Alfabet mistrzów  - Praca zbiorowa - ebook
Wydawca: Charaktery Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 147 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alfabet mistrzów - Praca zbiorowa

Alfabet mistrzów to wybór krótkich tekstów wybitnych postaci współczesnej kultury polskiej, opublikowanych na łamach miesięcznika psychologicznego „Charaktery”: Anny Sobolewskej, Tadeusza Konwickiego, Gustawa Holoubka, Józefa Hena, Krzysztofa Zanussiego, Henryka Wańka, Jerzego Bralczyka, Jacka Jadackiego, ks. Jana Sochonia, Marka Ruszkowskiego, Krzysztofa Szymborskiego. Przypominają prawdy często z pozoru niemodne, odpychane, chowane gdzieś w zakamarkach pamięci albo po prostu zapomniane. Mówią własnym głosem o tym, co ich zdaniem jest naprawdę ważne, co stanowi o człowieczeństwie, co pozwala nazwać kogoś dobrym człowiekiem. Teksty wybrane do Alfabetu Mistrzów złożą się na podręcznik... przyzwoitości – prostej, zwyczajnej, codziennej. Przypomną, że bycie przyzwoitym wcale nie wymaga wielkiego wysiłku. Że najważniejsze to chcieć być przyzwoitym.

Opinie o ebooku Alfabet mistrzów - Praca zbiorowa

Fragment ebooka Alfabet mistrzów - Praca zbiorowa










Redaktor Piotr Żak

 

Projekt graficzny okładki BeZetHa

 

Zdjęcie na okładce ©iStockPhoto.com

 

W książce wykorzystano felietony publikowane na łamach magazynu psychologicznego „Charaktery” w latach 1998–2012. Felietony Tadeusza Konwickiego publikowane za zgodą Autora.

 

Korekta Anna Zdonek

 

Copyright © by Charaktery sp. z o.o. Kielce 2012

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

ISBN 978-83-934376-3-4

 

Charaktery sp. z o.o.

25-502 Kielce, ul. Paderewskiego 40

tel. 41 343 28 44

www.charaktery.eu

 

Wydanie pierwsze

 

Konwersja NetPress Digital Sp. z o.o.


Wstęp

Alfabet – czyli po polsku abecadło – to porządek. W swoim podstawowym znaczeniu określa porządek znaków, zwanych zazwyczaj literami, dzięki którym możemy w piśmie uwiecznić każdą myśl. Inną sprawą pozostaje, ile z tych myśli zasługuje na to, aby zostać uwiecznionymi na piśmie…

Alfabet to także porządek słów. Dzięki niemu możemy tworzyć słowniki, encyklopedie, leksykony. Uporządkowane według alfabetu wyrazy są łatwe do odnalezienia, a czasami także do zapamiętania.

Według alfabetu porządkujemy też wszelkie listy i spisy: ludzi, przedmiotów, zdarzeń. Nauczyciele w szkołach sprawdzają ułożone alfabetycznie listy uczniów, księgowe w firmach zgodnie z alfabetem układają listy płac. Ułożone alfabetycznie listy nazwisk budziły też i gdzieniegdzie wciąż budzą jak najgorsze skojarzenia: skazani, wywiezieni, internowani, zaginieni, zabici…

Ale słowem alfabet czy abecadło posługujemy się nie tylko w kontekście językowym. Powiedzenie prawnicze, lekarskie czy dziennikarskie abecadło oznacza, że mamy do czynienia z wiedzą podstawową, absolutnie niezbędną, bez której nie może funkcjonować żaden szanujący się przedstawiciel danej profesji. W tym kontekście alfabet oznacza porządek zdobywania wiedzy: od podstaw do szczegółów zrozumiałych dla prawdziwych specjalistów.

Używamy także słowa alfabet albo abecadło po to, aby wprowadzić porządek w świecie idei, myśli, wartości. Dzięki niemu chcemy pokazać to, co według nas jest w tej dziedzinie szczególnie ważne, co uważamy za absolutnie niezbędne w życiu każdego, kto chce uchodzić za porządnego człowieka.

Dlatego ten zbiór felietonów wybitnych polskich intelektualistów zatytułowaliśmy Alfabet Mistrzów. Przypominają oni bowiem prawdy często z pozoru niemodne, odpychane, chowane gdzieś w zakamarkach pamięci albo po prostu zapomniane. Mówią własnym głosem o tym, co ich zdaniem jest naprawdę ważne, co stanowi o człowieczeństwie, co pozwala nazwać kogoś dobrym człowiekiem. Ich teksty składają się na podręcznik… przyzwoitości – prostej, zwyczajnej, codziennej. Przypominają, że bycie przyzwoitym wcale nie wymaga wielkiego wysiłku. Że najważniejsze to chcieć być przyzwoitym.

BOGDAN BOAŁEK

redaktor naczelny „Charakterów”,

prezes Stowarzyszenia im. Jana Karskiego


A jak autorytet

JACEK JADACKI – Sam profesor upiekł tę gęś…

GUSTAW HOLOUBEK – Zdrowa hierarchia

KRZYSZTOF SZYMBORSKI – Słynny z tego, że znany

B jak Bóg

ks. JAN SOCHOŃ – Źrenica oka

ANNA SOBOLEWSKA – Gdy bracia żyją razem

C jak charakter

GUSTAW HOLOUBEK – Mój sposób na cierpienie

KRZYSZTOF SZYMBORSKI – Kolor zebry

JERZY BRALCZYK – Magia charakterów

D jak duchowość

KRZYSZTOF ZANUSSI – Bezinteresowna duchowość

JERZY BRALCZYK – Pozdrawiam dusznie

E jak emocje

KRZYSZTOF SZYMBORSKI – Empatia

JERZY BRALCZYK – Nisko, coraz niżej, depresja

F jak fantazja

HENRYK WANOEK – ENRON jest wszędzie

JERZY BRALCZYK – To tylko fantazje


A jak autorytet

JACEK JADACKI

Sam profesor upiekł tę gęś…

Akowicz to wielki autorytet – mówi Bekowska do Cekańskiej. – Jak dla kogo, dla mnie nie bardzo – odpowiada Cekańska. – Poza tym – wtrąca Dekocka – może jest autorytetem w dziedzinie kunsztu kulinarnego, ale nie w sprawach genetyki molekularnej.

Ta krótka rozmowa między Bekowską, Cekańską i Dekocką ujawnia istotne wyznaczniki autorytetu. Jest się mianowicie autorytetem w pewnym stopniu, dla pewnego grona „uznawców” i w obrębie pewnej dziedziny.

Odróżnijmy autorytet praktyczny od autorytetu epistemicznego. Z grubsza rzecz biorąc, w wypadku autorytetu praktycznego chodzi o dziedzinę umiejętności (np. pieczenie gęsi), a w wypadku autorytetu epistemicznego – o dziedzinę wiedzy (np. że w jednej gamecie może się znaleźć tylko jeden allel danego genu).

Jest kilka warunków niezbędnych tego, żeby Akowicz był dla Bekowskiej rzeczywiście wielkim autorytetem w pewnej dziedzinie (o ten dodatek „w pewnej dziedzinie dla…” – upomniały się Cekańska i Dekocka). Po pierwsze, umiejętności lub wiedza Akowicza powinny znacznie przewyższać umiejętności lub wiedzę Bekowskiej. Najłatwiej osiągnąć ten stan rzeczy, jeśli umiejętności lub wiedza Bekowskiej są bliskie zera. To sytuacja, w której rodzice stają się autorytetami dla swoich małych dzieci. Po drugie, umiejętności lub wiedza Akowicza powinny wyrastać też znacznie ponad umiejętności lub wiedzę otoczenia Bekowskiej. W tym wypadku znowu najłatwiej to osiągnąć, gdy liczebność tego otoczenia jest minimalna albo zerowa. Sprzyja to autorytetowi rodziców dopóty, dopóki w otoczeniu dziecka nie ma dla nich konkurencji: rodzinnej (dziadkowie, stryjostwo itd.) i pozarodzinnej (niania, nauczyciele, koledzy itd.).

Nie wystarczy jednak, żeby Akowicz miał umiejętności lub wiedzę dużo większe niż Bekowska i żeby nikt w jej otoczeniu pod względem tej „nadwyżyki” go nie przewyższał. Trzecim warunkiem niezbędnym, żeby Akowicz stał się autorytetem dla Bekowskiej, jest jeszcze to, żeby Bekowska o tej przewadze Akowicza sama wiedziała. Aby uzyskać taką wiedzę, Bekowska musi się przekonać, że Akowicz istotnie spełnia wspomniane warunki. Może to zrobić w ten sposób, że odwoła się do opinii Cekańskiej, Dekockiej itd., ale wtedy w mniejszym lub większym stopniu Cekańska, Dekocka itd. zaczną odgrywać rolę metaautorytetów, które także trzeba by sprawdzić (takimi metaautorytetami są dla ludzi bezkrytycznych media, a zwłaszcza radio, telewizja i Internet – niektórym wystarczy „pieczęć” mediów, aby przyznać komuś albo odebrać autorytet).

Przed tą „gonitwą za autorytetami” Bekowską uchronić może tylko jedno: że ostatecznie umiejętności każdego ze swoich autorytetów skonfrontuje sama z wyzwaniami, przed którymi owe autorytety stają, lub że ich przekonania (a w szczególności to, co z nich ujawniają) skonfrontuje sama z rzeczywistością.

Krytyczne korzystanie z autorytetów może prowadzić w końcu do zjawiska „ucieczki autorytetów”. Załóżmy taką sytuację: Bekowska przekonuje się, że Akowiczowi nie udaje się sprostać coraz większej liczbie wyzwań i że rzeczywistość falsyfikuje coraz więcej jego (ujawnionych) przekonań. Tym samym coraz bardziej maleje autorytet Akowicza. Bekowska zaś – żeby się o tym wszystkim przekonać – sama musi coraz więcej umieć lub wiedzieć. W konsekwencji dystans między Bekowską a Akowiczem pod względem umiejętności lub wiedzy zaczyna się zmniejszać, aż osiąga punkt krytyczny, w którym Akowicz po prostu przestaje być dla Bekowskiej w ogóle autorytetem.

Są dwie tamy powstrzymujące „ucieczkę autorytetów”. Jedną mogą zbudować tylko sami „nosiciele” autorytetów: przez wytrwałe dążenie do utrzymania się w funkcji rzeczywistych autorytetów w danej dziedzinie – i to dla wszystkich. A także – co nie mniej ważne – przez to, że będą się z całych sił bronić przed zgubną pokusą odgrywania (w istocie żałosnej) roli autorytetu w każdej dziedzinie. Druga tama – a raczej jej śluza – jest w rękach „uznawców”. Mogą oni w ogóle nie podnosić kwestii prawomocności swoich autorytetów i nie sprawdzać, czy ich „nosiciele” naprawdę zasługują na miano „autorytetów” w danej dziedzinie. Pierwszy sposób – sposób bobrów – wymaga od autorytetu nadludzkiego nieraz wysiłku. Drugi sposób – sposób dzioborożców – prowadzi często „uznawców” do tragedii (Samica dzioborożca po złożeniu jajek w dziupli zostaje w niej przez samca zamurowana. W murze pozostaje tylko otwór, przez który samiec karmi samicę, aż do wyklucia się piskląt. Samiec staje się w ten sposób dla samicy jedynym łącznikiem ze światem).

Niektórzy mówią, że żyjemy w czasach autorytetów. To krótka perspektywa. Ludzie zawsze opierali się w życiu na autorytetach, tyle że może inaczej „nosicieli” autorytetu nazywali: mówiono o nich na przykład „mentor” czy „konsultant”, a nie „guru” czy „ekspert”. Kto wie, czy zmiana terminów nie była kamuflażem rozczarowania fałszywymi autorytetami i tęsknoty za autorytetami prawdziwymi. Rzecz w tym, że bez autorytetów nikt nigdy i nigdzie się nie obejdzie.

kwiecień 2004


GUSTAW HOLOUBEK

Zdrowa hierarchia

Zapewne nie różnię się od reszty społeczeństwa. Oglądałem mistrzostwa świata w piłce nożnej, emocjonowałem się grą polskiej reprezentacji i mimo wszystko miałem nadzieję, że występy Polaków nie zakończą się w fazie grupowej. Naszej reprezentacji towarzyszył – szczególnie przed mistrzostwami – niczym nieuzasadniony huraoptymizm. Trener Jerzy Engel był zadowolony, mówił o dobrym przygotowaniu zespołu, choć tak naprawdę nic o tym nie świadczyło. Przecież przez kilka miesięcy reprezentacja była na urlopie – sporadyczne zgrupowania, nieudane mecze kontrolne. Po prostu zabrakło odpowiedniej pracy.

A nauka na przyszłość jest prosta. Dopóki nie zajmiemy się sobą sami, jeśli nie oddamy w ręce ludzi kompetentnych decydowania o sprawach ważnych i najważniejszych, jeśli nie będziemy chociaż próbować rzetelnej pracy, to nikt, powtarzam – nikt nam nie pomoże, ani tym bardziej nie zrobi nic za nas.

Za tym apelem o samowystarczalność i samodzielność (także w tej wielkiej polityce, szczególnie zagranicznej) kryje się proste przesłanie: dobrobytu nikt za nas nie zbuduje. Jedną z dróg wiodących do tego jest powrót do dawnej, dobrej, sprawdzonej zasady – tworzenia elit. Powinniśmy zrobić wszystko, aby kierowały one każdą dziedziną naszego życia – szanowane i darzone zaufaniem, abyśmy bez wahania mogli im powierzyć decydowanie o losach społeczeństwa i państwa. Elit oczywiście nie definiuję tak, jak to czyniono w czasach PRL, kiedy samo słowo działało na ówczesne władze jak płachta na byka – nie chodzi mi o wąską grupę uprzywilejowanych, nietykalnych. Mówiąc „elity”, myślę o ludziach kompetentnych, uczciwych, odpowiedzialnych, o mistrzach. Bowiem w każdej dziedzinie powinno być tak, jak jest w rzemiośle. Nieważne, czy chodzi o szewców, krawców czy stolarzy – elitę stanowią majstrowie, a więc ci, którzy mają największe doświadczenie, umiejętności, wiedzę, czyli po prostu najlepsi. Niżej w hierarchii są czeladnicy, którzy dopiero uczą się na majstrów, zaś najniżej uczniowie marzący o tym, żeby zostać czeladnikami. I taka zdrowa, jasna hierarchia powinna obowiązywać w każdej dziedzinie naszego życia.

lipiec 2002


KRZYSZTOF SZYMBORSKI

Słynny z tego, że znany

Triumf Terminatora, vel Arnolda Schwarzeneggera, w niedawnych nadzwyczajnych wyborach na gubernatora stanu Kalifornia nie był zaskoczeniem. Trzeźwi obserwatorzy życia politycznego (w szczególności ci, którym znane są pewne tajniki psychologii ewolucyjnej) już dawno zauważyli, że w Ameryce, kraju przodującej demokracji, w wyborach prezydenckich zwycięża z reguły kandydat wyższego wzrostu. Do życiowego sukcesu przyczynia się także urodziwość (mierzona na przykład symetrią rysów twarzy) i przyznać trzeba, że także pod tym względem gubernator elekt górował nad swoimi konkurentami. Dla pokonanego dotychczasowego wicegubernatora, demokraty Cruza Bustamante, gwoździem do politycznej trumny mógł być fakt, że miał wąsy. Ostatnim amerykańskim prezydentem, którego zdobił zarost, był – dziś już prawie zapomniany – William Howard Taft. Jego kadencja zakończyła się dziewięćdziesiąt lat temu.

Już sam fakt, że Arnie – jak się go w Ameryce zdrobniale nazywa – jest mężczyzną symetrycznym, wysokim i ogolonym, dawał mu poważną przewagę nad większością spośród 135 kontrkandydatów, nie mówiąc już o byłym gubernatorze Grayu Davisie. Ważny także, z perspektywy wyborców, był wykonywany przez niego zawód. Schwarzenegger zarabia na życie aktorstwem. Bardziej właściwym określeniem jego zawodowo-społecznej pozycji (małżeństwo z członkinią klanu Kennedych, piękną Marią Shriver, także ma na tę pozycję niebagatelny wpływ) byłoby magiczne słowo „celebrity”. W wolnym tłumaczeniu na język polski „celebrity” oznacza „znakomitość”, czyli – jak ktoś to trafnie zdefiniował – „osobę słynną z tego, że jest dobrze znana”.

W Ameryce (i nie tylko) kult takich znanych osób osiągnął poziom graniczący z masową histerią. Uczeni, którzy badali to zjawisko, doszli do wniosku, że jeśli chodzi o czczenie „celebrytów”, to około 10 proc. Amerykanów określić można jako nałogowców. Jedna trzecia zwykłych ludzi dotknięta jest tym syndromem w mniejszym lub większym stopniu, zaś u 1 proc. ów kult przybiera postać patologiczną. Jest w tym stosunku do osób sławnych coś wstydliwego i wielu krytyków masowej kultury uważa, że skłonność do uwielbiania gwiazd filmowych czy mistrzów sportu to symptom psychologicznych problemów: niezdolności do nawiązywania prawdziwych przyjaźni, kompleksu niższości, depresji czy kryzysu wiary religijnej.

James Houran, Lynn McCutcheon i John Maltby stwierdzili jednak, że choć w rzadkich przypadkach impulsywnych, antyspołecznych i egocentrycznych osobników kult znakomitości może przybrać destruktywne formy (przykładem może być John Hinckley, niedoszły zabójca prezydenta Ronalda Reagana, który pragnął zrobić wrażenie na Jodie Foster), większość czcicieli sław to pogodni i towarzyscy ekstrawertycy.

Według psychologów ewolucyjnych kult osób sławnych jest naturalnym zjawiskiem właściwym ludzkiemu gatunkowi. Francisco Gil- -White z University of Pennsylvania powiedział: „Jest całkiem sensowne, że klasyfikujemy innych według tego, jaki sukces odnieśli. Próbujemy naśladować ich zachowanie, bowiem ktoś, kto osiąga więcej tego, czego każdy pragnie, prawdopodobnie stosuje metody lepsze od przeciętnych”. Robin Dunbar, psycholog ewolucyjny z University of Liverpool, wysunął hipotezę, że dodatkową motywacją zainteresowania ludźmi znanymi jest nasza potrzeba kontroli i sprawiedliwości: „Społeczeństwo inwestuje bardzo dużo w swoje znakomitości, toteż chcemy je bez przerwy obserwować, by sprawdzić, czy nas nie wykorzystują, nic w zamian nie dając”.

Demokracja ma tę właściwość, że pozwala z bliska śledzić wybranych przywódców i ich postępowanie. Innymi słowy, Arnold Schwarze negger będzie jeszcze bardziej „na widoku” – a o to nam przecież chodzi.

grudzień 2003


B jak Bóg

ks. JAN SOCHOŃ

Źrenica oka

Zakończył się Wielki Jubileusz, rozpoczęty – jak wiemy – w noc Bożego Narodzenia 1999 roku otwarciem Drzwi Świętych w Bazylice św. Piotra w Watykanie, a zamknięty w dniu Objawienia Pana Naszego Jezusa Chrystusa, 6 stycznia 2001 roku. Spróbujmy rozważyć, czym był… albo inaczej – czym on mógł być dla nas?

Jezus zjawił się na ziemi w określonym historycznie miejscu i czasie. Włączył się w ludzkie wybory, sytuacje graniczne, w człowieczą radość i ból. Wokół Niego, niemal od urodzenia, działy się sprawy okrutne. Herod, walcząc o utrzymanie swej władzy, kazał wymordować dzieci. Co prawda to nie Jezus zabija, to Herod, niemniej… Można sobie łatwo wyobrazić zrozpaczoną matkę, która po stracie dziecka oskarża nie tylko Heroda, lecz także… Jezusa: „Po co się urodziłeś? Dlaczego prowokowałeś zbrodniarza?”. Nie pytajmy o uprawnienia takich oskarżeń.

Pytajmy natomiast, jak dorosły Jezus reagował, gdy Mu opowiadano te wydarzenia. Bo wraz z Jezusem będą szły wszelkie winy świata. On je weźmie na swe krzyżowe ramiona. Czas i przestrzeń dodadzą Mu ciężaru, albowiem wszystko, co Jezus czynił, wynikało z głębokiego zaangażowania, mającego na celu zbawienie świata.

Stąd Jubileuszu nie wolno traktować jako określonego zbioru zadań do wykonania, ale raczej jako wielkie przeżycie wewnętrzne, wyłaniające się z czasu i przestrzeni. Dlatego właśnie ważne są najdrobniejsze gesty religijne, znaki wewnętrznej czujności. Czy zapaliliśmy roratnią świecę czuwania i zgody na dokonujące się odkupienie? Czy zrezygnowaliśmy chociażby z namiętnego oglądania telewizji? Czy uspokoiliśmy namiętności artystyczne, społeczne, jak również te wiążące się z doświadczeniem ciała? Czy odważyliśmy się na pełne sakramentalne uczestnictwo w wydarzeniu Bożego Narodzenia?

Te proste pytania wiodą do rozpoznania głębi uczestnictwa w wierze. Bóg działa, jest obecny w równiej mierze we wszystkich miejscach świata i może okazywać łaskę w sposób najzupełniej nieprzewidywalny, ale jak niegdyś w czasach starotestamentalnych „skupiał się” w świątyni jerozolimskiej czy później w Osobie Chrystusa – nowej świątyni (por. J 2,21), tak i dzisiaj chce, abyśmy Go spotykali we wspólnocie, w konkretnej przestrzeni naszych miast czy wsi bądź osiedli. Nic zatem dziwnego, że Wielki Jubileusz miał mieć żywy charakter, dynamiczny właśnie dlatego, że Bóg jest zasadniczo „Bogiem ukrytym”. Ale gdy wpatrujemy się w stwórcze dzieła, gdy Biblia pozostaje księgą na co dzień, nie tylko od święta, już wówczas dochodzi do religijnego oglądu i religijnie pojętej bliskości. Dobroć Boga nie ma, by tak powiedzieć, charakteru koniecznościowego. Mogą być nią obdarzeni jednak tylko ci, którzy postępują zgodnie z zasadami przymierza zawartego na Górze Synaj. Czy dostąpiliśmy takiej życzliwości?

luty 2001


ANNA SOBOLEWSKA

Gdy bracia żyją razem

„Mało kto dziś pamięta” – pisze czytelniczka „Gazety Wyborczej” (25.02.2009) – „że Świątynia Opatrzności Bożej zgodnie z oryginalną koncepcją sprzed 200 lat miała być wielowyznaniowa”. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. A jednak w stanie wojennym przez pewien czas funkcjonowała w Warszawie taka świątynia w kościele przy ulicy Żytniej. Był to projekt artystyczny Janusza Boguckiego. Zrujnowany w czasie wojny i częściowo tylko odbudowany kościół Miłosierdzia Bożego, dzięki otwartości ks. Wojciecha Czarnockiego stał się wieloreligijną przestrzenią sakralną. W poszczególnych salach mieściły się: synagoga, sanga buddyjska, meczet. W sali buddyjskiej można było medytować, w innej studiować Torę lub Koran w obecności dyskretnych pomocników. Wtedy wydawało się, że tak już będzie zawsze, że bramy kościoła będą otwarte dla wierzących i półwierzących, panteistów, a nawet ateistów.

Śniła mi się kiedyś świątynia wszystkich religii. Byłam w windzie, w tajemniczym wieżowcu. Chciałam zjechać na dół, naciskałam różne guziki, ale winda jechała tylko w górę. Chcąc nie chcąc znalazłam się na szczycie „drapacza chmur”, jak się dawniej mówiło. Tam zobaczyłam wejście do świątyni, o której ktoś powiedział, że to świątynia wszystkich religii. Wchodziłam po kolei do różnych kaplic. W jednej z nich na pustej, białej ścianie zobaczyłam tablicę z nazwiskiem mamy Tadka. Zapytałam niewidzialnego rozmówcę, gdzie jest jej nagrobek, a głos wyjaśnił, że Marychna była bardzo chora, a teraz – kiedy wyzdrowiała – nagrobek nie jest już jej potrzebny. Były tam jeszcze kaplice moich ciotek, równie ascetyczne.

Kilka lat później, gdy byłam wraz z Tadkiem i Celą w Anglii, przyjaciele – Ewa Klinger i Tim Clapham – zawieźli nas do kościoła w Little Walsingham. To świątynia wielowyznaniowa, zasadniczo ang likańska, w której znajdują się kaplice różnych wyznań: katolicka, prawosławna, metodystyczna. Kościół ten jest centrum ekumenicznym i pielgrzymkowym, sanktuarium Matki Boskiej i jej objawienia w XI wieku oraz miejscem kultu „wody żywej”. W środku miasteczka znajduje się studnia uzdrawiającej wody. W kościele też jest ujęcie cudownej wody. Stały tam dwa pełne plastikowe kubki. Rzuciłyśmy się na nie z Celą i wypiłyśmy do dna. Nagle zjawiła się starsza pani i zaczęła na nas krzyczeć – okazało się, że to była woda przeznaczona dla całego kościoła. Po nabożeństwie wszyscy wierni ustawiają się w procesji i podchodzą do ołtarza, żeby otrzymać kilka kropel wody na środek dłoni. Nawiasem mówiąc, wszyscy troje też ustawiliśmy się w kolejce po dodatkowe kropelki. Zapamiętałam wesołe kazanie księdza o tym, że pierwszą sprawą po obudzeniu powinna być modlitwa, no, może drugą sprawą… Inną angielską świątynią nie tylko wielowyznaniową, ale wieloreligijną, jest katedra w Glastonbury, związana z arturiańskim mitem św. Graala i legendarną osobą świętego Józefa z Arymatei. Jest to najstarszy kościół w Anglii. W Glastonbury są kaplice nie tylko wielu wyznań chrześcijańskich, ale i buddyzmu, hinduizmu, judaizmu, islamu, sufizmu, a także kaplica związana z religią pogańską. Glastonbury, kiedyś kultowe miejsce hipisów, przyciąga wyznawców wszystkich religii.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com