Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 717

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Alan w Krainie Skanlandii - Krzysztof Dmowski

Na początku podróży, po wypadku samochodowym, autor przenosi czytelnika do antycznych czasów. Alan próbuje odnaleźć się w obcym świecie. Ludzie tu jeżdżą konno i walczą za pomocą miecza. Wszędzie panuje niesprawiedliwość i przemoc. Bohater nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytania: jak, dlaczego, a może po co się tu znalazł? Jednak celem podróży jest wrócić do domu. Zanim to nastąpi będzie musiał stoczyć nie jedną bitwę, spotkać krasnoludów, leśne elfy, magów, druidów i wiele innych postaci. Każdy z nich w jakiś sposób przyczyni się do osiągnięcia celu przez bohatera, który u kresu swej przygody nie będzie chciał wracać do domu.

Alan - człowiek, któremu nic w życiu się nie układało, cudownym zdarzeniem losu przenosi się wstecz o kilkanaście stuleci, do czasów, gdzie ludzie walczą na miecze; do miejsca, w którym panuje zło i nienawiść. Kraina Skanlandii potrzebuje bohatera, który wyzwoli ludzi od złego króla i jego popleczników. Główny bohater przeistacza się z życiowej pierdoły, w człowieka, któremu nie straszne jest żadne zadanie, spotyka miłość swojego życia i zostaje zwiedziony przez kobietę, za co spotyka go sroga kara. Pozna wszechwładnych magów, którzy posiedli umiejętność przenoszenia się z miejsca na miejsce, czy widzenia obrazów przy pomocy swych magicznych lasek, oraz innych gadżetów.

 

Recenzja: Alan w Krainie Skanlandii jest niewątpliwie najlepszą z książek Krzysztofa Dmowskiego. Znając wcześniej tematykę cyklu o Edenie, byłem przygotowany na coś podobnego, czyli: morze, zagadki współczesnego świata - coś z polotem kryminału. Jak się okazuje w gruncie rzeczy powstała wspaniała powieść z gatunku fantazy. Spotkałem się tu z nowym światem, stworzonym przez autora. Nie można narzekać na brak akcji. Alan nie zdążył jeszcze się oddalić z miejsca pojawienia się, gdy już jego tropem podąża Divala wysłana przez złego boga. Karia przyprowadza Alana do wsi, zaraz po tym, jak osada przysięgła wierność złemu królowi. Vanic, królewski sługa, poszukując Alana, odnajduję siedzibę alchemika Criteriona... Już pierwsze zdania porywają czytelnika do innego świata. Książka sprawia, że chce czytać się dalej i dalej, żeby jak najwięcej się dowiedzieć. Alan - główny bohater zaczyna swą wędrówkę po Świecie Skanlandii jako życiowy nieudacznik. Dopiero spotkanie z alchemikiem Criterionem odmienia jego życie. Alchemik staje się dla pobitego Alana najpierw lekarzem, a potem nauczycielem. Alan uczy się walczyć, gdyż ma stawić czoło całemu złu, nie tylko wojownikom, ale i potężnym magom. Do tego czasu musi zebrać u swego ramienia potężną armię. Wieśniacy jego główni sprzymierzeńcy, przystają jedynie ze względu na obecność Karii, córki Criteriona. Niezliczone pojedynki, fortele, wewnętrzna walka  bohaterów, opory przed wykonaniem niektórych rzeczy, stały się znakomitą przyprawą książki. Nie będę się rozwodził na temat tworzenia bohaterów, bowiem o tym już pisałem w cyklu o Edenie. Książka jest dobra. Czyta się łatwo i wierzcie mi, że będzie wspaniałą rozrywką na kilkanaście godzin (zależnie od szybkości czytania :)). Jedną z zalet książki jest zakończenie dopracowane w najdrobniejszych szczegółach - złe zakończenie stosuje wielu wytrawnych pisarzy. W zakończeniu Alana..., na które składa się kilka stron, wszystko zostało ujęte we właściwy sposób. Nie ma gwałtownego wyhamowania czytelnika i to jest dodatkowy atut książki. Piotr T. (Gdynia 2006) Drugim okiem: Przeniesienie bohatera do równoległego świata, gdzie panuje epoka miecza, zdawałaby się zbyt banalnym, znanym. Jednak już po kilku stronach czytania zmieniłam swoje zdanie. Alan, główny bohater jest interesującą postacią. W swoim świecie żyje zważając, żeby nie wyrządzać nikomu krzywdy. Pracując jako strażak jest świadkiem brutalności służby zdrowia. Podczas gdy wezwani do wypadku ratowali poszkodowanych ludzi podejmują desperackie próby przywracania oddechu do czasu zanim nie przyjechała karetka pogotowia. Wówczas odstąpili od ratowania życia, natomiast lekarz podszedł i nie podejmując żadnych prób, wypisał akt zgonu, jakby był nieomylny. Podobne przypadki powodują, że Alan zdaje się nie potrafić dostosować do cywilizacji i wciąż zmienia pracę. Aż wreszcie kupuje sobie wymarzony, luksusowy samochód... Rozbudowana akcja i złożone zdarzenia, zabawne, a zarazem naturalne sytuacje sprawiają, że książkę czyta się dobrze i wystarczy pominąć jeden akapit, aby się zagubić - wówczas trzeba do niego wracać. Dosyć często w trakcie czytania zapomina się, że jest to jedynie książka... Alan jest bohaterem, który przez całą powieść uczy się czegoś nowego. Nie tylko odnajduje w sobie odwagę i pewność siebie, które pozwalają mu stawać do pojedynków z mieczem w dłoni, ale również zaczyna poznawać kobiece słabości i rozumie dlaczego nie udawało mu się to w jego świecie. Alan jest głównym bohaterem, ale na pierwszym planie są jeszcze: królewna Ravena, Karia, Criterion i krasnolud Tadeus, oraz sługus złego króla: Vanic. Czytelnik wielokrotnie czuje się zaskoczony, trzymany w napięciu do końca. Na zakończenie powieści występuje wątek, który powoduje, że czytelnik, choć rozstaje się z książką, jest zaintrygowany przyszłymi losami bohaterów. Nie chcę tu niczego sugerować o tym, jaki książka niesie przekaz. Niech każdy czytelnik sam go odnajdzie, ja byłam nim mile zaskoczona. Ewa W. (Zielona Góra 2006) Czytelnicy o książce w produkcji: Tempo akcji w opowieści jest dosyć szybkie. Ledwo czasem nadążałam. Wystarczyło żebym nie uważnie przeczytała kilka zdań a już gubiłam się. Sama się dziwię jak się w tym połapałeś :-) Tak się wiele się dzieje a ty wszystko ująłeś krótko. Nie ma czasu na nic.

*** Opowieść jest interesująca, ilość dialogów i opisów akcji jest proporcjonalna. Królewna Ravena jest zuchwała, porywcza. Karia, córka alchemika nieco dziecinna, zapowiadająca się na wojowniczkę, zdecydowana walczyć bez zastanowienia o sprawy istotne jedynie dla niej. Ravena, w chwili odesłania Alana do jego świata, myśli rozsądnie, bo przynajmniej chowa się za filarem i ma nadzieję że Alan wróci - a może nie chce, by ktokolwiek zobaczył na jej twarzy łzy, gdyż tylko Alan znał jej prawdziwą naturę. Akcja przedstawiona jest w narracji trzeciej osoby, ale czasem także z punktu widzenia tablicy ogłoszeń, czy filara. *** Walki są żywe i realne. Dialogi nie męczą, nie są za długie - takie O.K. Bardzo dużo się dzieje.

*** Najbardziej do gustu przypadł mi rozdział, w którym Alan i Ravena udają się do zamku maga, gdy dochodzi do romansu, co trudno było zauważyć z wcześniejszych relacji pomiędzy nimi, kłótni i rękoczynów - ów związek jest dowodem, że nigdy nie wolno pozostawiać niedokończonych rzeczy. I nie zawsze u kobiety: nie znaczy: nie :-)

*** Jasno określona jest postać Raveny, zachowuje się zdecydowanie i dumnie, jest zuchwała - ogromnym zaskoczeniem jest, że są to jedynie pozory. Jej wnętrze widzi tylko Alan.

*** Alchemik Criterion jest dosyć ciekawą postacią. Ukrywa się w lesie przez dwadzieścia lat, leczy ludzi i wychowuje córkę. Zaskoczeniem jest treść ujawnionej tajemnicy, kim był, za poprzedniego króla, a jednak zdradza swojego dobrego bogaBarabar - kojarzy się ze złym, nawróconym z czasem bohaterem.

*** Autor w książce ujął wszystkie potrzebne rzeczy w jedną całość, co sprawia, że w połączeniu z akcją, książka jest fascynująca. Źli wrogowie, z których wielu myśli jedynie o własnych interesach. Trzy różne religie. Bogowie o właściwym dla danego gatunku brzmieniu imion: dobry bóg Joanaos - miękko brzmiący; bóg zła Devidiar - twarde brzmienie imienia. Avatar złego: Divala, piękna kusicielka - niczym najbardziej zaawansowani werbownicy sekt, próbuje zwieść każdego na złą d

Opinie o ebooku Alan w Krainie Skanlandii - Krzysztof Dmowski

Fragment ebooka Alan w Krainie Skanlandii - Krzysztof Dmowski







Krzysztof Dmowski

Alan w Krainie Skanlandii

Opowieści ze Świata Skanlandii

Tom I

eBookowo

Wydanie II 2010


Rozdział 1


Obce miejsce







Przed niespełna godziną wyjechał z salonu piękną, ciemnozieloną limuzyną i dopiero poza ulicami wielkiego miasta próbował nowy nabytek niczym wytrawny jeździec próbuje nowego konia, żeby poznać narowy i przycinki. Nie zdawał sobie sprawy, że szosa jest zbyt śliska na jakąkolwiek brawurę. Dzień był szary, pochmurny, niebo zasnuwała mleczna pokrywa i prószył drobny śnieg. Wszystko wokół pokrywała czysta biel.


Nagle cały świat zawirował gwałtownie przed oczyma. Stracił panowanie nad pojazdem, który ukazując swą krnąbrną duszę, obracał się jak karuzela wokół własnej osi. Sunął jakby w piekielną otchłań po śliskiej nawierzchni, wbrew wszelkim oczekiwaniom, oraz rozpaczliwym próbom ratunku. Koła wzbijały w górę fontanny białego pyłu. Kolejne wydarzenia pędziły z szybkością spadającej lawiny i nawet brakowało czasu na wymówienie zbawiennych słów: przy odrobinie szczęścia powinno się udać!


Nie pomógł ABS, ani żaden ze wspaniałych dodatków, osiągnięć techniki. Pojazd tańczył na szosie, jakby prowadził kierowcę, niczym tancerka swego partnera na parkiecie. Nieprzerwanie manewrował kierownicą usiłując zapanować nad pojazdem. Aż wreszcie po niesamowicie długich sekundach, wyprowadził nowe auto z niekontrolowanego poślizgu.


Nie zdążył wytrzeć potu z czoła, ani okazać uczucia radości ze swego wyczynu, gdy przed maską pojazdu zobaczył inny samochód. Instynktownie podjął próbę ratunku, lecz czasu było za mało, zaś sekundy mknęły ze zdwojoną szybkością. Oblodzona jezdnia dyktowała warunki i pomimo największych wysiłków nie zdołał uniknąć kolizji. Wreszcie powietrze wypełnił potężny huk i dźwięk gniecionej karoserii, oraz głuchy trzask tłuczonego szkła, które rozsypało się w drobny mak.


I wszystko ucichło… Jeszcze przez chwilę tumany śniegu unosiły się w powietrzu, opadając z wolna. Powietrze przesycał zapach kwasu z rozbitego akumulatora. W pierwszej chwili chciał wyskoczyć z wraka i uciekać, biec daleko, jak najdalej! Jednak członki odmawiały posłuszeństwa. Narastał ból w całym ciele. Ostatnie chwile świadomości wypełniało poczucie winy.


Próbował wołać: Niech mnie ktoś ratuje! Ja chcę żyć! – lecz usta nie wydały żadnego dźwięku.

Wolno mijały minuty i nie wiedział ile upłynęło czasu, gdy wróciła świadomość. Tkwił obolały i bezradny jak niemowlę, uwięziony w stosie zniekształconej blachy. Z trudem łapał oddech, puchła głowa, policzki piekły niesamowicie. Mroźne powietrze przepełniała duchota, oczy zachodziły mgłą. Zamierzał otrzeć pot z czoła, jednak dłoń pozostawała nieruchomo. Wprawdzie miał wrażenie, iż ręka posłusznie wykonuje zaplanowany ruch, ale nie zdawał sobie sprawy ze swego położenia. Leżał oparty piersią na kierownicy, z głową zwisającą bezwładnie nad deską rozdzielczą. Świat przysłaniały bezwładnie zamknięte powieki.


Usłyszał płacz dziecka.


Dlaczego nikt nim się nie zajmuje?! – pytał w myślach, ale jego umysł jakby obejmowała metalowa klamra ograniczająca przepływ myśli i odpowiedzi ulatywały.


Wreszcie z rykiem syren podjechało kilka pojazdów. Usłyszał koło siebie kroki oraz dźwięki, jakby ktoś próbował szarpać zaklinowane drzwi. Zabrzmiały ludzkie głosy, a także liczne nawoływania i pospieszne kroki trzeszczące na śniegu.


Dlaczego ja nic nie widzę? Co jest z moimi oczyma?! – wołały rozpaczliwie niespokojne myśli.


Usłyszał obok siebie znajomy dźwięk pneumatycznych lewarów używanych do rozpierania zgniecionych karoserii, tudzież nożyc tnących blachę.


Świat cichł z każdą sekundą, aż wreszcie usta wydały słaby jęk. Ogarnięty błogą ciszą spoglądał w czerń przed oczyma. Przestał odczuwać silny ból na całym ciele. Tak nagle, a przecież niespodziewanie, odszedł ten przykry świat…! Pozbawionego świadomości kierowcę wyciągnięto z wraka, ułożono na noszach, potem umieszczono w karetce.


Pozbawiony wszelkich trosk i niezapłaconych rachunków, pasł uszy niebiańską ciszą tudzież oczy pięknym widokiem sunącej ku niemu półprzeźroczystej kobiety, otoczonej aureolą jasnego światła, odzianej w białe szaty, stąpającą wdzięcznie, a zarazem delikatnie. Posłał radosny uśmiech nadchodzącej i zamierzał stanąć na nogach, aby podążyć za białą damą, która dawała wyraźne znaki.


Raptem w wizję nieprzytomnego kierowcy wdarł się krzyk niczym lawina w spokojne życie górskiej wioski:


– Oddychaj!


Czuł dotyk dłoni lekarzy, wykonujących zabiegi reanimacyjne. Odeszła wizja piękna i ciszy, powoli wracał ból.


Zostawcie mnie!


Po błękitnym niebie leniwie sunęły postrzępione jak wata białe obłoki. W gałęziach olbrzymich drzew świergotały ptaki. Nieco dalej w cicho szemrzącym strumieniu swawolnie pluskały ryby. Powietrze wypełniał aromat wiosennego lasu. Gęsto rosły olbrzymie drzewa.


Jakiś młody człowiek w pomarańczowej katanie i niebieskich dżinsach leżał na miękkim mchu. Złośliwy promyk słońca, znalazłszy szparkę pomiędzy gałęziami figlarnie igrał po twarzy. Otaczający spokój dawał wytchnienie od problemów dnia codziennego, leśna cisza skłaniała do marzeń. Przez głowę młodzieńca przebiegały przeróżne myśli o beztroskim wypoczynku. Tylko czasem uchylał wzrok przed rażącym w oczy promykiem. Wspaniale było wypoczywać, nie słysząc krzyku szefa, że znów się spóźnił… Szef, praca… Gdzie ja jestem?!


Nieokreślony niepokój ogarnął serce młodzieńca. Błyskawicznie stanął na nogach, rozejrzał się wokół. Usiłował przypomnieć sobie jak tu trafił. Nie pamiętał żeby wchodził do puszczy.


Zadrżał przypomniawszy sobie samochodowy wypadek oraz nieszczęsne szczątki, w jakie zmienił się wymarzony, ciemnozielony krążownik szos. Pot zrosił drżące ciało, usta niespokojnie łapały powietrze. Począł nerwowo macać swoje ciało… wszystko pozostawało na swoim miejscu; nie był ranny… nie czuł bólu…


Obejrzał dokładnie ubranie. Wyglądało jakby przed chwilą nałożył je po raz pierwszy, zdębiał. Wziął głęboki oddech podobnie jak człowiek, który jakiś czas spędził zanurzony pod wodą. Ponownie obrzucił wzrokiem okolicę. Stał pośród dziewiczej puszczy. Każde drzewo liczyło sobie wiele lat, nawet stuleci. Za jednym takim pniem mogła stanąć cała kompania wojska! Niezaprzeczalnie przebywa w dziwnym miejscu, w środku lasu, z dala od cywilizacji, wokół tylko leśne odgłosy. Powietrze jest jakieś rześkie. Chaotyczne myśli kłębiły się w głowie zdezorientowanego młodzieńca: Czy to Niebo? Jak się tu znalazłem? Muszę wyjść z tego lasu! Dokąd pójść?


Na chwilę zapomniał o pytaniach. Ważniejsze stało się wydostanie z kniei. Postanowił odszukać ludzi. Widok jakiegokolwiek tubylca niesamowicie uradowałby zagubionego wędrowca. Z nadzieją kiełkującą w sercu ruszył przed siebie.


Na pewno ktoś mieszka w tej okolicy – pocieszał się.


Wędrował przez nieprzebyty las od kilku godzin. Brnął przez wysokie krzewy pośród olbrzymich drzew, aż odnalazł dosyć często uczęszczaną leśną drogę. Gdzieniegdzie rozpoznał ślady niepodkutych końskich kopyt. Kiedyś jeszcze w latach szkolnych należąc do ZHP uczył się odnajdywania śladów i umiał je rozpoznać.


Rozważał, dokąd powinien iść, choć w sumie było to bez znaczenia. Obce miejsce, ogromny las. Gdzie znajdzie najbliższą osadę? Spoglądał na słońce, drogowskaz dawnych podróżników, uznając je za najlepszy wskaźnik kierunku marszu. Poszedł w prawo mając słońce za plecami. Dukt poszerzał się i zwężał miejscami zmieniając w ścieżkę. Wokół rosły kolorowe kwiaty pachnące aromatycznie. Widział ślady kopyt, nie dostrzegał śladów kół.


Nie mają tu samochodów? Może jestem na terenach szkoły jeździeckiej?

Usłyszał jakiś dźwięk narastający z każdą sekundą. Rozpoznał tętent końskich kopyt. Stanął w miejscu i podążył wzrokiem w tym kierunku. Niedługo potem zza zakrętu wyjechało kilkunastu jeźdźców. Mężczyźni ubrani w czarne, skórzane bluzy gęsto ćwiekowane oraz ciemne spodnie bez ćwieków. Odsłonięte głowy porastały krótko przycięte włosy. Przy pasach zwisały miecze. Zacięte wyrazy twarzy jeźdźców nie wróżyły niczego dobrego.


Jadący na czele spostrzegł przed sobą dziwnie ubranego człowieka.


Ki błazen? – pytał w myślach.


Czas nie pozwalał na urządzanie jakichkolwiek postojów, gdyż spieszyli do Nabu, wioski leżącej na cyplu najbardziej wysuniętej na zachód.


Tymczasem kolorowo ubrany młodzieniec zagubiony w domysłach, stał na środku drogi usiłując zgłębić zawiłą zagadkę. Zaintrygowany niesamowitym strojem konnych, nie pomyślał o zejściu na bok.


Kim oni są? Dlaczego tak przebrani?


Zamierzał zapytać o drogę. Zanim jednak otworzył usta, niespodziewanie usłyszał świst bata.


– Z drogi cudaku! – zawołał pierwszy z nadjeżdżających. Jadący po drugiej stronie smagnął wędrowca batem tak, iż ten z zaskoczenia, zachwiał się na nogach, niemalże upadł.


Jeźdźcy lekceważąc przechodnia zniknęli za kolejnym zakrętem drogi. Zapewne są tu kimś nielicho ważnym i podobne zachowanie towarzyszy im co dnia.


Bezbronny i bezradny stał oparty plecami o drzewo zbierając myśli. Jeszcze przez kilka minut spoglądał oszołomiony na leśny gościniec i opadający kurz. Jeszcze miał przed oczyma dziwnie ubranych ludzi na koniach i… miecze! Zdawał sobie sprawę, że po drodze może doznać jeszcze podobnych przykrości.


Ogarnięty złością chętnie doniósłby przełożonemu tych łotrów o tym, jak został potraktowany, lecz pierwej musiał dowiedzieć się gdzie jest!


Długo kroczył po bezdrożach, aż znów usłyszał tętent. Tym razem przezornie ukryty w krzakach oglądał konnych. Drogą z przeciwnej strony jechało stępa dwóch ludzi ubranych w bluzy i spodnie z czarnej skóry.


Prawa półkula mózgu tworzyła wciąż nowe wyobrażenia szukając odpowiedzi na znane i nieznane pytania. Przez chwilę pomyślał, że trafił na plan filmowy. W życiu pech towarzyszył mu niczym rodzony brat i podobne przypadki bywały często, co wcale nie znaczy, iż bywał na planie filmowym, tylko szczęście wciąż go opuszczało. Koszmarna rzeczywistość gnębiła wędrowca nowymi pytaniami. Z rozciętej skóry na głowie płynęła stróżka krwi, zatem teraźniejszy obraz przedstawiał najbardziej realną rzeczywistość rozwiewając wszelkie wątpliwości. Jeżeli piechur dotychczasowe zdarzenia brał za sen, to rana na głowie oraz krew temu zaprzeczały.

Kolejny raz odruchowo dotknął dłonią świeżej rany. Cofnął się o krok z pluskiem wpadł do chłodnej wody. Rosnące wokół wysokie, rozłożyste, zielone paprocie ukrywały zbiornik. Całkowicie przemoczony stanął na nogach. Woda w małym stawie, którego powierzchnię pokrywała rzęsa wodna sięgała mu do pasa. Otrzeźwiony nieoczekiwaną kąpielą szybko wrócił do rzeczywistości. Spróbował wyjść po stromej ścianie chwytając dłońmi przybrzeżnych roślin. Te wyślizgiwały się z rąk będącego u kresu wytrzymałości młodzieńca. Ostra, jak nóż szablasta trawa kaleczyła dłonie, lub rwała się. Jednak on uparcie ponawiał próby, aż wreszcie chwyciwszy solidną roślinę stanął na brzegu.


Ze złością kopał kolejno wysokie kępy zielonej trawy, aż trafił na kamień.


– Cholera! – zaklął.


Rozpacz cisnęła łzy do oczu. Z bolącą nogą usiadł na trawie, rozsznurował czarne buty sięgające do kostek, a następnie ściskał bolącą stopę. Nie wiedział, gdzie jest i dlaczego dostał batem po głowie, a na koniec wymazał się błotem z oczkami rzęsy wodnej! Nałożył but, po czym urwał garść trawy, zmoczywszy ją w stawie czyścił ubranie. Zagubiony, strudzony długą wędrówką wciąż pozostawał w środku lasu. Jakby tego było mało głód dał znać o sobie. Wyszedł z domu jak co dzień, nagle znalazł się z dala od cywilizacji, mając na sobie jedynie własne ubranie. Bardzo dużo dałby teraz za jednego papierosa!


– Las i nic więcej! Cholera! Co to za upiorny las?! Nawet najmniejszej jagody!


Długo czyścił ubranie, aż doprowadziwszy swój wygląd do względnego porządku ruszył dalej przez leśną głuszę. Pragnął gonić zgubionych wcześniej jeźdźców mniemając, że zdążają do osady. Wcale nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu. Mijały kolejne godziny, on nadal poszukiwał wyjścia.


Dostrzegł na drodze rozmawiających mężczyzn w czarnych skórach i skrył się w kniei. Ze strachu serce podeszło do gardła niefortunnego piechura. Wędrówka duktem nie należała do bezpiecznych dla zagubionych wędrowców, o czym wcześniej się przekonał. Poszedł w las, aż dotarł do strumienia, którego koryto uniemożliwiało przejście na drugą stronę. Skręcił w bok idąc precz od potoku, lecz tym razem marszrutę zagrodziły gęste krzaki. Toteż zawrócił i ruszył w przeciwnym kierunku i znów biegł omijając drzewa. Wysokie paprocie oraz inne leśne rośliny szarpały spodnie. Nigdzie było ścieżek, ani osłoniętego terenu. Wszędzie rosła wysoka, pożółkła trawa, krzewy i grube, stare drzewa.


Wreszcie dojrzał jaśniejsze miejsce w lesie przed sobą. Czuł potrzebę odpoczynku, bowiem brakowało mu tchu. Jednak jaśniejszy punkt dawał nadzieję, na wyjście z tego okropnego lasu. Zły sam na siebie, że odnalezienie wyjścia zajęło tyle czasu, klął jak marynarz pod nosem.


Stanął jak wryty na małej polanie zauważywszy przed sobą bezradnie dyndającą na linie z głową w dół młodą przedstawicielkę płci pięknej. Na kostkach jej stóp zaciskała się pętla sznura uczepionego do gałęzi drzewa. Zrozumiał, że wpadła w pułapkę na zwierzęta, może nawet w pułapkę na ludzi.


Olśniony nieoczekiwanym zjawiskiem zapomniał o całym świecie. Pragnął sycić zmysły niespodziewanym cudem w miejscu niezbyt odpowiednim, choć ładną dziewczynę spotkać mógł wszędzie. Zamyślony jeszcze przez kilka sekund pasł oczy rozkosznym wido kiem, szczęśliwy i… uratowany. Jednak zaraz przyszły kolejne sfrustrowane myśli: Dlaczego ona tu wisi i kim jest? Kto zastawił tak prostą, a zarazem niezawodną pułapkę, kłusownicy, czy wojsko?


– Pomóż – szepnęła nieznajoma patrząc na niego przeźroczystobrązowymi oczyma.


Jej spojrzenie przejawia ukrytą prośbę i obietnicę – stwierdził w myślach. Rozumowanie wędrowca rzadko odnajdywało trafne odniesienie do rzeczywistości.


Trwał krótką chwilę w bezruchu spoglądając na wiszącą. Nie była najpiękniejszą dziewczyną, ale trudno było przejść obojętnie obok jej urody. Serce przymusowego podróżnika często, doznawało porażki ze strony zwodniczych przedstawicielek płci pięknej i gdyby, chociaż jedną pamiętał, pozostawiłby własnemu losowi bezradnie wiszącą dziewczynę. Niech sobie wisi, co mnie obchodzi! Jednak przez lata już przyzwyczaił się, że przez zachcianki kobiet narażał się wciąż na niebezpieczeństwo, czy problemy, albo oba naraz. Nie byłby mężczyzną, pozostawiając swojemu losowi potrzebującą pomocy osobę, bo czyż życie nie wymaga ciągłego ponawiania prób? Przecież nadzieja jako ostatnie ze wszystkich uczuć, gaśnie w sercu człowieka.


Natychmiast podbiegł do umieszczonego na drzewie węzła. Odwiązał linę i powoli opuścił. Nieznajoma z wyrazem ulgi na twarzy usiadła na trawie. Kucnął przy niej, po czym sprytnie uwolnił stopy z ciasnej pętli. Niedbale odrzucił za siebie linę. Po czym wstał i wyciągnął dłoń, żeby pomóc dziewczynie wstać. Spojrzała na niego władczym wzrokiem migdałowych oczu, następnie wsparta silnym ramieniem stanęła na nogach.


– Jak wlazłaś w pułapkę? – zagadnął.


Nie od razu odpowiedziała na absurdalne pytanie. Przeszła kilka kroków, aby rozprostować nogi, następnie usiadła na zielonym podłożu rozcierając zdrętwiałe kostki. Twarz nabierała właściwego koloru.


Przykucnął obok.


– Wpadłam w pułapkę Czarnych Rycerzy – wyjaśniła.


– Kogo?! – dopytywał się spoglądając na profil rozmówczyni. Brąz jej oczu był jak ciemny bursztyn wyrzucony przez morze na plażę, oglądany pod słońce.


Gdzie tu jest ukryta kamera? – zapytał w myślach i rozejrzał się mimowolnie. Myśli umykały mu na wszystkie strony.


– Czarnych Rycerzy – powtórzyła powoli i obojętnie.


Oczy nieznajomego wyszły na wierzch ze zdziwienia.


Ci ludzie na koniach w czarnych ubraniach, to mogą być owi rycerze – pomyślał. – Rycerze? Odznaczają się niewątpliwą szlachetnością! Biją batem po głowie na dzień dobry!


– Ścigali mnie na koniach, aż wpadłam w pułapkę. Ciasna pętla zacisnęła się na moich stopach i zawisłam głową w dół – wyjaśniła dziewczyna. – Wówczas pozostawili…



– Nie wiem, gdzie jestem i co tu robię. Rozumiem niewiele rzeczy, wiem jeszcze mniej… jestem przekonany, że epoka rycerzy już dawno odeszła.


– O czym ty mówisz? – spytała podnosząc głos.


Nieznajoma ogarnęła wybawiciela ciekawskim spojrzeniem. Cudacznie ubrany niczym członek aktorskiej trupy, które czasem bywały we wioskach, nie zna Czarnych Rycerzy? Dziwne zachowanie mężczyzny obudziło w niej czujność i odetchnąwszy głęboko szukała odpowiedzi.


To jakiś nietutejszy głupek! – stwierdziła. – Poczekajmy; po co wyprzedzać wypadki, może całkowicie pomyliłam się zbyt wcześnie oceniając mężczyznę?


Nieznajomy unikał uroczego spojrzenia brązowych oczu, pod których władaniem tracił pewność siebie. Dla niego wszystko tutaj wyglądało tak obco, dziewiczo, jakby nierealnie. Od kiedy ocknął się na zielonym poszyciu, miał same pytania i żadnej odpowiedzi. Dziwne zachowanie wędrowca, tłumaczył nie tylko fakt, przebywania w miejscu, którego nie znał, ale również szok po wypadku.


– Czarni Rycerze to gang? – mówił niby do siebie, tłumacząc na swój sposób pozbawione logiki zasady panujące w tym miejscu.


Widząc zagubienie tajemniczego wędrowca, zaintrygowana spotkaniem, a jednocześnie wdzięczna za pomoc dziewczyna postanowiła pomóc przypadkowemu nieznajomemu, na tyle, na ile będzie mogła. Jakiś wewnętrzny głos mówił, że obcy potrzebuje pomocy. Ciekawość nie dawała dziewczynie spokoju. Chcąc poznać więcej szczegółów na temat tego mężczyzny, postanowiła jeszcze przez chwilę podtrzymać rozmowę. Później zdecyduje, co uczyni dalej.


– Gang? Co to jest gang? – zapytała.


Przypatrzył się dokładnie dziewczynie ze skrywaną przyjemnością. Wyglądała na dwadzieścia lat. Miała długie, gęste, kręcone, kasztanowe włosy spadające łagodnie falami na ramiona; opaloną skórę, kształtne różowe usta, oraz mały nosek. Patrzyła przeźroczystobrązowymi, zmysłowymi oczyma; gdy otwierała usta ukazywał się rząd białych, równych ząbków.


Strój nieznajomej również wydawał się niezwykły – spotkani wcześniej jeźdźcy też nie nosili ubrań, do jakich widoku przywykł na co dzień; miała na sobie skórzaną jasnobrązową bluzę z szerokimi rękawami, ściągniętą w talii i zawiązaną pod szyją na jodełkę białym sznurkiem. Na nogach nosiła wygodne miękkie buty z brązowej skóry, z cholewkami wiązanymi poniżej kolan. Mierzyła sobie sto siedemdziesiąt centymetrów, a ubranie podkreślało sylwetkę smukłą jak trzcina.


– Czemu tak patrzysz? – dopytywała się nabierając podejrzeń. – Pierwszy raz zobaczyłeś dziewczynę?


Już doszła do siebie! – pomyślał. – Zachowuje się jak wszystkie inne dziewczyny, które znam!



– Co? Ja? – bąknął nieśmiało.


– Widzisz tu kogoś jeszcze? – zapytała niezbyt przyjaźnie, gdyż jak kula wystrzelona z pistoletu chciała wyładować swą złość na pierwszym napotkanym obiekcie nie tylko dlatego, że wpadła w pułapkę, ale również z tego powodu, że mężczyzna, który ją uwolnił nie był księciem z bajki.


On nie mógł znaleźć stosownej odpowiedzi, albowiem nieśmiałość do kobiet zawsze brała górę nad innymi uczuciami.


– Ładna jesteś! – rzekł przekonany, że palnął bzdurę, zupełnie jakby nie uczył się na błędach.


Dziewczyna parsknęła śmiechem.


Pewnie wszyscy jej to mówią – stwierdził.


Nie zrobił na nieznajomej odpowiedniego wrażenia osoby nieprzeciętnej. Zdawał sobie z tego sprawę, iż w umyśle tej kobiety może zostać zaszufladkowany jako niegroźny głupek, osoba zupełnie przeciętna, niewzbudzająca żadnego zainteresowania. Och, jakże pragnął zostać dostrzeżony przez kobietę! Niemniej jednak wreszcie spotkał kogoś, kto może mu wiele wyjaśnić. Z tego powodu powinien utrzymać pozytywne stosunki. Bynajmniej nie mógł wiedzieć, iż nowa koleżanka należy do grupy kobiet, które mają za złe całemu światu, jeśli ktokolwiek zobaczy je w sytuacji skrajnej bezradności.


– Czy coś nie tak powiedziałem? – spytał zakłopotany.


– Coś nie tak? Wszystko, co mówisz jest nie tak! – odrzekła spoglądając z politowaniem, w którym znalazłoby się odrobinę współczucia.


Nie oczekiwał zrozumienia od nikogo. Zawsze musiał sobie radzić ze wszystkim sam, przez co nierzadko komplikował swe życie. Urażony rzeczoną uwagą zdecydował mówić tylko o rzeczach, które zna.


– Chodźmy stąd, musimy szybko odejść daleko, bo przebywanie tutaj wiąże się z niebezpieczeństwem – rzekła nieznajoma.


Wstała i ruszyła przed siebie pełna wątpliwości dotyczących młodzieńca poznanego przed chwilą. Udawał, czy może postępował nieświadomie? W każdym bądź razie jego zachowanie miało dużo do życzenia. Po tym jak ją uwolnił postanowiła mu pomóc.


Szybko orientowała się w sytuacji. Ucieczki przed sługami króla: Czarnymi Rycerzami, należały niemalże do codzienności. Zawróciła widząc odrętwienie chłopaka, chwyciła jego dłoń i pobiegła przodem ciągnąc go za sobą.


Brnęli przez dłuższy czas pośród wysokich paproci, aż wreszcie zatrzymali się na odpoczynek. Młodzieniec nieprzyzwyczajony do takiego wysiłku, stał na wpół schylony i oddychał ciężko. Natomiast dziewczynie nie udzielało się zmęczenie.


– Dlaczego biegniemy? – zapytał łapiąc oddech.



– Czarni Rycerze zostawili mnie wiszącą bym skruszała. Bowiem są przekonani, że nikt mnie nie uwolni, a kiedy wrócą i nie znajdą, wówczas zaczną szukać.


Spojrzał na nią. Ta znajomość zaczęła się źle. Już kilka razy zrobił z siebie głupka w oczach dziewczyny, toteż postanowił to naprawić:


– Jak masz na imię? – zagadnął jeszcze ciężko dysząc.


– Karia, a ty piękny nieznajomy? – zażartowała sobie.


– Alan – odpowiedział zadowolony, nie dostrzegając cienia ironii w jej głosie.


Ogarnęła nieznajomego badawczym spojrzeniem. Może jest w nim coś z mężczyzny i coś potrafi… Po dłuższej konstatacji mógł wydawać się nawet przystojny, mierzył sobie co najmniej sto osiemdziesiąt centymetrów, a jednak był nad wyraz chudy. W spojrzeniu niebieskich oczu dostrzegła wahanie. Wyglądał na zadbanego mężczyznę. Zatrzymała wzrok na głowie Alana.


– Co ci się stało w głowę? – zapytała z zainteresowaniem. – Masz zakrzepłą krew.


Namacał palcami miejsce po bacie, aż trafił na strup pomiędzy włosami.


– Drobna ranka… Nic takiego. Nie zwracaj uwagi.


Karia dotknęła palcami włosów nieznajomego, jakby sama musiała się przekonać, że rana jest niegroźna. Chciała sprawdzić, czy jego zachowanie wiąże się z uderzeniem w głowę. Ona – córka znachora – wielokrotnie asystując przy zabiegach ojca wiedziała jakie skutki mogą spowodować uderzenia w głowę. Chyba znalazła odpowiedź na dziwaczne zachowanie nowego kolegi.


Alan o niej myślał z satysfakcją:


Jest taka opiekuńcza… Dotknęła mojej głowy! Och, gdyby tylko…! – westchnął cicho.


Wreszcie jakaś niewidoczna bariera została przełamana. Jeszcze przez chwilę oddawał się marzeniom, a chwilę potem wrócił do rzeczywistości i zapytał:


– Dlaczego uciekamy?


Zerknęła na niego zaskoczona.


– Nie wiesz? Przecież powinieneś służyć u króla Uzurpatusa. Nie jesteś z tych stron?


– Nie… wiem, gdzie jestem…


Karia triumfowała, w lesie niewielu mogło jej dorównać. Dzięki naukom ojca, umiała tropić ślady i podchodzić zwierzynę. Szybko orientowała się w położeniu, jakby posiadała dodatkowy zmysł. Od małego była zbratana z przyrodą, która dawała odpowiednie znaki.


– Zabłądziłeś? – zagadnęła. – Jak nazywa się twoja wioska?

– Wioska? Jaka wioska? – pytał zdziwiony, gdyż pochodził z wielkiego miasta. Był zagubiony i potrzebował czasu, żeby się odnaleźć. Za mało wiedział, nie potrafił jeszcze ustalić, co jest ważne i co należy teraz właśnie uczynić, dokąd pójść, co zjeść, gdzie spać?


– Tam, gdzie mieszkasz, jak się nazywa? Nie jesteś z naszych stron, znam wszystkich – rzekła zdecydowanie. – Mój ojciec leczy okolicznych wieśniaków. I skąd wytrzasnąłeś takie ubranie?


Alan uważał za całkiem normalne noszenie dżinsowych spodni, oraz pomarańczowej bluzy także z dżinsu i skórzanych butów. Zawsze przywiązywał ogromne znaczenie do ubioru i zakupy robił tylko w firmowych sklepach. Obecnie strój jego pozostawiał wiele do życzenia oblepiony na brązowo wyschniętym błotem, zaś oka rzęsy wodnej mogły pełnić rolę cekinów. Lecz naturalne dodatki nie miały wpływu na jakość stroju.


– Nie za dużo pytań zadajesz? – mruknął.


Usiadł na zwalonym pniu skrobiąc wyschnięte błoto z ubrania. Zdawałoby się, iż ta czynność pochłania całą uwagę Alana, a tak naprawdę myślał o Karii. O czym z nią rozmawiać, by więcej nie wyjść na idiotę?


Karia patrzyła z uwagą na poczynania młodzieńca. Nagle na myśl wróciło jej wspomnienie małego zwierzaka uratowanego z błotnistego bajora. Chociaż było zagubione, nie wiedziało gdzie jest, przed wyruszeniem w dalszą drogę zaczęło doprowadzać do czystości swe futerko. Świat fauny i ludzie są do siebie niesamowicie podobni!


– Dziwny jesteś! – stwierdziła. – Nie wiesz, co tu robisz, ni skąd pochodzisz…


– Ja? – pytał unosząc wzrok. – W moim przekonaniu ty jesteś dziwna! Dziwaczny kraj, dziwne zwyczaje!


– Jesteśmy w Krainie Skanlandii – odrzekła obojętnie Karia wzruszając ramionami, a następnie usiadła obok Alana na pniu.


– Jakiej Krainie?! Może nie jestem geografem. Żadnej Krainy Skanlandii nie znam. Jaja sobie robisz?


– Jaja? Jakie jaja? Mówisz o kolacji? Musimy stąd uciec, a ty myślisz o jedzeniu!


Alan nadal nie rozumiał sytuacji, wciąż musieli uciekać.


Ruszyli dalej w kierunku drogi. Alan nie należał do prymusów z geografii, ale był przekonany, że nie istnieje żadna Kraina Skanlandii! Dosyć często telewizja serwuje seriale, w których ludzie przenosili się do różnych epok, czy krain. To były bzdury, opowiastki, nierealny świat zrodzony w głowach pisarzy, scenarzystów, takiego stylu nie uznawał. Jakaż niesamowita siła przeniosła go i dlaczego trafił właśnie tutaj? Dlaczego przybył do jakiejś Krainy Skanlandii? Równie dobrze mógł pojawić się w stu innych miejscach, bardziej przyjemnych. I z jakiej przyczyny miałby zostać przeniesiony gdziekolwiek? – znów gubił się w domysłach.

Na odgłos końskich kopyt przerwał swe rozmyślania. Nie tracił nadziei, iż niedługo pozna prawdę, lub spotka kogoś, kto wszystko mu wyjaśni i porzucił zadawanie bezsensownych pytań.


Naśladując dziewczynę robił to co ona, uznał bowiem Karię za bardziej doświadczoną w tym świecie. Skryci w bujnych, przydrożnych krzakach, obserwowali znaczną część traktu, którym przejechali czterej jeźdźcy w czarnych ćwiekowanych skórach, z mieczem u boku.


– Czarni Rycerze… – szepnęła dziewczyna. – Właśnie oni mnie zapędzili w pułapkę… Uciekłam im kilka razy.


Dzielna dziewczyna! – spojrzał na nią z uznaniem. – Spotkanie Karii jest niezmiernie pożyteczne.


– Dlaczego cię ścigają?


– Każda dziewczyna, którą uznają za ładną, musi służyć w królewskim zakonie dziewic przez kilka lat. Nikt do tego nie podchodzi z entuzjazmem, bo kobiety po kilku latach wracają do rodziców i są wówczas niewiele warte, rozbestwione, stają się utrapieniem. Król zmusza również młodych mężczyzn do pobytu w wojsku, a po ośmioletniej służbie, odsyła do dawnych domów, bo wtedy nawet dla kupców są bezwartościowi. Byli żołnierze są niesforni, dumni i dużo potrzeba, żeby na powrót stali się pokornymi rolnikami.


– Mówiłaś, jeśli nie mają wartości dla kupców? – podchwycił.


– Dziewczyna z biegiem lat traci urodę, a chłopak siły… nie można ich sprzedać. Król nie dba o nikogo, kto wobec niego przejawia wrogość. Tylko ci, którzy płacą wysokie podatki, zapraszają do swego domu, cieszą się jego uznaniem. Zapewnia im ochronę, a nawet pomoc. Aczkolwiek jest bezwzględny w przypadku naruszania zakazu nauczania fechtunku, czy łucznictwa. Jeśli królewscy spotkają dziewczynę, która pojęła sztukę czytania i pisania, natychmiast zostaje powieszona. Gdyby w chacie wieśniaka odkryto skóry dzikiego zwierza, wówczas zginęłaby cała rodzina. Gorsze od śmierci jest chyba tylko sprzedanie Magnatusowi z Doliny Czarnego Kamienia.


Opowieści dziewczyny stanowiły dla Alana nową łamigłówkę. Poznawał nowy, nieznany dotąd świat. Zagubiony próbował ułożyć wydarzenia w całość, lecz wszystko nadal pozostawało kawałkami rozsypanych puzzli. Wciąż narastały jedynie pytania:


– Czym jest ta dolina?


– Jest zagłębieniem terenu – odrzekła z drwiącym uśmiechem dziewczyna.


On chyba nie ma wielu przyjaciół. Nie ma w Alanie nic, czym mógłby zainteresować dziewczynę – pomyślała Karia. – Daleko mu do księcia z bajki, na którego przyjazd zawsze czekałam…


– A czarne kamienie? – dalej indagował Alan.


– Wrzucane są do paleniska, żeby podtrzymać ogień – odrzekła z uśmiechem.



– Jasne. Węgiel…


– Co mówisz? – skrzywiła się przejawiając wyraz największej niechęci na ładnej buzi.


Zauważył tę minę i postanowił sprostować:


– U nas takie czarne kamienie noszą nazwę: węgiel. Czyli ów Magnatus kupuje tych, którzy nie nadają się do wojska i wykorzystuje do pracy w kopalni. Dlaczego mówisz mi o tym pomimo tego, że jestem obcy?


– Właśnie dlatego mówię bo słowo: obcy, do ciebie pasuje. Nie znasz zwyczajów, Krainy. Nikt, oprócz sług króla nie odwiązałby mnie, każdy się boi. Nie należysz do ludzi Uzurpatusa, gdyż on zabiłby takiego błazna za sam strój! Potrzebujesz pomocy, lub coś narozrabiałeś i pozostajesz w ukryciu…


Karia popatrzyła na Alana, ale zaraz jej wzrok wędrował po błękitnym niebie śledząc białe obłoki.


– Słyszałam opowieść o chłopaku, który nie poszedł do wojska – podjęła opowieść. – Wszystko było dobrze dopóty, dopóki jedna z zazdrosnych sąsiadek nie doniosła Czarnym Rycerzom o chłopaku, który i jej pomagał. Rycerze po przyjęciu denuncjacji, zjawili się u donosicielki, gwałcili wielokrotnie, a później odebrali życie i ziemie. Ów chłopak był mizerny i chorowity. Nie przyjęto go do wojska, nie kupiono również do Doliny i został przy matce. Po latach wrócił ze służby syn donosicielki. Zrozpaczony, bez swojego kąta i utrzymania. Nie posiadał złota, ni dobytku na kupno żony. Zatem kobieta, która miała swojego syna przy sobie przygarnęła bezdomnego.


– Przykra historia, widać prawdziwa. Dlaczego potraktowano w ten sposób donosicielkę? – indagował zafrasowany.


– Król nie toleruje donosicielstwa. Intendenci, co kilka lat robią spis narodzin i Uzurpatus wie ilu ludzi jest werbowanych z każdej wioski. Ktoś musi przecież pracować na roli. Tego chłopaka pozostawiono, był zbyt mizerny do służby. Jego matka nie opowiadała o tym wszystkim, aby nie wzbudzać zazdrości. Namiestnik, któremu złożono donos wiedział o sprawie, albowiem sam pozostawił chłopaka przy matce.


Ciekawość Alana przeszła w przerażenie. Karia powiedziała o jakiejś Krainie Skanlandii, gdzie zło oraz przemoc są na porządku dziennym.


Nie poradzę sobie w tym świecie! – błądził, a głośno zapytał:


– Żonę też trzeba sobie kupić?


On ma strasznie wypaczony obraz postrzegania rzeczywistości! – orzekła w myślach Karia.


– Tak – wzruszyła ramionami. – To symboliczna opłata, stanowiąca gwarancje dla rodziców, że mąż będzie szanował swą wybrankę.


– I… tylko nieprzydatne dziewczyny zostają matkami?

– Nie. Gdy kobieta ma zostać matką… no wiesz… wtedy wraca. Nie przydaje się, kiedy jest chora, lub coś jej doskwiera. Chorzy mężczyźni wysyłani są jako pierwsi podczas bitew, a że od dawna takich nie toczono, toteż chorowici zostają w domach. W wioskach małżeństwa zawierane są dopiero po powrocie ze służby.


– Kim jest król?


Skąd te banalne pytania? Może to królewski szpieg i zamierza poznać jej zdanie na temat władcy? – podsumowała.


Nie zamierzała niczego ukrywać:


– To zły Uzurpatus. Podobno przybył z jakiejś Blodoryndii i w jakiś nieokreślony sposób, być może przy pomocy magii, przejął rządy przed dwudziestu laty. Odbiera mieszkańcom wiosek prawie wszystko. Biedni ludzie często umierają z głodu, częściej jednak naturalną śmiercią od miecza.


W Alanie obudziła się szlachetność:


– Nikt nie próbował tego przerwać?


Karia spojrzała na Alana z nowym zainteresowaniem. Wprawdzie na początku nie wywarł najlepszego wrażenia. Jednak wyswobodził z pułapki i może źle go ocenia? Wszak pierwsze wrażenie bywa mylne.


– Wojska jest dużo, a po każdej próbie mieszkańcy są wieszani we własnej wiosce. Wiszą do czasu, aż zostanie goły szkielet. Czarni Rycerze zabijają ludzi nawet wtedy, gdy ktoś źle spojrzy. Ojciec mówił, że kiedyś wszystko było inaczej. Jeszcze za czasów dobrego króla Aazimala, ludzie żyli szczęśliwie i z wdzięcznością przynosili królowi dziesięcinę, plony swych rąk.


Na miejsce, gdzie przed kilkoma godzinami ocknął się Alan, przybyła tajemnicza kobieta na kasztanku. Spod kaptura szarego płaszcza wystawały długie, kruczoczarne, lekko kręcone włosy sięgające ramion. Zeskoczyła z konia i krążyła wokół miejsca szukając jakiś śladów. Nie znalazłszy niczego wróciła do wierzchowca i kilka razy objechała cały teren.


Rozczarowana efektem poszukiwań, nie miała na czym wyładować złości. Zabrakło pod ręką nawet zwyczajnego wieśniaka, którego z przyjemnością roztrzaskałaby o drzewo! Nikogo, komu mogłaby zacisnąć dłoń na gardle, lub przebić serce jedną myślą! Projekt o takim sposobie odreagowania dał upust wzburzeniu.


Wreszcie zsiadła z konia. Z juków wydobyła coś do złudzenia przypominającego puderniczkę i otworzyła. We wnętrzu zobaczyła popiersie przystojnego, wysportowanego mężczyzny.


– No wreszcie Divala! Znalazłaś go?!



– Nie, Panie. Nikogo tu nie ma!


– Znajdź przybysza zanim nawiążę kontakt z naszymi wrogami – mówił mężczyzna przez zaciśnięte zęby. – Teraz szybko udaj się na drogę do wioski Enna, gdzie spotkasz alchemika.


– Tak, mój panie!


Divala odłożyła puderniczkę na miejsce. Jeszcze raz obrzuciła wzrokiem okolicę, po czym wskoczyła na siodło i odjechała.








Rozdział 2


Zabić szpiega







Alan podążał za Karią leśnym gąszczem. Minione chwile przypominały wymacywanie drogi w pełnym pułapek labiryncie, gdzie każdy zakręt okazuje się bardziej niebezpieczny od poprzedniego. Wrażenia i kluczenie w zaroślach, zmęczyły niesamowicie wędrowca i chętnie odpocząłby, najlepiej po sytym posiłku. Lecz przebywał daleko od domu bez jedzenia, noclegu…


Tylko zieleń lasu, widok drzew, krzewów oraz błękitne niebo nadal robiły na nim wrażenie – tylko one miały swój urok w całym tym zdarzeniu. Wszystko prezentowało się tu ładniej, niż w świecie, który znał, bardziej malowniczo, jakże inaczej, obco, chłodno. Poznanie dziewczyny, wyrażającej chęć do rozmowy, nie skłaniało go do pozytywnych reakcji. Pojawienie się w Skanlandii było zagadką, którą należy natychmiast rozwiązać. Gdyby wiedział w jaki sposób wrócić, zrobiłby to natychmiast. Wolałby widok najbardziej obskurnej dzielnicy w swoim mieście i właśnie usłyszeć krzyk pracodawcy, że znów coś spaprał, niż spędzić tu kolejną minutę! Lepiej siedzieć w małym, nędznym drewnianym spokojnym domku, niż w willi ze wszystkimi luksusami, gdzie chcą cię zabić. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej… Owe zdarzenie posiadało także pozytywne rzeczy: pierwszy raz od dawna rozmawiał tak długo z dziewczyną!


Każdy krok Alana słyszany był na dużą odległość. Ciągle nadeptywał na suchą gałązkę, która łamała się z głośnym trzaskiem, lub potykał o korzeń, wpatrzony w smukłą sylwetkę dziewczyny przed sobą. Postanowił naśladować sposób poruszania się Karii. Stawiała ciche kroki, w ogóle nie patrząc pod nogi i omijała wszystkie licznie występujące korzenie i suche gałązki.


Zdawał sobie sprawę, że ona coś ukrywa. Chodzi po lesie niczym prawdziwy Indianin, jednocześnie dostrzegając wszystko, co dzieje się wokół, a wpadła w tak prostą pułapkę! Może to jakaś gra? Telewizyjny realityshow? Możliwe, że przyjaciele zafundowali mu taką zabawę?


Nie – pomyślał z goryczą. – Ja nie mam żadnych przyjaciół…! Jeśli obecna sytuacja jest zabawą, na pewno zaraz się skończy, tylko dlaczego wszystko wygląda tak realnie?


Z daleka dostrzegli wioskę położoną w otoczeniu zieleni lasów. Obok rozciągały się pola uprawne, gdzie dojrzewało falujące na wietrze zboże.

Po długiej wędrówce dobrnęli do piaskowej, żółtej drogi, niedługo potem doszli do zabudowań nędznej osady. Brzydkie chaty wyglądały jak rozwalające się szałasy. Niegdyś ściany zostały zbudowane z solidnych, drewnianych bali, dziś były powykręcane w różne strony od słońca i wilgoci. Niektóre stały dawniej na tarasach, obecnie wisiały koślawe, jakby ustawione na stołach, których nogi zostały zdeformowane. Wokół domostw widniały ślady zaniedbanych ogródków, które już dawno przestały istnieć. Zagony pokrywały chwasty i szczątki dawnych roślin. Wyraźnie było widać, że mieszkańcom osady klepią biedę, lub są bardzo leniwi.


Chłopi, przeważnie starsi mężczyźni daleko po czterdziestce o bosych stopach, z włosami w nieładzie, ubrani w różnobarwne znoszone, często łatane różnorodne stroje, zebrani gromadnie w centrum osady przy studni złowrogim spojrzeniem witali nadchodzących.


Nieco dalej wokół domów widzieli młodych chłopców poniżej piętnastego roku życia. Dzieci były jakieś drętwe, nieruchome, w czym również tkwiło coś dziwnego. Alan przywykł do widoku rozkrzyczanej dzieciarni, szczególnie do tego, że dzieci są żywe jak płynne srebro – nie zastygły posąg. Czuł się tu bardzo nieswojo. Nie był także rolnikiem, lecz zdawał sobie sprawę z tego, jak ciężką jest praca na roli. Rozmyślał nad zachowaniem mieszkańców, dlaczego w ciepły słoneczny dzień zamiast zajmować się pracami gospodarskimi, stali zebrani przy studni?


Gdy tylko podeszli bliżej natychmiast zostali otoczeni przez tubylców.


– Karia, kim on jest? – spytał naczelnik wioski drewnianą łyżką wymachując niczym buławą. Jego pospolita twarz nieodpychająca, ale niezbyt sympatyczna wyrażała niechęć.


Zapewne wybiegając z domu oderwany od posiłku zaintrygowany przybyszem zapowiedzianym przez pierwszego wieśniaka, który zauważył nadchodzących, zapomniał ją odłożyć.


Karia również nie była zachwycona powitaniem. Chłopi po raz pierwszy tak zareagowali na wizytę córki znachora. Zazwyczaj przyjmowano ją gościnnie, zapraszano na skromny posiłek.


– Uratował mi życie i potrzebuje pomocy – odrzekła nie okazując cienia rozczarowania.


Słowa dziewczyny poruszyły zebranych.


– Tylko sługa króla ma odwagę odwiązać ofiarę Czarnych Rycerzy! – zauważył naczelnik.


Czyżby górę brała obawa przed Uzurpatusem, za udzielenie azylu osobie poszukiwanej? – rozważała Karia i kierując wzrok w kierunku naczelnika osady głośno wyraziła swe przekonanie:


– Każdy z was mógłby wykonać taki czyn, gdybyście przez chwilę przypomnieli sobie, że jesteście mężczyznami! Widzieliście mnie w pułapce i zostawiliście! On jest prawdziwym mężczyzną – wskazała swojego towarzysza.

Alan poczuł się dowartościowany, usłyszawszy pochwałę z ust tak pięknej istoty. Wiele rzeczy w życiu wychodziło mu niezbyt doskonale i lubił, gdy ktoś od czasu do czasu pochlebnie o nim coś powiedział. Od zawsze miał dwie lewe ręce, ale zawsze mnóstwo dobrych chęci, tudzież nie był całkowicie pozbawiony egoizmu.


Zabrakło słów wygadanej Karii. Niespokojnym wzrokiem ogarnęła grupę wieśniaków, oczekiwała większych wyrazów sympatii chociaż tak liczne pomiatanie mogło dać dziewczynie do myślenia już wcześniej, lecz dopiero teraz zaczęła się zastanawiać. Czyżby chłopi mieli coś wspólnego z pułapką?


– Każdy z nas jest mężczyzną – odrzekł niepewnie naczelnik. – Cóż możemy zrobić? Każdy nas jest gnębiony, a król nie zapewnia ochrony. Zabrał nam prawie wszystkie zwierzęta pociągowe. Coraz trudniej obrabiać nasze pola. Natomiast ludzie tacy jak twój ojciec, marzą o powrocie do czasów króla Aazimala! My możemy jedynie…


Rozpacz wieśniaka nie zrobiła na Karii wrażenia. Miała rolników za tchórzy i zauważała słuszność w słowach ojca: o wolność należy walczyć!


– Czekajcie, aż ktoś odwali za was całą robotę! – orzekła podniesionym głosem.


Wypowiedź wywołała lawinę gorzkich westchnień.


– Nie mieszkasz w wiosce. Nie masz dzieci. Nie wiesz, co mówisz! – mówił naczelnik.


W mniemaniu Karii naczelnik także niewiele wiedział o tym, o czym mówi. Troska o rodzinę to jedno, zaś akceptacja biedy i ciągłego poniżania, to drugie.


– Tylko sługa króla ubrałby się jak ten błazen. Na stos z nim! – dodał ktoś inny.


Podłą atmosferę odczuwali wszyscy. Jednak uparci wieśniacy zamierzali rozwiązać problem po swojemu:


– Zabić szpiega! – padło z tłumu.


Co raz padały również okrzyki z grona żeńskiego wiejskiej społeczności. Kobiety także zaintrygowane kolegą Karii stały na uboczu dopingując mężczyzn.


– Na stos, przypiec go! – wołali inni.


Karii opadły ręce, słuchała i patrzyła z niedowierzaniem. Oczy dziewczyny ukazywały rozpacz i rozczarowanie. Jeszcze wczoraj miała tych ludzi za przyjaciół, dziś wyjawili swe prawdziwe oblicze nędznych panikarzy.


– Wiecie dobrze, że w odwecie za zabicie posłańca, Uzurpatus wymordowałby kilka wiosek! – zawołała Karia, jednocześnie zasłoniła sobą Alana, ale uchroniło to jego głowy przed jajkiem ciśniętym dłonią jednej z gospodyń stojących w gromadzie na uboczu.


– O kurde! – jęknął dotykając dłonią miejsca, gdzie spływała gęsta maź.


Drugi raz został uderzony w ciągu jednego dnia. Czy może być gorzej? Nie docenił wyniosłości gestu, gdyż w tym miejscu jajko należało do rzeczy drogich i luksusowych. Miał dużo szczęścia, że chłopka nie trzymała w ręku akurat kamienia. Nie był tu mile widziany, jego życie zależało od decyzji kilku chłopów.


– Karia odejdź, obcy zginie!


Dlaczego chciano go zabić?


Zabić? – zdębiał, rozumiejąc intencję. Strach na chwilę sparaliżował ruchy młodzieńca. Zadrżał, nogi ugięły się pod nim. Zbladł i stracił mizerną resztę pewności siebie. Los Alana zależał obecnie od kilku nieobliczalnych wieśniaków oraz poznanej przed chwilą zuchwałej dziewczyny.


Alan stał niezdecydowany odzyskując panowanie nad swoim ciałem. Był bowiem niespokojny, przejęty niesmakiem i wielce skłonny do ucieczki. Przecież wieśniacy nie wyrządzą krzywdy Karii. Pocieszał się tą myślą, że niewiele mógł zdziałać.


– Nie! – sprzeciwiła się dziewczyna. – Nie zginie i odejdzie jak przyszedł. Skąd wasze podejście? – pytała zrozpaczona.


– Obcy wygląda podejrzanie – oznajmił groźnie naczelnik. – Nasze postępowanie jest słuszne.


Naczelnik należał do ludzi niezbyt charyzmatycznych i jego wypowiedziom brakowało pewności siebie, ale królewski posłaniec, wedle swego uznania wybierał przedstawicieli osad i często trafiał źle.


– On przyniesie nam kłopoty. Zobacz jak wygląda – dorzucił inny.


Karia widząc swą przewagę nad grupą chłopów, odzyskała pewność siebie i zdecydowanym głosem kontynuowała:


– Dlaczego się go boicie? Czy kiedykolwiek któryś z was przestanie obrażać mężczyzn swoją postawą?


Wieśniacy zacieśnili krąg. Ich złowrogie spojrzenia były złą wróżbą. Alan odwrócił się gwałtownie szturchnięty w plecy trzonkiem wideł. Napotkał gniewne spojrzenie wątłego chłopa, który miną nadrabiał wszelkie swoje niedoskonałości, jednak milczał.


– Każdy z nas odsłużył swoje u króla. Ta służba zmienia ludzi. Niektórzy czuli radość z mordowania rolników, by po latach zostać rolnikami. Dziś mamy swoje rodziny i boimy się o własne bezpieczeństwo – uzasadniał wzburzony naczelnik.


– To żadne wytłumaczenie! – zawołała Karia. – Ukazujesz swoje prawdziwe oblicze tchórza.


– Tylko sługa króla może chodzić bezkarnie i robić wszystko wedle własnego upodobania. Widziałem jak na drodze Rycerz smagnął go batem. Bo również służy królowi i dlatego urządzili pokaz!


Uzurpatus nieufny wobec poddanych, albo też zwiedziony sprzecznymi relacjami szpiegów wielokrotnie wystawiał jakiegoś człowieka, żeby został pobity na oczach wieśniaków, którzy solidarnie nim się zaopiekowali. Tym właśnie chłopi motywowali swoje postępowanie, aczkolwiek nie musiało być wcale uzasadnione wymienionym faktem. Alan, człowiek zupełnie obcy, mógł stworzyć problemy, a chłopi obawiali się popsuć stosunki z władzą i tylko szukali pretekstu na usunięcie intruza.


Karia podeszła i stanęła przed wieśniakiem.


– Nie pomogłeś bitemu? Stałeś i patrzyłeś? Nigdy nie byłeś w służbie króla!


Mężczyzna odwrócił wzrok.


– Wolałbym codziennie dostawać batem po głowie, niż być okradanym przez sługi króla ze wszystkiego, co zdołam uzbierać!


Ze słów, które usłyszała Karia, wnioskowała, że rozmawiano o Alanie. Musiało nastąpić jakieś niesamowite zdarzenie, bowiem chłopi czasem gościnni, nagle zmienili swe podejście. Któryś z wieśniaków musiał widzieć, jak Alan uwolnił ją i spodziewając się, że dziewczyna przyprowadzi go do wioski natychmiast poruszył ten temat w gronie pobratymców. Wioska Nabu leżała najbliżej miejsca zdarzenia, oddzielona ogromnym lasem od posterunku Czarnych Rycerzy na cyplu najbardziej wysuniętym na północ. Do innej osady należałoby iść pieszo przez kilka dni.


– W Dolinie Czarnego Kamienia nauczono mnie pokory. Zabijmy go!


Karia zmarszczyła brwi. Wyszedł za życia z kopalni? Nikt z obecnych nie zareagował na jego słowa. Królewski sługus mieszkał w wiosce, rzekomo przeciwstawionej królowi i właśnie podburzał mieszkańców, tylko dlaczego? Powiodła wzrokiem po osadzie. Dostrzegła kilka nowych wideł, grabi, a także ujrzała pod stopami ślady wozu, które prowadziły do chaty naczelnika, gdzie leżało kilkanaście wypchanych worków. Wszystko zrozumiała i dostała gęsiej skórki. Wioska za pośrednictwem podżegacza, sprzedała się królowi za kilka worków zboża oraz kilkanaście nowych sprzętów! Oboje powinni szybko stąd uchodzić, bowiem znajdowali się w poważnym niebezpieczeństwie. Karia przyprowadziła tutaj Alana mniemając, że znajdzie schronienie dla niego, może nawet ubranie.


Teraz musi szybko porozmawiać z ojcem, o zmianach w wiosce, położonej najbliżej ich domostwa.


– Ja nie poddam się dobrowolnie królowi! – rzuciła. – Od dawna usiłuje mnie zniewolić i zabrać na zamek. Sprzeciwiam się jego nakazom, czy zakazom. Jestem wolna!


Zmieszany naczelnik, utkwił wzrok w ziemi i ledwie wybełkotał:


– Mieszkasz w lesie! Z dala od świata. Nie widujesz na co dzień Czarnych Rycerzy!


Podeszła ponownie i stanęła obok Alana.


– Przyprowadziłam go tutaj, jestem winna mu życie. Odejdzie stąd! Czy mnie też zabijecie, bo mam odwagę i tym się od was różnię?!


Wieśniacy żywiej spojrzeli na córkę znachora. Zuchwałe słowa podgrzewały atmosferę dopiekając chłopom do żywego. Po raz kolejny zostali obrażeni przez dziewkę! Całe szczęście dziewczyny było w tym, że jej ojciec leczy chorych, inaczej obojga pochowaliby obok siebie w lesie nieopodal wioski.


– Uciekaj! – szepnęła do Alana.


Drgnął w pierwszym odruchu, ale dalej stał w miejscu. Przez chwilę rozważał sytuację.


– Niewiele rozumiem – szepnął.


Natknął się na proszący wzrok Karii. To przeważyło o jego dalszym postępowaniu. Dziewczyna dobrze wiedziała co jest najlepsze i znała wieśniaków lepiej od niego. Widział jak bardzo była zawiedziona postępowaniem chłopów.


– Później ci wszystko wyjaśnię, uciekaj! – szepnęła przez zaciśnięte zęby.


Alan ruszył przed siebie. Nogi niosły go same, strach dodawał sił. Postanowił szybko schronić się w lesie, gdzie był najmniej widoczny. Zatem biegł ku zwartej ścianie lasu, w kierunku innym, niż ten skąd przyszli. Szybko zniknął w zielonej kniei i biegł wciąż nieprzerwanie na przód. Gęsto rosnące małe krzewy i gałęzie uderzały po twarzy. Drzewaolbrzymy rosły rzadko. Zatrzymał się dopiero na skraju wielkiego jeziora, przysiadł i odpoczywał po biegu. Ogarnął wzrokiem lustro wody.


Dookoła trwał piękny słoneczny dzień, toń jeziora odbijała zieleń lasu porastającego brzegi. Barwne plamy na wodzie drgały, mieniły się w słońcu jak kolorowe szkła w tubce dziecięcego kalejdoskopu. Nad głową szumiał las i świergotały ptaki, wokół pachniało igliwiem.


Ale jestem głupek! Strach wziął górę nad właściwym zachowaniem. Zostawiłem dziewczynę samą na pastwę wieśniaków! A jeśli coś jej zrobią? Co dalej mam zrobić? – pytał. – W tym świecie wszystko jest zagmatwane i wątpliwe.


Przebywanie w tym dzikim kraju z każdą kolejną minutą przynosiło kolejne obawy. Wszystko było takie nieprzewidywalne. Poczuł do Karii szczerą sympatię i bardzo się o nią martwił. Przed oczyma miał wyraz zawiedzenia wymalowany na twarzy dziewczyny, po chłodnym przyjęciu w wiosce. Zbyt mało znał Krainę, a tym bardziej stosunki na wyciąganie właściwych wniosków.


Jeśli Karia nie przyjdzie za chwilę wracam do wioski! – postanowił.


Usiadł na niskim głazie, żeby odpocząć i pilnie nasłuchiwał. Natomiast oczyma wyobraźni wrócił do wioski silnymi ciosami rozkładał na ziemi wieśniaków jednego po drugim…


Gdzieś w dali dobiegał gwar wesołej rozmowy. Z głębi lasu dochodziły niewyraźne słowa i dobiegał wesoły śmiech. Najpierw przezornie schował się oczekując czyjegoś nadejścia drogą, lecz zaraz doszedł do wniosku, że ktoś obozuje nieopodal.


Nie wszyscy muszą być źli – stwierdził.


Zaintrygowany podszedł do miejsca, skąd dochodziły głosy. Cicho na ile potrafił, zgięty w pół, rozgarniając gałęzie dłońmi zmierzał ku rozmawiającym, słysząc coraz głośniejsze dźwięki rozmowy. Zdawał sobie sprawę, że szum lasu może nie zagłuszyć jego kroków. Powoli skryty wśród bujnej zieleni podchodził rozmawiających. Zauważywszy wysokie ognisko, nad którym pieczono zwierzynę i mężczyzn siedzących wokół, legł pod rozłożystą paprocią i podczołgał się bliżej. Ukryty w zielonym poszyciu obserwował obóz.


Nad ogniskiem stał rożen z nadzianym mięsem. Woń potrawy przypominała o głodzie. Wokół ognia na leśnej polanie siedzieli Czarni Rycerze. Jedni byli wysocy i dobrze zbudowani, a inni przeciętni. Rozmawiali wesoło nie obawiając się żadnego niebezpieczeństwa. Ze słów Karii wynikało, iż są tu nietykalni. W tej Krainie z radością powitano by jakiegoś Janosika, albo innego Robin Hooda! Innymi słowy: rycerza bez skazy.


W chwilę potem przyszło mu na myśl, że śni. Zaraz się obudzi z wszystko będzie jak dawniej. Szczypał swe ciało, ale wcale się nie budził! Wydarzenia miały miejsce na jawie, a on jest w tym dziwnym miejscu i ma poważne kłopoty.


W głowie miał taki sam chaos jak na początku swojej podróży. Różne myśli kłębiły się w głowie i wreszcie przyszło mu na myśl, że zginął w wypadku… Ale to nie jest raj! No, może wygląda ładnie, malowniczo, lecz zło do raju nie ma dostępu, zaś tutaj występowało w bród. Może tak wygląda Piekło? Czyżby zasłużył na taką karę? Czasem przesadził z alkoholem, kogoś wyzywał, lecz jego uczynki nie należały do grzechów, za jakie trafia się do Piekła. Może za myśli o seksie, którego pomimo swoich dwudziestu czterech lat jeszcze nie używał? Chociaż próbował wielokrotnie, nigdy nie robił właściwego wrażenia na kobietach. Zaś korzystanie z usług prostytutek nie wchodziło w grę. Przypomniał sobie Karię, pierwsze wrażenie wyzwoliło podniecenie i radość z życia… usiłowano go zabić, przeto żyje – podsumował. Skoro czuje, a odczuwał bat i podniecenie oraz strach, zatem ma najlepszy dowód, że żyje! Jaki koszmarny przypadek sprawił, że znalazł się właśnie tutaj? Zabrakło odpowiedzi na pytanie: jak, dlaczego, a może po co, znalazł się w Krainie Skanlandii?


W pewnym momencie drgnął, zobaczywszy nad sobą czyjś cień. Gwałtownie odwrócił głowę licząc, że nadeszła Karia. Szybko spostrzegł pomyłkę widząc nad sobą Czarnego Rycerza, który akurat w to miejsce przyszedł za potrzebą i niemalże obsikał Alana! Ogarnęła go trwoga i serce podeszło do gardła. Lodowaty dreszcz przeszedł po plecach, a ciało pokryła gęsia skórka.


– Oż ty ścierwo! Ktoś ty jest?! – syknął ów rycerz.


Nie zdążył powiedzieć słowa, bowiem dostał kilka kopniaków. Ze strachu zaschło mu w gardle, ręce drżały, ale wiedział, że może liczyć tylko na siebie. Następnie rycerz podniósł Alana do góry za szyję i ściskając za kark niósł do ogniska. Wystraszony nie na żarty Alan zarzucał sobie, że po raz kolejny zgubiła go ciekawość. Blady ze strachu nawet nie próbował się szarpać. Rozważał swą sytuację: dwudziestu przeciwników, a on jeden.


Co robić? – pytał gorączkowo, mimo niebezpiecznego położenia szukał rozwiązania. Wszak zrobić mógł niewiele i ratowała go jedynie ucieczka.


Tak, ucieknie… poczeka tylko, aż stopy dotkną ziemi.


– Paczta, jakiego szpiega żem se znalazł! – powiedział cisnąwszy Alanem o ziemię obok ogniska.



Obozowicze zwrócili uwagę na Alana. Na ich twarzach dostrzegł wyrazy zaskoczenia. Wedle ich gustu nosił dziwny strój, który mógł przynieść jedynie kłopoty.


Nie udało się uciec! – szeptał zły w duchu.


– Gdzie sześ znalazł tego cudaka? – seplenił kolejny.


Alan niecierpliwie czekał na odpowiedni moment.


– Co to jest? Takie do psa nie podobne… – stwierdził jeszcze inny, który również kopnął Alana.


Kolejno podchodzili i przyglądali się skulonemu wędrowcowi, leżącemu w środku obozowiska, ubranemu w jakże niecodzienny dla nich strój.


Alan powoli wodził wzrokiem widząc jedynie stopy czarnych zbirów. Chwila pełna napięcia dłużyła się coraz bardziej. Przekonany, że przyszedł właściwy moment bez namysłu, nagle zerwał się z miejsca ku zaskoczeniu oprawców i puścił się rejteradą w stronę lasu. Oszołomieni przez chwilę rycerze stali jak zamurowani, gdy pierwsze zaskoczenie minęło ruszyli za uciekinierem.


– Ścierwo! – usłyszał głos za plecami.


Drobne gałęzie uderzały po twarzy pędzącego na oślep Alana, lecz on na nic nie zważał. Uciec! – to najważniejsze. Słyszał za plecami głośny tupot kroków kilku mężczyzn. Pot obficie zrosił ciało uciekiniera. Bolały go nogi od nadmiernego wysiłku i był u kresu wytrzymałości. Nigdy w życiu nie biegał przez cały dzień.


– Dam radę, ucieknę – powtarzał sobie.


Uciekający zawsze ma przewagę nad ścigającym wybiera bowiem kierunek, a to zawsze jest zaskoczeniem dla biegnącego za nim. Odwrócił się, by spojrzeć jak daleko jest pościg. Wrogowie byli tuż, tuż. Znów spojrzał przed siebie i… postawił oczy w słup. Za późno było, aby wyhamować, lub ominąć pień drzewa, znajdującego się na wprost. Uderzył głową w pień i zobaczył wszystkie gwiazdy na niebie. Padł na plecy.


Dwaj Czarni Rycerze chwycili za nogi uciekiniera i pociągnęli do obozowiska. W trakcie drogi Alan odzyskał świadomość. Wymiotował. Mocno bolała głowa od zderzenia z drzewem i chwilę zajął mu powrót do rzeczywistości. Zaciągnięty do ogniska już wszystko pamiętał.


– Vanic co z tym zrobimy? – spytał ten, który znalazł Alana i dla bezpieczeństwa oplótł jego nogi sznurem.


Vanic, mężczyzna czterdziestoletni, postawny, o rudych krótko przyciętych włosach i lisiej twarzy, siedział na pniu. Spoglądał bez większego zainteresowania na Alana. Nie miał przy sobie sakiewki, co stwierdzili już żołnierze. Cudak – jak nazwał w myślach podglądacza, wyglądał zbyt mizernie żeby sprzedać Magnatusowi, z tego samego powodu nie nadawał się na Czarnego Rycerza. Po cóż zabierać takiego do zamku? Niekarmiony w czasie podróży umarłby z głodu, zaś karmić więźnia nie zamierzał. Pozostało tylko jedno wyjście:



– Dostanie porządne lanie za karę, że nas podglądał i tak umrze! – oświadczył Vanic.


Decyzja przywitana została śmiechem rycerzy, a śmiech echem rozniósł się po lesie.


Alan zdrętwiał ze strachu po raz kolejny, słysząc wyrok… O ile wcześniej zamierzał rozmawiać z przełożonym rycerza, który smagnął go batem, teraz mając ku temu okazję, milczał.


Wysoki i słusznej postawy mężczyzna lat czterdziestu, lub czterdziestu dwóch, nazywany: Człowiekiem z Lasu o czarnych aksamitnych włosach czesanych z przedziałkiem na środku, sięgających poniżej uszu, pochylał się nad konającym wieśniakiem, którego dopadła śmiertelna choroba: katalepsja. Znachor, a jednocześnie alchemik, wiedział, że zrobić tu może niewiele. Smutnym wzrokiem objął rodzinę wieśniaka: żonę i trzy córki, które przykucnąwszy tuliły się w kącie ze łzami w oczach. Najstarsza miała lat tyle, co jego Karia, niema prośba tkwiła w oczach dziewczyny, niczym cierń w sercu raniła znachora. Stał przed trudną sprawą, musiał powiedzieć tym kobietom, że chory umrze niebawem.


O nieszczęsna rodzino!


Znachor siedział przy umierającym z zaciętym wyrazem twarzy. Ręka już trzykrotnie wędrowała do woreczka, gdzie trzymał swą magiczną księgę. Za każdym razem ręka cofała się przezornie. Wiedział, że jeśli to zrobi, zemści się na jego życiu, a przecież ma dla kogo żyć! Ponure milczenie potęgowało tę trudną chwilę oraz wpatrzone w niego oczy czterech kobiet.


Ukrywał swą bezradność oraz niezdecydowanie pod maską zadumy. Jednocześnie toczył w sobie wewnętrzną walkę, w czasie której zdawało mu się, że ziemia i niebo ucichły nagle. Tkwił w ponurej zadumie nad ludzkim zaślepieniem i wpojonymi zasadami. Ogarnięty uczuciem rozdarcia pod wpływem spojrzenia kobiet niewidzących w nim bezradnego mężczyzny, lecz uzdrowiciela, panującego nad życiem i śmiercią.


Znachor długo toczył w sobie walkę myśli usiłując znaleźć odpowiedni powód do złamania wszelkich zasad. Uczono go przecież, że życie ludzkie jest wartością najwyższą…


O władco życia! – wołały myśli znachora wznoszącego wzrok ku niebiosom. – Ludzka słabość nie pozwala mi dochować wierności składanym przysięgom i wiem, że muszę uratować tego człowieka! Wybacz mi Joanaosie!


Wreszcie drżącymi rękoma wyciągnął swą księgę z woreczka, otworzył po czym przekartkował, aż zatrzymał na poszukiwanej stronicy. Palec począł przesuwać się po dziwnym piśmie, wargi wypowiadały magiczne słowa zaklęcia, gdy nagle przypomniał sobie o obecności rodziny umierającego nieboraka. Odwrócił głowę w kierunku zbitej gromadki.


– Wyjdźcie! – zawołał.


Płonącymi oczyma ogarnął wychodzące kobiety. Zaskrzypiały na zawiasach i głucho trzasnęły drewniane drzwi. Znachor został sam z wieśniakiem.

Natychmiast wrócił do czytania porzuconych wersetów. Głośno wymawiał słowa, których przeciętny człowiek nie potrafiłby powtórzyć. Jednocześnie drugą dłoń trzymał uniesioną nad czołem chłopa. Wreszcie i druga ręka zawisła podobnie jak pierwsza. Znachor poruszając wargami powtarzał zaklęcie.


Nagle rozległ się głos uderzenia piorunu i świetlista smuga rozjaśniła niebo. Jakaś błękitnawa smuga świetlna delikatnie opadła na łoże chorego i znikła niebawem. Wieśniak otworzył oczy, nagle cierpienie odeszło. Usiadł na łóżku, próbując przypomnieć sobie, co właściwie się stało.


Człowiek z Lasu spakował swą księgę do worka. Bez słowa, powoli opuścił wiejską chatę. Wówczas wieśniaczka z córkami wbiegły do domu. Długo jeszcze słyszał radosne okrzyki, które wywołały uśmiech na jego twarzy, a zarazem potwierdziły słuszność postępowania.


Wszedł pomiędzy pierwsze drzewa.


– Serce skacze radośnie w piersi na widok ludzi opuszczających swego Boga nazywanego: dobrym i przechodzą na ścieżkę zła! – usłyszał z boku głos.


Zatrzymał się i wyraz bezbrzeżnego zdumienia zabarwił twarz alchemika. Zza drzewa wyszła, młoda, czarnowłosa kobieta okryta szarym płaszczem z kapturem na głowie.


– Tyle czasu usiłowałam odciągnąć cię od Joanaosa po raz drugi. Ani choroba żony, ani wszelkie sposoby utrudnienia wędrówki po lekarstwo nie przynosiło rezultatów, aż wreszcie…


– Milcz! – zawołał sięgając do pasa, lecz był to jedynie odruch, gdyż od dwudziestu lat miecza u boku nie nosił.


Przelotny uśmiech zadowolenia przemknął przez piękną twarz rozmówczyni.


– Masz rację mój drogi, stary przyjacielu. Złość to najbliższa droga do naszego pana! Wyzwalaj więcej negatywnych emocji!


Zdębiał. Nagle zrozumiał swój czyn. Stał przeszyty ponownie tym samym spojrzeniem, co w chacie umierającego wieśniaka! Poczuł śmiertelny chłód w sercu, ścisnął dłońmi czoło w niemej rozpaczy. Za sprawą tej kobiety wyrządził sobie wielką krzywdę.


– Byłeś bardzo nierozważny! Odtrąciłeś mnie przed wielu laty… dzisiaj byłbyś wielkim panem, bogatym i szanowanym! Twoja żona żyłaby nadal… Sam ją zabiłeś poprzez swój upór. Trzeba było mnie wtedy posłuchać!


Pobladł śmiertelnie.


– Divala…! – wycedził przez zęby znachor, właściwie rozpoznając postać. – Królewna z Czarnolandii zwiedziona przez siły zła! Poznaję cię! Ty zastąpiłaś maga Mistusa na zamku króla Aazimala po intrydze w jaką został wciągnięty!


Kobieta pokazała rząd białych, równych zębów w radosnym uśmiechu.


– Przyjmij również znamię Devidiara, wówczas ocalisz swe pozbawione sensu życie.

– Nigdy! – zawołał bez wahania miotany żalem, że tak łatwo stracił wszystko to, co przez całe swoje życie pielęgnował. Użył zakazanej formuły, tym nieodwracalnie sprzeciwił się dobremu bogu Joanaosowi po raz kolejny! – Nigdy!


– Pamiętaj, że sam wybrałeś… – odrzekła Divala i znikła mu z oczu pomiędzy drzewami.


Łzy płynęły do oczu znachora. Przekonany o słuszności swego postępowania, zawiódł… ratując czyjeś życie poświęcił własne.








Rozdział 3


Dom w leśnej gęstwinie







Gdy tylko Alan wybiegł z wioski, Karia podeszła do naczelnika.


– Ciekawa jestem ilu z was zapomniało o tym, że mojemu ojcu zawdzięcza życie! Śmierdzący tchórze! Mściwość i żale kierujecie na niewinnych! – powiedziała jakby zapominając o samej sobie pozostawionej w pułapce. Ale ludzie mający na uwadze dobro innych zazwyczaj własne sprawy odkładają na bok. Dziś Karia przekonała się na kogo może liczyć w trudnej chwili. Żaden mieszkaniec wioski nie stanie w obronie skrzywdzonej dziewczyny, choć z jej ojcem liczyło się wielu. Znała w Krainie wielu ludzi, którzy mieli dobre serce i chętnie pomogliby gotowi umrzeć za swój czyn. Jednak świat jest tak dziwnie złożony, że nigdy nie ma wokół przyjaciół wtedy, gdy są najbardziej potrzebni. Karia chciała pomóc Alanowi, albowiem widziała w nim zagubionego wędrowca. Obawiała się przyprowadzić Alana do domu, bo kim on właściwie jest? Ojciec był zasadniczy w pewnych sprawach i nigdy nie zauważył, kiedy dorosła mała Karia.


– Chcemy tylko przetrwać, zobacz dziewczyno, co dzieje się z naszym światem? – rzucił żałośnie namiestnik.


– Jesteście mężczyznami, ale bez pożytku! W obawie o własne życie pozwolilibyście znieważyć publicznie, a nawet zabić najmniej winną osobę. Myślicie tylko o sobie i nic was nie interesuje. Uzurpatus wprowadza zamieszanie, wy mu w tym pomagacie, zamiast bratersko zjednoczeni stawić czoło!


Naczelnik otworzył usta i zaczął coś mówić, lecz Karia pobiegła w ślad za Alanem i nie usłyszała ostatnich słów naczelnika. Zrozumiała. Ludzie z tej wioski tchórzliwie będą troszczyć się wyłącznie o siebie nie bacząc na cierpienia innych. Ale z drugiej strony, który ojciec chciałby widzieć śmierć swojego dziecka? Jednak była przekonana, że ludzie powinni stawić opór królowi, albowiem większość mężczyzn odbyła służbę u Czarnych Rycerzy i umieli używać mieczy we właściwy sposób.


Karia szukała wzrokiem Alana, biegł szybko i był już daleko. Zobaczywszy z daleka wysokie ognisko powoli podeszła bliżej i widziała jak jeden z Czarnych Rycerzy, niesie Alana, potem żywo śledziła ucieczkę, która jej bardzo przypadła do gustu, nawet trzymała za niego kciuki, oraz pościg i ponowne pojmanie. Wiedziała, że go nie zabiją. Woleli zostawiać ofiary żywe, żeby umierały w bólach. Takie właśnie zasady panowały w Krainie, terror i strach dawały władzę.

Dostrzegłszy Vanica utwierdziła się w swym przekonaniu. Inaczej traktowali tylko mężczyzn unikających wojska, lub kobiet, które odmawiających zostania nałożnicami króla. Wówczas prowadzili do wioski i mężczyznę biczowano, na oczach zebranego tłumu, natomiast kobietę gwałcono wielokrotnie. Zaś Uzurpatus, co dwa lata wysyłał swego intendenta, który spisywał każde narodziny, żeby mieć pełne rozeznanie. Biada temu, kto został zatrzymany, a w spisie nie figurował. W taki sposób i Karia znalazła się na liście poszukiwanych. Podówczas przebywała w wiosce przysłana przez ojca z lekami, gdy nadjechali Czarni Rycerze w towarzystwie namiestnika, który od razu zwrócił uwagę na ładną dziewczynę. Zapytał, kim jest i… właśnie wtedy z opresji wyratowała ją jedna z chłopek podając Karię za swą zmarłą córkę, której zgonu nie odnotowano. Dzięki temu ktoś uniknął publicznego gwałtu.


Karia nie czekając, kiedy Czarni Rycerze odejdą, zawróciła i pobiegła po ojca. Mieszkali w domu zbudowanym na konarach kilkusetletniego dębu. Rozłożyste kłącza skrywały domostwo przed oczyma przypadkowych przechodniów. Ponadto gęste gałęzie umożliwiały przejście z drzewa na drzewo. W ten sposób powstał naturalny taras prowadzący do wielu miejsc w lesie. Do domu wjeżdżało się windą ukrytą pomiędzy trzema grubymi pniami. Winda zawierała proste rozwiązanie: różnica ciężaru balastu, wciągała kosz z człowiekiem na górę. Człowiek czasem pomagał sobie pociągając sznur, na końcu, którego wisiał wór.


Zastała ojca podczas produkcji swoich mikstur leczniczych. Pracownię wypełniały wiązki ziół suszących się zawieszonych pod sufitem, różne szafki i półki powieszone na ścianach, stoły z flakonami zawierającymi różnokolorowe ciecze. O tym, kim był i co robił jej ojciec miała mgliste wyobrażenie, bowiem nigdy nie pozwolił poruszyć tego tematu.


Człowiek z Lasu, na co dzień leczył ludzi w wioskach, natomiast w głębi duszy skrywał wielką tajemnicę, główny powód jego zamieszkania w lesie, lecz o tym wiedział tylko on i mag Mistus, mieszkający na południu.


Karia z miną niewinnego dziecka usiadła na ławie pod oknem i opowiedziała ojcu swą przygodę. On słuchał w milczeniu, a później zaczął chodzić po izbie. Próbował sobie wmówić, że Karia nie jest już małą dziewczynką, bezskutecznie. Stał odwrócony tyłem do córki i łzy napływały do oczu. To było nieuniknione, czas nieubłaganie posuwał się do przodu i naturalną koleją rzeczy dorastała jego jedynaczka. Już nie będzie postępować jak mała dziewczynka spędzając całych dni wyłącznie z nim. Nigdy nie wrócą czasy, kiedy urządzali sobie wycieczki po lesie, a on przekazywał córce swoją wiedzę o przyrodzie. Każda dłuższa nieobecność Karii budziła w nim niepokój. Chciał dać dziewczynie wszystko, choć posiadał nie wiele.


– Utrapienie z tobą dziewczyno! Przez cały dzień biegałaś po lesie i zostałaś złapana w pułapkę! Gdyby Czarni Rycerze cię zabrali?! Jak miałbym cię wydostać z ich rąk? Jeśli zostałabyś poddana publicznemu gwałtowi? Zacznij pomagać w domu, bo kiedyś mnie zastąpisz! Znachorzy zawsze mają utrzymanie bez względu na czasy i władców.


Karia w milczeniu po raz kolejny słuchała ojcowskiego kazania. Matkę straciła dawno temu i wiedziała, że ojcu trudno było ją wychować. Spoglądała na rodzica niewinnym wzrokiem, bo ten wybieg zawsze skutkował! Alchemik nie mogąc znieść spojrzenia, odwrócił się tyłem do córki. Wiedział, że Karia nigdy nie zastąpi go w czynnościach znachora, bowiem w gwiazdach zapisano coś innego. Całe swoje życie poświęcił dla niej i tylko



Karia wzbudzała w nim radość. Była całym jego światem! Zdawał sobie sprawę, że nadszedł czas spełnić swój obowiązek. Czekał już dwadzieścia lat.


Karia siedziała z niewinną miną wciągając nosem aromatyczny zapach ziół.


– Czarni Rycerze pobili mojego dobroczyńcę… Trzeba udzielić mu pomocy – powiedziała wreszcie.


Tak naprawdę, chciała rzec o tym wcześniej, ale pięć minut nie zmieni sytuacji. Znała swojego ojca i wiedziała jak z nim postępować.


Znachor odwrócił się gwałtownie.


– Kim on jest? Za to, że cię uwolnił należy mu pomóc, lecz z tym może występuje niebezpieczeństwo. Znając zapędy króla i jego brak szacunku dla podwładnych można przyjąć za prowokację.


Karia stanęła naprzeciw rodziciela. Gwałtowne zachowania ojca dawały czasem do myślenia. Nieopanowane odruchy warunkowe sprawiały, że zachowywał się jak… jak żołnierz! Kim był ojciec w przeszłości i dlaczego ukrył się w lesie? – wciąż zadawała sobie to pytanie. Postanowiła zapytać kolejny raz, skoro zachowuje się tak osobliwie może teraz wyjawi tę tajemnicę:


– Co masz do ukrycia ojcze, o czym nigdy mi nie powiedziałeś?


Człowiek z Lasu ponownie się odwrócił, wyglądał przez okno oparty dłońmi o parapet. Niby spoglądał na przejrzyste błękitne niebo nad głowami i szybujące w górze stado ptaków, jego oczy zawilgotniały.


– Poznasz prawdę, gdy przyjdzie odpowiedni czas.


– Ten chłopak umiera, a może już umarł – zmieniła temat.


Ojciec stanął przodem i pogroził palcem. Następnie ukrywając emocje na twarzy nachylił się nad skrzynią i grzebał bez celu przeszukując zawartość.


Dziewczyna na wpół zrezygnowana ponownie usiadła. Ojciec powinien inaczej zareagować! Znaczy, oczekiwała natychmiastowej reakcji w gotowości pomocy pobitemu chłopakowi.


Ojciec Karii był dobrym człowiekiem, ale nieufnym. Miał zamiar ruszyć i zbadać pobitego, ewentualnie umieścić go w leśnym szałasie, w takim przypadku wielu mieszkańców wiosek udzieliłoby mu pomocy, ale… Alan nie był wieśniakiem! Skoro nie wieśniakiem, zatem kim?


Spojrzał na córkę.


– Jest młody i urodziwy? – spytał udając całkowity brak zainteresowania.


– Jest młody i odważny – wspomniała jego zachowanie w obozie Vanica. – Urodziwy nie jest… do końca. Wysoki, chudy, nie brunet, nie rudy. Ubrany dziwnie… Jakby nie pochodził z naszej Krainy…



Urwała swą wypowiedź na dźwięk tłuczonego szkła. Ojciec gwałtownie się odwrócił i stał wyprostowany.


– Jak się zachowywał? – spytał szybko, chwyciwszy córkę za ramiona i nie zdając sobie sprawy nią potrząsnął. Po znów był względnie opanowany.


Karia spojrzała na ojca. Skąd tak nagłe zainteresowanie?


– Powiedziałam… Jakby nie pochodził stąd. Nie wiedział prostych rzeczy, o wszystko pytał. Po lesie szedł głośno. Gapa jakaś!


– Prowadź szybko do niego. Mówisz, że pobity? Poradzimy sobie!


Karia patrzyła na ojca wytrzeszczonymi oczyma. Rozmyślała nad tą gwałtowną reakcją po tym, co wynikło w trakcie rozmowy. Skąd taka zmiana? Najpierw się ociągnął, wcale nie interesował przybyszem, a teraz gotów rzucić wszystko, aby go ratować. Może Alan jest jakimś kuzynem z odległej Krainy i ojciec na niego czekał? Ale w takim wypadku powiadomiłby ją o wizycie.


Wstała i pierwsza wyszła z domu.


Alchemik wyprowadził z ukrycia pięknego, młodego, karego konia. Posiadanie koni jest w kraju zabronione i z pewnością mogli zostać ukarani. Na posiadanie konia wymagano specjalnego pozwolenia, lub wystarczyło służyć królowi. Jednak Człowiek z Lasu nie spełniał powyższych wymogów. Mówił, że hodowanie koni ma specjalny cel. Zaś Karia z przyjemnością pielęgnowała oba wierzchowce.


Do grzbietu zwierzęcia przymocowali końce dwóch drążków, które były rusztowaniem do prowizorycznych noszy, dwa pozostałe końce ciągnęły się po ziemi. Leżankę stanowiły skóry rozciągnięte na drążkach z rozpórką na dole.


Zielarz szedł za córką prowadząc konia za uzdę. Wybierali nieznane szlaki, nie tylko ze względu na wierzchowca. Mogli również wzbudzić zainteresowanie zabierając rannego do własnego domu.


W trakcie wędrówki Karia opowiedziała ojcu o tym, co spostrzegła w wiosce. Alchemik był tym faktem wyraźnie zaszokowany i wiedział, że należy podjąć odpowiednie kroki, lecz dziś bardziej interesował go tajemniczy przybysz.


Po kilku godzinach marszu znaleźli pobitego do nieprzytomności Alana. Leżał skulony w promieniach słońca na niewielkiej polanie obok błękitnozielonej tafli jeziora. Twarz i dłonie miał opuchnięte, jak i całe ciało. Rany pokrywała zakrzepła krew. Ubranie straciło dawną barwę, miejscami zakrwawione, nosiło na sobie ślady kurzu i odbitych stóp. Unosząca się nieznacznie klatka piersiowa i słaby oddech zdradzały fakt, że żyje.


Człowiek z Lasu patrzył na Alana z nieco ucieszony z jego przybycia, ale i trochę smutny. Jego przeznaczenie zaczyna się wypełniać. Osiągnie swój cel i… umrze.


– Oto wybawca naszej Krainy! – oznajmił wzruszony.

Karia patrzyła na ojca wytrzeszczonymi oczyma ze zdziwienia i otwartymi ustami. Zdążyła już poznać Alana na tyle, by wiedzieć, jakim jest człowiekiem. W jaki sposób on może być wybawcą? Baczniej popatrzyła na ojca, bo dziwnie się zachowywał!. Czy Alan udawał innego, niż jest w rzeczywistości?


Tymczasem znachor badał kręgosłup, żebra i kości kończyn Alana. Przed wielu laty odkrył w sobie umiejętność odgadywania chorób przez dotyk. I od tamtej pory nigdy się nie pomylił.


– Ma połamane żebra, ciało jest obite. Miejmy nadzieję, że wszystko jest w porządku – uśmiechnął się zadowolony. – Karia przyprowadź konia.


Alan wydał jęk, kiedy kładli go na posłanie ze skór. Droga powrotna do domu trwała kilka godzin. Szli przez gęsty las, wyszukując najlepszą drogę. To znów posuwali się wzdłuż koryta szemrzącego strumienia, wciąż pozostając w ukryciu drzew. Las szumiał jednostajnie, łagodny wiaterek smagał po twarzach, kiedy tylko wyłonili się na niewielką przestrzeń wolną od drzew. W czasie drogi nieprzytomny jęczał przy każdej nierówności terenu. Aż wreszcie po zmroku dotarli na podwórze. Alan został umieszczony w domu na drzewie i natychmiast zajął się nim Człowiek z Lasu. Karia poszła zatrzeć ślady przewozu. Gdy w pobliżu ślady zostały zatarte dziewczyna wróciła do domu.


Alan umyty i przebrany w nocny strój zajmował łóżko w pokoju na górze. Chwilę na niego popatrzyła oparta o futrynę rozmyślając o niesamowitych zdarzeniach i tym, co ich czeka w najbliższej przyszłości usiłując znaleźć jakiś związek wszystkich wydarzeń. Wreszcie odwróciła się, zamknęła cicho drzwi i wyszła na taras. Oparła się o drewniany słup patrząc w ciemność nocy. Westchnęła przytuliwszy głowę do słupa.


Las w rtęciowym blasku księżyca, szumiał cicho, a gdzieś w dali odzywały się od czasu do czasu głosy nocnego ptactwa. Ale Karia wciągając w nozdrza woń lasu, pomknęła na skrzydłach wyobraźni hen daleko ponad lasem w nieosiągalnych zmysłami sferach i odtwarzała dzisiejszą przygodę: Spotkała w lesie przystojnego, barczystego mężczyznę, który dzielnie wyswobodził ją z rąk prześladowców… Twarz jej ubarwił uśmiech pełen wewnętrznego zadowolenia.


Wreszcie po długim czasie marzenia uleciały. Wróciła myślami do rzeczywistości zdając sobie sprawę, że jeśli czegoś nie można zmienić, to należy zaakceptować rzeczy takimi jakimi są.


Poszła odszukać ojca.


Siedział w głównej izbie, w głębokim fotelu, przed kominkiem paląc fajkę, spoglądając na skaczące płomienie w palenisku. Prócz fotela stały tu dwie ławy przy długim stole.


Karia usiadła na ławie pod ścianą z płonącymi policzkami. Alan zrobił na niej mieszane ważenie. Jak i ona nie poszedł dobrowolnie na służbę do króla, a takie zachowanie stwarzało wizerunek osoby nieprzeciętnej. Ale niewiele wiedział. Dziwaczne zachowanie dawało do myślenia.


– On tu nie przybył tak sobie – powiedział ojciec.



Umysł dziewczyny opanowały różne myśli i nie widziała skąd wzięło się kolejne pytanie:


– Jest szpiegiem? – zapytała zmartwiona.


– Czarni Rycerze nie pobiliby tak swojego, nawet szpiega. Czy zabrałbym do domu królewskiego szpiega?


– Czyżby wyruszył w poszukiwaniu chwały i honoru? – zapytała cynicznie. – On niczego nie potrafi.


– Któż wie, któż wie… W tobie i w nim nadzieja dla naszego świata. Zesłał go dobry Joanaos.


– Jak…? – zdziwiła się Karia. – Nadzieja? Na co?


Nie mogła do siebie przyjąć myśli, że młodzieniec, którego poznała przed kilkoma godzinami, ma zostać wybawcą Krainy.


– Nadzieja…! Wielokrotnie pytałaś mnie, co ukrywam… Opowiem wszystko… nie teraz córeczko. Dobrze?


– Nie to chciałam usłyszeć! – odrzekła zawiedzona. – Zrobił na mnie dobre wrażenie przeciwstawiając się Uzurpatusowi, a żebyś widział jak uciekał, gdy uciekł Vanicowi – mówiła z uśmiechem i wypiekami na twarzy.


– Pewnie, gdyby stąd pochodził na pewno zachowywałby się jak przystało. Jest odważny, może zachowywać się dziwnie.


– Gdzie u niego odwaga? – spytała drwiąco wspominając zachowanie Alana w wiosce.


– Widziałaś zwierzęta, które przynosiłem z lasu i zamykałem w klatkach? Zachowywały się dziwacznie przeniesione do nowego otoczenia, wystraszone nowym środowiskiem. On nie pochodzi z naszego świata. Stąd frapujące cię jego dziwaczne zachowanie.


– Skąd masz taką pewność ojcze?


– Cała historia została spisana na długo przed obecnymi wydarzeniami. Mam tu taką starą księgę. W niej opisano całą historię: upadek prawego króla Aazimala szanującego rycerski kodeks, oraz wybrańca, który poprowadzi armię do zwycięstwa.


– Wybraniec? Skąd masz pewność?


Cofnął wzrok i znów spoglądał na ogień w kominku.


– Nie patrz tak na mnie, wiem co mówię. Zawsze mi ufałaś i nie rób teraz takiej miny. Wiara czyni cuda córeczko. I moje przeczucie, które zawsze mnie prowadziło, podpowiada mi…


Czy przeczucie może odgrywać znaczącą rolę? Patrzyła na ojca z ubolewaniem. Co będzie jak się pomylił? Do zadania zawartego w pismach potrzebny był wojownik. Rycerz w



lśniącej zbroi na białym koniu – książę z bajki, a nie fajtłapa, który wciąż pakuje się w nowe kłopoty!


– Ojcze… twoje przeczucie wcale nie przekonuje. Obyś miał rację.


Znachor popatrzył w milczeniu na córkę. Niezmiernie ucieszony był faktem, że Alan nie wpadł w oko Karii. Co ona zrobiłaby po zakończeniu tej historii? Karia nadal czekała na odpowiedź, zapytał tedy mimochodem:


– Zjawił się z nikąd. Nie wie, gdzie jest i po co tu przybył, prawda?


– Tak, ale…


– To on.


– Przecież takich ludzi, którzy mogli tu przybyć z pomocą są tysiące. Dlaczego właśnie Alan?!


– Posmutniałaś córeczko po tym co ci powiedziałem – rzekł wstając, a następnie ze zrozumiałą troskliwością ojca, na myśl o cierpieniu córki po utracie narzeczonego z dumą oświadczył:


– Wybraniec nie tobie jest przeznaczony – rzekł pieszczotliwie głaskając córkę po głowie.


W oczach dziewczyny zaświeciła błyskawica.


– Myślałam o czymś zupełnie innym! – rzuciła Karia.


Czyżbym się pomylił, co do Karii? – spojrzał podejrzliwie, dalej głaskał dziewczynę po głowie.


Ojciec dziś był dziwnie odmieniony, ani wesoły, ani smutny. Pierwszy raz wyznał, że naprawdę coś ukrywa i zapomniał o skarceniu jej za przygodę z pułapką. Zawsze ufała ojcu, który obecnie robił wrażenie skupionego nad jakimś zdarzeniem. Pozostawiła pytania przekonana, że wszystko dobrze się potoczy. Na ojcu zawsze mogła polegać.


Po kilku dniach Alan odzyskał przytomność. Otworzył oczy. Widział tylko białą mgłę i próbował się z niej wydostać. Mgła powoli znikała, dostrzegał wyraźne kształty pokoju. Pozostawał w łóżku, bo każdy, nawet najmniejszy ruch sprawiał ból.


Często widywał nad sobą twarz obcego człowieka. Próbował przypomnieć sobie przeszłość, ale otaczała go jedynie pustka.


Któregoś razu nieznajomy mężczyzna pochylał się nad Alanem uśmiechając życzliwie.


– Ojcze… – usłyszał znajomy, kobiecy głos i spojrzał w kierunku skąd dobiegał.


Tuż za progiem stała dziewczyna, którą znał.



Kim ona jest?


Obrzucił wzrokiem pomieszczenie. Pokój był ładnie urządzony, ściany wykonano z heblowanego drewna, a wnętrze wypełniał intensywny zapach żywicy. Wyposażenie stanowiły szafa w ścianie, kominek i łóżko, na którym leżał. Okno w dzień i noc zasłaniała czarna płachta.


Nieznajomy i dziewczyna wyszli na palcach zostawiając Alana samego.


W pokoju było ciemno, albo szaro, zależnie od pory dnia. Często dostrzegał nad sobą nieznajomego mężczyznę i dziewczynę, którą rozpoznał.


Wieczorami Karia rozpalała ogień w kominku. Za każdym razem udawał, że śpi, ona zachowywała się cichutko.


Nadal pozostawał w łóżku. W tym czasie Karia sprawiła Alanowi odpowiednie ubranie ze skór zwierzęcych, żeby swoim wyglądem nie wzbudzał zainteresowania i poświęcała mu każdą wolną chwilę. Przyrządzała posiłki i podawała mu jedzenie, gdy nie mógł się poruszać. Przynosiła mleko, albo kwas chlebowy, kiedy odczuwał pragnienie. Alan obserwował Karię z przyjemnością. Posiłki przyrządzane przez dziewczynę były smaczne. Pierwszy raz czuł się szczęśliwy.


W życiu piękne są tylko chwile – myślał ze smutkiem, że po wyzdrowieniu będzie musiał opuścić te gościnne progi.


Właśnie szeroko rozszerzonymi od gorączki źrenicami patrzył na Karię. Bolały go wszystkie części ciała, jednak spojrzenie na dziewczynę wystarczało, żeby ból zelżał. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego los uległ odmianie.


Karia zauważyła, że Alan nie śpi, a tylko udaje i podeszła do łóżka.


– Mocno oberwałeś – nawiązała do spotkania Alana z Czarnymi Rycerzami. – Nie zdążyłam cię dogonić.


Po raz pierwszy przemówiła do niego odkąd znalazł się w chacie.


– Najpierw każesz uciekać, a potem czynisz wyrzuty – powiedział z trudem. – Gotów byłem zostać w tej wiosce i zaprowadzić porządek.


Dziewczyna uśmiechnęła się szelmowsko, oparła plecami o ścianę, splótłszy dłonie na plecach i jedną stopę oparła o ścianę na wysokości kolana drugiej nogi, spoglądała na niego.


– Strachem i przemocą jak czynią to Czarni Rycerze? – spytała z przekąsem.


Jednym zdaniem zmiażdżyła całą rycerskość Alana.


– Byli gotowi mnie zabić – bąknął nieśmiało.


Karia rozumiała wszystko, ale postanowiła pobawić się Alanem:


– Nie zrobiłeś nic w czasie spotkania z Czarnymi Rycerzami, dałeś się pobić!

Ten argument mocno ugodził ego Alana. Zawsze ubolewał nad swą fizyczną niedoskonałością. Wspomnienie, że Karia widziała jego upokorzenie przy ognisku Czarnych Rycerzy wprawiało go w zakłopotanie. Zauważywszy z kim ma do czynienia powinien wycofać się w las. Ale on został! Była świadkiem jak nieśli bezradnego, a potem kopali! Toteż widziała również jak sprytnie im uciekł i… żałosny wypadek, kiedy uderzył w drzewo stojące na drodze!


Karia doskonale wiedziała, że Alan był bez szans w spotkaniu z ludźmi Vainca. Znała brutalność Czarnych Rycerzy i nastawienie wobec mieszkańców Krainy. Zawsze okazywali bezwzględność.


– Zaskoczyli mnie – bąknął cicho.


Jej słowa odnosiły skutek, zatem dalej prowadziła swą zabawę:


– Myślałam, że prawdziwy mężczyzna nie pozwoli się zaskoczyć! – stwierdziła przekornie.


Te słowa ubodły ambicje Alana. Zawstydzony po raz kolejny odwrócił wzrok. Rozumiała, co najbardziej boli Alana. Stwierdziła, że nieco przesadziła, wobec tego by załagodzić sytuację usiadła obok niego na łóżku i wzięła za dłoń.


– Ojciec na mnie nakrzyczał, że się narażam – rzekła. – Gdyby nie ty, byłabym w gorszych tarapatach. Może publicznie zgwałcona… Dziękuje, że mi pomogłeś.


Wypowiedź wzbudziła zainteresowanie Alana. Karia spojrzała na niego święcącymi oczyma.


– Wiele razy zdarzało się, że człowiek pojmany przez wojsko klęczał, prosił, błagał, całował żołnierzy w stopy, co nigdy bez żadnego efektu. Ty byłeś dzielny. Nie skamlałeś jak pies.


Po prawdzie to Alan milczał przejęty strachem. Mimo wszystko czuł rosnącą dumę. Zauważył, że coraz przyjemniej rozmawia mu się z Karią, nawet, jeśli ona często bywa przekorna.


Z wolna rozchmurzył twarz mile połechtany i zaczerwienił aż po białka oczu.


– Co za dziwne miejsce? – pytał. – Wszędzie panuje przemoc i zaskoczyło mnie wszystko. Nie jestem przyzwyczajony do takiego życia. Pochodzę z miejsca, gdzie nie trzeba tak się zachowywać.


Karia posłała mu życzliwy uśmiech.


– Wiem, po co tu jesteś…


– To dobrze. Ktoś mi wreszcie udzieli wyjaśnień.


Serce Alana waliło jak młot z powodu bliskości dziewczyny. Nigdy nie zdarzyło się, by dziewczyna usiadła przy jego łóżku. A może… – niepokój zagościł w sercu – jest to tylko przejaw wdzięczności?

Niecierpliwie czekał na wyjaśnienia, lecz dziewczyna milczała. Spostrzegła smutek na jego twarzy, lecz daleko jej było do odgadnięcia myśli Alana. Zdawało się, że pochłania go coś związane z niesamowitym przybyciem tutaj, zatem odpowiedziała:


– Kiedy ojciec uzna, że nadeszła odpowiednia pora o wszystkim ci powie.


– Trochę za dużo tych tajemnic.


– Wszystko w swoim czasie, bądź cierpliwy – powiedziała Karia. – Ja też chciałabym wiedzieć więcej. Od dawna czekam, żeby ojciec wyjawił mi swą tajemnicę i zżera mnie niepokój. Na wszystko przychodzi właściwy czas.


Spojrzenie karmelowych oczu wystarczyło Alanowi za wszystkie odpowiedzi. Ciemnookie i ciemnowłose dziewczyny zawsze tak na niego działały. Uspokojony i dumny, po rozmowie z Karią wyprężył się na łóżku. Gdyby tylko znał się na ludzkich uczuciach, to z całą pewnością, dreszcz, który go przeszył, przypisałby nie tylko obawie o swoją przyszłość.








Rozdział 4


Na zamku królewskim







Zostawiwszy w lesie pobitego Alana, Vanic ze swoim oddziałem ruszył w kierunku Zamku Królewskiego. Niby posłaniec przekazał wiadomość, że król pragnie natychmiast go widzieć. Jednak Vanic nigdy nie należał do nazbyt obowiązkowych sług. Wraz ze swoim oddziałem zabawiał w oberżach. Wszystko miał za darmo, natomiast zarobione uczciwie i nieuczciwie pieniądze oraz zebrane kosztowności ukrywał w jednej z grot skalnych Gór Północnych. W miejscu niedostępnym, unikanym przez wszystkich z powodu rozpowiadania o nim różnych legend, nie koniecznie związanych z tym miejscem, a i sam Vanic był autorem wielu z nich.


Nieposiadający żadnych zmartwień Vanic powoli zdążał w kierunku królewskiego zamku. Zamek, o nazwie Koloniia, zbudowany na wyspie, otoczony wysokimi murami z symetrycznych głazów górował nad Jeziorem Królewskim. Do jego wnętrza wstęp miało tylko kilkunastu wyznaczonych ludzi, chyba, że król kogoś polecił wezwać. Vanic, prawa ręka monarchy, miał wszelkie prawa i bardziej je sobie cenił od roli króla.


Minąwszy bramy Somarii, otaczającej Jezioro Królewskie, najpierw odwiedził położoną u bram miejscową oberżę, w której bywali jedynie strażnicy. Były w mieście inne gospody, lecz nudziło go zachowanie tubylców, pospiesznie opuszczających lokal na jego widok. Poza stolicą zachowywał się różne, jednakże w mieście chciał posiadać kontakty z ludźmi, choćby zagrać w kości, lub posłuchać plotek, wylatujących wróblem, a powracających sokołem, we wszystkim wietrząc własny interes.


Nazajutrz zostawiwszy swoich ludzi w oberży samotnie udał się z wizytą do króla. Jechał brukowaną drogą miejską spoglądając przed siebie, gdyż przywykł do widoku miasta. Z drogi ustępowali woźnicy na swych dwukołowych wehikułach zaprzęgniętych w woły, kupcy kłaniali się w pas, a przechodnie schodzili z drogi i znikali w zaułkach, by uniknąć spotkania wielkiego pana. Vanic najchętniej, gdyby cokolwiek od niego zależało, wszystkich umieściłby w Małej Otchłani, lub lepiej w kopalni, żeby tylko nie włóczyli się po mieście.


Przestronna, niczym plac, aleja była ulubionym miejscem kupców i badylarzy, którzy zostawiając wąski przesmyk, ustawiali bez składu i ładu swe stragany. Kamienne domy z poddaszami budowane były podobnie do siebie. Miasto podzielone było jak cały świat na bogatych i biednych. Bogaci mieszkali w pałacach budowanych wzdłuż głównej ulicy Somarii. Drewniane chaty biednych, kryte słomą, zbudowano wąskim pasem tuż przy murach miejskich wewnątrz pierścienia. Obok nich stały budynki gospodarcze i mieściły się owocowe i warzywne zagony. Przed ubogimi domkami kwitły kolorowe ogródki. Domownicy w wolnych chwilach siadywali na ławeczkach przed chatami. W bogatszych dzielnicach mieli swe domy głównie kupcy i rzemieślnicy. Ich domostwa pokrywała drewniana dachówka. Wokół zamku zajmowanego przez Rebekę, gdzie mieściły się: kwatery Czarnych Rycerzy, oraz szkoła czarnej magii, mieszkali najbogatsi mieszczanie. Bogacze zawdzięczali swe majątki całkowitemu oddaniu królowi. Pamiętać należy także o Małej Otchłani, najstraszniejszym więzieniu w królestwie, umieszczonym w lochach zamku Rebeki.


Wreszcie Vanic jechał mostem przez jezioro ku Kolonii.


Królewski zamek był budynkiem, którego nie powstydziłby się żaden władca. Stał w centrum skalnej wyspy, otoczony wokół wodami jeziora, niczym fosą, natomiast grube mury stanowiły gwarancję bezpieczeństwa. Zamku nigdy nie zdobywano, a tylko raz przed dwudziestu laty sposobem, bez zbędnej walki usunięto Rycerzy Pokoju, a na tronie zasiadł Uzurpatus. Zamek tworzył czworokątną budowlę z dziedzińcem w środku. Prowadziła do niego droga biegnąca przez Somarię, będąca murem wysokim na pięć metrów, szerokości przekraczającej pięć. Posiadała rozstawione w regularnych odstępach wieżyczki strażnicze. Straż sprawowali specjalnie wyszkoleni ludzie, najemnicy nazywani: gwardią królewską. Gwardziści zamiast czarnych, skórzanych, ćwiekowanych bluz, nosili czerwone opończe z żółtą, koroną na przedzie. W dłoniach, prócz miecza przy pasie, dzierżyli halabardy o połączonych ostrzach: płaskiego do kłucia i siekiery do rąbania.


Vanic zatrzymał się na dziedzińcu wewnątrz zamku przed kwaterą królewską. Zgrabnie zeskoczył na bruk. Podbiegł do niego stajenny i odebrał konia. Vanic skierował się do tylnych wrót, którymi wchodziła służba i strażnicy. Po kilku krokach był w środku. Zatrzymał się w komnacie, którą zawsze wypełniali ludzie ze straży przybocznej króla. Natychmiast uderzył go gwar rozmów oraz wybuchy śmiechu. Ponad pięćdziesięciu ludzi rozmawiało, dowcipkowało i opowiadało swe przygody. Vanic podszedł do pokojowca powiedział kilka słów po czym ten zniknął za drzwiami Sali Tronowej.


Vanic stał samotnie wodząc wzrokiem, po najemnikach, o których nigdy nie miał dobrego zdania. Często dochodziło do starć pomiędzy jego Czarnymi Rycerzami, a gwardzistami króla. Ci pochodzili ze szlachty, a Czarni Rycerze z plebsu i w przeciwieństwie do opłacanych najemników, byli przymusowym wojskiem. Różnica dosyć istotna dawała tę przewagę, że w każdym postępowaniu słuszność leżała po stronie gwardzistów.


Wtem otworzyły się wysokie, dębowe drzwi.


– Król wzywa Vanica! – zagrzmiał pokojowiec.


Wezwany wszedł przez boczne drzwi do Sali Tronowej, gdzie zasiadał Uzurpatus. Sala była duża, pod ścianami stały ławy, na których siadywali goście królewscy. Nad oknami wisiały wiśniowe zasłony. Ściany pokrywały płótna przedstawiające wojowników w zbrojach, oraz panoramy przelanych na płótno widoków Krainy. Na całej długości podłogi od drzwi do tronu leżał kobierzec w kolorze zasłon. Na tronie, umieszczonym na podwyższeniu z pięciu stopni, wyłożonych takim samym kobiercem, siedział Uzurpatus. Król miał na sobie białą koszulę z szerokimi rękawami, kaftan w kolorze błękitu pustyni, bogato zdobiony złotem, zakończony ząbkowaniem. Bufiaste spodnie w kolorze granatu i czarne, wysokie buty ze skóry.

Obok króla stał astrolog Frycek, przekonany o niezmierzonej magicznej potędze, rzeczywistości stawiający na szczęście w każdym przypadku. Frycek nosił granatową szatę do samej ziemi, jedynie ściśniętą w pasie. Złośliwi twierdzili, że w całym stroju brakowało dzwoneczków.


Monarcha na widok podwładnego porzucił maskę wesołości i przybrał wyraz uroczystej powagi.


– Raczył odwiedzić mnie Vanic! – zawołał król; donośny głos słyszano w najbardziej oddalonych zakamarkach Wielkiej Sali.


– Czyżbyś oczekiwał mego powrotu? –zapytał Vanic z nutką arogancji w głosie.


– Czekałem na ciebie! Przeklęta Elfia Wojowniczka znów mnie prześladuje. Zamkowe straże są bezradne. Kolejny raz przybyła do zamku i znów przystawiła mi miecz do szyi.


Vanic nigdy nie miał podstaw, by obawiać się w najmniejszym stopniu swojego przełożonego. Każde królestwo ma tajemnice, które do władcy docierają jako ostatnie, lub wcale. Podobne bywały w Skanlandii i dlatego Vanic zawsze umiał sobie poradzić z Uzurpatusem w licznych potyczkach słownych. Wystarczyło mówić niewiele.


Patrzył przez chwilę na króla z lekkim lekceważeniem, aż wreszcie zapytał:


– Co chcesz, żebym uczynił?

– Przynieś mi jej głowę!


Vanic zadrżał. Był okrutny, ale nie głupi, żeby dla króla narażać życie. Elfia Wojowniczka należała do tych, które radzą sobie bez trudu z niejednym zaciętym ręmbajłem. Ryzykanctwo dla zyskania splendoru, to nie jego działka. Czarni Rycerze uciekali na sam widok Elfiej Wojowniczki, gdyż byli wojskiem zmuszonym do służby siłą. Vanic wiedział, że trudno jest takich ludzi nakłonić do walki. Bez okazywania obaw szybko zmienił wątek:


– Jak ona wchodzi do zamku?


Król badawczo spojrzał na podwładnego. Zauważył, że ten coś kręci, lecz może to tylko złudzenie, gdyż Vanic nigdy nie był wyrywny do podobnych misji. Naprawdę od dawna szukał odpowiedzi, na pytanie sługi.


– Ten zamek ma dużo tajemniczych, nieznanych przejść. Moi ludzie już się tym zajmują i niebawem powinni znaleźć odpowiedź. Ty masz nowe zadanie. Weź tylu ludzi ilu będzie ci potrzeba, nawet gwardzistów. Odnajdź i zniszcz wioskę elfów! Wtedy Elfia Wojowniczka zniknie również z naszego życia.


Strach przeszył Vanica. Król dał mu nawet gwardzistów do dyspozycji, czyżby wiedział o czymś, czego nie powinien? Może nie. Król tylko improwizuje rozumiejąc trudną sytuację i czuje zagrożenie.


– Wiesz, że od lat szukam tego miejsca, zaś ludzie sprzyjają Elfiej Wojowniczce.

– Widziałeś kiedyś, by ludzie sprzyjali elfowi? – twarz króla ukazała wyraz zdumienia. – Wyznacz nagrodę za doprowadzenie. W Krainie pełno jest łowców głów, oni poradzą sobie skuszeni sowitą zapłatą. Przecież nie mogę za ciebie myśleć… – król urwał nagle swą wypowiedź.


Vanic stał zaintrygowany wszystkim, co usłyszał, lecz nie zdążył zebrać wszystkich myśli, gdy Uzurpatus zabrał głos ponownie:


– Ach, byłbym zapomniał: Kryska doniósł mi przed chwilą, że napadnięto i ograbiono jego kuzyna w Zbójeckim Lesie! Las Krasnoludów już pół roku nie płaci podatków! Czy zamierzasz coś z tym zrobić? Zaczynasz zaniedbywać swoje obowiązki. Ludzie przestają się ciebie bać. Masz za miękkie serce. Chyba wymienię cię na innego zaufanego wojownika.


Vanic został pobity przez króla po raz kolejny w czasie jednej rozmowy. Sakiewka przeznaczona dla króla miała trafić do prywatnego skarbca Vanica!


– Kuzyn Kryski jak wiesz unika płacenia podatków i na moje zlecenie został ograbiony. Oto twoje podatki – nie bez żalu, podał władcy woreczek z monetami.


Król zauważył zmieszanie swego sługi. Znał tę jego słabość do bogactwa. Tylko chciwość pozwalała Vanicowi realizować zamierzenia. Dla złotych monet mógłby zrobić niemalże wszystko.


– Dlatego nadal jesteś moim sługą, choć może wymyśl inny sposób ściągania podatków od tego człowieka.


– Przecież dzięki układom mam możliwość kontrolowania terenu. Wspomniałeś o Lesie Krasnoludów, lecz zapomniałeś, że oni w zamian za podatki zaoferowali dostarczać drzewo na opał i wyroby? To dużo lepsze rozwiązanie, bowiem drewno trzyma dobrą cenę w Blodoryndii.


– A, tak – mruknął zamyślony Uzurpatus.


– Moi zbójnicy z Przełęczy Odkrywców zbierają dla ciebie myto i przekracza ono zyski z wielu innych miejsc, bo przełęcz jest jedynym szlakiem ze wschodu na zachód. A co więcej, nikt niepożądany nie przedrze się do twojego zamku, ni do wschodnich Krain.


– Dobrze, a teraz odnajdź dla mnie Elfią Wojowniczkę… A masz dla mnie jakieś pomyślne wieści?


Nareszcie coś, czym można się pochwalić – uśmiechnął się Vanic. Chociaż wcześniej planował sprawę zataić, jednak brakowało jakiegoś mocnego atutu w ręku.


– Tylko jedną panie. Z twojej listy zostało mi tylko dwóch dawnych Rycerzy Pokoju. I… prawie zapomniałem, kilka dni temu spotkałem jedno coś: młody, dziwnie ubrany i nas szpiegował. Cudak wyglądał jakby przybył z innego królestwa.


Król spojrzał uważnie na Vanica. Wreszcie ciekawość przeszła w zainteresowanie. Któż śmiałby przysyłać tu szpiegów? Blodoryndia? Nie! Kraina Mglistych Lasów, odwieczny wróg Blodoryndii?! Zdobycie Krainy Skanlandii zmieniłoby znacznie układ sił. Mając tu swe bazy, wróg skutecznie panowałby na morzu. Bowiem żeglarze i żołnierze cierpiący głód oraz wszelką niedolę marynarską, byli wycieńczeni, gdy stawiali swe stopy w Blodoryndii. Gdyby tu założyli swe obozy sytuacja zmieniłaby się diametralnie!


Uzurpatus z dnia na dzień, w tajemnicy przed bogaczami, rujnował królestwo Skanlandii. Statki transportując węgiel i drzewo, nieustannie kursowały pomiędzy Skanlandią, a Blodoryndią. Skarby oraz rolnicze zbiory również były wywożone. Król otaczał się pięćdziesięcioma sługami, którzy przybyli wraz z nim z Blodoryndii, skąd również pochodziło wielu szukających sławy najemników otaczających Magnatusa. Ograbiane królestwo stawało się coraz słabsze. Król przez dwadzieścia lat zajęty powyżej wymienionymi sprawami, zostawił na później badanie całego królestwa i poszukiwania miejsc takich jak wioska elfów, gdyż podobne eskapady wymagały nakładu finansowego i zanim tego dokona, chciał poznać opłacalność przedsięwzięcia. Ze swego miejsca obawiał się również, aby rozjuszeni jego postępowaniem, zastraszeni mieszkańcy mający dosyć terroru, nie przywdzieli zbroi i z orężem w dłoni nie ruszyli drogą do wolności. Jednak na razie brakowało śmiałka, któryby poprowadził lud. Brakowało małego bodźca, jakim mógł być życiu przywrócony Kryształowy Posąg stojący w Miejscu Świętym. Kraj biedny, lecz pełen łowców głów, złodziei i oszustów, którym zależało jedynie na własnych interesach. Kraina Skanlandii liczyła sobie niecałe dwa miliony mieszkańców. Z tego małą część stanowiła szlachta, oraz niewielki procent badylarzy i rzemieślników. Każda nowość w postaci tajemniczego przybysza stwarzały zagrożenie dla interesów króla. Zamierzał dumnie wejść na statek i odpłynąć, gdy nadejdzie właściwy czas, a nie chować się jak szczur w obawie, że jakiś wieśniak przeszyje go widłami. Do czasu, aż podejmie decyzje o opuszczeniu Krainy, musi utrzymać władzę w swoim ręku.


– Zabiłeś go? – spytał całkiem poważnie król.


– Prawie.


Szczwany lis Vanic dostrzegł na twarzy króla wyraz rozczarowania.


– Takich nietypowych od razu pchnij sztyletem! Gdybyś zrobił to już wtedy, uniknąłbyś zbędnej podróżny po jego głowę. – zawołał Uzurpatus unosząc się na poręczy.


– Pchnąć sztyletem? Tak zadana śmierć trwa minutę! Zaś po pobiciu to długa i powolna męczarnia!


Król stanął obok Vanica.


– Tak – odrzekł zamyślony król. – Coś takiego sprawia ci przyjemność. Masz dbać o moje interesy, nie o własne przyjemności! Wszystko, co nietypowe masz z miejsca zabijać. Ta podróż będzie dla ciebie opłacalna, gdyż za głowę tego cudaka wyznaczam nagrodę dwustu sztuk złota! Mam dziwne przeczucie, że sprawa powinna być dla mnie niezmiernie ważna. Nie wiemy, czy ów cudak nie był uczniem jednego z dwóch dawnych członków zakonu? Sam podejrzany wygląd jest powodem do zabicia… Czy tę dziewczynę z Nabu schwyciłeś?


Vanic posiniał na twarzy i spuścił głowę.


– Tak panie, ale ktoś ją uwolnił! – odrzekł pokornie.



Król nerwowo ujął Vanica za ubranie pod szyją.


– Sam widzisz jak jesteś głupi. Mówisz mi o różnych wydarzeniach, których sam nie zauważasz? Jak mogłeś pozwolić sobie na podobne niedociągnięcia? Wystarczy tylko niech ktoś wykradnie nam trzy części kryształu i ożywi tego… tfu konia ze skrzydłami! – mówił wyraźnie podenerwowany Uzurpatus. – Co wtedy zrobimy?


Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com