ALICJA W KRAINIE CZARÓW. PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA - Lewis Caroll - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

ALICJA W KRAINIE CZARÓW. PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA ebook

Lewis Caroll

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 266 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 9 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka ALICJA W KRAINIE CZARÓW. PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA - Lewis Caroll

Pierwszy polski przekład utworu Lewisa Carrolla ukazał się w roku 1910, czterdzieści

pięć lat po wydaniu angielskiego oryginału – przez następnych sto lat pokusie

przełożenia Alicji na język polski ośmiu tłumaczy, w tym tak wybitni jak Antoni

Marianowicz, Maciej Słomczyński i Robert Stiller. A wszystko to dlatego, że jest to

książka niezwykła: zabawnie poważna, filozoficzna jak poezja, absurdalnie logiczna,

czułostkowa i kpiarska, prosta i wieloznaczna, pisana z myślą o dzieciach, lecz

fascynująca i dla dorosłych. Obie części przygód Alicji można (i trzeba) czytać

wielokrotnie! Oto pojawia się nowe jej tłumaczenie, odkrywające kolejne sekrety

tekstu, który nigdy, do końca, odczytać się nie pozwoli. Świat stworzony przez Lewisa

Carrolla, fotografika i pisarza, pastora i matematyka, wiktoriańskiego konserwatysty

o duszy wiecznego dziecka pozostanie na zawsze rebusem, zagadką, tajemnicą…

Opinie o ebooku ALICJA W KRAINIE CZARÓW. PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA - Lewis Caroll

Fragment ebooka ALICJA W KRAINIE CZARÓW. PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA - Lewis Caroll






Wtopiona w złote popołudnie

Łódka leniwie sunie,

Dziecięce ramię trzyma wiosła

I dłoń, co mało umie,

Na próżno stara się i trudzi,

Bo ster jej nie rozumie.

Ach! Bezlitosna Trójko! W porze,

Gdy sennie świat omdlewa,

Gdy dech nie rusza nawet puchu,

Wam bajki się zachciewa!

Lecz ile zdziała głos samotny,

Gdy głosów troje śpiewa?

Pierwsza rozkaże jak Królowa:

„Zaczynaj!” – władczo głosi.

Druga o bajkę, co bez sensu,

Bardzo uprzejmie prosi.

A Trzecia tylko co minutkę

Jakąś uwagę wnosi.

Ucichły wreszcie – w świat fantazji

Zanurzą się cudowny,

Dziecko ze snu je poprowadzi

Przez dziwów świat czarowny –

Uwierzyć chcą, że ptak mówiący

Do prawdy jest podobny.

A kiedy wyobraźni źródło

Do dna już wyczerpane

I słabo prosi ktoś zmęczony:

„Co nieopowiedziane

Innym dopowiem razem”. – „Dalej!” –

Trzy krzykną zasłuchane.

I tak Kraina Czarów rośnie

Ze słów wysnuta treści

I coraz więcej dziwnych przygód

Baśń moja w sobie mieści.

Lśni zachód, czas do domu wracać,

Już koniec opowieści.

Alicjo! Weź tę piękną baśń

Z dziecięcą łagodnością

I schowaj, gdzie dzieciństwa sny

Ukrywa się z miłością,

Pamięci wstążką otul dary

Podane ci z czułością.


Rozdział 1

DO KRÓLICZEJ NORKI

Alicja poczuła się strasznie zmęczona. Nudziło ją to siedzenie z siostrą nad rzeką, bo nie miała tu nic, ale to zupełnie nic do roboty. Raz i drugi zerknęła do książki, którą czytała jej siostra, tylko że w środku nie było żadnych obrazków ani nawet dialogów. „Po co komu taka książka – pomyślała Alicja – w której nie ma ani obrazków, ani dialogów?”.

Zaczęła się więc zastanawiać (a myślało jej się ciężko, bo upał sprawiał, że czuła się senna i otumaniona), czy chce jej się wstać, żeby nazbierać stokrotek i upleść z nich wianek – co wydawało się dość przyjemnym zajęciem… – gdy nagle tuż obok niej przebiegł Biały Królik o różowych oczkach.

Pojawienie się Królika nie wydało się jej czymś BARDZO dziwnym, więc gdy usłyszała, jak mruczy pod nosem:

– Boże! O Boże! Nie zdążę! – też nie zdziwiła się ZA BARDZO (choć kiedy później zaczęła się nad tym zastanawiać, stwierdziła, że powinna była się zdziwić, I TO BARDZO, mimo że w tamtej chwili wydawało się jej to zupełnie zwyczajne). Dopiero gdy Królik wyjął z kieszonki surduta ZEGAREK NA ŁAŃCUSZKU, sprawdził godzinę, a potem przyspieszył kroku, Alicja zerwała się na równe nogi. Przemknęło jej przez myśl, że nigdy przedtem nie widziała królika w surducie z kieszonką, ani też królika noszącego w kieszeni zegarek. Bardzo zaciekawiona pobiegła za nim przez łąkę. Miała szczęście: w ostatniej chwili zauważyła, jak Królik znika w wielkiej króliczej norze tuż pod samym płotem.

Chwilę później Alicja ruszyła jego śladem i nawet przez moment nie przyszło jej do głowy, że będzie musiała jakoś się stamtąd wydostać z powrotem. Wnętrze króliczej nory trochę przypominało tunel, który nagle się skończył, tak że zanim Alicja zdążyła pomyśleć, iż powinna się zatrzymać, już leciała w dół bardzo, BARDZO głębokiej studni.

Może to studnia była bardzo głęboka, a może to Alicja leciała bardzo powoli, bo okazało się, że ma mnóstwo czasu, aby rozejrzeć się dookoła i próbować zgadnąć, co jeszcze jej się przytrafi. Najpierw usiłowała popatrzeć w dół i sprawdzić, co tam na nią czeka, ale było za ciemno, aby cokolwiek dostrzec. Rozejrzała się więc wokół siebie: ze wszystkich stron otaczały ją półki. Na jednych stały naczynia, na innych tłoczyły się książki, dlatego we wnętrzu studni poczuła się trochę jak w kredensie, a trochę jak w bibliotece. A jeszcze tu i ówdzie wisiały na gwoździach mapy i obrazki. Mijając jedną z półek, zdjęła z niej słoik, na którym ktoś napisał: KONFITURA POMARAŃCZOWA. Bardzo się rozczarowała, bo słoik, niestety, okazał się zupełnie pusty. Alicja nie chciała go wyrzucać – bała się, że mogłaby w ten sposób kogoś zabić – postanowiła więc odstawić go na jedną z mijanych półek.

„No, no – pomyślała – po takim spadaniu jak to wcale już nie będę się bała, że zlecę ze schodów. Wszyscy w domu będą mnie uważać za niezwykle odważną dziewczynkę! I nawet jakbym miała zlecieć
z samego czubka dachu, też bym ani nie pisnęła!”. (Co może nie było tak do końca prawdą, ale prawie nią było).

I w dół, w dół, w dół. Czy to spadanie nigdy się nie skończy?

– Ciekawe, ile mil przeleciałam przez ten czas? – zastanawiała się głośno Alicja. – Muszę być już w okolicach środka Ziemi. Proszę pozwolić mi pomyśleć: moim zdaniem to będzie około czterech tysięcy mil w głąb – (musicie wiedzieć, że Alicja nauczyła się już w szkole bardzo wielu różnych rzeczy i choć nie była to NAJLEPSZA okazja, by popisać się wiedzą, skoro nie było nikogo, kto mógłby podziwiać jej mądrość, była jednak to okazja DOŚĆ DOBRA, by sobie trochę takie popisywanie przećwiczyć) – tak, tak, na pewno dobrze obliczyłam odległość, nie wiem tylko, który to południk albo równoleżnik? – (Alicja nie miała pojęcia, co oznaczają słowa „południk” czy „równoleżnik”, ale wyrazy brzmiały tak mądrze, że miło było wypowiadać je na głos).

O, znowu zaczęła:

– Zastanawiam się, czy nie przelecę NA DRUGĄ STRONĘ kuli ziemskiej! Ale by było śmiesznie, jakbym znalazła się wśród ludzi, którzy chodzą do góry nogami! Oni się chyba nazywają Antypatyki, tak mi się przynajmniej wydaje – (tym razem Alicja była zadowolona, że NIKT jej nie słucha, bo miała wrażenie, że ta nazwa powinna brzmieć jakoś inaczej…) – a ja oczywiście będę się musiała zapytać, w jakim kraju się znalazłam. Przepraszam panią bardzo, czy to Nowa Zelandia, czy też Australia? – (spadając, próbowała grzecznie się ukłonić – potraficie sobie to wyobrazić? GRZECZNIE DYGAĆ, spadając w dół! Myślisz, że tobie by to się udało?) – Ta pani pomyśli, że jestem jakimś głuptasem, bo pytam, gdzie jestem! Nie, nigdy w życiu nie zapytam, może uda mi się zobaczyć gdzieś napis z nazwą kraju.

I wciąż w dół, w dół, w dół. Alicja nie miała lepszego zajęcia, więc znowu zaczęła gadać sama do siebie:

– Dina będzie dziś strasznie za mną tęsknić. Na pewno będzie! – (Dina jest kotem Alicji). – Mam nadzieję, że ktoś będzie pamiętał, żeby nalać jej mleka do miseczki w porze podwieczorku. Och, moja kochana Dino! Szkoda, że nie lecisz razem ze mną! Niestety, obawiam się, że myszy nie latają, ale może udałoby ci się złapać nietoperza, one bardzo są podobne do myszy, wiesz? Nie bardzo wierzę, że koty jedzą nietoperze. – Alicja poczuła się bardzo senna, mamrotała więc pod nosem sama do siebie, prawie usypiając: – Kto to wie, czy kot nietoperza zje? Kto to wie, czy kot nietoperza zje? – albo na odwrót: – Kto to wie, czy nietoperz kota zje?

Rozumiecie przecież, że skoro Alicja nie wiedziała, jak to jest z tymi kotami i nietoperzami, nie miało znaczenia, które z tych pytań powtarzała. Czuła, że usypia, i zdawało się jej, że spaceruje razem z Diną i właśnie zadaje jej bardzo ważne pytanie:

– Powiedz mi, Dino (tylko mów prawdę!), czy zjadłaś kiedyś nietoperza? – I w tej samej chwili: łup! chrup! Wylądowała na stercie patyczków i suchych liści. Tak oto skończyło się jej spadanie.

Lądowanie Alicji okazało się bezpieczne; nic jej się nie stało, więc od razu skoczyła na równe nogi i spojrzała w górę, ale było tam zupełnie ciemno – za to przed sobą zobaczyła długi korytarz, a w nim spieszącego się gdzieś Białego Królika. Nie było się nad czym zastanawiać: ruszyła przed siebie niczym wicher, na tyle szybko, że zdążyła usłyszeć:

– Na moje uszy i wąsy, ależ późno się zrobiło!

Skręcił za róg i straciła go z oczu. Była tuż za nim, ale kiedy znalazła się za rogiem, już go nie zobaczyła: znalazła się teraz w długim, niskim pomieszczeniu oświetlonym rzędem lamp zwisających z sufitu.

Ze wszystkich stron otaczały ją drzwi, które okazały się pozamykane na klucz. Alicja obeszła ten dziwny przedpokój dookoła, próbując otworzyć każde z nich, a potem usiadła smutna na środku podłogi. Martwiła się, że nigdy nie zdoła się stąd wydostać.

Nagle dostrzegła stoliczek na trzech nogach wykonany z grubego szkła, a na tym stoliczku nie leżało nic poza maleńkim złotym kluczem. Alicji od razu przyszło do głowy, że kluczyk będzie pasował do jakichś drzwi w przedpokoju, ale – niestety! – albo zamki były za duże, albo klucz za mały: tak czy owak do żadnego nie pasował. Gdy jednak obchodziła pomieszczenie po raz drugi, znalazła długą zasłonę, której wcześniej nie zauważyła, a za zasłoną ukryte były jeszcze jedne drzwi, wysokie na niecałe piętnaście cali. Włożyła złoty kluczyk do zamka i ucieszyła się ogromnie. Kluczyk pasował!

Alicja otworzyła drzwi i zobaczyła za nimi korytarz. Był mały, niewiele większy od szczurzej nory: musiała uklęknąć, żeby zajrzeć do środka i zobaczyć, że korytarz prowadzi do najpiękniejszego ogrodu, jaki kiedykolwiek widziała. Bardzo, bardzo chciała wydostać się z tej ciemnej sieni i pospacerować wśród rabatek pełnych barwnych kwiatów, wsłuchując się w chłodny szum fontanny, ale nawet jej głowa była za duża, żeby zmieścić się do środka.

„Nie zmieszczę tam nawet głowy – pomyślała biedna Alicja – zresztą z samej głowy bez ramion nie miałabym za wiele pożytku. Och, szkoda, że nie jestem składana tak jak teleskop! Jestem pewna, że udałoby mi się jakoś złożyć, gdybym wiedziała, od czego zacząć”. Widzicie, Alicji w ostatnim czasie przydarzyło się tak wiele niezwykłych rzeczy, dlatego uznała, że prawie wszystko na tym świecie jest możliwe – nawet to, co wydaje się niemożliwe.

Czekanie pod za małymi drzwiami nie miało większego sensu, więc Alicja wróciła do stolika. Miała cichutką nadzieję, że może znajdzie na nim kolejny malutki kluczyk albo chociaż książkę zawierającą instrukcję składania ludzi, podobną do instrukcji składania teleskopu, tym razem jednak na stoliku stała niewielka butelka
(– Która na pewno przedtem tu nie stała – powiedziała Alicja). Szyjka butelki owinięta była paskiem papieru, na którym duże, pięknie wykaligrafowane litery układały się w słowa: WYPIJ MNIE.

Łatwo powiedzieć „wypij mnie”, ale nasza mała Alicja była zbyt mądra, by zrobić TO od razu.

– O nie. Najpierw muszę ją obejrzeć – powiedziała – żeby sprawdzić, czy nie ma gdzieś napisu „trucizna”. – Alicja przeczytała już niejedną milutką historyjkę o dzieciach, które się spaliły albo zostały pożarte przez dzikie zwierzęta, albo miały inne nieprzyjemne przygody, a wszystko dlatego, że NIE PAMIĘTAŁY kilku prostych zasad, jakich uczyli je życzliwi przyjaciele, na przykład tych: jeśli za długo będziesz trzymać pogrzebacz rozpalony do czerwoności, to się poparzysz; jeśli BARDZO głęboko skaleczysz się w palec nożem, to poleci ci krew; no i ta, którą najlepiej zapamiętała ona sama: jeżeli napijesz się z butelki z napisem „trucizna”, to z pewnością ci to zaszkodzi – prędzej czy później.

Na tej butelce Alicja nie dostrzegła jednak napisu „trucizna”, dlatego postanowiła zaryzykować i spróbowała, a że było przepyszne (istotnie, napój miał cudowny smak wiśniowego ciasta, zmieszanego z budyniem, ananasem, pieczonym indykiem, krówkami i ciepłymi tostami posmarowanymi masłem), wypiła duszkiem aż do dna.

– Co to za dziwne uczucie! – powiedziała Alicja. – Składam się jak teleskop.

I właśnie tak było: miała teraz tylko dziesięć cali wzrostu, a jej buzia rozjaśniła się na samą myśl o tym, że jest teraz dokładnie tak wysoka, jak powinna być, aby przejść przez malutkie drzwi wprost do cudownego ogrodu. Najpierw jednak postanowiła poczekać kilka minut, żeby sprawdzić, czy nie będzie się kurczyć jeszcze bardziej, a trochę się denerwowała, bo:

– To się może różnie skończyć – powiedziała sama do siebie. – Mogę wytopić się do końca, jak świeca. Ciekawe, czym wtedy się stanę? – I Alicja zaczęła się zastanawiać, czym staje się płomień świecy po tym, jak już zostaje zdmuchnięty, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek coś takiego widziała.

Po chwili, gdy stwierdziła, że nie dzieje się z nią nic szczególnego, postanowiła od razu pójść do ogrodu, niestety – och, biedna, biedna Alicja! – kiedy dotarła do drzwi, spostrzegła, że zapomniała złotego kluczyka, wróciła więc po niego do stolika – okazało się jednak, że nie może go dosięgnąć. Widziała klucz bardzo wyraźnie przez szklany blat, próbowała nawet wspiąć się po jednej ze stołowych nóg, ale były za śliskie, więc zmęczona tymi próbami maleńka, bezradna dziewczynka usiadła i rozpłakała się.

– No coś ty, przestań już beczeć – dość surowo upomniała Alicja samą siebie. – Dobrze ci radzę, przestań w tej chwili!

Zazwyczaj udzielała sobie bardzo dobrych rad (szkoda tylko, że tak rzadko ich słuchała), czasem też wyzywała samą siebie tak surowo, że potrafiła doprowadzić się do łez; pamiętała nawet, jak pewnego razu wytargała się za uszy za to, że oszukiwała siebie podczas gry w krykieta, bo grała wówczas sama ze sobą – a wszystko dlatego, że to niezwykłe dziecko uwielbiało bawić się w udawanie, że jest dwiema osobami.

„Tylko teraz to nie ma żadnego sensu – pomyślała biedna Alicja –
udawać, że jestem dwiema osobami! Cóż, zostało ze mnie tyle, że nie wiadomo, czy wystarczy choć na JEDNĄ godną szacunku osobę”.

I wtedy nagle zauważyła pod stołem małe szklane pudełeczko: otworzyła je, a w środku znalazła malutkie ciasteczko, na którym pięknymi literami ułożonymi z rodzynków napisano dwa słowa: ZJEDZ MNIE.

– No to je zjem – powiedziała Alicja – bo jeżeli dzięki niemu urosnę, to dosięgnę klucza, a jeżeli zmaleję – to przeczołgam się pod drzwiami. Tak czy owak dostanę się do ogrodu i jest mi wszystko jedno, w jaki sposób tam wejdę!

Ugryzła kawałeczek i zadawała samej sobie pytanie pełne niepokoju:

– W którą stronę? W którą stronę? – Położyła przy tym rękę na czubku głowy, żeby sprawdzić, w jakim kierunku rośnie, i bardzo się zdziwiła, gdy odkryła, że jest wciąż tego samego wzrostu. Dla pewności dodam, że zazwyczaj tak właśnie się dzieje, kiedy ktoś je ciastko, ale Alicja już się przyzwyczaiła, że to, co ją tu spotyka, jest niezwykłe, dlatego wszystko, co zwyczajne, wydawało jej się teraz głupie i nudne.

I właśnie z tego powodu wzięła się do dzieła i bardzo szybko zjadła ciasteczko aż do ostatniego okruszka.


Rozdział 2

MORZE ŁEZ

Ciekawiejsze, coraz ciekawiejsze! – zawołała Alicja (była tak zaskoczona, że na chwilę zapomniała o zasadach gramatyki). – Jestem naprawdę składana jak największy teleskop świata! Żegnajcie buciki! – (bo kiedy popatrzyła w dół na swoje stopy, znajdowały się one tak daleko, że niemal zupełnie straciła je z oczu). – Och, moje biedne małe nóżki… Zastanawiam się, kto teraz będzie wkładał na was buciki i skarpetki, moje kochane? Bo ja na pewno już nie dam sobie z tym rady! Będę za daleko, żeby zawracać sobie wami głowę; musicie radzić sobie same. – „Powinnam być jednak dla nich milsza –
pomyślała Alicja – bo jeszcze nie pójdą tam, dokąd będę chciała! Wiem, co zrobię: co roku na Boże Narodzenie podaruję im nowe buty”.

I od razu zaczęła układać sobie w głowie cały plan: „Będę musiała nadać je przez posłańca – myślała sobie. – To musi być szalenie zabawne: wysyłać paczkę z prezentem dla własnej stopy. A jak dziwacznie będzie wyglądał adres:

Sz. Pani

Prawa stopa Alicji

Dywanik

Przy kracie kominka

(Z serdecznymi pozdrowieniami od Alicji).

Oj, ale też bzdury plotę!”.

Chwilę później uderzyła głową o sufit przedpokoju – nic dziwnego, miała już prawie dziewięć stóp wzrostu – i nie namyślając się wiele, chwyciła złoty kluczyk i pobiegła do drzwi prowadzących do ogrodu.

Biedna Alicja! Teraz jedyne, co mogła zrobić, to położyć się na podłodze na boku i patrzeć na ogród jednym okiem, bo wejście do środka było zupełnie niemożliwe: usiadła więc i znów się rozpłakała.

– Powinnaś się wstydzić – powiedziała Alicja – taka duża dziewczynka jak ty – (była to naprawdę słuszna uwaga) – nie powinna tyle płakać! Powtarzam ci: w tej chwili proszę przestać płakać! – Ale nie przestawała: płakała i płakała, roniąc ogromne strumienie łez, które spływały i spływały w dół, aż w końcu otoczyło ją łzawe jeziorko, głębokie na cztery cale i zajmujące niemal połowę przedpokoju.

Po pewnej chwili Alicja usłyszała gdzieś w oddali tupot czyichś kroków, więc w pośpiechu wytarła łzy, żeby zobaczyć, kto nadchodzi. Oto wracał Biały Królik, przepięknie wystrojony, trzymając w jednej łapce parę białych, mięciutkich skórzanych rękawiczek, a w drugiej duży wachlarz. Przebierał nogami w wielkim pośpiechu, mrucząc po drodze sam do siebie:

– Och! Księżna, Księżna! Och! Jak strasznie będzie się gniewać, jeśli każę jej na siebie czekać!

Alicję ogarnęła taka desperacja, że gotowa była zwrócić się o pomoc do każdego; kiedy zatem Królik znalazł się w pobliżu, odezwała się nieśmiało cichutkim głosikiem:

– Najmocniej pana przepraszam, czy…

Królik aż podskoczył z przerażenia, wypuścił z łapek białe rękawiczki i wachlarz, a potem przepadł w ciemnościach, uciekając, ile sił w nogach.

Alicja podniosła wachlarz i rękawiczki ze skórki i – ponieważ w przedpokoju było bardzo gorąco – zaczęła się wachlować, prowadząc przy tym rozmowę z samą sobą:

– No tak, tak! Jak dziwaczne zdarzenia mnie dziś spotykają! A wczoraj wszystko było jak zawsze. Ciekawe, czy to może ja zmieniłam się przez noc? Zastanówmy się: czy kiedy wstałam rano, byłam taka sama jak zwykle? Bo wydaje mi się, że czułam się chyba troszkę inaczej. Ale jeżeli nie jestem tą samą Alicją, to muszę dowiedzieć się, kim właściwie jestem? Och, to dopiero trudna zgadywanka! – I zaczęła wymieniać w myślach wszystkie znane sobie dzieci w tym samym wieku co ona, żeby sprawdzić, czy nie została przypadkiem zamieniona w któreś z nich.

– Na pewno nie jestem Adą – oświadczyła – bo Ada ma długie, kręcone włosy, a moje wcale się nie kręcą. Z pewnością nie jestem też Mable, bo bardzo dużo wiem, a ona, ach!, ona jest raczej głupiutka! Poza tym ONA to ona, a ja to JA i… och, strasznie trudna ta zgadywanka! Sprawdzę, czy ciągle wiem to wszystko, co dotychczas wiedziałam. No to zaczynamy: cztery razy pięć to dwanaście, a cztery razy sześć – trzynaście, a cztery razy siedem daje – o Boże! – w ten sposób nigdy nie dojdę do dwudziestu. Ale tabliczka mnożenia właściwie się nie liczy, lepiej sprawdzę, czy umiem geografię. Londyn jest stolicą Paryża, a Paryż stolicą Rzymu, a Rzym –
zaraz… zaraz… jestem pewna, że wszystko MÓWIĘ ŹLE! Musiałam się zmienić w Mable! Sprawdzę, czy potrafię powiedzieć Jak ślicznie… – Wyprostowała się, splotła ręce na fartuszku jak zawsze, kiedy odpowiadała na lekcji, i zaczęła recytować, ale jej schrypnięty głos brzmiał całkiem obco, a słowa układały się w zupełnie inny wierszyk:

Jak ślicznie, krokodylku mały,

Wyprężasz w słońcu ogon cały,

Nad Nilem łusek blask wspaniały

Obrazek tworzy doskonały.

Jakże radośnie się uśmiechasz,

Jak czule pazurkami głaszczesz

I grzecznie witasz już z daleka

Rybkę, co wpada w Twoją paszczę!

– Jestem pewna, że pomyliłam słowa – powiedziała strapiona Alicja, a jej oczy zaczęły znowu napełniać się łzami. – Wygląda na to, że jednak jestem teraz Mable i będę musiała mieszkać w tym jej brzydkim małym domu bez żadnych zabawek i – och! – będę się musiała bardzo dużo uczyć! Nic z tego: postanowiłam, że jeżeli jestem Mabel, to zostaję tu, na dole! I nawet jak przyjdą, wsadzą tu głowy i będą wołać: „Wyjdź do nas, kochanie, wróć!”, to ja tylko na nich popatrzę i zapytam: „A kim ja jestem? Powiedzcie mi najpierw, kim jestem. Jeżeli mi się spodoba to, kim mam być, to wyjdę, ale jeśli mi się nie spodoba, to zostanę tutaj”. Ale, och, niestety… –
Alicja rozpłakała się nagle rzewnymi łzami – …tak bardzo bym chciała, żeby WŁOŻYLI tu głowy! Nie chcę już dłużej być ZUPEŁNIE sama!

A kiedy to powiedziała, spojrzała na swoje dłonie i ze zdumieniem stwierdziła, że gdy tak rozmawiała sama ze sobą, wsunęła na rękę jedną z dwóch malutkich bielusieńkich rękawiczek Królika.

„Jak mi się to UDAŁO? – pomyślała. – Chyba znowu zmalałam”. Wstała, podeszła do stołu, żeby się przy nim zmierzyć, i odkryła, że ma teraz – na tyle, na ile mogła to stwierdzić – około dwóch stóp wzrostu i przez cały czas szybko się zmniejsza. Bardzo prędko domyśliła się, że powodem jej kurczenia się jest wachlarz, który trzymała w ręce – puściła go w ostatniej chwili: mało brakowało, a zniknęłaby z powierzchni ziemi.

– Niewiele brakowało! – powiedziała Alicja przestraszona swoją gwałtowną przemianą, ale bardzo zadowolona z tego, że jednak nie zniknęła. – A teraz do ogrodu! – Pobiegła najszybciej, jak umiała, w stronę maleńkich drzwiczek. Niestety, drzwi były wciąż zamknięte, a mały złoty klucz nadal leżał na szklanym stoliku.

„Jest jeszcze gorzej, niż było – pomyślała bezradna mała dziewczynka – bo jestem taka malutka, jak nigdy przedtem, nigdy! I moim zdaniem to okropne, po prostu okropne!”.

Mówiąc to, poślizgnęła się i po chwili – chlup! – zanurzyła się po szyję w słonej wodzie. Przyszło jej do głowy, że jakimś dziwnym trafem wpadła do morza.

– Wobec tego będę musiała wrócić pociągiem – powiedziała sobie. (Alicja była już kiedyś nad morzem i zapewne dlatego była przekonana, że całe angielskie wybrzeże wygląda tak samo: gdziekolwiek pojedziesz, zobaczysz rzędy kabin kąpielowych stojących tuż przy wodzie, dzieciaki grzebiące w piasku drewnianymi łopatkami, dalej stojące w szeregu domy, a za nimi – dworzec kolejowy). Szybko jednak zorientowała się, że to tylko morze łez, które wypłakała, kiedy miała prawie dziewięć stóp wzrostu.

– I po co tyle beczałam! – narzekała Alicja, pływając dookoła w poszukiwaniu brzegu. – Teraz, jak sądzę, zostanę za to ukarana i utonę w morzu własnych łez! To BĘDZIE niezwykłe, naprawdę niezwykłe! Choć dzisiaj wszystko jest naprawdę niezwykłe.

Właśnie wtedy usłyszała gdzieś w pobliżu plusk wody, podpłynęła więc, żeby sprawdzić, co tam było, i początkowo wzięła to zwierzę za morsa albo hipopotama, kiedy przypomniała sobie jednak, jaka jest malutka, stwierdziła, że to tylko mysz, która wpadła do wody podobnie jak ona.

„Zastanawiam się, czy warto – spytała w myślach Alicja – zagadnąć tę mysz? Wszystko tutaj wygląda inaczej niż w zwykłym świecie, więc jest bardzo prawdopodobne, że mysz umie mówić, tak sądzę, a zresztą nic się nie stanie, jeśli spróbuję”.

Zaczęła więc:

– O, Myszo, czy wiesz może, jak wydostać się z tej wody? Pływam już długo i bardzo się tym zmęczyłam, o, Myszo! – (Alicja uznała, że właśnie w ten sposób powinna zwracać się do myszy, bo choć nigdy przedtem czegoś podobnego nie robiła, pamiętała jednak dobrze strony z podręcznika gramatyki należącego do jej brata: „mysz – myszy – myszy – mysz – z myszą – o myszy – o myszo!”).

Mysz popatrzyła na nią z zaciekawieniem, wydawało się nawet, że mrugnęła do dziewczynki jednym ze swych małych oczu, ale nic nie powiedziała.

„Może nie zna angielskiego – pomyślała Alicja. – Przecież to może być francuska mysz, która przybyła tu razem z Wilhelmem Zdobywcą – (mimo stosunkowo dobrej znajomości historii, Alicja nie miała jeszcze wyrobionego pojęcia o tym, jak dawno temu miały miejsce poszczególne fakty)”.

Zaczęła jeszcze raz:

Ou est ma chatte? – Było to pierwsze zdanie z jej podręcznika do francuskiego. Mysz nagle zanurkowała pod wodę i cała zaczęła się trząść ze strachu.

– Och, strasznie cię przepraszam! – zawołała szybko Alicja, przerażona, że mogła urazić uczucia biednego zwierzaka. – Zupełnie zapomniałam, że nie lubisz kotów.

– Nie lubię kotów! – wrzasnęła Mysz cienkim, gniewnym głosem. – A ty lubiłabyś je, GDYBYŚ była na moim miejscu?

– Możliwe, że nie – pojednawczym tonem oznajmiła Alicja. – Nie gniewaj się na mnie. Szkoda, że nie mogę pokazać ci naszej Diny, bo z pewnością polubiłabyś koty, gdybyś ją poznała. Jest taka spokojna i bardzo kochana – Alicja mówiła dalej, trochę jakby do samej siebie, pływając leniwie w słonym jeziorze – a kiedy siedzi przy kominku, tak słodko mruczy, liże łapki i myje sobie pyszczek, i jest taka miękka, w sam raz do przytulenia, no i znakomicie łowi myszy…Och! Strasznie cię przepraszam! – Jeszcze raz zawołała Alicja, gdyż tym razem Mysz mocno się napuszyła i wyglądała na bardzo obrażoną. – Nie będziemy już rozmawiały na jej temat, jeżeli nie chcesz…

– No patrzcie państwo, my! – zawołała Mysz, która trzęsła się aż po koniec ogonka. – Tak jakbym ja mogła w ogóle rozmawiać na ten temat! Nasza rodzina zawsze NIENAWIDZIŁA kotów: to wstrętne, obrzydliwe, wulgarne stwory! Nigdy więcej nie wymieniaj przy mnie ich nazwy!

– Obiecuję, że więcej nie będę! – powiedziała Alicja, pospiesznie szukając nowego tematu do rozmowy. – A lubisz może… może… psy?

Mysz nie odpowiedziała, więc Alicja pełna zapału mówiła dalej:

– Obok mojego domu mieszka taki śliczny mały piesek – wielka szkoda, że nie mogę ci go pokazać! To młodziutki brązowy terier, wiesz, ma jasne oczka i, och!, mięciutkie, kręcone futerko! Możesz mu coś rzucić, a on ci to przyniesie i staje na dwóch łapach, żeby poprosić o obiad, no i w ogóle… a jego pan ma gospodarstwo i podobno on jest bardzo pożyteczny w tym gospodarstwie i jego pan nie oddałby go nawet za sto funtów, wiesz? Ten pan mówił, że jego pies zagryzł wszystkie szczury i… Ojej! – krzyknęła bardzo zmartwiona Alicja. – Boję się, że ona znowu się na mnie obraziła! – bo oto Mysz odpływała w siną dal, machając łapkami z całej siły i burząc spokojną taflę wody morza łez.

Zawołała więc jak najsłodszym głosem:

– Kochana Myszko! Wróć do mnie, proszę, a nie pisnę już ani słóweczka na temat kotów i psów, skoro tak bardzo ich nie lubisz!

Kiedy Mysz ją usłyszała, zawróciła i powoli podpłynęła bliżej: pyszczek miała pobladły, niemal biały (z wściekłości, oceniła Alicja), a jej cichy głos drżał:

– Popłyńmy do brzegu, to opowiem ci swoją historię, a wtedy zrozumiesz, dlaczego nienawidzę kotów i psów.

Był już najwyższy czas, aby zebrały się do drogi, gdyż morze łez stawało się coraz bardziej zatłoczone, zapełniło się ptakami i zwierzętami, które zdążyły już do niego wpaść: był tu Kaczor i ptak zwany Dodo, papużka Lori, Orlątko i jeszcze kilka równie ciekawych stworzeń. Alicja ruszyła w stronę brzegu, a za nią płynęło całe to niezwykłe towarzystwo.


Rozdział 3

WYŚCIG ELIT I DŁUGAŚNA OPOWIEŚĆ

Stanowili naprawdę dziwaczną zbieraninę, kiedy już wydostali się na ląd: ptaki z przemokniętymi piórami, zwierzaki oblepione mokrą sierścią – wszyscy ociekali wodą i wszyscy wyglądali równie żałośnie i bezradnie.

Najważniejszym ich problemem było, oczywiście, jak się wysuszyć. Zaczęli dzielić się pomysłami, więc już po kilku minutach Alicja rozmawiała ze wszystkimi swobodnie i naturalnie, jakby znali się od dawna. Nic dziwnego, że wkrótce pokłóciła się porządnie z Lori, która nadąsała się i powtarzała w kółko:

– Jestem od ciebie starsza, wiec na pewno mądrzejsza – na co Alicja nie chciała się zgodzić, nie wiedząc, ile papuga ma lat, a że Lori nie chciała zdradzić swojego wieku, rozmowa się urwała.

W końcu Mysz, która chyba cieszyła się w tym towarzystwie pewnym szacunkiem, zawołała:

– Siadajcie tu wszyscy i posłuchajcie mnie! JA was zaraz całkiem wysuszę!

Natychmiast usiedli dookoła, tworząc duży krąg z Myszą w samym środku. Alicja nie spuszczała z niej wzroku przepełnionego niepokojem, czuła bowiem, że jeśli szybko nie znajdzie sposobu na wysuszenie, na pewno strasznie się przeziębi.

– Mhmm! Mhmm! – oznajmiła Mysz bardzo poważnym tonem. – Wszyscy gotowi? Opowiem wam o najsuchszej rzeczy, jaką znam. Tylko uprasza się o ciszę! Wilhelm Zdobywca, wyposażony w błogosławieństwo samego papieża, szybko zdobył poparcie Anglików, którym brakowało prawdziwego przywódcy. Ostatnimi laty rządziły krajem przemoc i samowola. Edwin i Morcar, hrabiowie Mercie i Northumbrii…

– Bleee! – wzdrygnęła się głośno Lori.

– Przepraszam najmocniej! – powiedziała Mysz niezwykle uprzejmym tonem, lecz z groźnie wyglądającą miną. – Czyżbyś coś mówiła?

– Ależ to nie ja! – pospiesznie odrzekła Lori.

– Wydawało mi się, że coś mówiłaś – stwierdziła Mysz. – A więc kontynuuję: Edwin i Morcar, hrabiowie Mercie i Northumbrii, zadeklarowali swoje poparcie, a nawet Stigand, arcybiskup Canterbury, wielki patriota, wziął to sobie do serca i…

– CO wziął?– spytał Kaczor.

– Wziął TO – odparła lekko zniecierpliwiona Mysz. – Z pewnością wiesz, co oznacza słowo „to”.

– Oczywiście, że wiem, co oznacza słowo „to”, jeżeli chcę to wziąć – odrzekł Kaczor. – Zwykle jest to żaba albo robak. Ale ja pytam, czym było „to”, co wziął sobie do serca arcybiskup?

Mysz, nie zwracając uwagi na to pytanie, zaczęła szybko mówić dalej:

– …wziął sobie to do serca i wraz z Edgarem Athelingiem wyjechał, by przywitać Wilhelma i zaproponować mu koronę. Orszak Wilhelma początkowo był bardzo skromny, jednak zuchwałość Normanów… I co, kochanie, jak się czujesz? – zwróciła się do Alicji.

– Równie mokro jak przedtem – smutnym tonem odpowiedziała Alicja. – Wygląda na to, że wcale mnie to nie wysuszyło.

– Wobec tego – odezwał się z powagą Dodo, wstając z miejsca – wnioskuję o chwilowe odroczenie naszego mityngu w celu pozyskania wysokoenergetycznych środków zaradczych w celu…

– Gadaj po naszemu! – powiedziało Orlątko. – Nie rozumiem nawet połowy tych trudnych wyrazów, a tak w ogóle to ci nie wierzę! – Orlątko schyliło głowę, żeby ukryć uśmiech: niektóre z ptaków chichotały głośno.

– Chciałem powiedzieć – powtórzył Dodo obrażonym tonem – że najlepszym sposobem na wyschnięcie będzie Wyścig Elit.

– Ale co TO jest Wyścig Elit? – zapytała Alicja nie dlatego, że koniecznie chciała wiedzieć, ale Dodo zrobił taką przerwę, jakby uważał, że KTOŚ powinien się odezwać, a nikt inny – jak się zdaje –
nie miał takiego zamiaru.

– No cóż – odrzekł Dodo – najlepiej można to wytłumaczyć, jak się to robi. – (A ponieważ może się zdarzyć, że chcielibyście któregoś zimowego dnia sami spróbować tej zabawy, opowiem wam, jak Dodo ją przeprowadził).

A więc najpierw narysował tor wyścigowy, który przypominał koło (– Dokładny kształt nie ma znaczenia – wyjaśnił Dodo), potem całe towarzystwo ustawiło się na torze, tu i tam, gdzie popadło. Nie było żadnego „do biegu gotowi, start”, każdy zaczynał bieg wtedy, kiedy miał ochotę i kończył też, kiedy miał ochotę, więc nie bardzo było wiadomo, kiedy wyścig się skończył. Gdy minęło jakieś pół godziny tego biegania i wszyscy zdążyli już wyschnąć, Dodo zawołał nagle:

– Koniec wyścigu! – I wszyscy zgromadzili się wokół niego, zdyszani i bardzo ciekawi:

– Kto zwyciężył?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, Dodo musiał przez dłuższą chwilę pomyśleć. Usiadł, przycisnął palec do czoła (w takiej samej pozie, w jakiej najczęściej oglądamy Szekspira na portretach), siedział i myślał, a cała reszta czekała w milczeniu. Wreszcie Dodo odezwał się:

– WSZYSCY wygraliście, więc każdy musi teraz dostać nagrodę.

– Ale kto ma nam dać te nagrody? – spytał dość zgodny chórek.

– Oczywiście, że ONA – oświadczył Dodo, wskazując palcem Alicję, którą całe towarzystwo natychmiast otoczyło, przekrzykując się wzajemnie:

– Nagrody! Nagrody!

Alicja nie miała pojęcia, co robić. Bardzo zmieszana wsunęła rękę do kieszeni, wyciągnęła z niej pudełko karmelków (na szczęście słona woda nie dostała się do środka) i wręczyła każdemu po cukierku. Było ich akurat tyle, by każdy dostał po jednym.

– Wiecie co? Ona też powinna dostać jakąś nagrodę – zauważyła Mysz.

– Oczywiście – potwierdził z wielką powagą Dodo i zwrócił się do Alicji: – Co masz jeszcze w kieszeni?

– Mam tylko naparstek – posmutniała Alicja.

– Podaj mi ten przedmiot – powiedział Dodo.

Całe towarzystwo znów otoczyło dziewczynkę, a Dodo z poważną miną wręczył jej naparstek, mówiąc:

– Upraszamy cię o przyjęcie tego oto eleganckiego naparst-
­ka. – A kiedy skończył tę krótką przemowę, wszyscy zaczęli bić brawo.

Cała ta scena bardzo rozśmieszyła Alicję, ale wszyscy jej towarzysze zachowywali się tak poważnie, że nie odważyła się zachichotać. Nie mając pojęcia, co powinna powiedzieć w tej sytuacji, skinęła uprzejmie głową i przyjęła dar, starając się przybrać przy tym najpoważniejszą ze swoich min.

Następnie przyszedł czas na jedzenie karmelków: wywołały one sporo zamieszania i hałasu, bo większe ptaki skarżyły się, że nawet nie poczuły smaku cukierków, a mniejsze krztusiły się nimi i trzeba je było przewracać na plecy. W końcu jednak uporali się z tym i znowu usiedli w kole, prosząc Mysz, by opowiedziała im coś jeszcze.

– Obiecałaś, że opowiesz mi swoją historię – nalegała Alicja. – Wiesz, tę, która mówi, dlaczego nie lubisz tych na Ka ani tych na Pe – dodała szeptem, w obawie, że Mysz znów poczuje się obrażona.

– To będzie długi i smutny agon! – powiedziała Mysz, spoglądając na Alicję i wzdychając.

– Tak, rzeczywiście DŁUGI – powiedziała Alicja, zerkając w dół, na ogon Myszy. – Ale dlaczego uważasz, że jest smutny? – Zagadka ta pochłonęła ją na tyle, że nie przestała o niej myśleć, nawet słuchając opowieści, która naprawdę zaczęła jej przypominać ogon:

– Nie uważasz. – Mysz surowo skarciła Alicję. – O czym ty właściwie myślisz?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.