Anestezja - Thomas Arnold - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 498 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Anestezja - Thomas Arnold

Detektyw Nicolas Stewart otrzymuje sprawę, która na pierwszy rzut oka wydaje się być beznadziejna. Nowy Jork, Filadelfię, Waszyngton i inne miasta nawiedza fala porwań spędzająca sen z powiek tamtejszej policji, próbującej ukryć prawdę przed opinią publiczną.

 

Kiedy Kate Frost – dziennikarka z Waszyngtonu i narzeczona Nicolasa Stewarta – staje się przypadkowym świadkiem morderstwa dyrektora nowojorskiej stacji telewizyjnej, jej życie wywraca się do góry nogami. Telefony z ostrzeżeniami, podejrzenia o zabójstwo, dziwna przesyłka, którą otrzymała od zamordowanego tuż przed śmiercią – to wszystko zaczyna ją coraz bardziej przerażać. Ostatecznie zwraca się z prośbą o pomoc do jedynego człowieka, któremu może zaufać.

 

Razem z Nickiem otwierają tajemniczą kopertę i detektyw zaczyna coraz bardziej wgłębiać się w jej zawartość. Każde kolejne odkrycie budzi nowe pytania i obawy.

 

Nieoficjalne śledztwo w sprawie ujawnionego dokumentu prowadzi Nicka do prywatnej kliniki medycznej. Zebrane poszlaki zaczynają łączyć dwie sprawy i przerażająca prawda powoli wychodzi na jaw.

Opinie o ebooku Anestezja - Thomas Arnold

Fragment ebooka Anestezja - Thomas Arnold









Strona redakcyjna


Rozdział 1
Kilka tygodni przed głównymi wydarzeniami...

Zgiełk, rumor i pośpiech stanowiły codzienność towarzyszącą życiu w stolicy USA. Miasto będące siedzibą władz państwa i miejscem, na które były zwrócone oczy wszystkich Amerykanów, nigdy nie kładło się spać. Paparazzi na każdym kroku szukali swoich okazji, a dziennikarze na ulicach i przed głównymi budynkami Waszyngtonu nikogo już nie dziwili.

Większość ludzi zamieszkujących to miasto była przyzwyczajona do panującej tu codziennej gonitwy i przywykła do napiętej atmosfery. Znaleźli się jednak tacy, którzy nad wyraz cenili swoją prywatność i zapragnęli zapomnieć o miejskim charakterze życia. Przenosili się na przedmieścia, aby tam zaznać nieco spokoju.

Wśród nich był Collin Peterson, właściciel olbrzymiej firmy jubilerskiej, który od dłuższego czasu zmagał się z coraz poważniejszymi problemami zdrowotnymi. Przez ponad połowę życia walczył z astmą, a ostatnich kilka lat również z postępującą dysfunkcją nerek. Widząc, jak ogólny stan jego zdrowia pogarsza się, zapragnął odejść w chwale. Nie chciał, aby jego choroba zaważyła na pozycji firmy na rynku, i ostatecznie pogodził się z jakże trudną dla niego decyzją. Dowództwo nad imperium przekazał synowi, którego od wielu lat skrupulatnie przygotowywał do objęcia tego stanowiska. Po abdykacji, wraz z żoną, przeniósł się na przedmieścia, do małego pałacu, który pieczołowicie projektował przez wiele miesięcy, z nadzieją, że tam znajdzie oazę na późne lata starości. Nie wiedział tylko, jak szybko go ona zaskoczy.

Rezydencja Petersonów była niewidoczna dla przechodniów. Mieściła się w jednej z najbogatszych dzielnic, w północno-zachodniej części miasta, i od głównej drogi oddzielał ją wysoki mur, za którym rozpościerała się gęstwina bujnych drzew i ozdobnych krzewów. Posiadłość była niczym ogród botaniczny. Nad ładem i porządkiem obejścia pracowało bez przerwy czterech doświadczonych ogrodników. Collin Peterson zawsze przywiązywał wagę do szczegółów i lubił, kiedy wszystko wyglądało tak, jak to sobie wyobraził i zaplanował.

Trwał właśnie remont lewego skrzydła budynku i część domu była całkowicie wyłączona z użytku. W powietrzu unosił się zapach świeżo położonego tynku. Ekipa złożona z trzech mężczyzn energicznie krzątała się na prowizorycznym rusztowaniu ustawionym w olbrzymim salonie, pełniącym często również funkcję jadalni. Wykańczali sufit, który miał już być gotowy dwa dni wcześniej. Kiedy usłyszeli głośne, groźnie brzmiące wo­­­łanie, znieruchomieli. Spojrzeli po sobie i wytężyli słuch.

– Stella! – rozległ się krzyk. – Stella!

Po powtórnym wezwaniu padła odpowiedź.

– Już idę, proszę pana! – odezwał się kobiecy głos gdzieś w oddali.

Mężczyźni odetchnęli z ulgą – wezwanie dotyczyło pielęgniarki. Znali trudny charakter właściciela i woleli nie mieć z nim do czynienia. Pospiesznie wrócili do swoich obowiązków.

Collin Peterson od kilku miesięcy prawie nie wstawał z łóżka. Nie miał ku temu potrzeby. Niegdyś energiczny mężczyzna, teraz był już tylko swoim niewyraźnym cieniem. Choroba wyssała z niego resztki sił i ochotę do dalszej walki. Stał się przez to opryskliwy i jeszcze bardziej wymagający niż kiedyś. Trudno było znieść jego charakter i tylko obojętność na jego fochy i obelgi umożliwiała pielęgniarkom wytrzymywanie z nim.

Do pokoju weszła niewysoka, szczupła, rudowłosa kobieta w niebieskim kitlu. Stanęła obok łóżka, na którym leżał Collin Peterson. Na jego głowie nie było już ani jednego włosa w kolorze innym niż siwy, a czoło miał poorane zmarszczkami. Skwaszona mina mężczyzny mówiła sama za siebie.

– Gdzie byłaś? – Collin Peterson musiał wziąć głęboki oddech, zanim wypowiedział kolejne słowa. – Wołałem cię kilkakrotnie!

– Przepraszam, ale rozmawiałam w salonie z doktorem Greenem. Instruował mnie, jak mam prawidłowo obsługiwać nowy dializator. Chyba nie chce pan, żebym narobiła niepotrzebnego bałaganu – powiedziała żartobliwie pielęgniarka.

– Wszystko mi jedno – odburknął mężczyzna. – Chcę tylko czegoś do picia. – Jego głos stał się przyjemniejszy. – Przynieś mi, proszę, sok jabłkowy... Tylko pamiętaj, bez dodatku mięty!

– Oczywiście... Przypominam sobie, gdzie wylądował ostatni... – Pielęgniarka spojrzała na kąt pokoju, gdzie na białej ścianie dało się zauważyć żółtawą plamę. – Idę do kuchni i zaraz wracam. Proszę nigdzie nie wychodzić – zażartowała.

– Bardzo śmieszne!

Gdy Stella wróciła z zamówionym napojem, podała go mężczyźnie, który zrobił dwa łyki i odłożył szklankę na nocny stolik. Następnie sięgnął po niewielkie urządzenie sterujące łóżkiem i podniósł nieco oparcie. Odszukał pilota i włączył telewizor zawieszony dwa metry przed nim, pod sklepieniem łóżka. Spojrzał kątem oka na kobietę stojącą tuż obok niego.

– To wszystko, możesz już iść. Jak będę cię potrzebował, nie omieszkam zawołać.

– Dobrze, ale tak dla przypomnienia... Nie musi pan krzyczeć... Wystarczy nacisnąć przycisk. Dostanę sygnał na pager i przybiegnę co tchu.

– Wiem, ale cały czas o tym zapominam – warknął, nie odwracając wzroku od telewizora.

Stella wyszła i udała się do salonu.

Na obszernej, obitej brązową skórą kanapie siedział doktor Robert Green, specjalista z dziedziny urologii, odbywający właśnie wizytę domową. Lekkie zakola na głowie świadczyły o średnim wieku, a szary garnitur znanej marki doskonale pasował do całości. Green czytał czasopismo, które znalazł pod stołem. „Forbes” był niegdyś ulubionym tytułem Collina Petersona i jedynym, który milioner każdorazowo studiował od deski do deski. Doktor, widząc, jak pielęgniarka wchodzi do salonu, odłożył gazetę i wstał. Poczekał, aż kobieta zajmie miejsce.

Stella znała zasady dobrego wychowania i mile uraczył ją ten gest. Wśród wyzwisk i obelg ze strony właściciela domu, których codziennie musiała wysłuchiwać, była to miła odmiana.

– Och, proszę nawet nie pytać. – Uśmiechnęła się, siadając.

– Doskonale rozumiem. Z chorymi ludźmi właśnie tak jest. Ani choroba, ani śmierć nie jest dla nich tak straszna, jak uzależnienie od innej osoby. Tego boją się najbardziej.

– Ma pan rację, doktorze – przytaknęła Stella. – Trzeba być wyrozumiałym. – Lekko wymuszony uśmiech pojawił się na jej twarzy. – Ale... wracając do tematu dializatora...

– Właśnie... Najbardziej podstawowe zagadnienia już omówiliśmy. – Doktor poklepał ręką po ściance białej maszyny stojącej tuż obok niego. – Jest to sprzęt z najwyższej półki, więc nie powinno być żadnych problemów. To cacko jest bardzo samodzielne, jednak od czasu do czasu trzeba po prostu zerknąć, czy wszystko jest w porządku.

– Rozumiem, ale czy aby na pewno dam sobie...

– Całkowicie – przerwał jej doktor Green. – Zresztą... zostawiam tutaj swój numer telefonu. – Wręczył pielęgniarce wizytówkę. – Proszę dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Jutro pojawią się ludzie, którzy pomogą pani ustawić i podłączyć sprzęt.

– Dziękuję.

– Żałuję tylko, że nie mogę zrobić nic więcej. – Doktor wstał i tym ruchem dał do zrozumienia, że zakończył wizytę.

Kobieta zrobiła to samo i grzecznie podziękowała lekarzowi. Razem wyszli z salonu. Gdy znaleźli się na korytarzu, usłyszeli głos komentatora sportowego, dochodzący z pokoju Collina Petersona.

– Teraz mam go z głowy na jakąś godzinkę albo dwie – powiedziała kobieta lekko przyciszonym głosem. – Ostatnio tylko sport jest w stanie go uspokoić.

– Cholero jedna! Do kogo podajesz?! – nagły krzyk doszedł z pokoju właściciela rezydencji.

– Uspokoić? – Doktor litościwie uśmiechnął się do kobiety.

– Tak. Teraz wykrzyczy się i dzięki temu popołudnie będzie już całkiem znośne – odpowiedziała Stella z wyraźnym zadowoleniem w głosie.

– No cóż. Jak widać, każda metoda jest dobra.

Stella wyprzedziła doktora o kilka kroków, chcąc otworzyć przed nim drzwi. Gdy mężczyzna był już w progu, zza pleców doszło go wołanie.

– Doktorze Green?!

Lekarz zatrzymał się w drzwiach i rozejrzał po domu, próbując zlokalizować wzywającą go osobę. Ostatecznie jego wzrok padł na podest oddzielający dwie części schodów prowadzących na piętro. Stał tam wysoki, wyprostowany jak strzała mężczyzna, ubrany w idealnie skrojony, ciemnogranatowy garnitur. Doktor Green doskonale wiedział, z kim ma do czynienia. Malowała się przed nim nienaganna sylwetka Richarda Petersona – dziedzica fortuny Petersonów, który w związku z chorobą ojca przejął władanie nad rodzinnym imperium.

Syna Collina Petersona nie można było pomylić z nikim innym. Jego imponujący wzrost i wyraziste rysy twarzy na długo zapadały w pamięć każdemu, kto go spotkał. W odróżnieniu od swojego ojca był znany światu nie tylko z zamiłowania do pracy, jakie zostało w nim zaszczepione, ale również z tego, że podejmował wiele wyzwań i nie stronił od nocnego trybu życia. Był częstym gościem ekskluzywnych klubów i wystawnych przyjęć. Sam wielokrotnie organizował tego typu uroczystości i był uznawany za jedną z najlepszych partii w mieście. Magazyny plotkarskie prześcigały się w spekulacjach, kto będzie wybranką jego serca, a on tymczasem doskonale się bawił, zmieniając partnerki jak rękawiczki i spędzając każdy wieczór z inną kobietą.

– Witam pana. – Doktor Green skinął głową w kierunku mężczyzny pospiesznie schodzącego po schodach. Milioner już z daleka wyciągnął rękę na powitanie.

– To ja panów zostawiam samych.

– Oczywiście. Dziękuję, Stello. Zajmę się panem doktorem. – Kobieta oddaliła się. – Przepraszam, czy miałby pan chwilę? Chciałbym na osobności omówić parę kwestii związanych z leczeniem mojego ojca. Nie ukrywam, że wolałbym, aby nas nie usłyszał.

– Rozumiem. Oczywiście. Na następną wizytę jestem umówiony za godzinę, więc mamy jeszcze trochę czasu.

– Wyśmienicie... W takim razie zapraszam na górę. – Richard Peterson wskazał ręką schody.

Gdy weszli do gabinetu znajdującego się na piętrze, doktor, któremu luksusy nie były obce, otworzył oczy ze zdumienia. Pięknie zachowane meble i komplet wypoczynkowy z czasów Ludwika XVI wspaniale komponowały się z czterema gustownie podświetlonymi, oryginalnymi obrazami Rembrandta, wiszącymi na ścianach. Naprzeciwko wejścia znajdował się ­rzeźbiony, kamienny kominek, a po każdej z jego stron – olbrzymie regały z książkami. Doktor zachowywał się jak w amoku. Podszedł do półek i zaczął przyglądać się książkom, których grzbiety już z daleka prezentowały się imponująco. Do jego nozdrzy doszedł specyficzny zapach historii, który tak uwielbiał. Zauważył, że większość pozycji jest bardzo stara i miał obawy przed sięgnięciem po którąkolwiek z nich.

– Proszę się nie krępować – powiedział Richard Peterson. – Jaki będzie z nich pożytek, jeśli będą tylko stały na tej półce i nikt do nich nie zajrzy?

Doktor z obawą, drżącymi rękami wyciągnął tom, który bardzo go zainteresował. Była to książka poświęcona budowie ludzkiego ciała. Mężczyzna nie potrafił rozszyfrować podpisu autora, ale ręcznie zapisane karty i tak samo wykonane obrazki robiły piorunujące wrażenie.

– Człowiek, który stworzył to arcydzieło, był nie tylko geniuszem, ale również artystą! – zauważył zafascynowany doktor.

– Nie wiem, kto jest autorem, ale jedno wiem na pewno. To jeden z najcenniejszych okazów biblioteki ojca – powiedział poważnie Richard Peterson.

– Nic dziwnego... To prawdziwy skarb! – Doktor z najwyższym szacunkiem przewracał kolejne strony. Był zdumiony perfekcjonizmem, z jakim wykonano to dzieło. Ostatecznie odłożył książkę na miejsce. Był zauroczony wystrojem wnętrza i dopracowaniem każdego elementu, a jego wzrok wędrował z miejsca na miejsce. Dostrzegał coraz to nowe detale i marzył o tym, aby mieć chociaż kilka minut więcej na ich podziwianie. Czas jednak gonił go i Robert Green z wielkim żalem musiał skupić się na pracy.

– Piękny gabinet! – pochwalił z wyraźnym uznaniem w głosie.

– Mojego ojca charakteryzowało zamiłowanie do szczegółów, a mnie, niestety, nie. Proszę się rozgościć i czuć jak w domu. Brandy?

Gospodarz podszedł do pozłacanego globusa pełniącego funkcję barku i podniósł górną półkulę. Oczom doktora ukazała się majestatyczna kolekcja najprzeróżniejszych trunków świata.

– Nie, nie. Nie mogę! Bądź co bądź, jestem cały czas w pracy.

– Oczywiście, to dla mnie zrozumiałe.

– Tak, więc chciał pan ze mną porozmawiać o... – ponaglił swojego gospodarza doktor.

– Racja... Nie marnujmy czasu. – Mężczyźni usiedli po przeciwnych stronach zabytkowego biurka. – Chciałem zapytać, licząc jednocześnie na bardzo szczerą odpowiedź, o stan mojego ojca. Wiem, że już o tym rozmawialiśmy, ale dzisiaj pragnę usłyszeć prawdę – nawet tę najgorszą.

Doktor zastanowił się chwilę.

– Będę szczery. Pana ojciec jest trudnym przypadkiem i upartą osobą. Sama dializa nie jest jeszcze końcem świata, a z astmą można żyć pod warunkiem regularnego stosowania leków. Jednak z dnia na dzień słabnie i wyraźnie widać, że męczy go ten stan. Znam ludzi w jego wieku i z tymi samymi dolegliwościami, którzy cieszą się życiem i funkcjonują prawie normalnie.

Peterson nawet nie drgnął. Cierpliwie słuchał monologu doktora.

– Problem pana ojca leży głębiej – w jego psychice. Oczywiście proszę mnie źle nie zrozumieć...

– Rozumiem pana doskonale – przerwał mu Peterson. – Znam swojego ojca bardzo dobrze. Gdy zachorował, przejąłem pieczę nad firmą. Ostatecznie była to jego decyzja, ale mam wrażenie, że od tego momentu poczuł się niepotrzebny i zaczął coraz bardziej odgradzać się od świata. Nie widząc sensu życia, poddał się.

– Całkowicie się zgadzam.

– Czy jest dla niego jakaś nadzieja? Z astmą całe życie sobie radził, więc mam wrażenie, że w głównej mierze chodzi o to całkowite uzależnienie od regularnych dializ.

– W tej chwili tylko przeszczep mógłby mu zapewnić szansę na powrót do normalnego życia.

– Ale o tym już kiedyś rozmawialiśmy. Mówił pan, że niezmiernie trudno jest znaleźć idealnego dawcę.

– To prawda. Trudno – to mało powiedziane. W dzisiejszych czasach kolejki są ogromne, a uzyskanie zgodności tkankowej dawcy i biorcy graniczy niemal z cudem. Wyjątkiem bywa przeszczep pomiędzy członkami rodziny, gdzie zgodność jest wysoka. Oczywiście dokonujemy przeszczepów również w ­przypadkach małej zgodności, jednak istnieje wtedy duże ryzyko odrzucenia narządu.

Peterson spochmurniał nieco. Wiedział, że gdyby nie wypadek, jakiego doznał, gdy był osiemnastolatkiem, mógłby teraz prawdopodobnie oddać jedną nerkę. Nie mógł się z tym pogodzić i za wszelką cenę chciał znaleźć sposób, aby pomóc swojemu ojcu. Po chwili milczenia wstał i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.

Doktor zauważył zmianę jego zachowania.

– Wszystko w porządku?

– Tak... to znaczy nie. Mój ojciec jest praktycznie nieuleczalnie chory. Poza tym wszystko jest w porządku. – Richard Peterson poczuł od razu, że zachował się nietaktownie. – Przepraszam, doktorze, proszę mi wybaczyć moje zachowanie. ­Czasem nie wiem, co we mnie wstępuje.

– Proszę nie robić sobie wyrzutów. Bezradność to stan ­często spotykany w naszym zawodzie. Znam wszystkie jego następstwa.

Peterson nie przestawał chodzić po pokoju. Splótł ręce na piersiach i wyprostowany jak na musztrze spojrzał paraliżująco na swojego gościa. W końcu przełamał się.

– Doktorze Green?

– Tak?

– Czy teraz ja mogę być z panem szczery?

– Oczywiście!

– Zanim cokolwiek powiem, chciałbym jednak liczyć na objęcie naszej dalszej rozmowy tajemnicą lekarską.

Doktor zmarszczył czoło. Zaniepokoił go sposób, w jaki Richard Peterson wypowiedział ostatnie zdanie. Poprawił się w fotelu i wyostrzył zmysły.

– Myślę, że możemy to tak potraktować.

Peterson usiadł naprzeciwko lekarza, oparł łokcie o blat biurka i splótł dłonie, po czym wbił wzrok w swojego gościa.

– Czy słyszał pan doktor o tak zwanych Siedmiu?

Niezauważalna kropla potu wystąpiła na czoło Roberta Greena. Wyprostował się i oparł łokcie o biurko. Przyjął prawie identyczną pozycję jak jego gospodarz. Po chwili milczenia niejednoznacznie odpowiedział na pytanie.

– Może jednak napiję się brandy.

Richard Peterson wstał i wyciągnął z kredensu dwie szklanki. Podszedł do barku i zabrał butelkę bursztynowego trunku, po czym wrócił na swoje miejsce.

– Przepraszam, ale nie mam tutaj lodu.

– Jakoś sobie poradzimy. – Na twarzy doktora pojawił się lekki uśmiech.


Rozdział 2
Północny Waszyngton

Była godzina szesnasta trzydzieści, gdy drzwi niewielkiego marketu rozstąpiły się przed niewysokim mężczyzną. Wszedł pewnym krokiem do środka. Przy kasie stało dwóch klientów. Pierwszy z nich trzymał sześciopak piwa, a drugi – dwie butelki mleka i parę innych drobiazgów. Obsługiwał ich podstarzały sklepikarz.

Kiedy nowo przybyły klient stanął w drzwiach, oczy wszystkich mimowolnie zwróciły się w jego stronę. Szczególną uwagę całej trójki przykuł jego wygląd. Mężczyzna był ubrany w czarne dżinsowe spodnie i tego samego koloru kurtkę, a na głowie miał kominiarkę.

– Nie ruszać się! – krzyknął i błyskawicznie sięgnął po pistolet schowany za plecami. Wycelował w mężczyzn zebranych przy kasie, dając im jednoznacznie do zrozumienia, jaka sytua­cja właśnie ma miejsce. – Na ziemię! – rozkazał. – Wszyscy na ziemię i nie ruszać się! Zablokuj drzwi, dziadku, i zmień karteczkę na „Zamknięte”- rzucił ironicznie w kierunku właściciela, który szybko wykonał polecenie.

Jeden z mężczyzn zdrętwiał na widok napastnika. Chciał uklęknąć, jednak sparaliżował go strach. Oprawca podbiegł do lady i uderzył go kolbą w skroń.

– Leżeć, powiedziałem!

Drugi mężczyzna od razu położył się i dzięki temu uniknął kary. Właściciel sklepu również przywarł do ziemi.

– I tak to ma wyglądać! Od teraz nikt się nie rusza! Każdemu, kto się podniesie, strzelę w łeb! Nie przeszkadzajcie mi, a niedługo będziecie mogli powrócić do swoich codziennych obowiązków.

Pięć regałów dalej, na podłodze, siedział dziesięciolatek. W drodze ze szkoły do domu wstąpił kupić sobie coś na popołudniowe spotkanie z kolegami. Chłopiec był niewidoczny dla napastnika – schował się pomiędzy wysokimi regałami i pozostał niezauważony.

Gdy usłyszał krzyki mężczyzny, przestraszył się i przylgnął plecami do najbliższej półki. Przycisnął mocno do siebie czerwony plecak i zamknął oczy. Po chwili, kiedy głosy ucichły, dało się słyszeć jedynie trzaski. Malec za wszelką cenę chciał zobaczyć, co się dzieje. Odłożył plecak na bok i na czworakach, powoli i ostrożnie, przeszedł do miejsca, w którym kończył się regał.

Wyjrzał zza rogu i zobaczył, jak leżący twarzą do ziemi mężczyzna spogląda ukradkiem w jego stronę. Właściciel sklepu dostrzegł malca i zaczął kręcić przecząco głową w jego kierunku, aby ten się nie zbliżał. Napastnik w tym czasie był zajęty przeszukiwaniem kasy i nie widział znaków ostrzegawczych, jakie starzec kieruje do chłopca.

– Gdzie jest sejf?! – krzyknął mężczyzna w kominiarce do właściciela, widząc, że w kasie nie ma prawie żadnych pieniędzy.

– Pod... ladą – wyjąkał przerażony mężczyzna.

Złodziej otworzył szafkę. Jego oczom ukazał się sejf z elektronicznym zamkiem.

– Jaki jest szyfr?!

Starzec podniósł głowę.

– Nie pamiętam, ale zapisałem go, a kartkę schowałem do portfela.

– Dawaj!

– Nie mam go przy sobie, jest w szafce na zapleczu.

Napastnika wyraźnie zirytowała ta odpowiedź. Zamachnął się i kopnął leżącego w brzuch. Ten zawył z bólu.

– To prawda... Przysięgam!

Złodziej pochylił się nad nim.

– Lepiej, żeby to była prawda, bo inaczej zginiesz nie tylko ty, ale i wszyscy, którzy tutaj są.

Staruszka przeszył dreszcz. Spojrzał na człowieka mierzącego do niego z broni. Miał nadzieję, że przycisk, który udało mu się ukradkiem nacisnąć, kiedy był jeszcze za ladą, zadziałał i wkrótce przybędzie pomoc. Musiał grać na zwłokę, aby spowolnić wroga i dać przewagę innym. Najbardziej martwił go los nieprzytomnego mężczyzny, który nie mógł samodzielnie opuścić tego miejsca, oraz malca siedzącego za regałami.

Chłopiec tymczasem znalazł niewielką lukę pomiędzy przedmiotami na półkach. Z odległości dziesięciu metrów obserwował rozwój sytuacji. Zamaskowany mężczyzna podniósł z ziemi właściciela i pchnął go do przodu. Ten, lekko zataczając się, chwycił za najbliższą półkę i odzyskał równowagę. Szli powoli. Napastnikowi było spieszno, ale wiedział, że nie może pozwolić sobie na żaden błąd i niedopatrzenie, więc stale obserwował wszystko, co działo się wokoło. Często spoglądał za siebie, obserwując zakładników leżących w pobliżu głównej lady.

Gdy wraz ze sprzedawcą zbliżył się na odległość jednego metra od półki, za którą był ukryty chłopiec, ten zwinnym ruchem przemknął za wąską stronę regału. Sklepikarz go zauważył, ale złodziej już nie zdążył. Malec obserwował ich jeszcze chwilę. Kiedy znaleźli się w pobliżu drzwi wychodzących na zaplecze, chłopak powoli zaczął iść w kierunku mężczyzn leżących na ziemi.

– Ostrzegam cię! Jeżeli coś kombinujesz, to nie zawaham się wpakować ci kuli w łeb! – Złodziej mocno przystawił lufę pistoletu do skroni swojej ofiary, dając po raz kolejny do zrozumienia, że nie żartuje.

– Wszystko, co powiedziałem, to prawda. Zresztą, zobaczy pan zaraz. Kurtka jest tuż za drzwiami, a w niej portfel.

– Dla dobra wszystkich – lepiej, żeby tak było!

Staruszek nacisnął klamkę. Światło ze sklepowej sali wpadło do ciemnego pomieszczenia. Sklepikarz włączył lampę na zapleczu. Napastnik pchnął ofiarę pod przeciwległą ścianę, a sam otworzył jedyną metalową szafkę, która się tam znajdowała. W tym samym momencie usłyszał cichą melodię dochodzącą z sali sprzedaży.

Chłopiec wystraszył się, gdy z czerwonego tornistra doszedł go znajomy dźwięk.

– Co tam się dzieje, do cholery?! – Malec usłyszał krzyk z za­­plecza.

Schował się za regał i szybko wyszukał telefon w torbie. Wy­­ciągnął go i muzyka stała się jeszcze głośniejsza. Na wyświetlaczu pojawiło się słowo „Mama”. Odrzucił połączenie, ­wiedząc, że nie może hałasować. Gdy schował telefon, kątem oka zobaczył duży, czarny but po swojej lewej stronie. Poczuł ostre szarpnięcie za kurtkę. Jego wątłe ciało mimowolnie powędrowało w górę.

– A ty co, mały bohaterze? Mamusi się zachciało? Dawaj ten telefon. Wyszarpnął mu plecak z ręki. Wyciągnął telefon i rzucił na ziemię. Z całej siły przydepnął go. Spod buta wydobył się trzask pękającego plastiku, a kilka odłamków wystrzeliło na boki.

Chłopiec patrzył na tę scenę z przerażeniem w oczach.

– Nie rób mu krzywdy! – Z oddali doszedł go głos starca obserwującego całe zajście.

– A ty nie miałeś szukać portfela?

– Znalazłem. Mam go tutaj. – Właściciel pomachał nim w powietrzu. – Zostaw chłopaka. Już ci go daję.

– Nie musisz. Jak już znalazłeś, to wyjmij forsę z sejfu! My sobie tutaj poczekamy. I ostrzegam, żadnych sztuczek, bo mały zginie. – Napastnik chwycił chłopca za ramię i przystawił mu pistolet do głowy.

– W porządku. Już idę! – Właściciel uniósł ręce w geście całkowitego podporządkowania i pobiegł w kierunku sejfu. Ominął nieprzytomnego mężczyznę i w pośpiechu niechcący lekko trącił nogą drugiego, który był cały czas przytomny i z przerażeniem obserwował rozwój wydarzeń.

– Szybciej, nie mam całego dnia!

– Już, już!

Elektroniczny sejf wydał z siebie kilka przerywanych dźwięków. Ostatni z nich – długi – świadczył o błędzie. Roztrzęsione ręce staruszka odmawiały posłuszeństwa. Nie wiedział, czy błędnie zapisał sobie kod na kartce, czy też nieprawidłowo wystukał go na klawiaturze numerycznej zamka. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta i właściciel marketu poczuł krople potu powoli spływające po jego plecach.

– Szybciej! – krzyknął napastnik.

Kilkadziesiąt metrów dalej, na drodze prostopadłej do tej, na której znajdował się market, zatrzymał się ciemnoniebieski terenowy ford. Kierowcą był trzydziestoparoletni dobrze zbudowany mężczyzna. Pospiesznie zgasił silnik. Zdjął okulary, wyjął ze skrytki pasażera pistolet i wysiadł z samochodu. Schował broń za pasek w pobliżu prawej przedniej kieszeni dżinsowych spodni. Poprawił jasną marynarkę, wyraźnie kontrastującą z jego ciemną karnacją i prawie czarnymi włosami. Rozejrzał się wokoło. Nie zauważył niczego podejrzanego, więc spokojnie zaczął iść przed siebie.

Jego wyraz twarzy był enigmatyczny. Skupienie i przezorność dawały o sobie znać. Zazwyczaj łagodny uśmiech ustąpił teraz miejsca powadze. Mężczyzna szedł spokojnie, aby nie zwracać na siebie uwagi, ale wewnątrz przeżywał prawdziwy koszmar. Wezwanie, jakie otrzymał, było jednoznaczne. Miał nadzieję, że nie przybędzie za późno.

Dotarł do skrzyżowania i skręcił w prawo. Szedł wzdłuż marketu w kierunku głównego wejścia. Gdy zbliżył się do niego, przystanął i wyciągnął broń. Ostrożnie wychylił się, aby przez przeszklone drzwi rozpoznać sytuację. Szyby były lekko przyciemniane, i nie widział dokładnie wszystkich detali. Ostatecznie jednak dostrzegł problem, z jakim miał się wkrótce zmierzyć.

Napastnik w kominiarce stał i krzyczał na kogoś, kto prawdo­­podobnie znajdował się na ziemi, tuż za ladą.

Mężczyzna na zewnątrz wyciągnął krótkofalówkę.

– Uwaga! Do wszystkich jednostek... – Policjant musiał jednak przerwać wzywanie posiłków, ponieważ sytuacja wymagała od niego natychmiastowego działania.

Złodziej pociągnął mocno chłopca, którego trzymał jako zakładnika, i poszedł z nim w kierunku kasy. Zwolnił chwilowo uchwyt, aby podnieść z ziemi właściciela sklepu. Krzyknął coś w jego kierunku i mocno uderzył go pięścią w brzuch. Następnie ponownie chwycił malca. Złapał go za kurtkę i wymierzył broń w jego głowę.

– Pakuj te pieniądze, bo będziesz odpowiedzialny za śmierć smarkacza!

Sklepikarz, pochylając się i przytrzymując za obolały brzuch, kątem oka zobaczył mężczyznę stojącego na zewnątrz z wyciąg­niętą bronią. Wiedział już, że jego sygnał dotarł, gdzie powinien. Zastanawiał się tylko, jak to rozegrać, aby nikt więcej nie ucierpiał. Gdy z powrotem przykucnął przy sejfie, próbując przypomnieć sobie prawidłowy kod, nastąpiło nieoczekiwane wydarzenie. Straszliwy huk oraz drgania rozniosły się po całym markecie. Nawet mężczyzna leżący na ziemi podniósł głowę, starając się zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.

– Leżeć! Nie wstawać! – rzucił zaskoczony napastnik, lustrując wnętrze sklepu w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, skąd pochodziły dziwne drgania. – Co to było?! Sprowadziłeś tu gliny?! Weszli tylnym wejściem?!

Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Patrzył na staruszka, który miał oczy zwrócone w zupełnie innym kierunku. Wyglądał przez przeszklone drzwi na niebo. Zamaskowany mężczyzna odwrócił głowę.

Na horyzoncie malował się grzyb z ognia i pyłu. Kilka przecz­nic dalej doszło do znacznie gorszego wydarzenia niż to, które właśnie miało miejsce w markecie. Napastnik nieświadomie rozluźnił nieco uścisk, co od razu odczuł chłopiec. Chcąc wykorzystać sytuację, wyrwał się mężczyźnie i zaczął uciekać w kierunku zaplecza.

Złodziej odwrócił się tyłem do wejścia i wycelował w dziecko.

Chwilę ciszy zakłóciły trzy strzały. Napastnik usłyszał dźwięk pękającej szyby – nie tego się spodziewał. Patrzył przed siebie, a chłopiec biegł dalej i skrył się za najdalszym regałem. W pierwszej chwili nie zrozumiał. Poczuł bolesne ukłucie. Spojrzał w dół i zobaczył dziurę w swojej kurtce. Rozpiął suwak, a jego biały podkoszulek powoli zabarwiał się na kolor czerwony. Opadł na kolana, a potem runął na ziemię, uderzając twarzą o posadzkę.

Po potłuczonym szkle, przez witrynę sklepową, wszedł do środka mężczyzna w jasnej marynarce z wyciągniętym przed siebie pistoletem. Cały czas miał na muszce leżącego napastnika. Podszedł do niego i kopnięciem wytrącił mu pistolet z ręki. Pochylił się nad nim i przyłożył palce do tętnicy szyjnej.

– Już dobrze. Możecie wstać – powiedział spokojnie do mężczyzn, którzy odruchowo pozostali na podłodze. – Wszystko w porządku, panowie, sytuacja opanowana. – Policjant wyciągnął krótkofalówkę i zgłosił meldunek: – Centrala, tu detektyw Nicolas Stewart, miała miejsce strzelanina. Sytuacja została już opanowana, ale proszę przysłać karetkę i radiowóz do supermarketu przy ulicy Sheridana. Odbiór.

– Tu centrala. Zrozumiałem. Wysyłam wsparcie i karetkę.

Wszyscy powoli dochodzili do siebie po wydarzeniach sprzed kilku minut. Sklepikarz, odczuwając jeszcze ból podbrzusza po mocnym ciosie, lekko podkulony podszedł do detektywa. Na środku korytarza, pomiędzy sklepowymi półkami, stał mały chłopiec z czerwonym tornistrem na plecach.

– O! Jest i nasz mały bohater – pochwalił go detektyw. – Gdybyś nie odwrócił jego uwagi, to nie mógłbym wam pomóc. – Malec zawstydził się, spuścił głowę, a spontaniczny uśmiech pojawił się na jego twarzy. – Byłby z ciebie dobry glina. – Policjant podszedł do chłopca i pogładził go po głowie.

– Dziękuję, że tak szybko pan się zjawił, detektywie! Jeszcze chwila i mogłoby być nieciekawie.

Policjant zmierzył wzrokiem sklepikarza.

– Tato! Ile razy mówiłem, że nawet gdy jestem na służbie, masz mi mówić po imieniu!

– Już dobrze, dobrze! – Staruszek uśmiechnął się.

– Wszyscy cali?

– Tak, chyba tak.

– Bracie, ominęła cię niezła zadyma – powiedział mężczyzna przy ladzie do powoli dochodzącego do siebie towarzysza, który trzymał się za bolącą głowę.

– Bardziej mnie martwi, co tam się wydarzyło. – Właściciel sklepu wskazał ciemną chmurę unoszącą się nad miastem.

– Nie mam pojęcia, ale na pewno jeszcze dzisiaj się dowiemy – zapewnił Nick Stewart, kładąc rękę na ramieniu ojca.


Rozdział 3

Szpital Świętego Patryka był jednym z największych w Waszyngtonie. Składał się z siedmiu olbrzymich budynków, w których mieściło się ponad czterdzieści oddziałów. W murach tej placówki pracowało łącznie ponad tysiąc osób, ale żadna z nich nie wiedziała jeszcze, jak męczące będą dla wszystkich nadchodzące godziny.

Wysoki mężczyzna w okularach stał w windzie i czekał, aż zamkną się drzwi i kabina zjedzie w dół. Miał okrągławą twarz i skąpy, ciemny zarost. Biały fartuch i stetoskop przewieszony na szyi świadczyły o wykonywanej przezeń profesji. Na piersi miał przypięty identyfikator z danymi osobowymi – dr Paul Darger, chirurg.

Automatyczne drzwi powoli zaczęły się zamykać. W ostatniej chwili doktor przytrzymał windę. Korytarzem biegła pielęgniarka z oddziału wewnętrznego.

– Proszę na mnie poczekać! – wołała z oddali.

– Spokojnie. Trzymam je – odpowiedział wesoło doktor.

Pielęgniarka wbiegła do środka i opierając się jedną ręką o ściankę kabiny, zaczęła łapać powietrze, jakby miała napad duszności.

– Na przyszłość, proszę się tak nie forsować! Jeszcze nam tu pani zejdzie, zamiast zjechać – sypnął czarnym humorem doktor Darger.

– To pan doktor o niczym nie wie? – zdziwiła się, obrzucając go pytającym spojrzeniem.

– Mianowicie?

– Dobry Boże! Był wybuch w centrum! Połowa miasta wpadła w panikę!

– Co pani mówi? – doktor przeraził się, słysząc dramatyczną nowinę.

– Jak Boga kocham! Wszyscy wolni mają natychmiast stawić się na pogotowiu. Podobno przywiozą nam dziesiątki, jeśli nie setki rannych.

– Zaklinam się, że o niczym nie wiedziałem! – Doktor sięg­nął do kieszeni po pager. Nie znalazł go. Przypomniał sobie, że po dziennej zmianie przebrał się i musiał o nim zapomnieć. – Dobrze, że panią spotkałem. Chodźmy tam czym prędzej.

Winda jechała w dół, kiedy ogłoszono komunikat:

– Uwaga, cały personel szpitala. Za dwadzieścia minut spodziewamy się karetek z rannymi z centrum miasta. Proszę wszystkich, aby byli w stanie pełnej gotowości. Powtarzam. Uwaga, cały personel...

Komunikat rozbrzmiał ponownie. Gdy drzwi windy otworzyły się, pielęgniarka pobiegła przodem, a doktor ruszył w przeciwnym kierunku. Kobieta odwróciła głowę, zdziwiona, że lekarz nie podąża za nią.

– Proszę na mnie nie czekać i powiedzieć, że zaraz będę. Muszę zabrać pager, który nieumyślnie zostawiłem w dyżurce.

Pielęgniarka skinęła porozumiewawczo głową i zniknęła za zakrętem korytarza.

Gdy doktor dotarł do pokoju socjalnego, nie zastał tam nikogo. Prawdopodobnie wszyscy udali się już do skrzydła, w którym mieściło się pogotowie. W sytuacji gdy karetki z rannymi nie nadążały, lekarze i pielęgniarki przejmowali obowiązki sa­­nitariuszy pod szpitalem, a ratownicy od razu wracali na miejsce wypadku. Lekarz odszukał pager w swojej szafce. Na wyświetlaczu widniał komunikat wzywający do natychmiastowego zgłoszenia się na pogotowiu.

Gdy doktor Darger podszedł do okna, zobaczył, jak pierwsza karetka na sygnale skręca z głównej drogi i zmierza w kierunku szpitala. Za nią pojawiły się kolejne. Wszystkie pozostałe samochody zatrzymywały się na poboczu i ustępowały miejsca uprzywilejowanym pojazdom. Przez ulicę ciągnęła się kawalkada biało-czerwonych, pędzących na sygnale ambulansów. Dźwięk syren stawał się coraz głośniejszy.

Doktor wyszedł z pomieszczenia i udał się w kierunku budynku, do którego zmierzały karetki. Wiedział, że tego wieczoru jego dyżur jeszcze się nie zakończył.


Rozdział 4

Przed komisariatem policji w północnej dzielnicy Waszyngtonu stała grupka policjantów. Nocna zmiana spotkała się z dzienną i rozmowa rozgorzała na dobre. Gdy funkcjonariusze zauwa­­żyli nadjeżdżający samochód Nicolasa Stewarta, szum rozmów ucichł. Detektyw zatrzymał się na zarezerwowanym dla niego miejscu i wysiadł z pojazdu. Charakterystycznie poprawił marynarkę, zdjął okulary i zostawił je w samochodzie.

– Witamy! – Jeden z mężczyzn szyderczo ukłonił się w stronę nadchodzącego detektywa.

– Spadaj, Malcolm! – odparł wesoło Stewart.

– O co ci chodzi? Witamy cię jak bohatera, a ty się burzysz?

– Daj sobie spokój. Obaj wiemy, że dostanę za to po dupie.

– To prawda, ale zawsze mamy jednego bandziora mniej – dodał poważnie inny policjant.

– Racja – podchwycił następny. – Uratowałeś chłopaka i tylko to się liczy. A góra niech się wypcha.

– To może pójdziesz zdać raport za mnie?

– Co to, to nie! – wykręcił się jeden z mężczyzn.

– A widzisz! Dzisiaj nie warto być bohaterem.

Detektyw minął kolegów i zaczął wchodzić po kamiennych schodach prowadzących do wejścia.

– Stewart! – Nick, nie zatrzymując się, odwrócił lekko głowę. – Dobra robota – krzyknął Malcolm, a inni potaknęli na znak aprobaty. – Szczerze, dobra robota!

– Dzięki! – Detektyw uśmiechnął się i poszedł dalej. Otworzył drzwi komisariatu. W środku już nikt nie zwracał na niego uwagi.

W miejscu gdzie przyjmowano zgłoszenia, panował ożywiony ruch. Jakaś kobieta z zabandażowaną ręką wydzierała się na policjanta siedzącego za biurkiem. W innym kącie sali trzech Brazylijczyków próbowało wyjaśnić, dlaczego nie posiadają dokumentów umożliwiających im legalny pobyt na terenie USA. Krzyki poturbowanej kobiety rozchodziły się po całym posterunku i ludzie w kolejce, jeden po drugim, patrząc w podłogę, kręcili przecząco głowami, próbując zrozumieć, za jakie grzechy muszą tego wysłuchiwać.

Nick, starając się nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, przeszedł przez bramkę prowadzącą na zaplecze i pokazał strażnikowi odznakę. Ten zapisał godzinę jego przyjścia. Detektyw, nie kierując wzroku na ludzi w kolejce, pospiesznie schował się w korytarzu. Szedł przed siebie, mijając kolejne biura. Z jednego z nich wychylił się niewysoki mężczyzna, który usłyszał kroki na korytarzu.

– Stewart! Dobrze, że jesteś! Mam ci przekazać, że szef chce cię jak najszybciej widzieć w swoim biurze. Nie muszę chyba dodawać, że z raportem.

Mężczyzna zniknął w swoim gabinecie równie szybko, jak się pojawił.

– Mnie też miło było cię spotkać, Henry! – krzyknął rozba­wiony Nick.

Henry ponownie wychylił się.

– Natychmiast! – dodał.

Henry Wilkins był znany na całym komisariacie z tego, że wszystkim próbował się przypodobać. Chętnie usługiwał każdemu, kto był od niego wyższy rangą. Od kilku lat mógł się szczycić stopniem detektywa, jednak nawet po awansie nikt nie traktował go poważnie. Również Nick patrzył na niego z dużym dystansem, chociaż tym razem wiedział, że szef może mieć do niego żal o wydarzenia, jakie miały miejsce poprzedniego dnia.

Skręcił korytarzem w prawo i otworzył drugie z kolei drzwi, na których widniało jego imię i nazwisko. Wszedł i rozejrzał się po gabinecie – pokój wyglądał, jakby doszło do włamania. Papiery walały się wszędzie, a kosz był pełen śmieci. Na biurku piętrzył się kilkudziesięciocentymetrowy stos akt, które miały już dawno zostać uporządkowane. Nick nie potrafił znaleźć czasu na pracę biurową, co strasznie denerwowało jego szefa. Trzy tablice korkowe były przepełnione zdjęciami oraz notatkami, a w kącie stały kartony z materiałem dowodowym z poprzedniej sprawy.

Detektyw odgarnął kilka kartek leżących na biurku na samym wierzchu i znalazł raport, który napisał jeszcze wczorajszego dnia. Chodziło ostatecznie o sprawę, w której poszkodowanym był jego ojciec. Nie chciał, aby cokolwiek mu umknęło. Zabrał teczkę i wyszedł z biura, zamykając za sobą drzwi. Skierował się na schody.

Rozkład pomieszczeń na pierwszym piętrze różnił się od parteru. Była to jedna wielka sala, poprzedzielana niskimi, niepołączonymi ze sobą ściankami działowymi. Tylko na obrzeżach znajdowały się pojedyncze, zamykane biura. W każdym zakątku otwartej przestrzeni mieściło się biurko, a za nim przerażony człowiek, mający cichą nadzieję, że uniknie gniewu zwierzchnika.

Już z daleka słychać było, że szef ma nie najlepszy humor.

– Oszalałeś! Strzelać w miejscu publicznym! Co mam teraz powiedzieć pismakom?! Że nie potrafię trzymać swoich psów na smyczy?!

Nick usłyszał, jak Carl Cussler – komendant komisariatu – wydziera się na podwładnego. Chwilę później mężczyzna, który był powodem całego zamieszania, opuścił biuro ze spuszczoną głową, a w drzwiach stanął sam szef. Nick chciał schować się za jedną z wysokich szafek, aby nie dawać mu jednocześnie drugiego powodu do irytacji, ale było już na to za późno.

– Stewart! Proszę! Kolejny bohater wczorajszego dnia! Zapraszam!

Policjant, który był przed chwilą ofiarą „napaści” swojego szefa, odetchnął z ulgą i spojrzał na Nicka z politowaniem. Wiedział, że gdyby nie on, komendant nie odpuściłby mu tak łatwo. Kiedy mijali się w korytarzu, cicho powiedział do swojego następcy:

– Dzięki, stary... Życzę powodzenia. – Odchodzący funkcjonariusz poklepał Nicka po plecach.

Carl Cussler, pomimo szorstkości w stosunku do podwładnych, był uważany za znakomitego policjanta i szefa. Cieszył się nieposzlakowaną opinią i był ceniony wśród swoich pracowników. Nick miał o nim podobne zdanie, chociaż prawie nigdy się ze sobą nie zgadzali. Wiedział jednak, że ostatecznie musi podporządkować się i wykonywać polecenia.

– Miło, żeś się wreszcie pojawił! – warknął komendant.

Nick bez słowa zajął miejsce przy biurku i położył na nim swój raport. Poczuł się jak żółtodziób bezpośrednio po akademii policyjnej, którą zresztą ukończył z wyróżnieniem. Przypomniał sobie lata, kiedy, podobnie jak teraz, siedział w ławce i słuchał krzyków swoich akademickich mentorów. Starsi wykładowcy i prowadzący ćwiczenia często nie przebie­rali w słowach i ich podejście do uczniów niewiele różniło się od stosunku Carla Cusslera do podwładnych.

Z zamyślenia wyrwał Nicka głośny trzask drzwi. Komendant najczęściej upominał swoich pracowników przy otwartych drzwiach, dlatego większość osób przysłuchujących się na co dzień jego reprymendom uznała ten gest za dziwny i nie­­zrozumiały.

Carl Cussler wziął teczkę do ręki. Chodził po gabinecie ze wzrokiem wlepionym w akta i udając, że czyta, zastanawiał się, jak dać do zrozumienia jednemu ze swoich najlepszych ludzi, że ma dość takich samowolek. Nie znajdując odpowiednio łagodnej formy przekazu, przeszedł od razu do sedna.

– Czyś ty zwariował? Nie mogłeś go chociaż postrzelić w nogę, w rękę, w ja... jakąś inną część ciała?

– Celował w chłopaka, co miałem zrobić? – odparł Nick bez skrupułów.

– Postrzelić go, obezwładnić, cokolwiek. Musiałeś go akurat zabijać? Ty wycelowałeś w niego, a teraz media celują w nas. Jedni widzą w tobie bohatera, a inni chętnie by cię ukrzyżowali za nadmierną brutalność policji...

– Miałem dopuścić do tego, aby wszystkich tam wystrzelał?

– Miałeś zareagować wcześniej albo poczekać na wsparcie, jeśli sobie nie radziłeś.

– Przecież bez trudu opanowałem sytuację – z ironią i lekkim uśmieszkiem powiedział Nick.

Carl Cussler myślał, że wybuchnie. Na dodatek w telewizorze wiszącym w rogu gabinetu zobaczył początek relacji z miejsca, w którym poprzedniego dnia doszło do tajemniczej eksplozji. Stracił główny wątek swojej reprymendy i złapał za ­pilota, pogłośnił, a następnie rzucił nim na biurko. Usiadł w fotelu i opuścił bezwładnie ręce. Wzrok wbił w ekran, na którym pojawiały się kolejne ujęcia z miejsca wybuchu.

– A do tego wszystkiego jeszcze to jest teraz na mojej głowie! – Komendant wskazał na telewizor.

Nick zobaczył na ekranie znajomą twarz. Reportaż dla telewizji DC NEWS przeprowadzała właśnie Kate Frost – wysoka, ciemnowłosa dziennikarka o niezwykle ponętnej figurze. Przed sobą trzymała mikrofon i hipnotyzującym wzrokiem wpatrywała się w widza.

– Nikt do końca nie jest pewny, co wydarzyło się tutaj wczorajszego dnia. Wiemy jedynie, że wybuch nastąpił około pięćdziesięciu metrów od miejsca, gdzie obecnie się znajduję. – Kamerzysta, nagrywający relację na żywo, skierował obiektyw na grupę techników w niebieskich strojach, skupionych wokół resztek ciężarówki. – Ekipa trzydziestu osób zabezpiecza wszystkie ślady i bada ewentualne poszlaki. Do tej pory udało nam się ustalić, że w wyniku wybuchu zginęło troje ludzi, w tym jedno ośmioletnie dziecko, a ponad pięćdziesiąt osób odniosło poważne obrażenia. Być może tragedia ta miałaby mniejsze rozmiary, gdyby nie pobliskie targowisko, które zawsze przyciąga rzesze kupujących. – W tym momencie realizator przedstawił kilka ujęć nagranych poprzedniego dnia pod Szpitalem Świętego Patryka. Materiałowi towarzyszył komentarz reporterki: – Prawie wszyscy poszkodowani, także ci z najcięższymi obrażeniami, zostali przetransportowani do Szpitala Świętego Patryka, gdzie od razu otoczono ich specjalistyczną opieką medyczną. Ponad sto lekarzy i pielęgniarek pracowało dodatkowo całą noc przy udzielaniu pierwszej pomocy. Z informacji, jakie udało nam się uzyskać, wynika, że wszyscy pacjenci są w stanie stabilnym, a pierwsi – z najlżejszymi obrażeniami – zostaną zwolnieni do domów już dzisiejszego dnia. Z okolicy centrum handlowego Low Price dla Wiadomości DC NEWS mówiła Kate Frost.

– Pięknie, teraz wszyscy zaczną zadawać mi pytania, jakie mamy zabezpieczenia antyterrorystyczne w mieście i dlaczego nie działają w takich przypadkach – warknął w stronę telewizora Carl Cussler.

– Myśli pan komendant, że to byli terroryści? – zapytał Nick.

– Cholera wie kto, ale dziennikarze zwietrzyli krew i teraz pójdą tym tropem. Wczoraj miałem już pierwsze telefony z zapytaniami, jak policja ma zamiar przeciwdziałać takim wydarzeniom. Wyobrażasz to sobie?! Jeszcze nie widzą, co się wydarzyło, a już snują te swoje teorie. Ale... nie zbaczajmy z tematu! Co do wczoraj – komendant ściszył głos – nieoficjalnie... dobra robota. A oficjalnie – jego ton znowu stał się surowy – jak jeszcze raz strzelisz komuś w plecy, to wylatujesz na zbity pysk! Czy to jasne?

Nick uśmiechnął się.

– Jak słońce, komendancie! Jak słońce! – Detektyw wstał i powoli zaczął iść w stronę drzwi.

– Jeszcze jedno!

– Tak? – Nick odwrócił głowę.

– Posprzątaj ten chlew na dole! Nawet sprzątaczka bała się tam wejść! Wczoraj spotkała mnie na korytarzu i całkiem po­­ważnie zapytała, czy ktoś się tam włamał. Wyobrażasz to sobie?!

– Jasne, szefie! Natychmiast! – Nick roześmiał się, wychodząc. Gdy zamknął za sobą drzwi, oczy wszystkich pracowników zwróciły się w jego kierunku. Z twarzy Nicolasa Stewarta można było wyczytać dumę i zadowolenie, co wywołało u obserwatorów spore zdziwienie. Wszystko jednak wróciło do normy, kiedy kolejna osoba została wezwana na dywanik.

– Davis! Do mnie!

Nick Stewart opuścił pierwsze piętro i udał się do swojego królestwa. Ani mu się śniło sprzątać. Za wczorajszą akcję szef, w prywatnej rozmowie telefonicznej, nagrodził go dodatkowym dniem wolnym. Reprymenda następnego dnia, dla zasady, musiała mieć miejsce, aby Carl Cussler dalej był uważany za największego twardziela na komisariacie.

Detektyw w końcu spokojnie usiadł za swoim biurkiem. Wyjął telefon i odszukał w liście kontaktów literę K.

– John, zostaw już tę kamerę i zbieramy się stąd. Musimy jeszcze zrobić parę ujęć komisariatu do jutrzejszych wiadomości. Kto wie, może będziemy mieli szczęście i zastaniemy ­samego komendanta? – Kate Frost poganiała swojego kamerzystę, który starał się nakręcić kilka ciekawych ujęć miejsca domniemanej zbrodni. Miał lekką nadwagę, ale nad wyraz zwinnie biegał raz w jedną, raz w drugą stronę. Krzątał się po odgrodzonej żółtymi taśmami ulicy i chodniku, próbując znaleźć jak najlepsze miejsce, aby nagrać choćby kilkusekundowy materiał. Było to jednak niezwykle trudne. Gapie, inni dziennikarze oraz ekipy telewizyjne cały czas wchodzili mu w kadr, uniemożliwiając pracę.

– Daj mi jeszcze pięć minut! – krzyczał poirytowany.

– Dwie i ani minuty dłużej – odpowiedziała żartobliwie Kate.

– Dzięki!

Telefon w torebce kobiety zaczął energicznie wibrować. Wyciągnęła go i spojrzała na wyświetlacz. Dzwonił jej narzeczony.

– Witaj! Co u ciebie? – Kate Frost radośnie przywitała swojego ukochanego – Nicka Stewarta.

– Cześć, skarbie. Widziałem cię w telewizji! Świetny reportaż.

– Daj spokój, jak zwykle zbieram resztki, a ten drań, Michaels, miał wczoraj wyłączność na wywiad z lekarzami z dyżuru.

– Nie martw się.

– A właśnie, że się martwię!

– Jesteś od niego ładniejsza.

Kate nie wiedziała, co ma na szybko odpowiedzieć. Nick zbił ją z tropu.

– Dobrze już, dobrze, panie milusiński. Powiedz lepiej, co tam u twojego ojca.

– Trzyma się jakoś. Twardy z niego facet. Aha... Zapomniałbym! Pamiętasz o kolacji? Wieczorem jedziemy do moich rodziców.

– Oczywiście. Muszę tylko skoczyć jeszcze do was na komisariat. Zrobimy szybko parę ujęć i popędzę do domu przypudrować nosek.

– Świetnie, podjadę po ciebie o osiemnastej.

– W takim razie do zobaczenia.

Kate schowała telefon do torebki.

– Skończyłeś? – krzyknęła w stronę kamerzysty.

– Tak, już idę!


Rozdział 5

Parking pod centrum handlowym w północnym Waszyngtonie był niemal całkowicie opustoszały. Tylko kilkanaście miejsc zajmowały samochody należące do pracowników ekipy wykończeniowej. Oświetlenie było znikome i większą część podziemi ogarniała ciemność. Kierowcy wjeżdżający tutaj musieli wykazywać się sporą ostrożnością przy manewrowaniu pomiędzy masywnymi filarami podtrzymującymi całą konstrukcję. Wielkie otwarcie nowego pasażu handlowego miało nastąpić niebawem i wszyscy uwijali się jak w ukropie. Prace wykończeniowe prowadzono na wyższych piętrach, ale odgłosy rozchodziły się po całym budynku.

Wjazd na parking był ograniczony unoszoną barierką. Każdy, kto chciał, mógł ją podnieść i wjechać. Tak też zrobił spóźniony na popołudniową zmianę Russell Miller. W godzinach największego ruchu, podczas zmian ekip remontowych, przy wjeździe stał stróż, pilnując, aby ktoś niepowołany nie odważył się skorzystać z darmowego parkingu. Teraz jednak nikogo na straży nie było i pracownik musiał sam się pofatygować i unieść szlaban.

Po tym, jak Russell Miller podniósł barierkę, wsiadł z powrotem do samochodu. We wstecznym lusterku zobaczył furgonetkę, zbliżającą się do niego z włączonym kierunkowskazem.

– Mam szczęście – powiedział cicho pod nosem. Dzięki temu, że ktoś jeszcze wjeżdżał za nim, nie musiał zamykać barierki. Ruszył szybko, aby nie tarasować przejazdu. Zjechał pochyłą drogą i za czwartym filarem skręcił w lewo. Wiązka naturalnego światła wpadająca do budynku nie obejmowała już samochodu i tylko reflektory pojazdu wskazywały na jego obecne położenie. Russell Miller dostrzegł kawałek oświetlonego parkingu i nieznacznie przyspieszył. Upatrzył sobie ­miejsce znajdujące się najbliżej windy towarowej, której pracownicy używali, aby dostać się na wyższe piętra.

Kierowca pojazdu dostawczego spokojnie odczekał, aż po­­przedzający go samochód zniknął w mroku podziemi. Mężczyzna zatrzymał się za szlabanem, wyszedł z furgonetki i opuścił barierkę. Gdy zajął z powrotem swoje miejsce, wyłączył silnik i sięgnął po krótkofalówkę.

– Tu jedynka, jesteśmy na pozycji. Dwójka, czekajcie w gotowości. Cel zbliża się do was w czerwonym fordzie galaxy. Odbiór.

– Tu dwójka. Przyjęliśmy. Oczekujemy gościa. Bez odbioru.

Russell Miller zaparkował samochód. Był już spóźniony o dobre pół godziny i w jego ruchach widoczne było podenerwowanie. Prawie po omacku szukał w samochodzie swojej torby. Nie mógł jej znaleźć i postanowił ułatwić sobie zadanie, włączając oświetlenie wewnątrz samochodu. Nie potrafiąc wcelować w przycisk znajdujący się na podsufitce, ze złością otworzył szeroko drzwi, co miało przynieść taki sam efekt. Głuchy trzask wypełnił pomieszczenie i pojazdowi stojącemu tuż obok włączył się alarm. Przeraźliwe wycie wypełniło wymarłe podziemia.

– Cholera jasna! – krzyknął poirytowany. – Jeszcze tego brakowało!

Russell Miller uderzył drzwiami w sąsiedni samochód, po­­wodując niewielką szkodę w postaci wgniecenia i krótkiej, ale głębokiej rysy. Myślał, że zwariuje. Przypomniał sobie o torbie, która spowodowała całe zamieszanie. Rozejrzał się po samochodzie i w końcu dostrzegł ją. Przewróciła się i leżała w połowie skryta pod deską rozdzielczą. Mężczyzna mocno szarpnął za rączkę brązowej skórzanej torby i wysiadł z pojazdu. Przykucnął i przyjrzał się drzwiom samochodu, który zarysował. Nie wiedział, do kogo należy, ale domyślał się, że właściciel nie będzie zadowolony.

– Mówi się trudno – powiedział pod nosem. Zamknął swój pojazd i zaczął biec w kierunku windy.

Hałas włączonego alarmu był tak nieznośny, że mężczyzna zatykał uszy. Niewiele to jednak pomagało. Dotarł do windy i energicznie nacisnął przycisk przywołujący kabinę. Brak jakiejkolwiek odpowiedzi ze strony urządzenia zaowocował wiązanką przekleństw rzuconych z ust Russella Millera, który wiedział, że czeka go teraz wędrówka schodami.

Pobiegł w kierunku drzwi prowadzących na klatkę schodową. Otworzył je i wbiegł do środka. Gdy znalazł się na pierwszych stopniach, uświadomił sobie, że w pośpiechu zapomniał zabrać z samochodu dyskietkę meldunkową. Już chciał zawrócić, kiedy nagle ktoś złapał go od tyłu.

– Hej! Co do... – Poczuł ostre ukłucie w okolicy szyi. Parę sekund później nogi zaczęły się pod nim uginać, a oczy zaszły mgłą. Czuł, jak opuszczają go siły i wszystkie mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Kiedy przechylił głowę, kątem oka zobaczył, jak ręka w czarnej rękawiczce odsuwa od jego szyi strzykawkę.

Stracił przytomność. Jego bezwładne ciało podtrzymywało dwóch napastników stojących tuż za nim. Mieli na sobie czarne kombinezony, a na głowach kominiarki.

Całe wydarzenie trwało jakieś trzydzieści sekund, więc alarm przypadkiem uderzonego samochodu wciąż wył.

Jeden z mężczyzn wyciągnął krótkofalówkę.

– Jedynka? Tu dwójka. Podjeżdżajcie.

– Tu jedynka. Będziemy za piętnaście sekund. Bez odbioru.

Opony samochodu dostawczego zaparkowanego na podjeździe zapiszczały i furgonetka ruszyła przez gąszcz kolumn w kierunku wejścia na klatkę schodową.

Trzy piętra powyżej miejsca, w którym znajdowali się napastnicy razem z nieprzytomnym Russellem Millerem, otworzyły się drzwi. Jakiś mężczyzna pospiesznie zaczął schodzić na dół. Alarm, który uruchomił się, dał sygnał na telefon właściciela, że coś się dzieje z jego samochodem.

Sekundy ciągnęły się jak minuty. Jeden z napastników uchylił drzwi, chcąc sprawdzić, czy transport już dotarł. Zobaczył oślepiające światła pędzącej furgonetki. Pisk opon, jaki towarzyszył ostremu hamowaniu, rozszedł się po całym parkingu. Zaciągnięty hamulec ręczny i ostro skręcona kierownica ustawiły samochód niemalże równolegle do ściany.

– Mike, idziemy! – powiedział napastnik do swojego towarzysza, który podtrzymywał bezwładne ciało i obserwował, jak sylwetka mężczyzny biegnącego po schodach w dół staje się coraz bardziej widoczna.

Porywacze złapali Russella Millera pod ręce i zaciągnęli go pod drzwi furgonetki. Te otworzyły się i trzeci mężczyzna pomógł wciągnąć ofiarę do środka. Pozostali dwaj szybko wskoczyli do samochodu.

– Gazu! Spadamy stąd! Ktoś tu idzie!

Kiedy alarm wyłączył się, samochód porywaczy pędził już w stronę wyjścia. W bocznym lusterku kierowca zauważył, jak drzwi klatki schodowej otwierają się i wybiega przez nie mężczyzna w roboczym ubraniu.

Furgonetka skręciła ostro w prawo i zatrzymała się na podjeździe przed barierką. Jeden z porywaczy wyszedł przez boczne drzwi i podniósł szlaban, po czym wskoczył z powrotem do ruszającego samochodu.

Pojazd z impetem wtargnął na ulicę. Rozległy się piski opon i klaksony innych uczestników ruchu. Furgonetka szybko przyspieszyła i skręciła na najbliższym skrzyżowaniu.

Jeden z samochodów, który omal nie uległ wypadkowi, zatrzymał się na poboczu. Siedząca na miejscu pasażera kobieta, poirytowana bezmyślnością kierowcy, krzyknęła:

– Co za idiota! Nie zdziwię się, jeżeli jutro zadzwonią do mnie, że był wypadek i szary dostawczak stanął w płomieniach. Ludzie codziennie widzą takie rzeczy, a jednak nie potrafią zmądrzeć! – Spojrzała na swojego towarzysza, który wyciąg­nął z kieszeni marynarki notes i z największym spokojem coś w nim zapisał. – Kochanie, co robisz?

– Mam kiepską pamięć. Zanotuję sobie numer rejestracyjny. Sprawdzę przy okazji, komu i gdzie się tak spieszyło.

– Detektyw Nicolas Stewart. Nawet po pracy jest w pracy – żartobliwie rzuciła Kate Frost.

– Nie o to chodzi. Ktoś taki nie patrzy na to, czy masz dziecko w samochodzie, czy jesteś staruszkiem za kierownicą.

– To prawda. Daj mu nauczkę, mój bohaterze! – Kate nie przestawała droczyć się ze swoim narzeczonym.

Nick spojrzał na nią z politowaniem.

– Już dobrze, dobrze – uspokoiła go. – Możemy ruszać dalej?

– Musimy! Kolacja nam stygnie – zauważył Nick, spoglądając na zegarek.

– Nareszcie. Już nie mogę się doczekać!

– Tu dwójka. Trójka, jesteś tam? Odbiór.

– Tu trójka. Jak sytuacja?

– Operacja zakończona pomyślnie. Możesz przywrócić działanie windy i opuścić budynek.

– Zrozumiałem. Bez odbioru.

Dwaj mężczyźni siedzieli z tyłu furgonetki, wpatrując się w ciało leżące tuż obok nich. Kierowca dostosował prędkość do obowiązujących przepisów, aby niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi. Pasażer siedzący obok niego wyjął telefon i wybrał numer.

– Słucham? Obyście mieli dobre wieści – odezwał się ochrypły głos.

– Pomimo drobnych, nieistotnych komplikacji operacja za­­kończyła się powodzeniem – powiedział pewny swoich słów porywacz.

– To świetnie. Czy ktoś was widział?

– Nie. Samochód ofiary stoi jeszcze na podziemnym parkingu. Za jakąś godzinę jeden z nas się tam uda i zabierze go.

– Doskonale. Czy w ciągu ostatnich kilku godzin ofiara kontaktowała się z kimś lub zrobiła coś, co mogłoby zaszkodzić operacji?

– Z prowadzonych obserwacji i podsłuchu wynika, że nie wykonał żadnych niepotrzebnych telefonów, a z domu pojechał bezpośrednio do pracy. Poinformował jedynie swojego szefa, że spóźni się około trzydziestu minut.

– Dobrze, w takim razie powinniście być na miejscu za jakieś dwie godziny. Pytajcie o doktora Harrisa. Możecie rozmawiać z nim i tylko z nim. Gdyby z jakiegoś powodu nie było go na miejscu, nie róbcie niczego głupiego, tylko dzwońcie do mnie.

– Zrozumiałem.

Mężczyzna schował telefon i kazał kierowcy wjechać w ślepą uliczkę.

– Chłopcy, pora na przedstawienie – rzucił do swoich towarzyszy. Ci wyszli z samochodu i odlepili boczne napisy z karoserii. Teraz na furgonetce widniało logo hurtowni farmaceutycznej „AC Farmaceuticals”, zaopatrującej szpitale oraz placówki medyczne w leki i środki pomocnicze.

Dwaj mężczyźni wrócili do samochodu i szybko prze­brali się w nowe ubrania. Założyli niebieskie dżinsowe spodnie, T-shirty oraz czapki z daszkiem. Kierowca i pasażer zastąpili czarne stroje biało-szarymi kombinezonami, mającymi na wy­­sokości prawej piersi logo firmy farmaceutycznej.

– Poczekajcie godzinę i idźcie po wóz. Macie go dostarczyć tam gdzie zawsze – rozkazał głównodowodzący mężczyznom znajdującym się na tyłach samochodu. Ci skinęli porozumiewawczo głowami. – A teraz w drogę! Czekają już na świeże mięsko – powiedział do kierowcy.

Dwaj mężczyźni spokojnym krokiem poszli chodnikiem w kierunku, z którego przyjechali, a kierowca wycofał z alejki i włączył się do ruchu. Dojechał do najbliższego skrzyżowania i ustawił się na pasie do skrętu w prawo. Chwilę później furgonetka jechała już na południe.


Rozdział 6

Winda kilkupiętrowej kamienicy ruszyła w dół. Trzaskom i skrzypieniu nie było końca. Prześwitujące metalowe ściany nie wpływały korzystnie na poczucie bezpieczeństwa pasażerów podróżujących tym środkiem transportu. Rdza panosząca się na klatce ochronnej otaczającej szyb windy zaprzeczała prowadzeniu w tym miejscu jakichkolwiek prac konserwacyjnych. Na pierwszy rzut oka wszystko wymagało generalnego remontu.

Na klatce schodowej ślady zaniedbania były tak samo wi­­doczne. Od święta myte posadzki, odrapane, spękane ściany i odstające kawałki tynku nadawały wnętrzu budynku mroczny charakter.

Kate Frost i Nick Stewart stali na parterze i przysłuchiwali się przerażającej mieszaninie upiornych dźwięków wydobywających się z kilkudziesięcioletniego urządzenia utrzymującego windę w ryzach. Kate z przerażeniem spoglądała w górę, wypatrując zbliżającej się kabiny.

– Nick?

– Tak?

– Może tym razem skorzystamy ze schodów? – Kate subtelnie wyraziła swoje obawy.

– Boisz się? – zapytał lekko drwiącym głosem Nick.

– Szczerze? Bardzo! Poza tym, widząc wszystko to, co dzieje się wokoło, gdy jestem w pracy, myślę, że głupio byłoby zginąć w windzie na własne życzenie.

– Myślisz, że moglibyśmy zginąć? Przecież to tylko kilka pięter.

Kate krzywo popatrzyła na narzeczonego, który świetnie bawił się jej kosztem. Wiedział, że jego wybranka nie żartuje. Od dziecka nie lubiła zamkniętych przestrzeni. Jako mała dziewczynka spędziła niemal cały dzień w niedziałającej windzie, zanim ktoś ją stamtąd uwolnił. Nabawiła się przez to wydarzenie lekkiej klaustrofobii i nie przepadała za tego typu miejscami. Oczywiście, w pracy musiała korzystać z wind. Wieżowiec stacji telewizyjnej, który stał się jej drugim domem, był do ujarzmienia tylko w taki sposób. Kiedy jednak potrzeba nie była górą, wolała korzystać z tradycyjnych metod pokonywania pięter.

– Już dobrze. Pójdziemy schodami.

Oczy Kate pojaśniały i kobieta pocałowała Nicka w policzek.

Gdy dotarli na półpiętro, winda przybyła na parter. Znikąd pojawił się dozorca ubrany w kraciastą koszulę i jasne, poplamione spodnie. Widząc nowych przybyszów wchodzących na górę, krzyknął w ich kierunku:

– Halo!

Nick i Kate odwrócili się.

– Aaa... witam państwa. – Mężczyzna od razu rozpoznał parę. – Proszę pozdrowić rodziców.

– Dzień dobry, a właściwie to już powoli dobry wieczór – roześmiał się Nick. – Dziękuję bardzo, oczywiście przekażę.

– Dlaczego państwo nie skorzystacie z windy? – Portier wskazał metalową kabinę, która lata świetności miała już dawno za sobą.

– Dziękujemy – rzuciła Kate, po czym dodała: – Sport to zdrowie!

– To prawda, panienko. – Mężczyzna uśmiechnął się do niej i wrócił na fotel w obskurnej recepcji. Wziął gazetę do ręki i wielkimi kęsami zaczął pochłaniać kanapkę, którą przyniósł ze sobą.

– Dlaczego twoi rodzice nie przeprowadzą się do... przyjaźniejszego budynku? Przecież ojciec jest właścicielem marketu. Spokojnie mógłby zamieszkać gdzieś w centrum – zauważyła Kate.

– Wiem! A co gorsza, on też to wie, ale, jak sam mówi, nigdy nie był przyzwyczajony do wygód. Wszystko, co ma, zdobył ciężką pracą. Dawniej wielokrotnie poruszaliśmy ten temat, jednak za każdym razem kończyło się tak samo. Stwierdzał, że dobrze się czuje w tej okolicy i nie ma zamiaru nic zmieniać. Nie jest z tych, którym przypływ gotówki przewrócił w głowie. Wychował się tutaj. To mieszkanie należy do naszej rodziny od dwóch pokoleń. Stwierdził, że sentyment i szacunek nakazują mu być wiernym temu miejscu. Nie wiem, czy wiesz, ale to jedna z najstarszych kamienic w tej części miasta.

– Jestem w stanie w to uwierzyć – rzuciła żartobliwie Kate. – Ale wracając do twojego ojca... dziś rzadko spotyka się takich ludzi.

– To prawda. Mój ojciec, podobnie jak i matka, jest wyjątkowym człowiekiem.

Po pokonaniu kilkudziesięciu schodów dotarli na trzecie piętro. Nick, przez wzgląd na swoją pracę, dbał o kondycję i prawie nie odczuł małego spacerku. Z kolei Kate miała wyraźnie przyspieszony oddech i tętno. Stanęli przed drzwiami, na których widniała lekko odrapana metalowa plakietka z nazwiskiem Stewart.

– Home, sweet home! – rzucił ironicznie Nick i nacisnął dzwonek.

W kilka sekund później drzwi otworzyły się i para wpadła w objęcia rodziców Nicka. Uściskom nie było końca.

Jennifer miała smukłą sylwetkę. Była odrobinę wyższa od męża, co często stawało się tematem żartów i docinków. Miała czarne, farbowane włosy i naturalnie ciemną karnację. John stanowił jej przeciwieństwo. Był dumnym właścicielem małego brzuszka i posiwiałej łepetyny. Okulary, których nie znosił, a które musiał nosić, znacznie go postarzały, i zdejmował je przy każdej okazji.

Rodzice Nicka uwielbiali wybrankę swojego syna. Dała im się poznać jako inteligentna, miła i ciepła osoba. Cała czwórka rzadko miewała okazje spędzać wspólne wieczory, więc każda taka chwila była dla nich na wagę złota.

Kate również polubiła rodziców Nicka. Już od pierwszego spotkania świetnie się z nimi rozumiała. Widziała w nich od­­zwierciedlenie swoich rodziców, których przed trzema laty straciła w wypadku samochodowym podczas wycieczki na Florydę.

Ojciec Kate, próbując ominąć dwa zderzające się samochody, wpadł w poślizg i zjechał na pobocze, uderzając w drzewo, które rozcięło przód pojazdu na pół. Rodzice zginęli na miejscu, a Kate została odwieziona w ciężkim stanie do szpitala. Wypadek spowodował handlarz narkotyków uciekający przed policyjną obławą. Notorycznie przekraczając dozwoloną prędkość, próbował zgubić ścigające go radiowozy. Podczas szaleńczej ucieczki wielokrotnie wyprzedzał, aż w końcu jeden z manewrów zakończył się tragicznie zarówno dla niego, jak i dla kierowcy samochodu nadjeżdżającego z przeciwka.

Sprawę, obławę oraz pościg prowadził Nick, który po wypadku, czując się winnym śmierci rodziców Kate, regularnie odwiedzał ją w szpitalu, aż doszła do siebie. Jeszcze długo po wydarzeniach feralnego dnia nie potrafił sobie wybaczyć, że nie zatrzymał przestępcy wcześniej.

Gdy zakończono gorące powitania, cała czwórka zasiadła w niewielkiej jadalni wokół małego, rzeźbionego stolika. Jennifer podała własnoręcznie upieczone ciasto z orzechami i polewą karmelową.

– Moje ulubione! – rzucił Nick i wyprostował się w fotelu.

– Wiem, przygotowałam je specjalnie z myślą o was! – powiedziała ucieszona Jennifer.

Jeszcze dobrze nie postawiła talerza z ciastem na stole, a już kilka kawałków znalazło się na talerzykach.

– Hola! Chcesz mnie utuczyć? – zażartowała Kate, widząc, jak Nick nakłada jej spory kawałek.

Nie mógł odpowiedzieć, bo miał już pełne usta. Pokręcił tylko przecząco głową.

– Jedz, dziecko, jedz! – powiedziała dobrodusznie Jennifer do swojej przyszłej synowej. – W twoim wieku niczego sobie nie odmawiałam.

– Widzę, że wszyscy jesteście dzisiaj przeciwko mnie. – Kate roześmiała się i do jednej ręki wzięła talerzyk, a do drugiej śliczny srebrny widelczyk należący do starej zastawy stołowej przekazywanej w rodzinie Stewartów z pokolenia na pokolenie.

– A co u pana? Słyszałam, że miał pan wczoraj przykrą przygodę.

– Tyle razy prosiłem, żebyś mówiła mi John – powiedział ciepło, chociaż z lekkim oburzeniem w głosie, ojciec Nicka.

– Oj, przepraszam! Zawsze o tym zapominam.

– To prawda. Mieliśmy mały napad, jednak wystarczyła szybka interwencja naszego detektywa, i po strachu.

– Tato!

– Przepraszam! Szybka interwencja Nicka! – John, rozba­wiony podenerwowaniem syna, przysunął dłoń do twarzy i cicho dodał, zwracając się do Kate: – Nie lubi, gdy nazywam go detektywem.

– Słyszałem! – dorzucił rozbawiony Nick.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Co ja mogę za to, że jestem dumny ze swojego syna?

Nick, udając, że nie słyszy, zajadał się ciastem w najlepsze.

– Ale wracając do wczorajszej historii. Wiesz, że z tego wszystkiego zapomniałem kodu do sejfu? – powiedział John do syna. – Wcale nie grałem na zwłokę... Chętnie oddałbym draniowi te pieniądze, ale nie mogłem sobie przypomnieć tych kilku cyfr i musiałem robić z siebie wariata. Trochę go to zdenerwowało i zagroził, że zabije chłopaka.

– Takie zachowania są najgorsze – podchwycił Nick. – Dzisiaj już nikt nie może czuć się bezpieczny, nawet małe dziecko.

Jennifer pokiwała przecząco głową. Wtedy John chwycił się za klatkę piersiową.

– Wszystko w porządku, kochanie?

– Tak, tak. Od wczoraj coś mnie tu strzyka. Muszę w końcu wybrać się do lekarza.

– Koniecznie. Wiesz, co wczoraj przeszedłeś, a twoje serce już nie jest najmłodsze – zmartwiła się Jennifer.

– Wiem, wiem. Jutro z samego rana zadzwonię do lekarza i umówię się na wizytę.

Rozmowa rozgorzała na dobre i nikt nie zwracał uwagi na upływający czas. Kiedy Jennifer ostatecznie spojrzała na mały zabytkowy zegar stojący na komodzie, uświadomiła sobie, że już dawno powinna podać kolację.

– To wy, moi drodzy, obgadajcie resztę wydarzeń dnia, a ja pójdę do kuchni i zajmę się posiłkiem.

– Mamo, posiedź jeszcze z nami – powiedział Nick.

– Muszę wstawić mięso do piekarnika. Za chwilę do was dołączę. – Jennifer poszła do kuchni, a John zabrał głos.

– Kate, widziałem cię w telewizji. Prowadziłaś reportaż z miejsca wybuchu. Powiedz mi, czy wiadomo, co się stało?

– Na tę chwilę jeszcze nie. Za prawdopodobną przyczynę wybuchu uznajemy samochód, który był zaparkowany pod ­centrum handlowym, a na pace miał kilka butli z gazem. Eksplozja była potężna, zmiotła z powierzchni ziemi małe drzewka, a jeszcze dwie przecznice dalej można było zauważyć powybijane szyby w oknach.

– Dobrze, że mieszkamy daleko od tego miejsca! – krzyknęła z kuchni Jennifer.

– To prawda! – przyznała Kate. – Gdyby nie to, że większość mieszkańców dopiero wracała z pracy, a pobliskie targowisko było już prawie opustoszałe, to moglibyśmy liczyć ofiary w setkach.

– Coś okropnego! Mam nadzieję, że znajdą winnego! – powiedział poirytowany John.

– Ja również – dorzucił Nick.

– To nie jest takie pewne – zauważyła Kate. – Wybuch z pewnością częściowo zatarł ślady. Niewykluczone również, że mogło to być samoczynne rozszczelnienie butli, i wystarczył niedopałek, który spowodował reakcję łańcuchową.

Nastała chwila ciszy.

– Muszę tylko skoczyć do łazienki. Nigdzie nie odchodźcie – powiedział John do swoich gości.

– Będziemy grzecznie czekać – odparła Kate z uśmiechem.

Gdy ojciec Nicka odszedł od stołu, ten zbliżył się do swojej narzeczonej.

– Przecież mówiłaś, że znaleźli fragment bomby – wyszeptał jej do ucha.

– Domniemany fragment – odpowiedziała równie przyciszonym głosem Kate. – Nie chcę martwić twoich rodziców tym, że sąsiednia dzielnica stała się miejscem ataku terrorystycznego. Mieli dość zmartwień wczorajszego dnia.

Nick zmieszał się. Zrobiło mu się głupio, że o tym nie pomyślał.

– O czym moje gołąbki gruchają? – Jennifer właśnie wyszła z kuchni.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.