Anioły muszą odejść - Konrad T. Lewandowski - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 524

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 52 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Anioły muszą odejść - Konrad T. Lewandowski

WARSZAWSKA ODPOWIEDŹ NA MISTRZA I MAŁGORZATĘ Powieść współczesna. W realia Warszawy XXI wieku wdziera się konflikt w świecie nadprzyrodzonym. Czwórka ekscentrycznych warszawskich aniołów z różnych epok, z czego jeden marksistaateista, usiłuje odwrócić klątwę wiszącą nad stolicą Polski od 1526 roku. Wrogowie są od nich znacznie silniejsi, ale to jeszcze nic wobec faktu, że jedynym sposobem powstrzymania demonów jest spełniona miłość księdza redemptorysty i dresiary. Pan Bóg jest oczywiście wszechmogący, ale nie wiadomo czy wystarczy Mu poczucia humoru... Lewandowski zebrał cały swój talent satyryczny, doświadczenie literackie oraz wiedzę filozoficzną i teologiczną by pół żartem, pół bardzo serio rozliczyć się z historią i teraźniejszością swojego rodzinnego miasta. fragment: No a ten się czepia! Duch dziejów jeden! Znalazłby sobie, kurcze blade, jakąś kryptę i szczękał w niej łańcuchami. Albo lepiej do Muzeum Wojska Polskiego poszedłby straszyć. Widmo husarza ze złamanym skrzydłem, snujące się po salach to nie byle jaka atrakcja turystyczna, w sam raz na Europejską Noc Muzeów. On mógłby się wykazać napędzając frekwencję kulturze narodowej, a ja miałbym święty spokój! Chyba sobie na niego zasłużyłem skoro zostałem zbawiony, nieprawdaż? Co to ja w czyśćcu jestem, czy jak?! Leżę więc sobie na cieplutkim nagrobku, tak mi miło, rozkosznie, czasu nie liczę, bo i po co? Nie myślę o niczym, zupełnie jakbym na polach elizejskich albo w buddyjskiej nirwanie się znajdował, ekumenizm full wypas, a ten husarz skubany nagle staje nade mną i oznajmia grobowym głosem: Post mortem est nulla voluptas, znaczy że po śmierci nie czas na przyjemności! A lećże sobie w Światłość kolego, na zdrowie, ja tu jeszcze poleżę! Wypowiedź Autora: "Są takie chwile w życiu pisarza, że coś go tak wkurzy, że musi z tego powstać książka. W przypadku "Anioły muszą odejść" takim zdarzeniem był opublikowany w sierpniu 2008 roku w "Naszym Dzienniku" wywiad z księdzem doktorem Józefem Bartnikiem, który oznajmił, że klęska Powstania Warszawskiego była osobistą zemstą Matki Boskiej za niedostatek czci. Doszedłem do wniosku, że coś takiego mógł powiedzieć tylko człowiek opętany przez demona."

Opinie o ebooku Anioły muszą odejść - Konrad T. Lewandowski

Fragment ebooka Anioły muszą odejść - Konrad T. Lewandowski






Informacje o książce


I. Husarz

Bolało?

I tak, i nie.

Kiedy kula wchodzi w ciało, a uderzenie człowieka nie zamroczy, to jakby ukłuł cierń. Dopiero po chwili zdajesz sobie sprawę, że to już. Kiedy w bitwie krew gorąca, gdy myśli się tylko o tym, że zwycięstwo – już prawie na wyciągnięcie ręki – niespodzianie zaczyna się oddalać, rzecz wydaje się całkiem błaha, ot, pewnie kamień spod kopyt pędzącego przodem towarzysza w napierśnik pancerza uderzył. I nagle spada ta słabość, kopia zaczyna ciążyć w ręku, a ciało przestaje słuchać woli. In Bellonae hortis nascuntur semina mortis, jak mawiał nasz ksiądz kapelan. Kolejne ziarno śmierci wzrasta w ogrodach Bellony, bogini wojny mężnych Rzymian.

Ostatnią godziną mego ziemskiego życia była pierwsza po południu 31 lipca 1705 roku. Poległem na brzegu rzeki Drny, w drugiej bitwie o Warszawę, jak to w twoich czasach mówią, tam, gdzie dla cię od zawsze był dworzec kolejowy Warszawa Główna i Muzeum Kolei. Walczyłem za prawowitego króla Augusta przeciw stronnikom uzurpatora Leszczyńskiego, wspieranego przez Szwedów. Kula z muszkietu dosięgła mnie w drugiej szarży na nieprzyjacielskie szyki, do której prowadził nas pan Stanisław Chomętowski herbu Lis, wówczas starosta radomski, później hetman polny koronny. Nikt z nas nie wiedział, a i teraz w podręcznikach szkolnych tego nie piszą, że to była ostatnia szarża husarii. Szwedzi pomścili Kircholm w setną rocznicę tej bitwy. Ostatni blask przesławnej jazdy polskiej zgasł właśnie wtedy pod Warszawą, niczym błędny ognik na bagnach Drny.

Nam ducha nie zabrakło, o nie! Pierwsza nasza szarża złamała szyki wojsk generała Nierotha, jakbyśmy młody las stratowali. Na nic szeregi muszkieterów plujących ogniem w oczy, na nic chylący się ku nam las pik. Połamaliśmy je jak chmielowe tyczki, przetaczając się po zielonosiwych wolskich błoniach niczym błyskająca stalą burza. Obeschłe w letnich upałach moczary za rogatką jerozolimską nie były nam przeszkodą. Doszliśmy, uderzyliśmy i już się zdawało, że weźmiemy srogi odwet za niedawną hańbę pod Kliszowem, ale Szwedzi ustali, jakby z diabłem w zmowie. Na przekór wszystkiemu dotrzymali nam pola. Miast pierzchać, szwedzka piechota sprawnie ustawiła nowy front, równoległy do kierunku naszej szarży, a kiedy myśmy już pierwszy impet stracili, oni odparli nas gradem kul i sami ruszyli do ataku. Minęły przesławne czasy Byczyny, Kircholmu, Trzciany i Wiednia. Nihil semper floret. Nic nie kwitnie bez końca.

Teraz znów, jak pod Kliszowem, Szwedzi drwili, krzycząc, że z nas zające żelazne! Zniewagi tej nie ścierpiawszy, zawinęliśmy się i rzuciliśmy do jeszcze jednej szarży, lecz już w zbyt wielkim nieładzie oraz zbyt małej liczbie, by wroga przemóc i zwycięstwo odnieść. Wtedy to właśnie, gdyśmy rozpędzoną masą koni, ludzi i zbroi, ze świstem husarskich skrzydeł przez Drnę przelatywali, wyrzucając z brzegów spienioną wodę, żołnierski termin na mnie przyszedł.

Zrazu więc nie bolało. Tylko to uderzenie krzyże mi z nagła w łęk siodła wcisnęło, kopia zaś, trafem jakimś po pierwszym starciu wciąż cała, dziwnie zaciążyła w ręku, opadła, dziobnęła grotem w ziemię i nim się złamała, wyrwała mię z siodła i strzemion, że jak wór jakiś nad końskim łbem przeleciałem, łopocząc husarskimi skrzydłami, które właśnie anielskimi się stawały. Gdy wyrżnąłem o ziemię, jedno się złamało.

Jeszcze wstawać chciałem. Na czworaki się podniosłem, ale dech, co mi go upadek zabrał, powrócić nie chciał. Za to w gębie poczułem pełno krwi i pojąłem, że mnie postrzelili. I dziurę w napierśniku dostrzegłem. Chciałem oddychać, a nie można było. Teraz dopiero zaczęły się ból i duchota. Modlić się ani ze strachem przedśmiertnym walczyć nie ma jak, gdy ciało ludzkie zamienia się w zwierzę, które tylko o życie skomli. Szczęściem, męka mojej agonii nie trwała długo, bo towarzysze jadący z tyłu miłosiernie mnie potratowali, że zaraz wszystko się zapadło w ciemność. Śmierć przyszła, kiedy nieprzytomny leżałem.

Taki był mój ziemski koniec. Początek zaś był w Wilczynie, niedaleko Gniezna, gdzie 5 maja roku Pańskiego

1670 światło dzienne ujrzałem. Na chrzcie świętym dano mi imiona Jan i Seweryn po zacnych przodkach moich z rodu Mierzejewskich herbu Szeliga. Do stanu żołnierskiego przeznaczył mnie ojciec, a przystałem na to z ochotą, bowiem od lat najmłodszych powołanie do wojaczki czułem. I stało się tak, że w wieku dwudziestu jeden wiosen pod samym wielkim królem Janem na trzecią wyprawę mołdawską ruszyłem. Mój chrzest bojowy był pod Peresytą, tam pierwszy raz proch i krew wąchałem. Potem Kamieniec Podolski się oblegało, aż wreszcie w 1699 roku, już za króla Augusta to było, do twierdzy tej, po ponad ćwierćwieczu z rąk tureckich odebranej, z moją chorągwią husarską wjechałem, czując w ustach smak wielkiego zwycięstwa. Zdawało się wtedy, że nie masz przed Rzecząpospolitą Obojga Narodów żadnych przeciwności ani wrogów, którym by Najjaśniejsza sprostać nie mogła, lecz były to już ostatnie przebłyski jej chwały i majestatu. Ponure otrzeźwienie przyszło trzy lata później pod Kliszowem. Pierwsza klęska – jej gorycz przyszło mi pełną gębą wypić, dla ojczyzny to był cios w samo serce, który powalił ją na wieki, wydając na igraszki i łup sąsiadów. Pewnie o tym nie wiesz? Ja też wtedy nie wiedziałam, lecz to od Kliszowa zaczęły się rozbiory. Po tej bitwie Polska i Litwa przestały stanowić o sobie. Król, dwór, znaki i chorągwie już tylko pozorem się stały, a nim wiek minął, i to nam zabrano. Źle, że o Kliszowie nie wiesz. Nie wypada o klęskach największych milczeć, bo się będą powtarzać. Uwierz mi, wiem, co mówię. Ja, Jan Seweryn Mierzejewski herbu Szeliga, towarzysz husarski, przeżywszy lat ziemskich trzydzieści pięć, byłem żołnierzem ostatniego zwycięstwa i pierwszej klęski.

Ipsaque mors nihil. Sama śmierć niczym.

Ocknąłem się ze śmierci w wodach Drny.

Życie zawsze zaczyna się w wodzie. Rośliny, zwierzęcia, człowieka czy anioła – bez różnicy.

Siedziałem nagi, obejmując ramionami kolana. Za mną, na błotnistym brzegu zalegały zdeptane kopytami szuwary, trawa, sitowia, ale woda wokół mnie była już czysta, niezmącona. Niespieszny nurt warszawskiej rzeczki sięgał mi do piersi i po prostu przenikał przeze mnie, a ciało nie stawiało mu żadnego oporu. Jakaś mała rybka przepłynęła wprost przez moją łydkę. To była pierwsza niezwykła rzecz, jaką spostrzegłem po drugiej stronie śmierci. Odgadłem, że jestem duchem, ale pomyślałem też, że wolałbym jednak, żeby było po staremu. I moje ciało natychmiast stało się dla wody nieprzepuszczalne. Nurt napotkał we mnie przeszkodę, zaczął mnie omywać, zaszemrał, a ja odczułem jego przyjemny chłód. Dobrze jest się ochłodzić po bitwie w samym środku lata.

Jeszcze nie całkiem pojmowałem, co się ze mną stało. Nie umiałem zadawać pytań ani porządkować postrzegania. Pomyślałem sobie, że skoro żyję, to trzeba jednak wracać do boju. Wstałem więc szybko i się rozejrzałem, szukając jakiegoś przyodziewku i broni.

Ponieważ wcześniej nie określiłem wyraźnie, w jaki czas chcę patrzeć, nieuporządkowane obrazy spadły na mnie bezładnym wirem, aż mi się od nich zakręciło w głowie. Oto była bitwa i było przed bitwą, a zarazem po bitwie. Widziałem, jak starosta Chomętowski jako ostatni ustępuje z pola z resztkami swych rozstrzelanych chorągwi. I patrzyłem równocześnie na to, jak uzurpator Leszczyński ze swoimi poplecznikami i szwedzkimi oficerami następnego dnia objeżdża pole bitwy, która dała mu koronę Polski. Z łaski króla Karola XII, nie z Bożej! Migały też wydarzenia o wiele wcześniejsze i późniejsze, których nie rozumiałem.

Wizje zatrzymały się wreszcie na uprzątaniu pobojowiska. Zobaczyłem, jak miejscy pachołkowie kładą do płytkiej mogiły mojego trupa, obdartego przez zwycięskich Szwedów do samej koszuli – dziurawej, zakrwawionej i przepoconej nie chciało im się brać. Pochówek był pospieszny, bez księdza. W letnim skwarze nie było czasu na ceregiele. Grób wykopano tam, gdzie dzisiaj biegną tory kolejowe, teraz więc wisiałby on w powietrzu. Kości moje pożółkłe, półtora wieku później odkryli budowniczowie Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. W kwaśnym, bagiennym błocku nie zachowała się czaszka, a żebra i piszczele zgliwiały, zetlały tak, że robotnicy nie byli już pewni, czy to szczątki ludzkie. Jedni mówili, że był ze mnie duży pies, drudzy – że chory cielak. O bitwie 1705 roku nie słyszał nikt, nawet sam pan inżynier Wilski, którego do wykopu przywołano. On uznał, że to jednak człowiek chyba był, kto wie, może nawet polski żołnierz 1831 roku – tę bitwę na polach Woli jeszcze wszyscy dobrze pamiętali, więc sprowadzono ojczulka bernardyna z pobliskiego cmentarza świętokrzyskiego, który szczątki moje w worek zgarnął i pod murem zagrzebał, odmówiwszy nad nimi prędki pacierz. Tyle miałem egzekwii. Dzisiaj już tylko pojedyncze okruchy ze mnie gdzieś pod asfaltem ulicy Świętej Barbary się poniewierają. Tak skończyła się historia mego doczesnego ciała.

Kiedy tkwiłem, ciągle nagi, nad własną świeżą mogiłą bez krzyża, naszła mnie wreszcie pierwsza trzeźwa myśl, cóż dalej mam począć w tym pośmiertnym życiu? Czemu to nie dostąpiłem światłości wiekuistej, tylko wciąż, choć dla innych niewidzialny, na tej ziemi byłem? Jeżeli w czym zgrzeszyłem, czemu to czyśćcowy profos po mnie nie przychodzi? Piekła się nie bałem. Od początku bowiem czułem, że piekło nie jest dla uczciwego husarskiego towarzysza, który póki krwi w żyłach w obronie ojczyzny i świętej katolickiej wiary stawał przeciw tureckim pohańcom i szwedzkim heretykom, lęku nie okazując nigdy, choć tak szczerze powiedziawszy, przed bojem spietrał się nieraz.

Zadanie miałem tutaj do wykonania! Ta wiedza spłynęła na mnie jakby objawienie. I nim była. Ale jakie zadanie? Gdzie? Z kim w sojuszu, a przeciwko komu? Tego kazano mi samemu dojść, rozpatrzeć się w tych zaświatach, wskazując na początek drogę poprzez czas.

Wyruszyłem zatem jako duch anioł z wolskiego pobojowiska o świtaniu, 1 sierpnia 1705 roku czasu ziemskiego. Sam, choć dusz do mnie podobnych musiały tutaj być setki. Widziałem tylko grabarzy krzątających się w pośpiechu i nieprzykładających się zbytnio do swej roboty. Byle więcej, byle prędzej, byle psy nie odgrzebały i nie rozwłóczyły kości, bo za to kara. Nie dziwiło mnie, że jestem sam, bo tu każdy wszak podążał własną drogą, ku nagrodzie lub odpłacie, więc towarzystwa nie sposób było znaleźć, chyba że z Bożego rozkazu. A cknić, to mi się nie ckniło ani trochę. Nigdy nie byłem bardziej spokojny. Życie moje się wszak spełniło, i to dobrze spełniło. O rodzinie i bliskich po prostu nie myślałem. Oni tam w ręku Boga, a ja im już na nic. Po tym spokoju ducha, po tej ufności poznałem, iż jednak zostałem zbawiony. A że nie od razu przed obliczem Światłości kazano mi się stawić, znów nic w tym dziwnego, przecie każdy anioł inny, inną drogą do Boga szedł i idzie, tylko że teraz już bez lęku i zwątpienia, ufny, że dojdzie.

Na początek myślą jedną sprawiłem sobie przyodziewek, bo choć już cały ziemski wstyd odleciał i znów było jak w raju przed upadkiem pierwszych rodziców, to jednak ludzkie przyzwyczajenie drugą naturą anioła, zatem w portkach zawsze pewniej. Ubranie okryło mnie, gdy tylko tego zapragnąłem. Nic wyszukanego. To, w czym lubiłem w rodzinnym domu odpoczywać po obiedzie – spodnie z brązowego adamaszku, lniana koszula, luźny kaftan aksamitny i dobrze rozchodzone trzewiki z miękkiego safianu. Jeszcze tylko podwinąłem rękawy i poczułem się jak w niebie.

Pierwszym moim przewodnikiem w zaświatach został wesoły motyl cytrynek.

Nadleciał, zamigotał złotymi skrzydełkami, zawirował koło mnie i już wiedziałem, że trzeba mi pójść za nim. Cytrynek poleciał nad Drnę. Wszedłem tedy w wodę bez wahania, ale ona tym razem mnie nie zmoczyła, lecz uniosła, jakbym wstąpił na miękki leśny mech, i poszedłem wzorem Zbawiciela po wodzie, razem z nurtem, w dół rzeki. Teraz ten spacer byłby wzdłuż ulic Towarowej i Okopowej, które tu później wytyczono, wykorzystując Drnę do wypełnienia fosy okopów marszałka Lubomirskiego.

Idąc tak sobie po powierzchni rzeki i sięgając myślą w przyszłość, w istocie z każdym krokiem zstępowałem w głąb czasu. Brzegi dziczały, domostwa i pola uprawne znikały z oczu, wypierane przez coraz rozleglejsze olszyny, a mokradła wzdłuż brzegów stawały się coraz szersze. Cytrynek polatywał zygzakiem nad środkiem nurtu, prowadząc mnie w przeszłość. Parę razy przewodnika mojego pstrągi pochwycić chciały, z pluskiem z wody wyskakując, lecz on im zgrabnie tuż przed rozwartym pyskiem umykał, z Bożej woli dla zakusów ryb nieuchwytny.

Pojąłem już, że anioł wie to, co chce wiedzieć, oraz to, co wiedzieć powinien. Stąd też byłem w pełni świadom cofającego się czasu. Idąc za cytrynkiem, szybko wkroczyłem z powrotem w siedemnaste stulecie, które dla mnie dopiero co przeminęło. Kiedy doszedłem do ulicy Wolskiej, znów był potop szwedzki – spostrzegłem dymy na horyzoncie i doleciał mnie grzmot dział w bitwach, w których sześć razy Warszawę z rąk do rąk wydzierali sobie Szwedzi, Polacy, Brandenburczycy i Madziarzy Rakoczego. Potem, przy dzisiejszym cmentarzu żydowskim, usłyszałem kościelne dzwony – ich biciem, na rozkaz burmistrza Drewno, starano się przegnać morowe powietrze 1624 roku.

Dalej wszedłem w czas spokojny złotego wieku Rzeczypospolitej. Bagna i nieużytki znikły jak mgła, nad Drną zaroiło się od młynów, browarów, foluszy tłukących wełnę na filc, garbarni, cegielni. Wszędzie krzątało się mnóstwo ludzi, którzy mnie nie widzieli, ale mogli zobaczyć, gdybym tylko zechciał, lecz nie zamierzałem próżnego widowiska wywoływać. Bardziej zajęła moje myśli rzecz taka, że oto im głębiej w przeszłość, tym dostatniej i lepiej się ludziom żyło, choć podobno winno być odwrotnie. Jakże to? Jak to się stało, że im to miasto większe, tym gorsze nieszczęścia je spotykały? Poczułem, że odpowiedź dostanę wkrótce i tu się kryje cel mojej wędrówki i nowe przeznaczenie.

Podążając za cytrynkiem, zszedłem z rzeki w miejscu, gdzie teraz masz Arkadię przy rondzie Babki i Radosława. Kawałek stromego brzegu zachował się tutaj do dziś. Wtedy, wdrapawszy się na górę, trafiłem wprost na rozciągające się za wsią Nalewki cegielnie i glinianki, które z czasem Stawkami przezwano.

Motyl pokazał, że mam iść do wsi, po czym odleciał ku słońcu i w nim zniknął. Ja zaś spostrzegłem, że czas przestał się cofać. Był teraz początek lata 1526 roku, dzień

25 czerwca, wczesny poranek. W Nalewkach zastałem poruszenie, ludzie wychodzili z domów i gromadnie zmierzali ku Warszawie. Zwykłym ich zajęciem było dostarczanie do miasta wody z tutejszych źródełek, lecz dzisiaj beczki i czerpaki-nalewki, od których nazwa wioski i ulicy wzięła początek, pozostały bezczynne.

Stałem się dla miejscowych jawny i spytałem grzecznie, dokąd idą. Odpowiedzieli mi, że pod miejskie mury, na miejsce straceń, gdzie dziś miano spalić żywcem dwie trucicielki, osądzone za zbrodnię popełnioną na jaśnie oświeconym księciu mazowieckim Januszu, ponoć z podpuszczenia samej królowej polskiej Bony. Poszedłem więc z mieszkańcami Nalewek pod mur Barbakanu, na placyk Piekiełko, gdzie z woli Bożej byłem świadkiem, jak nad Warszawą rozwierają się wrota piekieł.

Żołnierzem będąc, człek do gwałtu przywyka. Anioł zaś z natury swojej jest już ponad ziemskie sprawy. Jednak jest taki bezmiar okrucieństwa i niesprawiedliwości, który po obu stronach granicy życia i śmierci woła o pomstę do nieba i piekła.

Obie były niewinne. Sędziowie ich i oskarżyciele dobrze to wiedzieli, ale działali z perfidnym rozmysłem, przeprowadzając polityczną intrygę. Po bezpotomnej śmierci książąt Stanisława i Janusza, zgodnie z zawartą wcześniej umową dynastyczną, Mazowsze miało zostać przyłączone do Korony, a król Zygmunt Stary osobiście objąć rządy nad Warszawą. Ten plan postanowili jednak przekreślić mazowieccy wielmoże, którym nie w smak było umniejszenie ich władzy i wpływów na rzecz urzędników królewskich z Krakowa. Wbrew umowie ogłoszono więc ostatnią z rodu, młodą niezamężną Annę, księżną panią dziedziczką Mazowsza, a nawet zdołano namówić króla Czech i Węgier do poparcia tych pretensji. Król Polski jednakże odrzekł, że bezprawia tolerować nie zamierza i zgodnie z umową przybędzie do Warszawy, by objąć władzę w mieście oraz na całym Mazowszu.

Wojna Mazowsza z Koroną, piastowskiego księstwa z mocarstwem Jagiellonów, nie wchodziła w grę, z góry wiadomo, kto by ją prędko wygrał. Jedynym sposobem, żeby powstrzymać króla Zygmunta przed uroczystym wjazdem do Warszawy, było wiarygodne oskarżenie jego małżonki Bony o trucicielstwo, o co wówczas powszechnie mieszkańców Italii podejrzewano. Zatajono więc przed ludem, że książę pan zmarł na suchoty, postępujące szybko wskutek opilstwa i hulaszczego życia, a zaczęto szerzyć potwarze. Aby ów szatański plan przeprowadzić do końca, należało pokazać światu winnych zadania trucizny i przymusić tych oskarżonych do wyznania, że działali z poduszczenia królowej Polski. Na ofiary wybrano dwie przypadkowe służki nadworne – piekarkę Krystynę, której imienia ludzka historia nie przechowała, lecz anielska tak, oraz Dorotę Klimaszewską ze stanu wolnych kmieci, zatrudnioną na książęcym dworze do dbania o pańską pościel. Specjalnie wzięto persony nieszlachetnie urodzone, aby nikt się za nimi nie ujął, do tego niepiśmienne i praw swoich nieświadome.

Żadna na wielkich sprawach tego świata się nie rozumiała ani je znała. Tym bardziej niepojęta dla nich była krzywda, która je spotkała. Zwłaszcza zaś krzywda tak okrutna.

Spalenie żywcem to śmierć straszna, ale ich los był o wiele okropniejszy. Obie nieszczęsne z wolna upieczono żywcem, co trwało cztery godziny, zamiast kilku pacierzy, jak na zwykłym stosie bywa. Do tego wcześniej, na torturach chciano wymusić na nich fałszywe zeznania. Jakże jednak dwie proste białogłowy mogły wiarygodnie oskarżyć osobę, o której ledwie co słyszały? Tym bardziej że tutaj szło o wielką polską królową, więc oskarżenie musiałoby potem ostać się w Rzymie, przed niezależnym papieskim sądem. Nieszczęsne plotły na mękach od rzeczy to, co jak mniemały, badający chcieli od nich usłyszeć, i na przemian błagały o litość. Zeznania nie trzymały się kupy, więc bezsilna wściekłość instygatorów–oprawców jeszcze bardziej rosła. Skoro tortury nie pomogły, nie dopuszczono do udręczonych dusz księdza i nie opatrzono ich przed śmiercią świętymi sakramentami. Kiedy zaś i ta metoda zawiodła, postanowiono, że Krystyna i Dorota będą umierać powoli, jak najwolniej, aby w zamian za skrócenie męki z ognia wykrzyczały pomówienia, które choć trochę uwiarygodnią plotki rozpuszczane od miesięcy przez książęcy dwór, że Stanisław i Janusz oraz ich matka Anna zmarli od trucizny zadanej im na rozkaz Bony, pragnącej Mazowsza dla swojego syna.

Stałem w tłumie i patrzyłem. Warszawska gawiedź karmiona od tygodni fałszywymi plotkami wierzyła w winę skazanych bez wahania, lecz mogła przecież jeszcze okazać zwykłe miłosierdzie. Patrzyłem w ich oczy i serca, ale współczucie, jeśli jakie w nich znajdowałem, było ślepe i głuche, nikt mu świadectwa nie dał. Nikt o skrócenie męki nie zawołał.

Wśród śmiechu i wyzwisk, bez szacunku dla ich płci niewieściej przywiązano Krystynę i Dorotę nagie, ze zgolonymi głowami, jako psy na łańcuchach do wbitego w ziemię pala. Drewno zamiast położyć pod nimi, ułożono wokół nich, po czym, odczytawszy haniebny wyrok, podpalono. Wybrano dobrze wysuszone i niesmolne szczapy, żeby dymu było jak najmniej i skazane nie zadusiły się przedwcześnie. Zrazu nieszczęsne biegały w kręgu płomieni jak szalone, z zawodzeniem i szlochem szukając miejsca, gdzie wzbierający żar lizałby je mniej okrutnie. Potem jedna za drugą usiłowały się chować, skutkiem czego ich łańcuchy splątały się, tak że w końcu ani kroku nie mogły zrobić. Niewinnym i żywym przypadł los potępionych, do ognistego pieca wtrąconych.

Skóra ich czerwieniała od oparzeń, pokrywała się bąblami, aż po dwóch godzinach pieczenia stała się brązowa i zaczęła pękać przy każdym ruchu i odłazić. Przewrotny plan oprawców zawiódł jednak, gdyż od potwornego bólu obie kobiety postradały rozum i zamiast przeklinać królową Bonę, czego się po nich spodziewano, zaczęły wyć jak wilki i nawzajem kąsać się zębami. Gadano w tłumie wokół mnie, że gardła sobie chcą przegryźć, aby męki swoje skrócić, ale to nie była prawda, gdyż jednocześnie zrobić się tego nie dało i jedna z nich musiałaby poświęcić się za drugą, a w żadnej z nich już tyle człowieczeństwa nie było.

Jeszcze mniej ludzkości mieli w sobie gapie. Po pierwszej godzinie kaźni ustały drwiny, patrzono w ciszy, fascynując się męką ze skrywaną radością, że to kogo innego spotkało. Tracone niewiasty tylko skuczały monotonnie.

Tureccy bisurmani i Tatarzy znają litość, widziałem i mogę o tym zaświadczyć. Nawet poganie z krajów najdzikszych wiedzą, co to miłosierdzie, przynajmniej niektórzy z nich. Jakże mam porównywać z nimi mieszkańców stolicy mazowieckiego księstwa, gdzie nikt tego dnia litości nie okazał?

Za życia doczesnego, prawym rycerzem i człowiekiem sumienia będąc, do takiej potworności nigdy bym nie dopuścił, prędzej by mi zginąć przyszło. Teraz jednak nie miałem już wolnej woli. Przeznaczono mi rolę świadka, nie wybawcy. To sędziowie i kaci wolną wolę mieli, lecz użyli jej, by uczynić przeogromne zło, a Bóg patrzył na nie moimi oczami. Nikt nigdy na świecie, nawet sam Zbawiciel, aż tak okrutnie doświadczony nie został jak te dwie istoty. Czy można się tedy dziwić, że oto na Warszawę, która tego dnia okazała się gorsza od Sodomy, albowiem ani jeden sprawiedliwy się w niej nie znalazł, spadło ciężkie przekleństwo i ta klątwa nad nieszczęsnym miastem zawisła na wieki. Działanie owej klątwy pod postacią szwedzkiej kuli dosięgło i mnie.

W ostatnich minutach życia, kiedy spalona całkiem skóra stała się już nieczuła na ból, Krystyna Piekarka i Dorota Klimaszewska odzyskały jasność umysłów i w chwili mrocznego natchnienia wyrzekły się Boga, który je opuścił, i poprzysięgły Szatanowi, że jeśli Zły Duch wybawi je od dalszej męki i da im swą moc, to obie nie spoczną w jego służbie, dopóki cała Warszawa wraz z mieszkańcami nie podzieli ich losu i nie sczeźnie w cierpieniu i ogniu.

Piekło przyjęło ten hołd i serca obu niewiast pękły z gorąca. Klimaszewska i jej towarzyszka stały się demonami – duchami zniszczenia tego miasta, jego czarnym genius loci. Przez pierwszy wiek od śmierci zbierały w zaświatach siły, po czym przystąpiły do wypełniania zemsty. Zaczęły od wywołania zarazy w stulecie popełnionej na nich zbrodni. Skrzywdzone i udręczone, a już zapomniane, z furią przypominały o sobie, wlokąc do grobów tysiące warszawian i zmuszając dwór królewski do opuszczenia stolicy. Zaraza wygasła w 1626 roku tak jak ogień, w którym zginęły.

Po morowym powietrzu demonice zaczęły sprowadzać na miasto nowe klęski, każdą straszniejszą od poprzedniej, wytrwale dążąc do starcia Warszawy z powierzchni ziemi. Uparte, nieubłagane i z każdym wiekiem bliższe spełnienia swego planu. Dość powiedzieć, że po wojnie ze Szwedami i stronnikami Leszczyńskiego, w połowie której zginąłem, w 1709 roku przez Krakowskie Przedmieście przejechać się nie dało z powodu zawalenia ulicy gruzem, a wychudłe psy wyły na ruinach i pogorzeliskach, jakich za poprzedniego szwedzkiego potopu jeszcze nie oglądano. W tym psim wyciu słychać było upiorny śmiech Klimaszewskiej, a to przecież było nic w porównaniu z tym, co wydarzyło się w XX wieku. Teraz już wiesz, z jakiej racji.

Czemu mi tę przeszłość i przyszłość pokazano? Jaki był w tym Boży plan? Miałem spokojną ufność, że się tego dowiem.

Gdy pod Barbakanem ucichły jęki zadręczonych niewiast, na skurczone trupy nagarnięto żar, żeby się dopaliły, a nażarta cierpieniem gawiedź poczęła się rozchodzić, z basowym pomrukiem na rękawie koszuli osiadł mi gruby, czarno-złoty trzmiel.

Pora była iść dalej.


II. Leniwiec nagrobny i spółka

Najpiękniejsze na Woli są zamglone zachody słońca późną jesienią, zwłaszcza 1 listopada o godzinie szesnastej, oglądane z przystanku tramwajowego przy ulicy Sowińskiego. Czerwony krąg o rozmazanych brzegach zapada wtedy za horyzont dokładnie na przedłużeniu linii torów. W efekcie tramwaje jadące od Powstańców Śląskich zdają się wyjeżdżać wprost ze słońca. Lubię tam wtedy być. Wyłączam percepcję ludzi i zjaw, tłumy znikają, a ja patrzę na puste wagony, które wyłaniają się z tarczy rozgrzanego do czerwoności, lecz zimnego złota, z wolna zbliżają się, przejeżdżają przeze mnie na przestrzał i przepadają gdzieś z tyłu. Przemijają.

Fajnie jest nie przemijać.

Jeszcze fajniej odpoczywać bez końca. Ów aspekt życia pozagrobowego cenię sobie najbardziej. Jan Seweryn też mógłby czasem tego spróbować i wrzucić na luz, ale nie, jego stale gdzieś nosi. Ostatnio, wyobraźcie sobie, ten narwany husarz z ADHD znów się do mnie przyczepił i Leniwcem mnie przezwał. Powiada, że larum grają, a ja się na nagrobku wyleguję! A niby gdzie mam leżeć? W trumnie ciasno i niehigienicznie, a na wygrzanej w słońcu lastrykowej płycie sama rozkosz! Przy tym tak tu sobie upływ czasu reguluję, żeby majowe słoneczko cały czas nade mną milutko przygrzewało. Żadnego deszczu ani śniegu, zawsze błękitne niebo, a na nim obłoczki baranki… Mógłbym tak leżeć i kontemplować je całą wieczność, myśląc o niebieskich migdałach. I to właśnie robię. Tylko pierwszego listopada, dla odmiany, idę sobie na mały spacerek na przystanek tramwajowy. Jak święto, to święto.

Ciepło, przyjemnie, niebo błękitne nade mną, prawo moralne też na swoim miejscu. Czego można chcieć jeszcze? Trochę tu sobie przysypiam takim błogim półsnem, kiedy się czuje, że się śpi i wypoczywa. Czasem sobie śnię na jawie, lecz tylko trochę, bo marzyć już właściwie nie ma o czym, skoro wszystko spełnione.

Muzyki można jeszcze posłuchać. Podoba mi się ów zwyczaj, że podczas pogrzebów ktoś ze skrzypkami staje kilkadziesiąt kroków od konduktu i rzępoli coś nastrojowego. Za życia zawsze coś tam grajkom do futerału wrzucałem. Zaprawdę powiadam wam, cmentarze bez melancholijnej muzyki nie oferują pełnego komfortu życia wiecznego, można im przyznać najwyżej trzy gwiazdki, a przeważnie kwalifikują się na status hotelu robotniczego, z potępieńcami drącymi mordy jak proletariat po wypłacie. Ech, u nas na Woli to się dopiero nie żyje!

No, a ten się czepia! Duch dziejów jeden! Znalazłby sobie, kurczę blade, jakąś kryptę i szczękał w niej łańcuchami. Albo lepiej do Muzeum Wojska Polskiego poszedłby straszyć. Widmo husarza ze złamanym skrzydłem snujące się po salach to nie byle jaka atrakcja turystyczna, w sam raz na Europejską Noc Muzeów. On mógłby się wykazać, napędzając frekwencję kulturze narodowej, a ja miałbym święty spokój! Chyba sobie na niego zasłużyłem, skoro zostałem zbawiony, nieprawdaż? Co to ja w czyśćcu jestem, czy jak?!

Leżę więc sobie na cieplutkim nagrobku, tak mi miło, rozkosznie, czasu nie liczę, bo i po co? Nie myślę o niczym, zupełnie jakbym na Polach Elizejskich albo w buddyjskiej nirwanie się znajdował, ekumenizm full wypas, a ten husarz skubany nagle staje nade mną i oznajmia grobowym głosem: Post mortem est nulla voluptas, znaczy, że po śmierci nie czas na przyjemności! A lećże sobie w Światłość, kolego, na zdrowie, ja tu jeszcze poleżę!

No, ale się nie dało. Co począć, skoro to misja od samego Naczelnego. Tak, wiem, wiem… Już wiem. Objawienie spływa i wszystko jasne. Anioły tak mają. Właśnie dlatego, że wiem to i owo, Naczelny przysłał imć pana Jana Seweryna Mierzejewskiego herbu Szeliga akurat do mnie. Sam Jan Seweryn, nieszczęsna ofiara polskiego systemu edukacji w dobie baroku i nocy saskiej, tylko sentencje łacińskie cytować potrafi, to całe jego wykształcenie, które mu w jezuickim kolegium ojczulkowie dębowym liniałem w głowę wbili, zanim do wojska poszedł. Czytać to on, między nami mówiąc, ledwie co duka, a z pisaniem też nie lepiej. Człek szczery jak złoto, ale ciemny jak tabaka w rogu. Zaczął anielską karierę w poczuciu życiowego niespełnienia, misji się mu zachciało i zaraz nadział się na problem teologiczny, który go przerósł o długość kopii z proporcem, to się teraz miota jak poltergeist, a jeszcze innych za sobą ciąga. I po tośmy szli do raju?!

Dobrze już, dobrze! Naczelnego wola, większe dobro i tak dalej… Ale mnie się oczy kleją! Najchętniej wywiesiłbym na bramie cmentarza tabliczkę: „Nie budzić aniołów!" i obrócił się na drugi bok… Zieeew!

Cóż począć, skoro pospać snem wiecznym nie dają? Jeżeli mam przestać bawić się w nieskończone zapętlanie czasu i dać mu normalnie płynąć, to żeby się dobudzić i oprzytomnieć, zacznę może opowiadać po kolei. Od tego momentu, kiedy się ocknąłem po własnym pogrzebie, leżąc w deszczu na nagrobnej płycie. Egzystencja zawsze zaczyna się od wody, ale pierwsza rzecz, którą tu zrobiłem, to porządek z wilgocią. Zażyczyłem sobie słoneczka i zrobiło się jasno i ciepło. Nic mi więcej do szczęścia nie było trzeba. Musiałem się niewąsko w życiu zmęczyć, skoro teraz już literalnie nic a nic mi się nie chciało. Nawet wrodzona ciekawość opadła ze mnie, no prawie. Cmentarze po tej stronie bytu to miejsca bardzo interesujące pod względem towarzyskim, można tu spotkać mnóstwo ludzi niezastąpionych, ale mnie do pośmiertnych znajomości specjalnie nie ciągnęło.

Zwłaszcza że mam potępioną sąsiadkę parę grobów dalej. Kompletnie zidiociała stara baba nie wie, że umarła, i bez końca wrzeszczy, jak bardzo nienawidzi synowej, która ją tu samą zostawiła, jeść nie daje i rozmyślnie głodzi. Przypadek klasyczny, jak z wizji Swedenborga. Nie muszę jej słyszeć ani widzieć, jeśli nie chcę, ale akurat ona pierwsza mi się napatoczyła, bo jak się już trochę w poprzek czasu pobyczyłem, to zachciało mi się jednak po nowym miejscu zamieszkania co nieco rozejrzeć. Ciekawość w moim przypadku to nie był stopień, ale całe schody do nieba, więc jednak trochę mi jej tu zostało. Ludzkie przyzwyczajenie drugą naturą anioła.

Zacząłem zatem obserwacje od potępieńców, bo się narzucali. Doprawdy przepaskudna sprawa! Ponieważ zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Naczelnego, jesteśmy tak samo jak On nieśmiertelni i niezniszczalni. Jeśli ktoś za życia zrobi z siebie śmiecia, to po śmierci będzie się non stop poniewierać, tłamszony przez własne skurwysyństwo. Wyjście poza własne ograniczenie nabyte za życia, post mortem jest niezwykle trudne, a skończyć ze sobą nie można. Dla pewnych ludzi nieśmiertelność jest jak brzytwa dana małpie, kaleczą się nią nieustannie. Innym, nie do końca zeszmaconym, jeszcze udaje się dokonać mozolnej autorefleksji i to właśnie jest czyściec.

Do niektórych coś tam dociera. Na przykład ten gość z sąsiedniej alejki, który wie, że nie żyje, ale kompulsywnie to wypiera, skupiając się na pucowaniu własnego nagrobka. Każdy centymetr kwadratowy pieczołowicie poleruje flanelową szmatką aż do lustrzanego połysku, wyrzekając przy tym bez końca na kiepskiej jakości marmur, że ma nie dość jasny połysk. Oczywiście, wszystko tylko w swojej wyobraźni, bo faktycznie jego grób jest z najtańszego lanego betonu i od dawna tonie w kurzu oraz zeschłych liściach. Kiedy się drania rodzina wreszcie pozbyła i pochowała, to wszyscy głęboko odetchnęli z ulgą i nikt go już wspominać nie przychodzi. Delikwent czuje, że coś nieodwracalnego się z nim stało, ale nie chce poznać prawdy i ucieka w pełnoobjawową nerwicę lękową. Diabli prędzej czy później go znajdą i przyjdą sobie z nim poigrać. Że im się nie spieszy, to też część zabawy.

Żal mi tego typa, coś bym dla niego zrobił, ale nie mam pojęcia co. Brak wiedzy po tej stronie oznacza, że sam Naczelny nie życzy sobie, abym wiedział, a dokładniej, że to mi na nic, więc trzeba okazać zaufanie. Anioł zaś je okazuje, bo wolnej woli już nie ma.

Wiecie, ten brak wolnej woli to trochę dziwne uczucie. Z jednej strony to jakby ubezwłasnowolnienie, bo żadnego wyboru już nie dają, ale z drugiej wolna wola jest niepotrzebna, bo nie ma już czego wybierać, wszystko, co trzeba, już się wybrało i się wie. Tak ogólnie mogę powiedzieć, że my, anioły, funkcjonujemy w stanie pełnego ideału etyki sokratejskiej – znamy lub natychmiast możemy poznać wszystkie następstwa danego czynu lub decyzji. Sokrates uczył, że zło wynika z niewiedzy i nie czynilibyśmy zła, gdybyśmy dokładnie znali szkody i krzywdy, jakie ono wywoła. Faktycznie to niedokładnie tak, ale możecie na razie przyjąć, że dla anioła etyka sokratejska jest bazowa, na nią nakładają się większe subtelności.

Z kolei nasze relacje z Naczelnym można porównać do spadania w głąb kosmicznej czarnej dziury. To wcale nie jest głupie porównanie! Tak naprawdę to ani ona jest czarna, ani żadna dziura. Tak się tylko wydaje osobom żywym patrzącym z zewnątrz, z obszaru doczesnej marności lub przyczynowości, jak kto woli. Dla nich to miejsce w kosmosie stanowi czarną niewiadomą, ale wewnątrz światła jest naprawdę mnóstwo. Tam są całe oceany blasku, który nie wydostaje się poza horyzont zdarzeń. I światła wciąż przybywa – jak dusze wpadają nowe fotony. Na dodatek w czarnej dziurze panuje światłość wiekuista, bo przecież czas w miarę zbliżania się do niej zwalnia, aż w końcu całkiem staje w miejscu. Dla obserwatora patrzącego z horyzontu zdarzeń cały wszechświat już dawno przeminął. My na zewnątrz coś kombinujemy, za czymś gonimy, a tam w środku trwa już jedno nieustanne Teraz – dokładnie jak teologowie przewidzieli. Mistyka i fizyka spotykają się w czarnych dziurach w pełnej zgodzie.

Trzymając się tej kosmicznej metafory, kwestia doczesności wygląda tak, że albo wybieracie zimną i ciemną pustkę gasnącego uniwersum, rozdymanego w nieskończoność w kolejnych fazach inflacji, uczestnicząc w nieustającym ciągu coraz mniej istotnych przyczyn i skutków, albo wyrywacie się z tego jałowego porządku, wybierając lot w ukryte światło, „w ciemno" z duszą na ramieniu. Trzeba zaufać i wybrać. My, anioły, mamy ten wybór już za sobą, zgodnie z własną wolą daliśmy się przechwycić i teraz już po własnych indywidualnych trajektoriach nieodwracalnie zmierzamy do horyzontu doczesnych zdarzeń. Otwarta pozostaje kwestia, co zabierzemy za sobą i ile z nas pozostanie, kiedy czas się zatrzyma. Jednak o tym potem! Na razie wróćmy do Jana Seweryna.

Mimo całej mojej niechęci i totalnego braku entuzjazmu nie mogłem nie wstać na to jego łacińskie dictum, bo opieranie się woli Naczelnego jest nielogiczne i bez sensu. Tym bardziej że powody widać jak na dłoni. Co się człowiek w życiu nawybierał, to nawybierał, a teraz ma luksus braku wątpliwości i potrafi to docenić. Mówiąc serio, Janowi Sewerynowi tak czy siak bym pomógł, także za życia, kiedy mi się wydawało, że nic nie muszę lub równie dobrze mogę zrobić co innego. Dlatego tu jestem. Różnica jest taka, że teraz zawsze widzę właściwy wybór, nie muszę decydować się w ciemno. Pomarudzić wszakże zawsze wolno i wiem, że Naczelnego to śmieszy. On ma duże poczucie humoru, jakbyście nie wiedzieli. Anioły pierwotne, które nigdy nie były ludźmi, fascynuje to, że my kiedyś mieliśmy wątpliwości, lecz nam tego nie zazdroszczą, bo wolna wola jest nierozdzielna z cierpieniem. Ale znów za bardzo się rozgaduję i w dygresje popadam! (Było mnie nie budzić!). Spoko, będzie jeszcze dużo czasu na anielską teologię. Miałem mówić po kolei!

Potępieńcy są zatem żałośnie nieciekawi – przewidywalni, zapatrzeni we własny egoizm, pełni upierdliwych i banalnych pretensji, którymi zatruli sobie życie. Skoro jednak od nich zacząłem, to uznałem, że dla odmiany warto poznać kogoś z mojej paczki, oczywiście nie przesadzając z nadmiarem poufałości, albowiem święty spokój ponad wszystko! Dwoje podobnych do mnie to góra. Jan Seweryn sam się w moją wieczność wprosił, ale na początek została mi objawiona Ośka.

Dokładniej mówiąc Leokadia Grabarczyk, nazwisko trzeba przyznać w sam raz dla umarlaczki. Ośką wołali ją na rodzinnej Pradze. Sam nazywam ją czasem Czarną Mańką, bo dziewczynisko jest wulgarne i pyskate do niemożliwości. Typ wyszczekanej warszawskiej ulicznicy o złotym sercu, które ukrywa najgłębiej, jak się da, żeby nikt nie zranił. Rezyduje w mniejszej części cmentarza wolskiego, po wschodniej stronie ulicy Sowińskiego. Sąsiadka z naprzeciwka, mówiąc krótko.

Ona sama nie ma zielonego pojęcia, dlaczego została aniołem. Przypuszcza, że dlatego, że chłopa nigdy nie miała. Tak normalnie... Ma zwyczaj mówić zachrypniętym głosem, jakby od chronicznego nieżytu gardła. Rzecz jasna, prawdziwa choroba nie wchodzi w grę, Leokadia specjalnie chce, aby właśnie tak słyszano jej myśli. Spytałem ją na początku znajomości, skąd ta chrypka, a ona mi na to, że to od zimnej spermy...

Niebiański savoir vivre w wykonaniu Ośki to doprawdy jazda po bandzie bez kierownicy na kwadratowym kole. Zwłaszcza jeśli wyczuje, że ma do czynienia z inteligentem, a takich z racji osobistych zaszłości szczerze nie cierpi. Na dzień dobry nie dałem się zjeść w kaszy i odpaliłem jej, że Lucyfer też ma zimne nasienie. Wściekła się tak, że zdemolowała pół alejki, furiatka telekinetyczka. Potem było na Bogu ducha winnych satanistów, a ja do dziś mam odbity na plecach negatyw epitafium księdza Twardowskiego: „Spieszmy się kochać ludzi". Tylko mi nie mówcie, że w niebie jest nudno! Gdy Ośka się wkurzy, jej paznokcie rozżarzają się do białości. Może nie jest to ten sam kaliber co ognisty miecz, ale nie radzę się przekonywać na własnej skórze. Żywym od jej pazurków robi się półpasiec.

No dobra, już się nie wygłupiam. Powaga za grobem obowiązuje! Jestem aniołem, więc dobrze wiem, dlaczego Czarna Mańka, przepraszam, Leokadia, została zbawiona. Po pierwsze dlatego, że Naczelny nie jest małostkowy. Nie lubi tylko pytań retorycznych, gdy kto zawraca głowę i nie czeka na odpowiedź.

Natomiast pozory mylą nawet w zaświatach, ponieważ, jakbyście chcieli wiedzieć, Leokadia jest męczennicą za wiarę w ścisłym znaczeniu tego terminu. Żaden kanoniczny kauzyperda nie mógłby się czepić. I zarazem była prostytutką, acz nie w pełnym zakresie usług. Urodziła się w 1777 roku na Kamionku, wykształcenie mniej niż zero. Szczytem jej życiowych możliwości byłaby rola domowego garkotłuka przy mężu, ale i to dla niej okazało się nieosiągalne. Gdy miała czternaście lat, przyciśnięta nędzą rodzina sprzedała ją sutenerowi, niejakiemu Dorstowi. Ten, wbrew utartym zwyczajom półświatka, nie zgwałcił Ośki na dzień dobry i nie posłał na ulicę, tylko postanowił dobrze sprzedać jej dziewictwo, inspirując się pismami markiza de Sade, które właśnie docierały do Polski, budząc liczne aspiracje do zachodnich wartości i europejskiego stylu życia.

Dorstowi trafił się odpowiedni klient – arystokrata i początkujący libertyn, a konkretnie pan hetman Józef Zabiełło, który miał fantazję używać dziewczyny jednocześnie niewinnej i zarazem wybornie znającej się na rzeczy. Przez lata uczono zatem Ośkę biegłości w tajnikach miłosnego rzemiosła, nie pozwalając jej stracić wianka. Chłopak, do którego się kiedyś serdeczniej uśmiechnęła, wkrótce, tak na wszelki wypadek, skończył z roztrzaskaną głową w wodach łachy wiślanej – dzisiaj to jest Jezioro Kamionkowskie.

Pan hetman co jakiś czas osobiście sprawdzał postępy dziewczyny oraz jej pieczęć niewinności. Planował wyrafinowany eksperyment erotyczno-okultystyczny w gronie zaufanych przyjaciół, którego finału Ośka by nie przeżyła. Nim jednak przyszło do realizacji przedsięwzięcia, wybuchła insurekcja kościuszkowska i mości Zabiełło jako targowiczanin skończył był na szubienicy. Patron Ośki chciał jej znaleźć podobnego amatora, ale nie zdążył przed rzezią Pragi, której padł ofiarą razem z całym swoim personelem, przy czym Leokadia zginęła chwalebnie.

Po opanowaniu dzielnicy przez wojska generała Suworowa Ośka była świadkiem zabójstwa księdza, który biegł do kogoś z ostatnim namaszczeniem. Niewiele myśląc, kierując się dziecinną wiarą, której nie zdołano z niej wyplenić, rzuciła się ratować komunikanty przed profanacją i dokonała tego mimo czterech pchnięć bagnetem. Potem z tłumem uciekinierów zdołała przedostać się przez Wisłę i oddała przybornik pierwszemu napotkanemu duchownemu. Głupi klecha nie dość, że nie podziękował, to jeszcze zgromił uliczną dziewkę, że śmiała świętych utensyliów dotykać, bo co by to było, gdyby tak hostie rozsypała w błoto?! Podniecony własną przemową, słaniającej się na nogach, podźganej Ośce dał po twarzy i sobie poszedł, a ona dowlokła się do dalekich krewnych, mieszkających na Woli, i tu zmarła z powodu ran. Lekarza do niej nie wezwano, zresztą w tamtej epoce nie miałby on nic do roboty przy jej podziurawionych jelitach i krwotokach wewnętrznych z przebitej nerki i trzustki. Śmierć na zapalenie otrzewnej była kwestią czasu, a że dziewczyna była silna, męczyła się przez tydzień. O uratowanym sakramencie nic nikomu nie powiedziała, żeby znów nie dostać po gębie, a potem ból i gorączka wymazały jej pamięć agonii i zdarzeń bezpośrednio ją poprzedzających. Dlatego nie wie, czemu została aniołem i wciąż nie chce sobie tego przypomnieć. Grunt, że Naczelny wie.

Miejscowy pleban zaś, dowiedziawszy się, że panna była lżejszych obyczajów, najpierw spóźnił się z wysłuchaniem jej ostatniej spowiedzi, wymawiając się pilniejszymi obowiązkami, wszak po jatce na Pradze tylu lepszych ludzi dogorywało po domach i przytułkach, więc niech nierządnica czeka! Potem, kiedy kuzynostwo chciało ją pochować, z racji braku ostatniego namaszczenia odmówił jej pogrzebu w poświęconej ziemi. Zawstydzona rodzina chyłkiem, po nocy zakopała Ośkę na wolskich nieużytkach, ostatkiem sumienia powstrzymując się przed sprofanowaniem ciała osikowym kołkiem, bo strach przed upiorem to jedno, ale bardziej głupio było im poprawiać po ruskich sołdatach. Na dole jak dla bezpańskiego psa rzecz się jednak nie skończyła, bo nie z Naczelnym takie numery!

Skoro Ośka nie poszła do poświęconej ziemi, to poświęcona ziemia przyszła do niej. Osiemdziesiąt lat później w miejscu potajemnego pochówku wytyczono nekropolię z prawdziwego zdarzenia. Tylko anioły wiedzą, że Leokadia jest faktyczną patronką i założycielką cmentarza katolickiego na Woli, bowiem ona wcześniej uświęciła to miejsce swoją obecnością i nie przypadkiem paluch czynownika z carskiego magistratu właśnie w tym punkcie mapy się zatrzymał, wybierając miejsce na katoliczeskoje kładbiszcze.

Nie przypadkiem też Ośka potrafi płytami nagrobnymi rzucać. Ja, przykładowo, nie jestem w stanie przesunąć choćby zeschłego listka. Moja domena to wiedza i rozum, no i te figielki z czasem. Z Jana Seweryna też poltergeist byłby cienki, on da radę najwyżej świecę zgasić czy jakiś mały drobiazg przesunąć. Leokadia, co tu kryć, jest aniołem znacznie większej rangi niż my. Szacując według średniowiecznych hierarchii, tu i archanioł byłby mało. Na moje oko, Leokadia jest cherubinem, a może nawet serafinem niższym. Teoretycznie. Naczelny, jak mówiłem, nie jest małostkowy, awansów nie żałuje. Szkopuł w tym, że z tak niewyparzonym ozorem na niebieskie salony nie sposób Ośki wpuścić, ba, nawet do magla byłoby głupio. Z kolei przymuszać ją, aby zdała sobie z tego sprawę, kim była i kim być powinna, oznacza przypomnieć jej doznane cierpienie, no a przecież nie jesteśmy w piekle ani nawet w czyśćcu.

Pewnie chcielibyście wiedzieć, gdzie jesteśmy tak naprawdę? W końcu z tą orbitą czarnej dziury to tylko taka metafora. Jeśli się trzymać stratyfikacji Dantego, powiem, że na najniższym poziomie raju. To też jest jednak niezbyt dobra analogia. Można by także powiedzieć, że to pozytywny czyściec, takie ciekawe miejsce, które wielce uczeni teologowie jakoś przegapili.

Tutaj integrujemy nasze nowe osobowości – indywidualny ludzki charakter z naturą anielską, która zasadniczo jest prosta jak konstrukcja cepa i składa się praktycznie z samej jaźni. Indywidualna tożsamość pierwotnego anioła ogranicza się do imienia i paru osobistych upodobań. Żadnych barwnych wspomnień, pasji, namiętności, życiowych błędów i porażek, których niepowtarzalna kombinacja buduje tożsamość normalnego człowieka. Z drugiej strony ten brak absolutnie nie jest dla nich jakimś upośledzeniem, gdyż anioły pierwotne funkcjonują w stanie emocjonalnego przepływu, który ludziom zdarza się rzadko, w chwilach największego miłosnego uniesienia, artystycznego natchnienia czy twórczego zapamiętania. W czasie przepływu tożsamość, czyli poczucie własnego „ja", znika i jest się tym, czego się w danej chwili doświadcza – samym aktem miłości lub kreacji.

Rzecz w tym, że żaden z ludzi nie jest święty, czego Ośka jest świetnym przykładem. Ja też, jeśli chodzi o moją prywatną amnezję, w niczym nie jestem od niej lepszy. Kiedy patrzę na swój grób, widzę tylko krzyż – żadnych napisów, pełna selekcja percepcji. Nie chcę nawet pamiętać własnego imienia, a tym bardziej okoliczności śmierci, zdecydowanie niewesołych. Pamiętam tylko to co dobre i bezpieczne, nic w tym wyjątkowego. Wszyscy tutaj mamy silny uraz przejścia, nawet Jan Seweryn, choć on miał szybką żołnierską śmierć, znieczuloną dodatkowo przez najwyższy możliwy poziom adrenaliny.

Żarty na bok! Umieranie to naprawdę traumatyczne doświadczenie, o którym nie chce się pamiętać. Nawet jako anioł. Niektórzy mądrale wypisują uczone brednie, jak to człowiek w chwili śmierci ogarnia całe swoje życie i podejmuje jakieś wielkie decyzje. Gówno prawda! No tak, kto z Ośką przestaje… Przeważnie już nie przeklinam, nie wypada. Wracając do rzeczy, człowiek przed agonią i w trakcie niej jest kompletnie rozstrojonym kłębkiem nerwów i jedyne, na co ma ochotę, gdy już jest po wszystkim, to zapomnieć i odpocząć. Wtedy przychodzi ulga, w której się pogrążamy aż do odlotu, albo nagła potrzeba zachowań kompulsywnych, co znaczy, żeśmy się definitywnie doigrali, no, ale o potępieńcach miałem już nie wspominać.

Integracja osobowości nie jest konieczna, nikt nas na tym poziomie egzystencji siłą nie trzyma, sami chcemy tu być. Zbawienie to zbawienie – droga do Światłości jest wolna! Jeśli kto sobie życzy, może hop-siup lecieć bez przygotowania, ale wtedy traci się wszelkie ludzkie nawyki oraz wspomnienia jako cechy nieistotne i następuje redukcja do tożsamości anioła pierwotnego. Dołączasz do chóru, łapiesz fazę przepływu i to Wszystko, przez bardzo duże „W". Tak postępują zwykle święci asceci, których już żadna doczesna marność kompletnie nie interesuje i całe życie przygotowują się do tego, aby po śmierci wystrzelić jak rakieta po najkrótszej trajektorii.

Jednak my, którzy kochaliśmy życie, nie spieszymy się, tylko na swój sposób żyjemy wciąż jego pełnią, tym czego nie musimy się wstydzić. Ja w przerwach między liczeniem baranków po staremu zaspokajam ludzką ciekawość świata – to tu, to tam sobie zerknę, przyuważę, skojarzę, oczywiście bezstresowo. Jan Seweryn, to już wiecie, koniecznie chciał być tajnym agentem z misją od Naczelnego – kontakty, adresy, nazwiska, po czym szable w dłoń i hajda komunikiem na piekielne czambuły! „Łuki w juki, a łupy wziąć w troki"… Tak to leciało!

A Leokadia, kiedy myśli, że nikt jej nie widzi, a raczej gdy postanawia sobie pełne incognito, siada na cmentarnym murze i śpiewa uliczne piosenki. Obowiązkowo Czarną Mańkę, ale też Andzię z Podwala, ale zwłaszcza Dziadowski karnawał, który lubi najbardziej:

Nie ma to ta jak karnawał – pomyślały sobie dziady.
Każdy w torbę dużo dawał – ledwie człek z nią daje rady!

Głos ma wtedy już ładny, bo się z tą perwersyjną chrypką nie wygłupia. Śpiew Leokadii słychać czasem gdzieś pomiędzy szumem drzew a dźwiękami skrzypiec cmentarnego grajka. Ośka przed nami udaje tę chrypkę właśnie po to, aby żaden niebiański kamrat się nie domyślił, że to ona śpiewa, no bo się dziewczynisko i po śmierci ciut wstydzi…

Pójdźwa, bracie, na flaszeczkę! Pójdźwa, bracie, do gospody!
Będą tam też i kobity! Choć niewielkiej może krasy!
Zawszeć tam, gdzie jest kobita, człowiek w sobie jakby żwawszy!

Stąd jednak od razu wiadomo, jakie jest tej panny ostateczne miejsce. Znaczy ja się orientuję, bo tylko ja, z woli Naczelnego, mam prawo wiedzieć, że to jej śpiew. Sama Leokadia się jeszcze z tym hobby przede mną nie zdradziła. Nie zdaje sobie sprawy, że ja wiem, i niech mnie Naczelny ma w opiece, gdyby się dowiedziała!

Kiedy tańce już ustały – dziady trochę się pobiły!
A że żaden nie był cały – szkody sobie nie zrobiły!

Nie to, żebym w Opatrzność wątpił, ale jak mówi Pismo, nie uchodzi wystawiać Naczelnego na próbę! Mogę sobie pożartować, bo tu wszystko jest naprawdę dobrze zaplanowane. My potrzebujemy się zebrać w sobie, pogodzić naturę ludzką z anielską, a w tym celu jeszcze trochę pożyć ludzkim życiem, doprowadzając je do pełni. Naczelny zaś musi stale łatać swój wielki plan, nieustannie szarpany przez czyjąś złą wolę. Obie te sprawy załatwiane są jednocześnie. Stąd misja Jana Seweryna, któremu mam być doradcą, a zarazem preceptorem Leokadii, żeby się wreszcie stała w pełni świadomą siebie i swej godności. Naczelny wymyślił sposób, jak ściągnąć nas do siebie po optymalnej trajektorii. Co nie znaczy, o ile znam ten typ Stwórcy, że obejdzie się przy tym bez guzów i siniaków…

Zatem ja, Leokadia oraz towarzysze Jan Seweryn i Zaleszczuk mamy pomóc sobie nawzajem. Dlatego się tu spotkaliśmy. Aha, nie wyjaśniłem jeszcze, kim jest Zaleszczuk Sławomir! Dokładnie w tej kolejności, najpierw nazwisko, potem imię, żeby podkreślić, że przynależność do zbiorowości jest ważniejsza od burżuazyjnego indywidualizmu. Cały on!

Towarzysz Zaleszczuk, usiądźcie może lepiej, jest aniołem ateistą. Ponadto ideowym komunistą, wiernym Partii, socjalizmowi, materializmowi dialektycznemu i wszystkiemu, co doktryna marksizmu-leninizmu przewiduje. Jego przypadek daje większe pojęcie o miłosierdziu Naczelnego niż wszystkie wizje błogosławionej siostrzyczki Faustyny razem wzięte. Zaleszczuk Sławomir, rocznik rewolucyjny 1905, rówieśnik towarzysza Wiesława, co zawsze zwykł z dumą podkreślać, umarł na zawał z przepracowania w 1963 roku, usiłując dorobić gomułkowskiej małej stabilizacji ludzką twarz. Teraz Zaleszczuk jest przekonany, że ja, Ośka, Jan Seweryn i wszystko, co mu się tutaj przytrafia, to są halucynacje pod respiratorem, że się niedługo obudzi, wyzdrowieje, zostanie wypisany do domu i dalej będzie budować socjalizm. Pewnie by tak było, gdyby jego respirator nie został przekazany „radzieckiemu towarzyszowi", a konkretnie rezydentowi KGB z ambasady ZSRR w Warszawie, którego trafił szlag w tym samym czasie. Względy internacjonalne przesądziły o pierwszeństwie dostępu do deficytowych świadczeń medycznych.

Innymi słowy, Zaleszczuk nie wie, że nie żyje, w zasadzie jak większość potępieńców, jednak odróżnia go od potępionych parę bardzo istotnych „ale". Po pierwsze, on nie wierzy w Naczelnego, ale Naczelny wierzy w niego i… (powtórzę to z uporem maniaka) nie jest małostkowy! Po drugie, owszem, Zaleszczuk poświęcił życie obłąkańczej ideologii, ale pozostał z gruntu dobrym człowiekiem. Za samą głupotę jeszcze nigdy nikogo nie potępiono, bo inaczej Naczelny musiałby poprzestać na towarzystwie samych aniołów pierwotnych, a i to rzecz wątpliwa, gdyż one też specjalnie bystre nie są. Gdy którego spytasz, ile jest 2 razy 2, ten zaraz zaczyna się modlić o objawienie. Po co im własna wiedza, skoro mają sztywne łącza i gorącą linię?

W sensie teologicznym Zaleszczuk podpada pod przypadek poganina, którego nie można potępić, ponieważ nie zwiastowano mu ewangelii. Ściślej mówiąc, nie zrobiono tego wiarygodnie. Z samym chrześcijaństwem oraz jego przedstawicielami towarzysz Zaleszczuk, jako chłopak z podwarszawskiego Wołomina, miał do czynienia aż nadto, by nabrać niezachwianej pewności, że religia to średniowieczny zabobon i relikt braku świadomości klasowej, który trzeba cierpliwie wykorzeniać na drodze systematycznej pracy partyjno-ideowej. Krótko mówiąc, mały Sławek dostał zdrowo w kość od szkolnego katechety i podpuszczanych przez księżula kolegów. Pretekstów było dość, poczynając od tego, że stary Zaleszczuk, fanatyczny bolszewik, tak się przejął hasłem: „Religia to opium dla ludu", że dokonał formalnej apostazji z Kościoła katolickiego, co na czasy przed pierwszą wojną światową było skandalem wręcz niesłychanym. Syna chyłkiem ochrzciła matka, ale nie zmieniło to faktu, że Sławek przez całą szkołę robił za chłopca do bicia, zwanego pieszczotliwie „bolszewickim pomiotem".

I tu wypada podkreślić, że Sławomir nie zaczął się na prześladowcach mścić, kiedy po drugiej wojnie komuna zaczęła być górą. Element ideowo nieuświadomiony jego zdaniem nie powinien być karany, tylko edukowany. Wszak nie można karać ludzi za brak świadomości klasowej, gdyż inaczej nie da się zbudować prawdziwego socjalizmu. W sumie to prawda, ale Zaleszczuk nigdy nie był na tyle bystry, by dostrzec, że komunistyczna ideologia i praktyka to są dwie kompletnie różne rzeczy. Jeśli zaś dostrzegał, były to dla niego „trudności obiektywne", a najwyżej wypaczenia, którym starał się zaradzić w granicach wyznaczonych przez Partię. Konkretnie, jako pracownik wojewódzkiego referatu do spraw ludności, załatwiał dla chorych dzieciaków zachodnie leki. Nigdy nie wziął za to łapówki, ale też ani razu nie zapytał, dlaczego tych leków nie można wyprodukować na miejscu, skoro postępowy socjalizm, jak sama nazwa wskazuje, jest systemem przodującym.

Partia jest dla Zaleszczuka nieomylna (i wciąż istnieje!), ponieważ jako kolektyw nie może się mylić, no chyba że zły Stalin czy Beria sprowadzą go na manowce... Mimo to droga socjalistycznego rozwoju zawsze była i jest jedynie słuszna! Zaleszczuk niezmiennie bagatelizował wszystkie fakty świadczące, że jednak jest inaczej. Na upadek komunizmu w Polsce nieborak ma całkowitą blokadę percepcji. Balcerowicz to dla niego niepoważny „ekonomistyczny rewizjonista", nad którym nie warto się zastanawiać.

Przyznaję, że czasem tracę do towarzysza Zaleszczuka anielską cierpliwość! Mam ochotę dorwać archanielską trąbę i zadąć mu prosto w ucho, tak żeby mu głowa omal nie odleciała i cała prawda do niej dotarła. A potem zobaczyć, jak opada mu szczęka… Jednak to nie uchodzi. Tutaj każdy jest pełny na swoją miarę i choć ta miara w przypadku Zaleszczuka wydaje się nieprzeciętnie mikroskopijna, nie dolewa się nikomu świadomości na siłę. Niebo to nie system realnego socjalizmu! Skoro ktoś raz uzyskał tu obywatelstwo, to się go dalej nie reedukuje. Chyba że sam chce.

Możecie teraz spytać, co towarzysz Zaleszczuk Sławomir robi w niebie oraz na Cmentarzu Wolskim? W zasadzie to samo co za życia. Dba o poprawę bytu oraz prawidłowy rozwój przyszłości Partii i Narodu, czyli najmłodszych obywateli cmentarnej społeczności, zabiegając o zaspokojenie najpilniejszych potrzeb zmarłych dzieci w zakresie dostępu do myśli klasyków marksizmu-leninizmu. Owszem, Zaleszczuk sądzi, że to wszystko mu się śni, ale skoro Partia powierzyła mu zadania na froncie onirycznym, robi swoje z pełnym zaangażowaniem, czekając aż towarzysze lekarze przywrócą go do zdrowia.

Mówiąc po naszemu, Sławomir jest aniołem stróżem w limbo. Kompletnie zbzikowanym, fakt, ale na swój sposób odpowiedzialnym. Zajmuje się duszami zmarłych dzieciaków (bo żywe mogłyby się przestraszyć), pilnując, by nie czuły się osamotnione. Rezyduje w tej co ja części Cmentarza Wolskiego, po zachodniej stronie ulicy Sowińskiego, przy północno-wschodnim narożniku, gdzie chowano zmarłe niemowlęta, oraz na cmentarzu Powstańców Warszawy, gdzie też leży mnóstwo „przyszłości narodu". Gdy raz tam z nim poszedłem, z miejsca doceniłem jego robotę, ale o tym opowiem później.

Owszem, wiem, że papież ostatnio odwołał istnienie limbo, ale tak między nami, ono niezbyt się tym odwołaniem przejęło. Rzeczywistość także po tej stronie nie podlega myśleniu życzeniowemu. Mówiąc ściślej, watykańscy teolodzy ustalili, że limbo to nie otchłań, no i chwała im za to, bo ono nigdy żadną otchłanią nie było. Szkoda, że tak późno na to wpadli. To jest rodzaj nieba dla zbawionych, którzy nie są w stanie pojąć, że nie żyją. Tej świadomości, jak mówiłem, nikomu w niebie, zwłaszcza brzdącom, się nie wmusza.

Wracając do Zaleszczuka, to gdyby on żył w nieciekawych czasach i w normalnym kraju, w którym nie zrobiono by mu wody z mózgu, byłby może niezbyt błyskotliwym, ale solidnym pedagogiem, wychowawcą klasy w szkole podstawowej oraz ojcem własnej licznej rodziny. Przed emeryturą dosłużyłby się w tej swojej szkole stanowiska wicedyrektorskiego i zmarł jako ogólnie szanowany stary belfer z Wołomina czy Kobyłki.

Zaleszczuk zajmuje się dziećmi, bo je lubi, bez żadnych złych podtekstów, inaczej by go tu nie było. Kiedyś mężczyźni lubiący dzieci byli zjawiskiem normalnym. Dopiero w moich czasach doktorzy Jordan i Korczak musieliby się gęsto tłumaczyć z oskarżeń o pedofilię i unikać łowców czarownic przełomu XX i XXI wieku, a tabloidy i tak insynuowałyby im, ile wlezie. Dowcip polega na tym, że gdyby ta wiedza do Zaleszczuka dotarła, uznałby, że to my, nie on, jesteśmy kompletnie nienormalni i paradoksalnie miałby rację.

Fakt, że dziwny to anioł stróż, który duchom dzieci tłumaczy, że „tak zwany Bóg nie istnieje". Nic złego się nie dzieje, gdyż maluchy z limbo mają na te antyreligijne gadki blokadę percepcji, a Naczelny – duży ubaw i wielkoduszny dystans. Na przykładzie Zaleszczuka dobrze widać, że Naczelny ma poczucie humoru i naprawdę nie jest małostkowy. Tak, wiem, powtarzam się, ale wkurza mnie, że wy tam w doczesności traktujecie Go, jakby był tępym i wrednym kapralem, a na dodatek uważacie, że to jest szczyt pobożności.

Teraz trochę samokrytyki. Nie powinienem nabijać się z Zaleszczuka, skoro sam nie chcę wiedzieć, jak się nazywam. Racjonalizuję to sobie tak, że imienia pozbyłem się w ramach wspomnianego procesu integracji anielskiej osobowości, ale jak każda racjonalizacja to jest myślenie życzeniowe. Mam swój emocjonalny zadzior, o którym nie chcę mówić. Wobec tego powiem lepiej, co pozostali myślą o mnie.

Jan Seweryn w kółko opieprza mnie za lenistwo, niezmiennie konkludując, że to niechybnie dlatego, że w wojsku koronnym nie służyłem. Leokadia wymyśla mi od „śmierdzących, mędrkowatych nierobów, fagasów, obszczyakademików…" i tak dalej, a jak już zacznie, to naprawdę długo nie kończy. Zaleszczuk, gdy jest w nastroju ekumenicznym, robi aluzje do „inteligencji niepracującej", zwykle nazywa mnie „kosmopolitycznym bumelantem" i nie widzi dla mnie przyszłości w ustroju demokracji ludowej, czyli na cmentarzu. A ja się bezczelnie cieszę, bo czy się stoi, czy się leży, spokój wieczny się należy!

Dobrze, skoro cały kolektyw już przedstawiony, pora przystąpić do działań „na bazie i po linii", jak mawia towarzysz Zaleszczuk.


III. Kruczek formalny

– Ocknąłeś się już, leniwy trutniu?! Rozczmuchałeś wreszcie?! – pytał natarczywie Jan Seweryn, stojąc nade mną ze zdegustowaną miną. – Długo to jeszcze będziesz te błazeńskie facecje wydumywać? Na pobudkę wojsko koronne raz i dwa w ordynku staje!

Ziewając bezwstydnie, zwlokłem się z nagrobka i przeciągnąłem. Dla rozruszania załopotałbym jeszcze skrzydełkami, gdybym je miał, ale niestety, ta popularna wizja artystyczna nie odpowiada rzeczywistości. U nas w niebiesiech prawa aerodynamiki nie mają ostatniego słowa w kwestiach anielskiej lokomocji.

– Czym zgrzeszyłem, że mnie Pan Bóg takim późnym wnukiem pokarał? Toć to jasne jak słońce, że przez takich tak ty rzeczypospolite poginęły!

No nie, tego zrzędzenia było mi już za wiele!

– Było uczyć się nowoczesnej sztuki wojowania, to by nie poginęły! – burknąłem rozeźlony. – Na co komu ciężka jazda w czasach, gdy kula z broni palnej swobodnie przebija pancerz? Jakbyście pod Kliszowem wystawili w polu polskich muszkieterów, całkiem inaczej by się sprawy miały…

Zaciął wargi i nic nie odpowiedział. Trafiłem go w czułe miejsce.

– Nie przyszedłem się spierać – zmienił ton na pojednawczy. – Objawiono ci już, z czym przychodzę?

– Klimaszewska i Piekarka – odparłem, poważniejąc. – Znów coś chcą namotać? Powstania warszawskiego było im mało?

Jan Seweryn nie odpowiedział normalnie, tylko zaczął przekazywać mi swoje objawienia. Odbierając je w swoim umyśle, ubierałem je natychmiast we własne słowa i emocje oraz uzupełniałem o posiadaną wiedzę.

Znałem sprawę tych nieszczęsnych kobiet już za życia, ale tylko z lapidarnej notatki kronikarskiej Bernarda Wapowskiego, który osobiście był wtedy na Piekiełku, znajdującym się poza ówczesną granicą miasta, i takie oto zostawił świadectwo: Przed Warszawą wkopali w ziemię słup, do którego obie dwie na łańcuchach długo uwiązali, każda na swoim łańcuchu, nago, ręce im związawszy, a około nich nakładłszy drew, wkoło zapalili. Piekły się w onym ogniunia jako pieczenie cztery godziny, zanim pomarły, biegając około słupa, narzekając, kąsając zębami jedna drugą. Niesłychana męka. Potem też i Jordanowskiego ścięto, Jakuba piwnicznego na kościele u bernardynów i wiele innych tutaj potracono.

Tych ludzi zamordowano, gdy ważyły się przyszłe losy Warszawy. To był mord założycielski trzeciej stolicy Polski, zatrute źródło, w którym poczęła się jej kariera. Zło monstrualne w swoim okrucieństwie, niczym nieodkupione, niewybaczone, a co gorsza, małostkowo zapomniane. Dlatego właśnie żarzące się wciąż pod powierzchnią rzeczywistości jak uśpiony wulkan i wybuchające kolejnymi, coraz groźniejszymi erupcjami grozy i nienawiści. Szesnastowieczni warszawiacy zafundowali pokoleniom potomków życie na aktywnej klątwie. To dziedzictwo sprawia, że co rusz mamy tutaj nad Wisłą metafizyczne Pompeje.

Gdy żyłem, szanowałem ostatnią panią Mazowsza, ale teraz znam prawdę i stwierdzić muszę, że tego co księżna Anna nawyrabiała, by utrzymać władzę, oraz pozwoliła innym zrobić w swym imieniu, nawet sam Stalin by się nie powstydził. Dużym dysonansem poznawczym była dla mnie wiedza, że po tej stronie bramy śmierci z księżną panią się nie spotkam. Dziwić się jednak nie ma czemu. Wtedy ona nie okazała dręczonym „trucicielkom" choćby cienia łaski, żeby w Krakowie nie uznano tego za „słabość, wahanie jakoweś albo i brak pewności jaśnie oświeconej księżnej pani względem winy tych pojmanych", jak ujęli to jej doradcy, gęsto podpierając się przy tym cytatami z Księcia Machiavellego, by dodatkowo błysnąć erudycją. Trzydzieści jeden lat później Anna Mazowiecka przekonała się sama, że w niebie makiawelizm nie jest cnotą polityczną, a wręcz przeciwnie. Na nic zdały się donacje na kościoły i klasztory. Nie kupiła sobie zbawienia. Rozstrzygający okazał się fakt, że sprawa Klimaszewskiej i Piekarki była dla sumienia księżnej pani tak błaha i bez znaczenia, że do końca życia nie przyszło jej do głowy, aby się z tej winy wyspowiadać. Po prostu zapomniała. Naczelny okazał się sędzią znacznie sprawiedliwszym. Księżna Anna Mazowiecka, która zatwierdzając tamten koszmarny wyrok, ściągnęła na Warszawę przekleństwo i z wyżyn swego majestatu nawet nie raczyła tego zauważyć, teraz już dostrzega i odczuwa każde cierpienie, które z jej postępku wynikło. Przykro mi. I domyślcie się dalej sami, dlaczego cały sławny ród Piastów został bezpotomnie starty z powierzchni ziemi. Nie wydziwiajcie na włoskich Borgiów, skoro mieliśmy nie lepszych, a przy tym znacznie mniej wyrafinowanych swojaków, tylko przed zaborcami przyznawać się do tego nie wypadało. W niebie mity żyją krótko, prawda zabija je jak muchy.

Jan Seweryn, kontynuując przekazywanie objawień, zaaplikował mi teraz wspomnienia naocznego świadka egzekucji. Wszystkie szczegóły i emocje, łącznie ze smrodem niedomytego tłumu i palonego mięsa. Trząchnęło mną jak cholera! Aż musiałem usiąść. Ja, w przeciwieństwie do naszego drogiego towarzysza husarskiego, za życia nie hartowałem odporności psychicznej, asystując osiem razy przy nawlekaniu grasantów na pal, co w czasach Jana Seweryna było rutynową karą administracyjną, praktykowaną na Podolu i Dzikich Polach. Na dodatek tańszą od wieszania, bo nie marnowało się cennego sznura…

– Radzić nam trzeba. – Zrobił chwilę przerwy, widząc, że zrobiło mi się niedobrze. – Wybacz, bracie, nie chciałem delikatności twej natury urazić.

– Zdecyduj się w końcu, jestem twoim bratem czy wnukiem?! – burknąłem z irytacją, biorąc się w garść. – Klimaszewska i Piekarka wróciły?

– Tak. Znów snują czartowską sieć… Nie pojmuję dokładnie, na czym ta rzecz polega, więc o objaśnienie grzecznie cię, bracie, proszę.

Otworzyłem umysł, żeby Jan Seweryn ujrzał z kolei moje ustalenia.

Zbiorowe opętanie to była ich główna metoda działania. Od czasu morowej zarazy obie demoniczne mścicielki wracały średnio co pół wieku i snuły się po mieście, zasiewając w ludzkich umysłach złe rady i zaślepienie. Przykładowo, od Klimaszewskiej pochodziła myśl, która zaświtała w głowie króla Jana Kazimierza zaraz na początku szwedzkiego potopu, żeby zostawić w Warszawie tylko dwustu żołnierzy, czyli o wiele za mało, by można było obronić miasto, gdy nadejdą Szwedzi. Dlaczego Warszawy „nie opatrzono", jak się wtedy mówiło? Czemu nie przygotowano jej do oblężenia? Jana Kazimierza po prostu zaćmiło – zdecydował się opuścić stolicę, zostawiając ją na pastwę losu i żadnemu z królewskich doradców ten pomysł nie wydał się zły. Ta nagła epidemia umysłowej pomroczności jasnej skończyła się kompletnym złupieniem i ruiną miasta, po czym sytuacja powtórzyła się dokładnie pięćdziesiąt lat później, w czasach Jana Seweryna. Następne były rzeź Pragi po jej tragicznie nieudolnej obronie, kiedy to generał Zajączek najzwyczajniej w świecie zaspał na kwaterze, i równie katastrofalna obrona Woli w 1831 roku, gdy z kolei generał Sowiński myślał tylko o tym, jak by się tu najszybciej poddać. Innym przykładem indywidualnego i zbiorowego zaćmienia mieszkańców Warszawy był zupełnie nieprzygotowany wybuch powstania styczniowego. Zgadnijcie no, kto podsunął hrabiemu Wielopolskiemu pomysł branki… Po tych nieszczęściach dla odmiany nastąpiła farsa, czyli histeryczne protesty właścicieli warszawskich posesji przeciw budowie kanalizacji Lindleya. Pewnie tego nie wiecie, bo rzecz jest nader wstydliwa, ale na przełomie XIX i XX wieku wybuch zbiorowego szaleństwa na tle sprzeciwu wobec kanalizacji omal nie doprowadził do zamieszek i kolejnego powstania narodowego. Mechanizm socjologiczny wciąż ten sam – irracjonalny upór i brak umiaru, przekonanie „wszystko albo nic!" narastające niepostrzeżenie, gęstniejące jak czarny opar, zaczadzający umysły aż do kompletnego odmóżdżenia, i w końcu wybuch szaleństwa, wyzwalający kolejny akt zbiorowego samobójstwa niczym wyrój lemingów. Ta powtarzalność nieszczęść to nie przypadek, anioł wam to mówi! Innym stolicom aż tyle złego się nie przydarza. Inni potrafią zatrzymać się nad krawędzią przepaści, a nie skaczą w nią przekonani, że honor tego wymaga, tak trzeba i inaczej postąpić nie można, że jedynym wyjściem jest samozagłada! Lemingi to naprawdę dobre porównanie.

Tym razem nie jestem w nastroju do żartów, wybaczcie, ale czasem anioły są śmiertelnie poważne. Zwłaszcza wtedy, gdy muszą sprzątać brudy po ludziach, którzy żyli i umarli w poczuciu, że nic się nie stało, przekonanych naiwnie i głupio, że to, co wydarzyło się pięć wieków temu, nie ma już żadnego znaczenia ani wpływu na nic. Zapamiętajcie sobie, że nie tylko rękopisy nie płoną. Także niezamknięte sprawy nie przemijają, a odsetki karne od zbrodni wciąż rosną.

Klimaszewska i jej towarzyszka to piekielne trendsetterki. Wszędzie, gdzie przejdą, zostawiają podszyte fanatyzmem, bezkompromisowe myśli i przekonania, że już dość, niech się wali, niech się pali, my przynajmniej umrzemy z honorem! Namawiają do honoru, który nie uszlachetnia, lecz zabija i niszczy. Chcą, aby wszystko tutaj zgorzało jak one same. Do tego dążą ze wszystkich sił.

Wybuch powstania warszawskiego to był ich największy triumf. Wtedy wszyscy w tym mieście kompletnie oszaleli. Szał niemieckich zbrodni z jednej strony oraz szał polskiej autodestrukcji z drugiej splotły się w jeden wir szatańskiego zaślepienia. Nikt nie myślał, wszyscy chcieli tylko zabijać tych drugich. Demony miały wówczas dwumiesięczny orgazm.

Parę razy objawiły się w powstaniu zupełnie jawnie. Na przykład na Starówce 13 sierpnia wiodły rej w rozentuzjazmowanym tłumie, który wbrew ostrzeżeniom saperów obstąpił osławiony czołg-pułapkę, tak naprawdę porzucony przez obsługę stawiacz min typu borgward, rodzaj goliata wielorazowego użytku, który przewoził na masce półtonową minę, ukrytą w pancernej skrzyni. Miał on z tą przesyłką wjechać w barykadę na Podwalu, zostawić prezent, po czym wycofać się i odpalić ładunek przez radio. Jednak po staranowaniu barykady, borgwarda obrzucono butelkami z benzyną, a poparzony kierowca, któremu chlapnęło do środka przez wizjer prosto na twarz, spanikował do tego stopnia, że zapomniał wrzucić wsteczny bieg i uciekł na piechotę, nie wykonując zadania. Ogień zaś szybko ugaszono piaskiem. Nasi dostali w prezencie sprawny samochodzik pancerny wielkości volkswagena i pięćset kilo trotylu na bieżące potrzeby.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.