Anna German o sobie - Mariola Pryzwan - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 95 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Anna German o sobie - Mariola Pryzwan

Historia życia Anny German przypomina świetny scenariusz filmowy. Urodziła się w Uzbekistanie, jej matka pochodziła z rodziny holenderskich protestantów, ściągniętych do Rosji przez carycę Katarzynę. Ojciec, łodzianin, został rozstrzelany przez NKWD jako Niemiec. W 1946 r. jako repatriantka Anna przyjechała ze swoją mamą do Wrocławia…

Nie lubiła mówić o sobie, tym cenniejsze są jej wypowiedzi rozproszone w audycjach radiowych, prasie polskiej, rosyjskiej i włoskiej, a zebrane przez Mariolę Pryzwan, od wielu lat zafascynowaną talentem Anny German.

Dzięki zebranym wypowiedziom, listom, prywatnym fotografiom i nieznanym dokumentom powstała biografia przypominająca autobiografię piosenkarki.

Z książki dowiemy się o czym marzyła, co lubiła, jak pięknie mówiła o swojej babci, matce i synku… Przeczytamy o dzieciństwie spędzonym w środkowej Azji, o studiach geologicznych na Uniwersytecie Wrocławskim, o współpracy z teatrem studenckim Kalambur, o sukcesach na festiwalach w Opolu, Sopocie, San Remo i Ostendzie.

Poznamy wiele szczegółów związanych z pobytem Anny German we Włoszech, z wypadkiem samochodowym na Autostradzie Słońca i długotrwałą, heroiczną walką o powrót do zdrowia i na estradę. Dowiemy się, czym była dla niej muzyka i co myślała o szczęściu.

Poznamy Annę German - piosenkarkę i wrażliwego, ciepłego, dobrego człowieka.

Opinie o ebooku Anna German o sobie - Mariola Pryzwan

Fragment ebooka Anna German o sobie - Mariola Pryzwan












Panu Zbigniewowi Tucholskiemu


SŁOWO WSTĘPNE

Była zjawiskiem muzycznym. Wielką gwiazdą polskiej piosenki lat sześćdziesiątych.

25 sierpnia 2012 roku minie trzydziesta rocznica jej śmierci.

Pozostały piosenki, wśród nich te najpopularniejsze: Tańczące Eurydyki, Człowieczy los, Dziękuję, mamo, Być może czy Bal u Posejdona.

Pozostał głos o niepowtarzalnej barwie. Głos, za którym tęsknią miliony wielbicieli Anny German w Polsce, we Włoszech, w Japonii i krajach byłego Związku Radzieckiego.

W Polsce Anna German była znana przede wszystkim jako niezrównana interpretatorka piosenek nastrojowych, ale jej bogaty repertuar zawiera także utwory rytmiczne, pogodne, a nawet humorystyczne. Anna dobrze czuła się w polskiej piosence lirycznej i w rosyjskim romansie, w ludowej melodii neapolitańskiej i w arii Scarlattiego…

Nie lubiła mówić o sobie, tym cenniejsze są jej wypowiedzi rozproszone w audycjach radiowych oraz w prasie polskiej, radzieckiej i włoskiej. One tworzą tę książkę, która – poszerzona o prywatne, często nieznane fotografie i publikowane po raz pierwszy dokumenty – daje swego rodzaju autobiografię Anny German.

Znaczna część materiałów pochodzi z archiwum męża piosenkarki, pana Zbigniewa Tucholskiego, któremu składam serdeczne podziękowania za ich udostępnienie.

Dziękuję również nieocenionej redaktorce tej książki, mojej przyjaciółce, Dorocie Koman.

Jerzy Waldorff powiedział kiedyś: „Cenię Annę German za liryzm tkwiący w samej materii jej głosu jasnego, chłodnego i słodkiego zarazem, a prowadzonego z dźwięku na dźwięk uchem tak czujnym, jak bywa u doskonałych skrzypków”.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zapowiedzieć: Anna German o sobie!

Mariola Pryzwan

Warszawa, 20.05.2012 r.


Motto:

Dla mnie żyć to śpiewać.

(„Zarzewie”, 1973)


Rodzice Anny – Irma i Eugeniusz.

Ania z rodzicami i babcią, Urgencz 1936.

Ania z matką, Taszkient, grudzień 1937.

Z babcią, mamą i młodszym braciszkiem Fryderykiem.


O DZIECIŃSTWIE

Urodziłam się w odległym mieście Azji Środkowej [w Urgenczu w Uzbekistanie]. Dzieciństwo spędziłam w Urgenczu i Dżambule. Tam zaczęłam chodzić do szkoły. W pamięci zachowałam smutny obraz, jakieś okruchy dalekich wspomnień: ja z babcią pośród uzbeckich glinianych uliczek, a nad nami ogromne, rozżarzone słońce.

Moja rodzina wywodzi się ze starego holenderskiego rodu osiadłego w Rosji.

W naszym domu mówiło się w kilku językach. Z rówieśnikami rozmawiałam po rosyjsku, chodziłam do radzieckiej szkoły i pierwsze piosenki, które zaśpiewałam, też były rosyjskie.

(Z wywiadu dla prasy radzieckiej, 1972)

Ilekroć przychodzili do nas goście, mama prosiła, bym zaśpiewała dla nich. Sprawiało mi to przyjemność, ale ciekawsze były występy w szkole w czasie różnych uroczystości. Bałam się i denerwowałam, więc wychodziło gorzej niż powinno.

Mój ówczesny repertuar zależał od święta – były więc piosenki o choince, o matce, o ojczyźnie…

(Z wywiadu dla prasy radzieckiej, 1980)


O GEOLOGII,
TEATRZE
STUDENCKIM KALAMBUR,
ESTRADZIE WROCŁAWSKIEJ
I RZESZOWSKIEJ

Z kolegami ze studiów.

Ukończyłam Wydział Geologii na Uniwersytecie Wrocławskim, ale wstępując nań, kierowałam się tak zwanym zdrowym rozsądkiem. Mimo zainteresowań malarstwem, rzeźbą, metaloplastyką czy ceramiką artystyczną wiedziałam, że muszę wybrać zawód konkretny, który w przyszłości zapewni mi byt. Nie mam rodzeństwa ani krewnych, na których pomoc w nieprzewidzianych trudnych sytuacjach życiowych mogłabym liczyć.

Chociaż ani dnia nie pracowałam w swoim zawodzie, lat studiów nie traktuję jako czasu straconego. Przeciwnie, uważam, że inne studia, przydatne dla mnie teraz bardziej, jak muzyka czy nawet malarstwo, nie wzbogaciłyby mego światopoglądu tak, jak geologia.

(„Gospodyni”, 1976)

Z Janeczką Wilk w Giżycku.

Jestem wprawdzie magistrem geologii, ale najlepsze rezultaty w kartowaniu terenu osiągałam tylko wtedy, gdy zamieniając młotek na instrument perkusyjny, podśpiewywałam sobie różne melodie i piosenki. Charakter piosenek uzależniony był najczęściej od ciężaru torby geologicznej wypełnionej próbkami skał.

Miałam trochę nieczyste sumienie z powodu geologii, ale profesor Bardini rozwiał te wątpliwości: Geologia niedużo traci, a piosenka może zyskać – powiedział.

Czytam pilnie o wszystkich odkryciach… geologicznych, ale palców w tym nie maczam – pozostaję wierna piosence.

(„Jazz”, 1964)

Śpiewałam jakąś piosenkę na wieczorze poetyckim. Byłam wówczas na czwartym albo piątym roku studiów geologicznych. Przy mojej awersji do matematyki nie zanosiło się, że będę dobrym geologiem. Już wtedy chciałam poświęcić się piosence i propozycja Bogusława Litwińca, reżysera i dyrektora wrocławskiego Kalamburu, abym wstąpiła do zespołu, bardzo mi odpowiadała. Byłam jednak w Kalamburze niedługo. Śpiewałam tam dwie ballady, chyba ze słowami Litwińca i – jak sobie dzisiaj ze zdziwieniem przypominam – z moją muzyką [program Po ulicach miasta chodzi moja miłość]. Nie bardzo mogłam połączyć nocne, dosyć intensywne i męczące próby z pracą magisterską, którą wtedy kończyłam. Musiałam, niestety, zrezygnować z pracy w zespole.

Chociaż byłam krótko w Kalamburze, mogę powiedzieć, że była to doskonała szkoła. Po wstąpieniu do zespołu trafiłam do ludzi o odmiennych zainteresowaniach niż zainteresowania przeciętnego geologa, nawet o innej mentalności. Trzeba było tych ludzi zrozumieć, przystosować się do nich, polubić i umieć współżyć – a to jest bardzo ważne.

(„Scena”, 1970)

„Pod presją” przyjaciółki [Janiny Wilk], zaciągnięta przez nią niemal za uszy, udałam się na przesłuchanie do Estrady Wrocławskiej, gdzie na okres wakacji zostałam przyjęta do montującego się programu. Z nim ruszyłam w Polskę. Później, ale dopiero po ukończeniu studiów magisterskich, zdobyłam uprawnienia estradowe, złożywszy egzamin przed Komisją Weryfikacyjną Ministerstwa Kultury i Sztuki.

(„Gospodyni”, 1976)

Wstyd się przyznać, ale pierwszy raz oblałam. Byłam dobrze przygotowana, ale zjadła mnie trema. Drugi raz poszło mi świetnie.

(„Zarzewie”, 1973)

Zaczęłam „terminować” w Estradzie Rzeszowskiej, jeżdżąc do najodleglejszych zakątków województwa rzeszowskiego, gdzie gościnnie częstowano nas zsiadłym mlekiem i świeżutkim chlebem razowym.

(„Gospodyni”, 1976)

Legalnie jestem piosenkarką od 1962 roku, kiedy zdałam egzamin eksternistyczny. Byłam geologiem, który śpiewał i czuł się winny, że nie jest geologiem w praktyce.

Po egzaminie byłam pewniejsza. Miałam papier, który upoważniał mnie do występowania na scenie. W moim stosunku do śpiewania nic się nie zmieniło po egzaminie. Traktowałam to zajęcie zawsze równie poważnie. Nie znikła ani nawet nie zmniejszyła się trema, która mnie zawsze obezwładnia.

W czasie pobytu w Kalamburze i później, kiedy występowałam w Estradzie, uczyłam się – szczególnie w doli i niedoli – występów w terenie, które są naprawdę trudne. Kiedy popełniałam jakiś błąd, mogłam liczyć na pomoc. Był mi także potrzebny kontakt ze sceną, z żywymi ludźmi.

Jeśli chodzi o muzykalność, to pobyt w zespole nie miał specjalnego znaczenia, bo umiejętność panowania nad głosem miałam. I tak, jak nie fałszuję dzisiaj, tak nie fałszowałam wtedy, ale potrzebny i ważny był ten kontakt z ludźmi. Nie można przecież tworzyć dla siebie, w domu, dla grona rodzinnego. Piosenkarza musi sprawdzić szersza publiczność.

Moje umiejętności w czasie tamtych objazdów sprawdzali słuchacze. Oni pierwsi zaakceptowali [Tańczące] Eurydyki, później dopiero poznała i przyjęła tę i inne piosenki Warszawa, a potem były festiwale.

(„Scena”, 1970)

Mój debiut nie należał do udanych. Na festiwalu studenckim w Krakowie [I Ogólnopolskim Festiwalu Kultury Studentów] zapomniałam z wrażenia słów piosenki i tak się zdenerwowałam, że postanowiłam nie wracać do śpiewu!

Jak widać – można uciec od sceny, ale nie od przeznaczenia.

(Z wywiadu dla prasy radzieckiej, 1980)

W programie Estrady Rzeszowskiej Świt nad Afryką.


LISTY DO PIOTRA WOJCIECHOWSKIEGO

Raciborowice 20 VIII [19]58 r.

(przed śniadaniem!)

My dear Friend!

Mio caro amico!

Piotruś, jesteś naprawdę bardzo miły. Nie spodziewałam się tego. Dlatego też tym większe było wzruszenie, gdy otrzymałam Twój drugi, długi list.

Będzie z Ciebie prawdziwy geolog (geolodzy są podobno braćmi poetów), albowiem opisy Twoich wrażeń są barwne i bardzo plastyczne, mimo że troszeczkę nieczytelne. Ale to nic, bo im dłużej siedzę nad Twoim listem, tym większą mam przyjemność. W przyszłym roku pojadę też. Zobaczysz! W ciągu zimy wezmę się ostro do angielskiego i włoskiego, a w lecie, gdy Piotruś będzie miał wczasy ku chwale ojczyzny, ja pojadę w ciepłe kraje. Jeżeli można będzie, to do Włoch! A potem będę do Ciebie też pisała, zwłaszcza o ludziach, dobrze? A ponieważ życie w koszarach nie jest podobno zbyt barwne, będę Ci przysyłała listy w białych kopertach z bardzo kolorowymi znaczkami. Jednym słowem, moja wysokość Anna-Victoria [drugie imię Anny] będzie pamiętała o Piotrusiu. Aha, jeszcze jedną sprawę, minioną co prawda, chciałam poruszyć. Otóż bardzo żałuję, że nie spróbowałam wtedy wrocławskiej kawy. Nie wątpię, że byłoby bardzo przyjemnie. Moglibyśmy na przykład nawet nie mówić, tylko szkicować bliźnich… no, ale bałam się, że ludzie, jak zawsze, swym dowcipem nie na miejscu zepsują nam humor. A z drugiej strony znów doszłam do wniosku, że jeżeli księżna Gracja Patrycja może sobie pozwolić na mniejszego od siebie księcia, to ja mogłam pójść z kolegą do kawiarni. Prawda? No, ale jeżeli (albo powiedzmy „kiedy”) zdam stratygrafię, ośmielę się Ciebie poprosić, dobrze?

Na praktykach studenckich.

Siedzimy teraz w Raciborowicach. Jest tu ogromny kamieniołom (wapienia muszlowego!!) zalany wodą. Cudowny widok! Byliśmy już kiedyś w podobnym kamieniołomie, tylko nie pamiętam gdzie. Tam były granity i Ty pływałeś żabką. Może pamiętasz? Wczoraj poszliśmy się kąpać, nawiasem mówiąc, bardzo się opaliłam. Ale daleko odpłynąć nie mogłam, bo miałam niesamowicie przeładowany żołądek. Wiesz, wszędzie po drodze znajdujemy coś do jedzenia, a ponieważ silnej woli nie mamy, więc są rezultaty. Wróciłam przed chwilką z terenu. Po godzinie naszych modłów o deszcz Zeus się zdenerwował. Zagrzmiało, zabłysło i lunął deszcz.

Zdążyłam jeszcze spostrzec, że wszyscy pospiesznie oddalili się ode mnie… Później z zażenowaniem tłumaczyli, że fizyka, że… Sujak, że piorunochron itd. Przyjaciele, co? Czy tak bywało?

Piotruś, Lusia [Janina Maj (obecnie Niśkiewicz), koleżanka z roku] woła na obiad, więc lecę.

Serdeczne pozdrowienia

Ania

Piotruś, jestem już w domu.

Chciałam Ci ten list wysłać do Jerzmanic, ale nie byłam pewna, czy tam jesteś. Siedzę teraz w domu i uczę się. Albo może gdzieś pojadę, bo nie lubię być w domu. Napisz mi coś, dobrze? Chciałabym czytać nie tylko o skamieniałościach. Ja Ci też napiszę (podaj adres). To będzie ciekawa zabawa, bo ja się postaram napisać po angielsku lub po włosku. Jak wolisz? Albo, powiedzmy, na początek może tylko pojedyncze zdania, coś ciekawszego, dobrze? Bo jeślibym od Ciebie teraz otrzymała list po angielsku, to obawiam się, że odcyfrowanie, przetłumaczenie i zrozumienie Twego listu trwałoby troszeczkę za długo. (…)

Wczoraj widziałam film produkcji amerykańskiej Cyrano de Bergerac. Jedyną rzeczą, którą zapamiętałam, jest imponujący nos głównego bohatera. Postać raczej mała, tylko nos miał w siedmiokrotnym powiększeniu. To straszne! Pomyślałam sobie, że już lepiej mieć całość w większym wydaniu, no nie? Czyli ten film powinien zniszczyć mój kompleks. Zobaczymy.

Czekam jeszcze na Dzwonnika [Dzwonnika z Notre-Dame].

Pędzę teraz na Kuriera carskiego.

Serdeczne pozdrowienia

Ania

PS Mam dla Ciebie niespodziankę.


LISTY
DO JANA S. SKĄPSKIEGO

Wrocław, 12 X [19]60 r.

Jasiu!

Dziękuję za ciąg dalszy.

Ale co to za nastrój?! Gdzie się podziała Twoja pewność siebie (chwilowo, oczywiście), chłodek zaprawiony cynizmem i te rzeczy? Stajesz się sentymentalny czy co…

„Liście jesienne… muzyka… wiatr i deszcz…”. Niedobrze. Jedynym lekarstwem na takowy stan duszy mogą być słowa pana Heraklita z Efezu. Przypomnij sobie, a przestaniesz czekać nawet na wiosnę. Każda wiosna mija. To już moje genialne stwierdzenie!

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com