Agent policyjny - Kazimierz Laskowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 127 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Agent policyjny - Kazimierz Laskowski

Powieść polskiego poety, prozaika i dziennikarza Kazimierza Laskowskiego (1861–1913). Studiował w Niemczech. Pracował jako redaktor kilku pism. Laskowski był autorem wielu piosenek, najczęściej nawiązujących do wydarzeń bieżących. Jego utwory ukazywały się w „Kurierze Warszawskim”, „Gazecie Radomskiej”, „Gazecie Kieleckiej” oraz warszawskich pismach humorystycznych. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Agent policyjny - Kazimierz Laskowski

Fragment ebooka Agent policyjny - Kazimierz Laskowski




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I Prolog
  2. ROZDZIAŁ II Fałszywa pięćsetrublówka w okienku totalizatora
  3. ROZDZIAŁ III Notatnik policyjnego agenta
  4. ROZDZIAŁ IV Pająk i mucha. W gabinecie bankiera
  5. ROZDZIAŁ V Odrobina psychologii
  6. ROZDZIAŁ VI Gratka!
  7. ROZDZIAŁ VII Rozkoszne dreszcze
  8. ROZDZIAŁ VIII Interes po drodze
  9. ROZDZIAŁ IX Orgia
  10. ROZDZIAŁ X Gwiazda blednie
  11. ROZDZIAŁ XI Potrzask zapada. Ostatnia kolacja bankiera
  12. ROZDZIAŁ XII Okres martwy. Nosił wilk...
  13. ROZDZIAŁ XIII Szczęście powraca
  14. ROZDZIAŁ XIV Walka na życie i śmierć
  15. ROZDZIAŁ XV Ostatnia pogoń. Lodowy grób
  16. Kolofon

ROZDZIAŁ I

Prolog

Pewnego kwietniowego ranka na ulicach Warszawy pojawiły się nadzwyczajne dodatki brukowego dziennika, które publiczność rozchwytywała skwapliwie. Około godziny dwunastej handel ulicznej bibuły wzmógł się tak bardzo, że kolporterzy, wyprzedawszy cały zapas, obiegli tłumnie redakcję „Zwiastuna Rannego” domagając się drugiego nakładu.

W redakcji nie spodziewano się tego wcale. Trzeba było posyłać po maszynistę i puszczać na gwałt rotacyjne maszyny, bo sprzedawcy gazet nie chcieli ustąpić. Publiczność, która jeszcze nie zdążyła zaspokoić swej ciekawości, co chwila zaczepiała ich, żądając dodatków, obiecując płacić podwójną i poczwórną cenę. Ale dodatków nie było. Dopiero około godziny drugiej zaczęły maszyny wyrzucać pierwsze setki, rozchwytywane w lot bez targu, mimo podwyższonej ceny.

„Zwiastun Ranny” zrobił doskonały interes. Gruby jego wydawca zacierał ręce.

– No! Opłacił się ten Blau porządnie – monologował. – Nigdy za życia nie można było zarobić na nim rubla, a po śmierci dał zysk lepszy od wszystkich bomb, jakie w ciągu ostatniego roku rzucono w Warszawie! Dawno już kochana publiczka tak się nie rozczytała. Kochani koleżcy pękną dziś z zazdrości.

Istotnie, czytano dodatki chciwie. Na ulicach, po kawiarniach, restauracjach – po biurach, na giełdzie, po dworcach kolejowych, nawet w tramwajach czytano je i rozprawiano hałaśliwie. W policyjnych cyrkułach czytano je w milczeniu, z pewnym namaszczeniem i gromowładną, urzędową powagą, a stróże publicznego bezpieczeństwa, wyższych i niższych stopni, przechadzali się po ulicach w chmurnym jakimś skupieniu, w nastroju, który można by nazwać trwożnym, gdyby do serc tych niezłomnych i doświadczonych mężów przystęp takiego jak trwoga uczucia był w ogóle dopuszczalny.

Cóż jednak było w tych dodatkach takiego, co do tego stopnia zelektryzowało publiczną ciekawość?

Czyżby odkryto znów węża, który ssał Żydówkę?

O! Tym razem chodziło o coś ciekawszego od wszystkich wężów razem, nie wyłączając morskich i od wszystkich Żydówek, ssanych i niessanych!

Oto rybacy wyłowili z Wisły, niedaleko Jabłonny, trupa ludzkiego.

Boże! Także sensacja! Tyle trupów Wisełka spławia co roku!

Ba! Ale ten trup – nie był trupem zwyczajnym.

Ten trup był dziwny. Miał na ciele ściśle przylegającą stalową koszulkę.

Wiosna w tym roku spóźniła się mocno. Ostre przymrozki, a nawet mrozy, trzymały prawie przez cały marzec. Wisła niedawno dopiero ruszyła i ruszyła nagle. Ciepłe kwietniowe słońce topiło wszędzie śnieg i lód, a było tej zimy tyle tego dobrego, że wody bardzo przybrały. Uwolniono z kry fale tłukły się szparko po brzegach i wypłukały z jakiejś jamy trupa, co zamrożony, jak plasterek ananasu w puszce rzymskiego ponczu, spokojnie w zamarzniętej Wisełce oczekiwał wiosny.

Teraz, wzdęty, wypłynął i ciągnięty ciężarem owej koszulki, taczał się po dnie, aż oń rybacy zawadzili siecią.

Z ubrania pozostały już tylko nieokreślonego wyglądu łachmany. Ciało, szczególniej twarz i ręce, obszczypały i objadły raki i ryby. Na nogach pozostały jednak buty z łyżwami i owa koszulka na ciele, ze stalowych wybornej roboty ogniw misternie spleciona.

Czyje to mogły być zwłoki?

„Zwiastun Ranny” miał szczęście. Jeden z jego reporterów wracał właśnie z wycieczki od krewnych w Pułtuskiem i ze wsi bryczką dojechał do Jabłonny, kiedy rybacy wyciągnęli już trupa i wieść o nim rozchodzić się poczęła. Naturalnie poszedł zobaczyć, a ujrzawszy zwłoki w owym dziwnym pancerzu i w dodatku przybrane tak, jak gdyby nieboszczyk przypuszczał, iż w niebie ślizgawka jeszcze otwarta – zadumał się mocno.

Ale zadumy reporterów nie trwają nigdy długo, chociaż bywają za to głębokie.

Reporter „Zwiastuna Rannego” dumał tym krócej, że właśnie był w periodzie golizny i jako lew na puszczy szukał, kogo by pożarł.

Trup łyżwiarza w pancerzu nie był wprawdzie zbyt apetyczny i zapewne czuć go już było co najmniej... mułem, ale nos reporterski, przywykły do odczuwania woni subtelnych, od razu zwąchał w nim wyjątkowy materiał.

Zebrawszy naprędce wiadomości, pożyczył od naczelnika stacji dziesięć złotych i palnął do swej redakcji depeszę, prosząc o zaliczkę i fotografa. Fotograf z zaliczką do Jabłonny przyjechał i – nazajutrz „Zwiastun Ranny” wydał sławny swój dodatek.

Na czele jego czernił się ogromnymi literami wydrukowany tytuł:

ŻELAZNA MASKA

czyli

TAJEMNICZY TRUP W PANCERZU NA FALACH WISŁY!

Poniżej biegły pod sensacyjnymi nagłówkami rozdziały opowiadania o znalezieniu zwłok przez rybaków, a ostatni z nich – zatytułowany „Domysły” – kończył się znowu calowymi literami tłustego druku, zawierającego te słowa:

„Tak więc, reasumując dane i zestawiając je z domysłami, przychodzimy do wniosku, iż tajemniczy ów trup w pancerzu i łyżwach, z twarzą zupełnie niestety zniszczoną, może być tylko trupem znanego szeroko w całej Warszawie, a zaginionego bez śladu w styczniu roku bieżącego Hektora Blau’a...”

Nic dziwnego, że dodatek ten czytała cała Warszawa.

Cała Warszawa znała Hektora Blau’a... Wszyscy interesowali się jego tajemniczym zniknięciem dotąd jeszcze, mimo iż upłynęły prawie trzy miesiące. Krążyły o tym setki domysłów i baśni, jednych dziwaczniejszych od drugich. Teraz – to zajęcie spotęgowało się jeszcze.

Kim był Hektor Blau?

Nie był Sherlockiem Holmesem, jakkolwiek był także – agentem policyjnym.

To nic nie szkodzi. I ja też nie jestem Conanem Doyle’em, a jednak pamięci i cieniom zgasłego przedwcześnie Hektora Blau’a poświęcam tę garstkę wspomnień...

Do spisania ich posłużył mi, podobnie jak reporterowi „Zwiastuna Rannego”, fortunny traf. Byłem szczęśliwszy od Conana Doyle’a: on czerpał z fantazji, mnie udało się oprzeć na materiale autentycznym. Oto w tydzień po ukazaniu się dodatku „Zwiastuna Rannego” bawiłem za interesem w Gdańsku. Wracając z przystani do miasta, wstąpiłem tam kiedyś do oberży, w której zbierają się marynarze i flisacy – właśnie jeden z nich opowiadał, iż płynął łodzią po Wiśle i wiosłem wyłowił jakiś płaszcz z wody.

– Szmata zgniła zupełnie – mówił – ale chciałem zajrzeć w kieszenie, bo wiosło uderzyło o coś twardego w tym łachu. No i znalazłem – zgadnijcie co? Ha, myślicie może, pugilares?! No, pomyliliście się jak i ja – książka była, nie pugilares!

To mówiąc, pokazywał książeczkę w futerale z jakiegoś dziwnego materiału. Nie widziałem nigdy takiego futerału, zaciekawiony więc poprosiłem o pozwolenie obejrzenia. Futerał był rogowy, zamykany zameczkiem, wewnątrz – gruby notes. Woda prawie zupełnie nie uszkodziła kartek, zapisanych drobnym pismem. Skoro spojrzałem na inicjały, splątane na okładce w misterny srebrny monogram, poczułem wnet ten sam ponętny zapach, który przed tygodniem podrażnił czułe nozdrza reportera „Zwiastuna Rannego” w Jabłonnie.

Bez namysłu zaproponowałem znalazcy kupno i zapłaciwszy bez targu, ile żądał, uradowany nabyty skarb mój uniosłem.

Notes ten nosił na sobie litery H. B. i zawierał...

Ale o tym już w następnych rozdziałach.