Alicja - Jacek Piekara - ebook
Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 33 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alicja - Jacek Piekara

Książka zawiera:

  • Alicja i Miasto Grzechu

  • Alicja i Ciemny Las

*  *  *

Aleks na początku historii jest tym, kim zawsze bałem się być: człowiekiem przegranym pod każdym względem, którego przekonanie o własnym talencie i wyjątkowości ginie pod wpływem całkowitej obojętności otoczenia. A jednocześnie nie umiejącym podejmować decyzji, tkwiącym w marazmie, utopionym w szarzyźnie, zniechęconym i zagubionym.

Jacek Piekara

wywiad dla

W świecie, który zna mit Lolity i słowo "pedofil" widzi każdego dnia w gazecie, bliskie relacje nad wyraz rozwiniętej Alicji z samotnym mężczyzną wydają się wybitnie nieprzyzwoite. A jednak ich relacja jest całkowicie platoniczna, choć w związku jest coś tajemniczego.

Agnieszka Mazur

Magia to najodpowiedniejsze słowo na określenie relacji między Alicją i Aleksem. Przyjaźń jest chyba pojęciem za małym, zaś miłość - zbyt typowym i nie oddającym istoty tej znajomości.

Tawerna RPG

Opinie o ebooku Alicja - Jacek Piekara

Cytaty z ebooka Alicja - Jacek Piekara

Kim bym był, gdybym nie przyszedł jej teraz z pomocą? Gdybym po wszystkim, co zrobiła dla mnie, ograniczył się do okrągłych słów współczucia? Gdybym nie potrafił zapłacić za jej przyjaźń? Już do końca życia nie mógłbym patrzeć w lustro bez obawy, że porzygam się na widok własnej twarzy.
– Powiedz mi, dziewczyno Robina, ile było takich nocy, kiedy musiałaś przekonywać samą siebie, że jednak warto dożyć poranka? A rano żałowałaś, że w nocy nie zdobyłaś się na to minimum odwagi, na które zdobyć się trzeba, by ból wreszcie zniknął? – Skąd wiesz? Czemu tak mówisz? Nie rozumiem... – Pokręciła głową z jakąś wzruszającą bezradnością.
Opowiem ci dowcip – zacząłem – świadczący o tym, iż czasami należy używać wulgarnych słów. Oto masz mi opisać cudowny zachód słońca. Możesz rozpływać się nad tym, jak piękne było niebo, deklamować poematy o chmurach i słonecznej tarczy. A tymczasem wystarczy jedno... – zawiesiłem głos. – Taaaak? – nie zawiodła mnie. – Wystarczy powiedzieć: „Aleks, jaki ja, kurwa, cudowny zachód słońca widziałam!”. I wszystko już będę wiedzieć... Roześmiała się. – Urocze – stwierdziła. – A jak się ma do mojego pytania? – O kurwa, jakich ja dzisiaj piersi dotknąłem! – Aua! Ty wiesz, jak sprzedać komplement dziewczynie. Pocałowała mnie w usta. Szybkim, przyjacielskim pocałunkiem. Czułym, nie namiętnym. – Lubię cię – powiedziała. – I naprawdę mi przykro, że będę musiała cię skrzywdzić. – O, to mamy
Na wodzie, tuż obok mola, kołysał się ogromny drakkar z dziobem w kształcie smoczej głowy. Coś mi się nie zgadzało. Po pierwsze, dysponował miejscami, jak pobieżnie mogłem ocenić, dla ponad stu wioślarzy, a tak wielkich okrętów wikingowie w zasadzie nie budowali. Po drugie, drakkar stojący w porcie nie powinien mieć zawieszonej na dziobie smoczej głowy, którą zakładano w czasie napadów na wrogie miasto (najpierw żeby przerazić mieszkańców, potem żeby przerazić bóstwa opiekujące się napadniętymi). Pozostawienie smoczej głowy w przyjaznej przystani słusznie odczytano by jako zniewagę. No cóż, nie moją sprawą było zastanawiać się nad historycznym prawdopodobieństwem zastanej scenografii. W końcu nie odbywałem podróży w czasie, a podróż do jakiejś krainy Nigdy-Nigdy, gdzie równie dobrze pod rękę z Normanami mogli spacerować japońscy samurajowie i zuluscy wojownicy. Zresztą Bóg jeden raczy wiedzieć, czy
do czynienia z taką, a nie inną rzeczywistością. – Nie mogę – odparłem jednocześnie z żalem i bez żalu – gdyż w porcie mego świata zarzuciłem tak potężną kotwicę, że mógłbym ją wyrwać jedynie z własnym sercem. – Ho, ho, powinieneś zostać skaldem. – Znowu klepnął mnie w ramię, lecz tym razem byłem już przygotowany. – Cóż, tak bywa – westchnął.
– Ale nieważne, czego pragnę, gdyż ty, kochany, masz moje serce, więc udam się tam, gdzie zechcesz... Niezależnie, co o takiej podróży myślę. Nadeszła chwila wyboru. Cholernie trudnego wyboru. Wyboru, w którym decydujesz, czy wolisz być nieszczęśliwy, czy też wolisz unieszczęśliwić kogoś innego. Nie ma prostych rozwiązań. Mogłem sobie tłumaczyć, że zielonooka przystosuje się do mojego świata, że poczuje się w nim spełniona, że zapewnię jej wszystko, czego pragnie. Mogłem święcie w to ufać i święcie w to wierzyć. Ale jakie miałem prawo, by odbierać jej wolną wolę? Kto mi dał prawo, by decydować za nią? Jeśli naprawdę ci na kimś zależy, pozostawisz mu swobodę działania, choćby to działanie było nie po twojej myśli. Jeśli naprawdę kogoś kochasz, pozwolisz, by złamał ci serce. Podałem jej walentynkowe serduszko.