista: żadnej broni tu nie ma, bo oba nasze HK zostały na pokładzie jachtu, który teraz najprawdopodobniej spoczywa już na morskim dnie. Zebrałem się w sobie, by wstać, i natychmiast pożałowałem tej decyzji. Każdy mięsień rąk i grzbietu przeszywał ból spowodowany zakwasami. Nawet szyję miałem kompletnie zesztywniałą. Kiedy chciałem sięgnąć bo butelkę wody stojącą na stoliku przy koi, musiałem użyć całej siły woli, by patrzeć we właściwym kierunku.

Przez kilka sekund piłem łapczywie i na koniec cicho beknąłem z zadowoleniem. Rozejrzałem się po wnętrzu kajuty. Było to skromne pomieszczenie wielkości zaledwie trzech metrów kwadratowych. Przy ścianie, prostopadle do drzwi, stała niewielka szafka. Całą długość ściany przeciwległej zajmowało łóżko, na którym leżałem. Na ścianie naprzeciw drzwi znajdował się bulaj, przez który sączyło się ciepłe światło. Zdecydowanie zbyt ciepłe i jasne jak na burzową pogodę.

Musiałem spać bardzo długo – jeśli sądzić po wyglądzie nieba, ponad dwanaście godzin. Nic zresztą dziwnego, zważywszy, jak bardzo wycieńczyła mnie walka z żywiołem. Jak przez mgłę pamiętałem, że dwóch mocno zbudowanych marynarzy musiało niemal zanieść mnie do kajuty. Pamiętałem też, że Lucía, zanim sama ułożyła się na materacu na podłodze, pomogła mi się rozebrać i położyć do łóżka. To była odpowiedź na kolejne z pytań, bo rzeczywiście: tuż obok mnie – tyle że nieco poniżej koi – leżała moja dziewczyna. Spała spokojnie, a o jej poduszkę oparty był także pogrążony w głębokim śnie Lukullus.

Nim zdążyłem zadać sobie pytanie, gdzie podział się Wiktor, donośne chrapanie uświadomiło mi, że Ukrainiec śpi w najlepsze na piętrze mojej koi, którą omyłkowo wziąłem za jednoosobową. Po zejściu z jachtu Wiktor musiał być równie wycieńczony jak ja, a jednak twardo odmawiał udania się na spoczynek, póki nie upewnił się, że Lucía i ja jesteśmy wysuszeni i ogrzani oraz że nie zagraża nam już żadne niebezpieczeństwo. Nieoceniony był ten nasz blondwłosy anioł stróż.

Krzywiąc się z bólu, zsunąłem stopy na podłogę i wstałem, uważając, by nie nadepnąć na śpiącą Lucíę. Miałem w nogach tak silne zakwasy, że ledwie mi się to udało. Na szafce pod ścianą leżało kilka żółtych jednoczęściowych kombinezonów podobnych do tych, jakie nosi obsługa platform wiertniczych. Ponieważ nigdzie nie widziałem własnych ubrań, wybrałem kombinezon, który najlepiej na mnie pasował, i włożyłem go. W szafce znalazłem także trzy pary butów roboczych. Wyglądało na to, że dobrano je mniej więcej zgodnie z numerami, które nosiliśmy. Można więc było założyć, że ktoś zostawił je tam specjalnie dla nas. Bezgłośnie podszedłem do drzwi. Obudziłem tylko Lukullusa, który na moment uniósł głowę i spojrzał na mnie. Po chwili stwierdził jednak, że nie warto przerywać sobie spokojnej drzemki, i ponownie zwinął się w kłębek.

Kiedy byłem już przy drzwiach, zakląłem cicho pod nosem. Dotarło do mnie, że przecież najprawdopodobniej zamknięto nas w kajucie od zewnątrz. Jeśli załoga tankowca miała za grosz rozsądku, to z pewnością przetrzymają nas tu przez okres kwarantanny. Muszą przecież upewnić się, że żadne z nas nie jest nosicielem wirusa, który ogromną większość ludzkości zmienił w żywe trupy. Jeśli czegokolwiek byłem pewien, to tego, że zagładę przeżyli jedynie ci, którzy mieli najwięcej szczęścia, a przy tym byli najtwardsi i najostrożniejsi. I faktycznie: faceci na tym statku nie wyglądali na takich, którzy urodzili się wczoraj.

Tak czy siak, musiałem chociaż spróbować. Wyciągnąłem dłoń i pokręciłem okrągłą klamką. Zamek wydał cichy odgłos, a drzwi stanęły otworem.

Oniemiałem. Drzwi były otwarte. Tak po prostu!

Nadal nie do końca wierząc w to, co widzę, wysunąłem głowę na korytarz. Był szeroki, a pod jego sufitem – dalej, niż sięgałem wzrokiem – ciągnęła się plątanina rurek i przewodów o różnych kolorach i grubościach. Co kilka metrów widać było kolejne drzwi, które – jak podejrzewałem – prowadziły do kabin podobnych do naszej. Korytarz był czysty i dobrze oświetlony. Z kratek układu klimatyzacji dobiegał cichy szum. Temperatura była przyjemnie odświeżająca. Gdyby nie brak dywanu i to, że drzwi wykonano ze zbrojonej stali, można by pomyśleć, że to korytarz hotelowy.

Im dalej szedłem tym korytarzem, tym bardziej narastało we mnie poczucie, że coś jest nie tak. To po prostu nie było normalne: żadnych zamków, żadnych strażników, nikt nie mierzy do nas z broni. Wszystko to było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Sytuacja, w jakiej się znalazłem, wydała mi się tak przedziwna, że podążałem przed siebie w nieustannym napięciu, gotując się na spotkanie sam nie wiem z czym. Dlatego też kiedy nagle jedne z drzwi otworzyły się z hałasem i pojawił się kelner pchający wózek z tacami, podskoczyłem z przerażenia tak gwałtownie, że o mało nie przyprawiłem nas obu o zawał.

– Kim jesteś? Gdzie są wszyscy? – tyle tylko zdołałem wydukać, kiedy już łomoczące serce przestało próbować wyskoczyć mi gardłem.

Signore, signore, non passa niente. Sei al sicuro[2] – odpowiedział mi marynarz, który sam starał się uspokoić oddech. Był to mężczyzna w średnim wieku, nieco łysiejący i o wymodelowanym czarnym wąsiku. – É a bordo „dell’Ithaca”, ricorda?

Mówił po włosku, tak przynajmniej brzmiało to na moje ucho. Ale mógł to też być jakiś dialekt z Korsyki, Neapolu czy Bóg wie skąd jeszcze. Skupiłem się, próbując wspiąć się na wyżyny mojej nędznej znajomości włoskiego (nabytej podczas fantastycznego roku na Erasmusie w Bolonii, który minął mi głównie na pijackich imprezach), ale albo coś było nie tak z moim akcentem, albo moje słownictwo szwankowało, bo nie udało mi się spowodować, żeby facet zrozumiał, co mówię. Przejście kolejno na hiszpański, portugalski i angielski również nie dało żadnego efektu. Kiedy zniechęcony miałem już zacząć dukać po niemiecku lub rosyjsku, który znałem jeszcze słabiej (a ściślej mówiąc, w którym dzięki naukom Wiktora potrafiłem wypowiedzieć garść mało eleganckich słów związanych z seksem i alkoholem), niezauważenie pojawiła się obok mnie kolejna osoba.

– Widzę, że poznał pan już Enza – powiedział ktoś po angielsku z akcentem, którego nie potrafiłem z niczym skojarzyć.

Odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą tego samego wysokiego oficera o jasnych włosach, który powitał nas na pokładzie tankowca. Był nieskazitelnie schludny i elegancki. Mundur marynarki handlowej leżał na nim jak rękawiczka na dłoni. Jego nienaganny wygląd pogłębiał jedynie wrażenie nierealności całej sytuacji. Czekałem tylko, aż oficer jak gdyby nigdy nic zaprosi mnie na galowe przyjęcie w mesie kapitańskiej…

– Nazywam się Strangärd, Gunnar Strangärd. Jestem pierwszym oficerem na naszym statku, który, pozwolę sobie zauważyć, jest jednostką zauważalnie większą od tej, na której państwo płynęli.

Mówiąc to, podał mi dłoń, zadbaną, o równo przyciętych paznokciach. Przedstawiłem mu się. Podczas tej wymiany grzeczności poczułem się jednak skrępowany. Zrobiło mi się wstyd, gdy dostrzegłem ostry kontrast pomiędzy dłońmi oficera i moimi własnymi – zabrudzonymi olejem silnikowym, rybimi łuskami i cholera jeszcze wie czym. Do tego po miesiącach tułaczki i walki o przetrwanie za moimi połamanymi paznokciami pełno było brudu.

– Enzo miał właśnie zanieść państwu śniadanie – dodał Strangärd, wskazując na wózek z tacami. – Lekarz powiedział, że osiemnaście godzin snu powinno wystarczyć, dlatego też zamierzaliśmy państwa obudzić. Jeśli woli pan wrócić do kajuty, by spotkać się ze swoimi przyjaciółmi, nie ma najmniejszych przeszkód, ale w imieniu kapitana miałem właśnie przekazać panu zaproszenie na śniadanie w mesie oficerskiej. – Strangärd zamilkł na chwilę, widząc mój zdumiony wyraz twarzy. – Rzecz jasna, jeśli dołączenie do nas nie będzie dla pana niedogodnością.

– Ależ skąd, w żadnym razie – wydusiłem z siebie kompletnie zbity z tropu. Po długich miesiącach przemocy, brutalności, gróźb i niedoboru niemal wszystkiego czułem się teraz, jakbym śnił. Im gościnniej i bardziej szarmancko odnosili się do mnie ci ludzie, tym bardziej byłem zdumiony. – Z prawdziwą przyjemnością dołączę do panów.

Rozstaliśmy się z Enzem i jego roztaczającym kuszące aromaty wózkiem. Podążyłem za oficerem przez labirynt korytarzy.

– Kim panowie są i dokąd płyniemy? Co to za typ statku? – wyrzucałem z siebie kolejne pytania, idąc za Strangärdem przez klatkę schodową i kolejny długi korytarz.

– Jeśli to nie kłopot, wolałbym, żeby na dwa pierwsze pytania odpowiedział panu sam kapitan – oświadczył oficer, który sądząc po typie urody i akcencie, musiał być Szwedem albo Norwegiem. – Co się zaś tyczy statku, jest pan na „Itace”, supertankowcu o wyporności pięciuset tysięcy ton. Przed Dniem Sądu jednostka należała do greckiego armatora. Teraz, rzecz jasna, należy do AC – dodał z promiennym uśmiechem.

Dokładnie w momencie, gdy miałem spytać, czym, u diabła, jest AC, Strangärd otworzył przede mną drzwi i weszliśmy do obszernego jasnego pomieszczenia. Stał w nim duży, podłużny stół, przy którym popijając kawę i rozmawiając, siedziało sześciu oficerów. Teraz wszyscy umilkli. Za plecami siedzących znajdowało się ogromne okno, widać było przez nie całą długość tankowca. Na krótką chwilę zastygłem w bezruchu zafascynowany widokiem. Z pewnością było to ponad dwieście metrów. Spowity mgiełką dziób majaczył gdzieś w oddali. Przez okno widać było też, jak jeden z marynarzy spokojnie jedzie na rowerze po ścieżce wytyczonej pomiędzy potężnymi poskręcanymi rurami, które łączyły ze sobą zbiorniki tankowca.

– Robi wrażenie, prawda? – usłyszałem głos za plecami. Mówił do mnie mężczyzna w wieku jakichś pięćdziesięciu lat, średniego wzrostu i dość korpulentny. Miał nieco pucułowatą twarz i krótko przystrzyżoną siwą brodę kontrastującą z niebieskimi oczami, nadal połyskującymi, choć nieco już przygaszonymi upływem lat. – Jestem kapitan Birley. Cieszę się, że zdecydował się pan dołączyć do nas przy śniadaniu.

W odpowiedzi wymamrotałem coś niezrozumiałego. Potem usiadłem do stołu. Kątem oka zobaczyłem, że za kolejnym kelnerem do mesy wszedł marynarz z pistoletem przy boku. W rękach niósł kawałek papieru i słoik wypełniony cieczą o bursztynowym kolorze.

– Na początek musimy dopełnić drobnej formalności. Liczę, że nie będzie to dla pana kłopot – kontynuował kapitan, również siadając do stołu. – Jeśli można prosić, chcielibyśmy, by splunął pan na ten kawałek papieru.

Znieruchomiałem, sądząc, że musiałem się przesłyszeć. Uzbrojony marynarz podszedł jednak i położył papier dokładnie naprzeciw mnie. Nie należało obrażać gospodarzy, a przy tym nie wyglądało na to, żeby pistolet marynarza był jedynie ozdobą. Gdybym nie splunął, grzeczność i gościnność, których doświadczałem, mogła bardzo szybko się skończyć. Czując się dość idiotycznie, splunąłem więc delikatnie na podany kawałek papieru. Mężczyzna z pistoletem pochylił się nad próbką śliny i wylał na nią ze słoika kilka kropel złotawej substancji. Nic się nie stało, a przynajmniej ja niczego nie zauważyłem. W każdym razie moje plucie wypadło chyba pomyślnie, bo marynarz skinął głową z zadowoleniem, dając znać, że wszystko w porządku, na co zgromadzeni przy stole mężczyźni wyraźnie się rozluźnili.

– Wszystko dobrze, jest pan czysty, nasz tajemniczy rozbitku – stwierdził kapitan. – Teraz z wielką chęcią wysłuchałbym pańskiej historii. Kawa czy herbata?

Dyskretnie uszczypnąłem się w rękę. To wszystko nie mogło dziać się naprawdę. Kurwa, to po prostu musiał być sen.

Przy kolejnych filiżankach kawy opowiedziałem kapitanowi nasze perypetie aż do chwili obecnej, podczas gdy pozostali obecni przy stole oficerowie prowadzili ożywioną rozmowę. Streściłem historię ucieczki z Europy, przebijania się przez morze Nieumarłych i podróży na Wyspy Kanaryjskie. Następnie opowiedziałem, jak z powodu potwornego tłoku i pogarszających się warunków zdecydowaliśmy się opuścić Teneryfę i ruszyć w stronę Wysp Zielonego Przylądka. Przedstawiłem przy tym kapitanowi niekompletną i nieco upiększoną wersję wydarzeń, uznawszy, że nie musi znać naszej historii ze wszystkimi szczegółami. Strategia ograniczonego zaufania była dobrym wyjściem, skoro wiedziałem nieco więcej niż moi rozmówcy.

– No dobrze, teraz jednak myślę, że przyszła pora, bym to ja o coś panów spytał – powiedziałem z uśmiechem, starając się robić wrażenie bardziej pewnego siebie, niż faktycznie byłem. – Komu winni jesteśmy podziękowania za ocalenie życia?

– Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi – odpowiedział kapitan Birley z całkowicie poważnym wyrazem twarzy, podnosząc się od stołu i prowadząc nas w stronę stolika podoficerów. – To On postawił nas na państwa drodze. Wszystko bowiem, co dzieje się na tej ziemi, jest Jego dziełem, a to, że trafiliśmy na siebie pośród sztormu, to kolejny boży znak. Niech będzie pochwalony na wieki wieków.

W mesie rozbrzmiało chóralne „Amen”. Nawet Strangärd, sympatyczny oficer ze Szwecji (lub Norwegii), zawtórował kapitanowi z powagą i namaszczeniem. Poczułem się nieco skonfundowany. Nie spodziewałem się po tej załodze takiego zapału religijnego.

– Hmm, no tak… naturalnie. A kogóż to zechciał Bóg postawić na naszej drodze? To znaczy, kim panowie dokładnie są?

– Należymy do AC. Wypłynęliśmy z Chrześcijańskiej Republiki Gulfport w Missisipi i przemierzamy Atlantyk, wypełniając boże posłannictwo.

– AC? Republika czego…? Boże posłannictwo? – powiedzieć, że mnie wryło, byłoby sformułowaniem delikatnym. – Nie chciałbym w żadnym razie wyjść na grubianina, ale prawdę powiedziawszy, nic z tego nie rozumiem, panie kapitanie.

– AC to naturalnie skrót od Army of Christ. Mówimy tak na siebie w gronie znajomych i współpracowników, sam pan rozumie – wyjaśnił oficer o rudych włosach siedzący na końcu stołu.

Army of Christ – Armia Chrystusa, ja pierdzielę… Coraz lepiej!

– Kiedy ukazały się znaki, a Pan nasz postanowił ukarać nieprawość rodzaju ludzkiego – rozkręcał się rudy oficer – na wszystkich grzeszników, nieczystych, utracjuszy i pogan spadł gniew boży. Tylko my, którzy zachowaliśmy czystość w oczach Najwyższego, ocaleliśmy z plagi. Przez pewien czas błądziliśmy po świecie, oglądając skutki boskiej kary i działań owoców zła, jednak prędko usłyszeliśmy wezwanie. – W oczach mężczyzny był jakiś dziwny blask. Ten facet wierzył bezkrytycznie w każde ze słów, które wypowiadał.

– Wezwanie?

– Wezwanie wielebnego Greene’a, rzecz jasna – wtrącił inny oficer, facet z trądzikiem na twarzy wyglądający tak, jakby ledwie stuknęła mu osiemnastka. – To on zgromadził nas wszystkich w Gulfport i stworzył Azyl. Tam to z pewnością wybrani przez Pana staną się świadkami powtórnego przyjścia Jego syna, a naszego zbawiciela Jezusa Chrystusa.

Przy stole zabrzmiały gromko kolejne zbiorowe „Amen” i „Alleluja”. Nie miałem pojęcia, czy ci goście robią mnie w konia, czy naprawdę są religijnymi narwańcami. Nie mogłem też wiedzieć, czy ta cała Chrześcijańska Republika Gulfport rzeczywiście istnieje. Uznałem, że lepiej będzie zachowywać się taktownie. Nie miałem ochoty tuż po uniknięciu o włos utonięcia spłonąć na stosie za jakiś niestosowny żart o Jezusie. Nie opłacało się ryzykować.

– A czy ten wielebny Greene jest tu teraz? – spytałem z udawaną swobodą.

– Ależ nie, skądże! – odpowiedział mi jowialnie Strangärd. – Wielebny przebywa w Gulfport i czuwa nad tym, by wszystko w mieście sprawnie działało. Jest bardzo zajętą osobą. Nie tylko pracuje nad zbawianiem naszych dusz, ale ma też na głowie funkcjonowanie miasta o dziesięciu tysiącach mieszkańców. Liczba ta nie obejmuje rzecz jasna helotów i nieczystych.

Przytaknąłem, jakbym rozumiał cokolwiek z tej religijnej nowomowy. Sądziłem, że mówiąc o helotach i nieczystych, ma na myśli Nieumarłych i wszystkich ocalałych, którzy jak ja błąkali się po świecie, pozostając poza Azylem w Gulfport. Chciałem się jednak upewnić.

– Więc ja… jestem helotą?

– Ależ oczywiście, że nie – włączył się do rozmowy kapitan, sprawiając, że znów poczułem się zbity z tropu – to akurat widać od razu. A tak przy okazji, jakiego wyznania jest pan i pańscy towarzysze?

Nagła zmiana tematu wprawiła mnie w zakłopotanie. Przez kilka sekund milczałem, intensywnie myśląc. Jakże pomocna byłaby teraz obecność siostry Cecilii.

– No więc… Lucía i ja jesteśmy chrześcijanami, znaczy katolikami… Wiktor jest Ukraińcem, więc, o ile się nie mylę, jest obrządku prawosławnego… – Prawda była taka, że nigdy nie rozmawiałem z Lucíą na temat religii, a co do Wiktora, to miałem poważne wątpliwości, czy wierzył on w cokolwiek poza samym Wiktorem Pritczenką. To jednak nie był odpowiedni moment, by obnosić się ze słabością wiary, zdecydowałem się więc na piramidalne kłamstwo. – Staramy się jednak ujednolicać liturgię i modlimy się wspólnie kilka razy dziennie. My także co dzień składamy Bogu dzięki za to, że ocalił nas przed potępieniem.

– To świetnie, znakomicie. – Kapitan Birley poklepał mnie po plecach, a atmosfera przy stole wyraźnie się rozluźniła. – Jestem przekonany, że wielebny Greene będzie niezmiernie rad, mogąc państwa powitać w Gulfport. Niczym synowi marnotrawnemu, tyle czasu przyszło państwu spędzić na błądzeniu z dala od światła, pośród mroku i bezwstydnej nieprawości Nieumarłych, ale w końcu Bóg wprowadził państwa na drogę ku zbawieniu. Jakiż radosny to dzień!

Przy stole wybrzmiała kolejna salwa „Amen” i „Alleluja”, a zaraz po tym kilku oficerów podniosło się z miejsc, by mnie uściskać lub podać mi rękę. Odpowiadałem im uśmiechem, ale nie mogłem uwolnić się od pytania o to, w co też najlepszego właśnie się ładuję.

– A więc – spytałem – płyniemy do Gulfport?

– Nie, jeszcze nie. – Birley podał mi kolejną filiżankę kawy. – Jak już wspominałem, wypełniamy boże posłannictwo. Sam Pan nasz ukazał się wielebnemu i wskazał mu cel naszej podróży.

– Co jest tym celem? – Tak naprawdę wcale nie chciałem poznać odpowiedzi.

– Obraliśmy kurs na Lubę w Gwinei Równikowej – odparł kapitan Birley z wymownym uśmiechem. – Taka była wola Pana.


7

Port w Lubie jaśniał niespełna sześćset metrów przed nami. „Itaka”, po długotrwałym i niesłychanie ostrożnym manewrze podejścia, rzuciła ostatecznie kotwicę. Dwa dni zajęło nam dotarcie na piętnaście mil od celu żeglugi, a przebycie ostatniego odcinka – kolejny cały dzień. Kapitan Birley i jego załoga tworzyli zespół poważnych i zdyscyplinowanych profesjonalistów, a „Itaka” była statkiem o wiele za dużym, by tak po prostu podejść do brzegu i dobić, zwłaszcza bez pomocy pilota, który znałby miejscowe wody. Mostek kapitański dysponował najnowszą wersją map cyfrowych, a także łącznością z GPS-em (który, o dziwo, mimo ogólnej zapaści łączności satelitarnej nadal działał zupełnie nieźle), ale nawet z tego rodzaju pomocą załoga nie pozwoliła, by cokolwiek zależało od szczęścia lub przypadku.

Tego samego dnia, jeszcze przed wschodem słońca, z burty statku spuszczono szalupę wyposażoną w sondę. Łódź podążała trzy mile przed tankowcem, badając każdy metr trasy, którą miał pokonać stalowy gigant. Strangärd (który wyznał w końcu, że jest Szwedem, za to nadal nie powiedział mi, co robi na tym pokładzie wmieszany w bandę religijnych fundamentalistów ze Stanów Zjednoczonych) wytłumaczył mi, że chodzi nie tylko o to, by ominąć ewentualne mielizny czy rafy. Rzecz w tym, że odkąd zamknięto morskie szlaki handlowe, mógł zatonąć w tym miejscu jakiś statek, którego wrak blokowałby teraz nasz szlak żeglowny. Ponieważ nasz statek był ogromny, a miejscowe wody płytkie, ewentualne zderzenie mogło mieć dla nas katastrofalne skutki.

– Ale dlaczego ta szalupa płynie aż tyle przed nami? Nie można by po prostu użyć sonaru na statku? – spytał Pritczenko, który stał tuż obok mnie oparty o barierkę.

– To bardzo proste. – Rudy oficer, który akurat miał wachtę, stał obok, raz po raz patrząc w morze przez lornetkę i sprawując dyskretny (tak przynajmniej sądził) nadzór nad nami dwoma. – „Itaka” to statek o wyporności blisko pół miliona ton, a płyniemy z prędkością dwunastu węzłów. Wytwarza to ogromny pęd. Nawet jeśli kapitan w tym momencie każe dać całą wstecz, upłynie prawie dwadzieścia minut, zanim statek zupełnie się zatrzyma, a w tym czasie zdążylibyśmy pokonać kilka mil. To nie jest samochód, który w każdej chwili można zastopować, używając hamulców. Nawet jeśli wyłączy się silniki, statek tej wielkości będzie płynął jeszcze dłuższą chwilę.

Pritczenko odpowiedział chrząknięciem i sięgnął po lornetkę, by przyjrzeć się linii brzegowej. Ukraińcowi, z natury nieufnemu i zrzędliwemu, nie podobali się zbytnio ci wszyscy ludzie, co zresztą średnio starał się ukryć. Dobrze chociaż, że za moją radą uczestniczył w każdym z trzech nabożeństw odprawianych codziennie na pokładzie, i to z takim zapałem, jakby był prawdziwym dewotem. Byłem przy tym absolutnie pewien, że w ostatnich trzech dniach Wiktor modlił się dłużej niż w całym życiu. Lucía i ja robiliśmy rzecz jasna to samo, a wszyscy na pokładzie wyglądali na zachwyconych tym, że uczestniczymy w ich codziennych praktykach. Inna sprawa, że zaprosili nas w sposób niesłychanie grzeczny, ale przy tym nieznoszący sprzeciwu.

Wiktor i Lucía również musieli przejść przez procedurę plucia na papier i wyglądało na to, że w ich przypadku również wszystko poszło dobrze, bo załoga odniosła się do nich tak samo serdecznie i radośnie jak wcześniej do mnie. Rozmawiałem także ze swoimi towarzyszami o niesłychanym zapale religijnym załogi – ich też wprawiał on w zagubienie i zakłopotanie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.