Agent  Garbo - Stephan Talty - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Agent Garbo - Stephan Talty

Błyskotliwy, ekscentryczny tajny agent „Garbo” przechytrzył Hitlera i przyczynił się do sukcesu alianckiego lądowania w Normandii.

Juan Pujol „Garbo” to postać autentyczna, opisane wydarzenia również. Podwójny agent Juan Pujol „Garbo” to Hiszpan oficjalnie pracujący w latach II wojny światowej na rzecz nazistów, a faktycznie działający dla brytyjskiego wywiadu i kontrwywiadu (MI5 i MI6).

Dzieje „Garbo” posłużyły Grahamowi Greenowi za kanwę słynnej powieści Nasz człowiek w Hawanie.

- Portret bohatera, który przekonał nieufnych Niemców, ze makiety czołgów i samolotów to prawdziwy oręż aliantów przygotowany do walk na froncie zachodnim

- Ukazanie mechanizmów zakulisowych działań szpiegowsko-politycznych - machinacje i intrygi

- Sugestywny obraz realiów wojennych i dramatycznych zwrotów akcji.

„Wyobraźnię napędzały mi moje szalone fantazje” GARBO

Opinie o ebooku Agent Garbo - Stephan Talty

Fragment ebooka Agent Garbo - Stephan Talty









STEPHEN TALTY

AGENT
„GARBO”


Projekt okładki:

Przekład: Mateusz Fafiński

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Morawska

Na okładce wykorzystano zdjęcia: © Mohamad Itani/Arcangel-Images

© 2012 by Stephan Talty

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-7758-662-4

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Wstęp

W środku pozbawionej śniegu angielskiej zimy 1944 roku generał Dwight D. Eisenhower, aliancki dowódca przygotowywanego lądowania w Normandii [D-Day, Dzień D, operacji desantowej mającej na celu utworzenie drugiego frontu w Europie], chciał jak najszybciej wydostać się z Londynu. Był styczeń, do D-Day zostało mniej niż sześć miesięcy i wydawało mu się, że każdy aliancki oficer i VIP w stolicy czuł, jakby miał prawo wpaść niespodziewanie do jego biura i żądać, by go wysłuchano. Strumień wizytujących nigdy się nie kończył, przeszkadzając Eisenhowerowi i jego sztabowi, którego maszyny do pisania, odgłosy kroków i męskie głosy tworzyły ciągły, niski hałas pełen determinacji w pokojach przy 20 Grosvenor Square. Amerykański ambasador John Winant w kółko stukał do jego drzwi. Churchill był jak zawsze niepoprawny. Dziś – spojrzał na notes z zapisaną listą spotkań – miał przyjść Noel Wild z Ops(b), szef mało znanego wydziału wielkiego sztabu Eisenhowera – decepcji.

Generał był początkowo sceptycznie nastawiony do idei mistyfikacji, pełnego cieni biura szpiegów, którzy podróżowali po całej Europie, utrzymując, że mogą zwieść Hitlera i zmienić losy wojny. Generał George S. Patton, który ku własnemu niezadowoleniu został zaangażowany w cały projekt jako dowódca wymyślonej jednomilionowej armii zwanej FUSAG, podsumował początkowe wrażenia Eisenhowera i ciągle obowiązujące podejście wielu innych wojskowych i politycznych przywódców: „Cholerna tajemnica jest raczej denerwująca – napisał – szczególnie dlatego, że wątpię, by kogokolwiek dało się oszukać”.

Eisenhower zmienił zdanie o decepcji po tym, gdy miał okazję z pierwszej ręki przekonać się o skuteczności blefu w czasie kampanii na Morzu Śródziemnym. Jednak w styczniu 1944 roku miał wiele więcej innych problemów: niszczyciele, francuskie koleje, barki do transportu oddziałów desantowych zwane LST, których było niezwykle mało i których brak mógł ukręcić łeb całej operacji zanim w ogóle się zaczęła. Te boleśnie prawdziwe i ważne rzeczy zajmowały jego czas i nie miał w kalendarzu miejsca na problemy szpiegów.

Gdy Eisenhower szedł przez sale swojej kwatery, łysy, przystojny i emanujący wigorem, wydawał się być pewny siebie – „żywe dynamo energii, dobrego humoru, niezwykłej pamięci do szczegółów i niezwykłej odwagi na przyszłość”. Personel uwielbiał jego nieustający optymizm, jednak w środku i w prywatnych listach do Mamie, generał martwił się tym, co przyniosą następne miesiące. Wypalał cztery paczki cameli dziennie, a dziennikarz opisał go później jako „przygniecionego troskami…, jakby każda z gwiazdek na jego ramionach ważyła cztery tony”.

Jeśli i gdy alianci zajmą plaże Normandii, Eisenhower miał zamiar do nich dołączyć. Wyprawa do Francji miała być dla niego powrotem do przeszłości. Spędził tam rok, o czym niewielu z jego gości wiedziało. Idylliczny czas lat 1928–1929, gdy Eisenhower – troszkę szczuplejszy i z większą ilością włosów na głowie – podróżował po drogach Bordeaux i Akwitanii wraz z wojskowym kierowcą. Zajadał się piknikowymi lunchami na trawiastych poboczach wiejskich dróg i drażnił uszy farmerów swoim podstawowym francuskim, by po chwili zdobyć ich sympatię swoim wspaniałym uśmiechem. Ten rok pod koniec roaring twenties [lat 20. XX wieku] był jednym z najlepszych w jego życiu. Jako zawodowy oficer trafił do Francji, by napisać przewodnik po polach bitew i cmentarzach amerykańskich oddziałów z czasów I wojny światowej – surowych, ponurych miejsc, gdzie rodziny żołnierzy przybywały, by oddać cześć swoim zmarłym.

Wydawało się to wtedy całkiem przyjemnym zadaniem, jednak wspomnienia Eisenhowera z Francji niedawno pokryły się cieniem. Jeśli D-Day nie zakończy się sukcesem, amerykańskie cmentarze pokryją wzgórza i pola Normandii niczym tak charakterystyczne dla regionu hiacynty. Francuzi będą potrzebowali wielu hektarów pól na groby samej 101. Dywizji Powietrznodesantowej, a jeszcze więcej dla młodych [amerykańskich] żołnierzy z Wielkiej Czerwonej Jedynki [1. Dywizji Piechoty]; normandzka wieś usiana będzie białymi krzyżami. Zachodnia Francja stanie się grobowcem całego pokolenia amerykańskich żołnierzy, ludzi, których Eisenhower starał się odwiedzać przy każdej okazji.

Liczby związane z lądowaniem w Normandii były przytłaczające. Eisenhower miał nadzieję rzucić na kontynent pięć dywizji w pierwszym dniu operacji. We Francji i Niderlandach czekało na niego pięćdziesiąt sześć niemieckich dywizji. 15. Armia była najprawdopodobniej kluczowym elementem układanki: była rozciągnięta od Turhout w Belgii (1. Dywizja Pancerna) do Amiens (2. Dywizja Pancerna) i Pontoise we Francji (116. Dywizja Pancerna), w miejscach, które Eisenhower dobrze znał. W pogotowiu czekało też dziesięć niemieckich dywizji zmechanizowanych, które „miały być przygotowane jako centralnie kontrolowana mobilna rezerwa, której zadaniem było wrzucenie sił inwazyjnych z powrotem do morza zanim będą zdolne ustanowić przyczółek”. Alianci kalkulowali, że większość z tych rezerw zostanie wysłana do Normandii w ciągu tygodnia od lądowania. Ten jeden tydzień miał być kluczowy.

Jeśli Noel Wild, stosując mistyfikację, nie zdołałby zwieść Niemców w kwestii prawdziwego miejsca desantu, te niemieckie dywizje zaczęłyby napływać na południe i mogłyby podjąć próbę zniszczenia alianckich sił na drogach i w małych miasteczkach Normandii. Jeśli dezinformacja powiodłaby się, niemieckie dywizje pancerne zostałyby tam, gdzie stacjonowały, czekając na „prawdziwe” lądowanie. Jak to jednak osiągnąć? Kto mógłby ukryć największe siły inwazyjne w historii przed czujnym wzrokiem Berlina?

Wreszcie podpułkownik Wild zastukał do drzwi. Był „chudym, eleganckim, niskim mężczyzną” i – chociaż nie wywarł wielkiego wrażenia na Eisenhowerze – był też wykształcony w elitarnym Eton. Dwóch żołnierzy porozmawiało chwilę, po czym Eisenhower wyraził swoją dość rozsądną prośbę: „Po prostu trzymaj ode mnie z daleko przez pierwsze dwa dni 15. Armię. To wszystko, o co proszę”– powiedział.

Wild zasalutował i wyszedł.

Eisenhower poza rozmową z Wildem odbył tego dnia wiele spotkań i pewnie zapomniał o niej niemal natychmiast. Jeśli w ogóle się nad nią zastanowił, to pewnie i tak uznał, że jego prośba – kluczowe czterdzieści osiem godzin bez 15. Armii – to i tak zbyt wiele.

Tego samego dnia około dwóch mil od kwatery głównej Eisenhowera, dość zwyczajnie wyglądający mężczyzna nazwiskiem Juan Pujol jechał metrem do mało wyróżniającego się biura na Jermyn Street. Chociaż był niski i chudy, Pujol nosił się jak członek zrzuconej z tronu europejskiej rodziny królewskiej, która znalazła się na czas wojny w Londynie. Szedł wyprostowany, z uśmiechem na ustach. Ten młody Hiszpan miał niemal dziecięcą twarz, szerokie czoło, wystający nos i wyraźnie zarysowany podbródek. Na jego twarzy wyróżniały się ciepłe, brązowe oczy, mieniące się na zielono, które czasem błyszczały radością. Pujol dojeżdżał do pracy każdego dnia ze swojego domu w Hendon, gdzie mieszkał z piękną, lecz nieszczęśliwą żoną i dwójką małych dzieci.

Dwight Eisenhower był wszechmocnym dowódcą sił alianckich w Europie; każdy kwatermistrz okrętu, każdy działonowy czołgu, każdy sanitariusz był teoretycznie pod jego dowództwem. Pujol zaś był cesarzem niewidzialnego imperium. Był kluczowym elementem planu przekonania Hitlera, że atak nie będzie miał miejsca w Normandii, lecz bardziej na północ, w Calais. Jego zadaniem było wyłączenie z walki 15. Armii Niemieckiej, która przysparzała bezsennych nocy Eisenhowerowi. Tylko kilku ludzi, wśród nich podpułkownik Wild, wiedziało, kim był Juan Pujol; chodził po ulicach Londynu nierozpoznany i niechroniony. Jednak ten niezwykły szpieg, który trzy lata wcześniej był nieodnoszącym sukcesów farmerem, hodowcą kurczaków i menedżerem jednogwiazdkowego domu noclegowego w Madrycie, był teraz gwiazdą alianckiego kontrwywiadu. Churchill z uwagą śledził jego wyczyny. J. Edgar Hoover miał pewnego dnia chwalić się, że go spotkał. Nosił kryptonim Garbo; brytyjski oficer nadał mu to imię, bo uważał Pujola za „najlepszego aktora na świecie”.

W misji zwiedzenia Hitlera Garbo towarzyszył przedziwny zestaw drugoplanowych aktorów, wśród których było kilku podwójnych agentów, tajemniczy oficer prowadzący półkrwi Żyd o kryptonimie Jezus, duża ilość rekwizytów, specjalnie szkolona jednostka komandosów, jego własna armia nieistniejących agentów, a nawet zwiadowca, który jeździł po kraju, szukając miejsc, gdzie duchy Garbo mogły się zatrzymać w czasie ich szpiegowskich „misji” do Dover i Edynburga. Jednak co najważniejsze – Garbo miał zaufanie Niemców. Wywiad wojskowy III Rzeszy – Abwehra – wierzył Garbo ponad wszystko. Agenci Abwehry byli przekonani, że był on ich tajną bronią w Anglii, mistrzem wywiadu, który przesłał im tyle wartościowych raportów (dokładnie przygotowanych z pomocą MI5), który zwerbował tyle cennych źródeł (wszystkie zmyślone) i który wierzył w nazizm tak bardzo, że przekazał im informacje o dokładnym czasie i miejscu inwazji. I jeśli Hitler wiedział, gdzie i kiedy Eisenhower uderzy, to był przekonany, że nazistowskie zwycięstwo było pewne.

Dla Eisenhowera Hitler był tajemnicą, a całkiem możliwe, że i szaleńcem, „odurzonym władzą egocentrykiem […] jednym z tych przestępców-szaleńców”. Pujol miał mniej doświadczenia z wojskowymi przywódcami niż amerykański generał, ale wiedział więcej o faszystach: spotkał ich i z nimi walczył. Spędził miesiące, próbując rozgryźć umysł Hitlera, wyobrazić sobie, co niemiecki przywódca myślał i wtedy, z odległości sześciuset mil, ukryć przed nim całe dywizje i flotylle okrętów. Opinia Pujola o Hitlerze była ukształtowana przez jego katolickie wychowanie i sceny egzekucji, których był świadkiem w czasie hiszpańskiej wojny domowej. „Uważałem, że ten człowiek to szatan, ktoś, kto zupełnie zniszczy ludzkość”.

Tego chłodnego styczniowego dnia Pujol wyszedł ze stacji metra i ruszył w dół Jermyn Street. Dotarł do budynku, wszedł po schodach do swojego biura, przywitał się z młodą brytyjską sekretarką Sarą Bishop, która prowadziła rejestry jego armii duchów i rzucił „cześć” swojemu oficerowi prowadzącemu z MI5, Tommy’emu Harrisowi (zwanemu Jezusem), wypełniając pokój dymem hiszpańskich papierosów. Pujol wiedział, że D-Day to jego ostateczny test jako szpiega i denerwował się coraz bardziej, mimo że – podobnie jak Eisenhower – sprawiał wrażenie radosnego i pewnego siebie.

Pujol poniósł porażkę w niemal każdym przedsięwzięciu, jakiego podjął się w swoim dotychczasowym, trzydziestodwuletnim życiu: jako student, biznesman, właściciel kin, żołnierz. Jego małżeństwo się rozpadało. Jednak w jednym, szczególnym rodzaju wojny, w szpiegowskim półświatku znanym jako podwójna gra, młodzieniec ten był geniuszem i dobrze o tym wiedział. Po latach cierpienia i niepewności, Pujol miał nadzieję, że był gotów zmierzyć się w bitwie umysłów z najlepszymi mózgami III Rzeszy.

„Chciałem wypowiedzieć Hitlerowi prywatną wojnę – powiedział. – I chciałem ją stoczyć moją wyobraźnią”.

Pujol zasiadł do swojego biurka. Być może zapytał Sarę Bishop, jak bawiła się poprzedniego wieczoru lub zamienił kilka słów z Tommym Harrisem o lunchu w pobliskiej restauracji Martineza, ulubionym miejscu ich obu. Jednak pomimo ich bliskich relacji, wzmocnionych dwoma latami zmyślania intryg i spisków oraz rozsiewania wieści o nich po całej Europie i świecie, tajemniczy Harris trzymał przed swoim najlepszym agentem dwie sprawy w tajemnicy: realizacja planu ukrycia D-Day przed Hitlerem – osłoniętego kryptonimem operacja Fortitude – była poważnie zagrożona, a co gorsza, szpieg Abwehry w Lizbonie niedawno dał znać, że wie wszystko o Garbo i niedługo może go wydać Gestapo, ostatecznie kończąc jego zadanie.

Pujol nie miał o tym pojęcia i zaczął pisać wiadomość dla Niemców swoim pięknym, pochyłym pismem. Znał się dobrze na tajemnicach. Sam miał ich kilka.


Część I
TWORZENIE SIĘ SZPIEGA


Rozdział 1
Tom Mix w Barcelonie

Juanowi Pujolowi pisany był burzliwy los, chociaż nikt nie zdawał sobie z tego sprawy w dniu jego narodzin. Niemowlaka wpisano do rejestru cywilnego miasta Barcelony jako Juana Miguela Valentina Garcię Guijarro, z datą urodzin 28 lutego 1912 roku, chociaż poród miał miejsce dwa tygodnie wcześniej, 14 lutego, w Dzień Zakochanych. Brakowało nazwiska ojca dziecka. Urzędnik w odpowiedniej rubryce wpisał chłopca jako dziecko z nieprawego łoża.

Była to historia, jakich wiele. Matka Pujola, Mercedes Garcia Guijarro, wychowała się w pobliżu Grenady, w leżącej na południu Andaluzji. Piękna córka rodu, który w okolicy był tak znany ze swej pobożności, że nadano mu przydomek Los Beatos (Błogosławieni). Rodzina przeniosła się do Barcelony, gdy Mercedes miała osiem lat. Wkrótce po swych dwudziestych urodzinach, szczupła i promienna kobieta rozpoczęła pracę w fabryce Juana Pujola Peny, który mieszkał pod starym i szacownym adresem przy ulicy Muntaner 70, w samym centrum dzielnicy katalońskiej burżuazji. Pujol Pena był niezwykle obrotnym producentem farb, który swój interes zbudował od zera i którego fabryka była „znana ze swoich ciemnych odcieni”, w szczególności zaś z najgłębszej z najgłębszych czerni – tak ważnego koloru w katolickiej Barcelonie.

Pierwsza żona przedsiębiorcy jeszcze nadal żyła, gdy Mercedes rozpoczynała pracę w fabryce, jednak wkrótce potem zmarła. Pujol Pena i Mercedes wdali się w romans, trudno powiedzieć, czy przed, czy po śmierci pierwszej żony fabrykanta. W wieku dwudziestu dwóch lat Mercedes urodziła ich pierwszego syna, Joaquina, a następnie córkę imieniem Bonaventura. Później na świat przyszedł Juan, dziedzicząc po matce „ironiczne spojrzenie”, które brytyjski agent Desmond Bristow wychwycił wiele lat później. Młodsza siostra Elena urodziła się dwa lata później, już po tym, kiedy Juan senior i Mercedes się pobrali.

Ironiczne spojrzenie i niewielka postura to wszystko, co Pujol dostał w spadku po matce. Był natomiast niezwykle podobny do chudego, eleganckiego ojca i miał też odziedziczyć po nim liberalny sposób patrzenia na świat, tak różny od nieugiętego katolicyzmu Mercedes. Kiedy Juan miał cztery lata, jego ojciec uznał wreszcie małego chłopca i dwójkę jego starszego rodzeństwa za swoje prawowite dzieci. Był to bardzo ważny moment dla Juana: dziecko z nieprawego łoża w wyczulonej na klasowe niuanse Barcelonie roku 1912 nie miało łatwego życia.

Jednak większość życiowych zakrętów w młodości Pujola miało głębsze źródła. Wychował się w domu wśród niań, kucharzy, szwaczek i szoferów; na wakacje nad morze jeździł wraz z rodziną wspaniałym samochodem hispano-suiza ojca. Rodzice szybko zauważyli w nim cechy, których nie potrafili odnaleźć w sobie. Pujol był szalony, bardzo szalony lub (jak widziała to jego matka) zły, bardzo zły. „W moim domu imię »Juan« słychać było cały czas – wspominał – a po nim zawsze padały słowa »Co znowu zmajstrowałeś?«”. Pujol wpadał na ściany, miał ciągle podrapane ręce i nogi, lądował na balustradach, a raz, w pamiętnym incydencie, przejechał na swoim trójkołowcu przez ogromne – na całą ścianę – okno, roztrzaskując na wszystkie strony kawałki szkła.

Cudem wyszedł z tego bez szwanku. „Byłem przekonany, że Don Kiszot w czasie przygody z wiatrakami nie został tak poturbowany jak ja” – pisał później. Jednak ten dzień był wyjątkiem. „Byłem zawsze, przez całe dzieciństwo, pokryty bandażami”. Chociaż bracia i siostry bardzo go kochali, chowali jednak przed nim swoje zabawki, przekonani, że wszystko, czego się dotknie, rozsypie się w drobny mak.

Jego rodzina rozpaczała. Mercedes nie mogła zrozumieć syna. Był niepoprawny: groźby, kary, niemal śmiertelne obrażenia, nic nie mogło powstrzymać jego niszczycielskich wybryków, których, im był starszy, tym było więcej i więcej. Jednak to, co dla jego rodziców i rodziny wyglądało jak czyste szaleństwa, dla chłopca było cudownymi i wyjątkowymi przygodami, które jawiły mu się w ostrych, jaskrawych barwach. Bohaterem tych opowieści był zawsze on sam. Pujol, rozbijając się po całej posiadłości, stawał się rycerzem, desperado, niepomnym na niebezpieczeństwo bohaterem, odkrywcą lub też swoją ulubioną postacią – Tomem Miksem z hollywoodzkich westernów, które oglądał z podobną regularnością, z jaką Mercedes uczęszczała na katolickie msze. „Ten kowboj robił cudowne rzeczy i doszedłem do wniosku, że powinienem go naśladować”.

Pujol mówił później, że nad swoją chłopięcą wyobraźnią nie miał tak naprawdę żadnej kontroli. Wydawało się, że jakaś kosmiczna sonda umiejscowiła się w jego mózgu i nakłaniała do robienia różnych rzeczy. „Moje szalone fantazje – pisał – napędzały moją wyobraźnię”. Jakakolwiek myśl pojawiała się w jego mózgu, Pujol decydował się ją wcielić w życie. Większość chłopców przeżywa w wyobraźni różne przygody, ale Pujol zdawał się żyć wyłącznie w świecie swoich fantazji, kompletnie pozbawiony kontaktu z rzeczywistością. „Chciałem być uwielbianym bohaterem prosto z hollywoodzkiego niemego filmu”. Jednak nikt nie widział planu i scenografii, tylko małego Pujola z szaleństwem w oczach, biegnącego z ogromną prędkością. Na boisku piłkarskim był jeszcze bardziej przerażający i nazywano go „Pociskiem”.

Nie był złym dzieckiem i tak naprawdę miał dobre serce, zawsze chętny do pomocy słabszym, przegrywającym. „Nikogo nie skrzywdziłem, po prostu byłem bardzo, bardzo niegrzeczny”. Matka Pujola chciała go jakoś wyrwać ze świata fantazji i zamienić w miłego katalońskiego chłopca z wyższej klasy społecznej, chłopca, którego mogłaby w pełni kochać. „Kary i nauczki” spadały na małego Pujola cały czas, ale rzadko kiedy przynosiły jakikolwiek efekt. Ojciec mógł tylko wzdychać.

Kiedy miał siedem lat, Pujol został wysłany do szkoły z internatem prowadzonej przez księży marianów. Starszy brat Pujola, „stateczny i prostolinijny” Joaquin, został zmuszony do wyjazdu wraz z nim, by mieć oko na mały „Pocisk”. Jak mawiają Hiszpanie, Pujol tłukł talerze, ale to Joaquin musiał za nie płacić.

Księża robili co w ich mocy, ale Pujol był raczej kiepskim uczniem. Nienawidził szkoły z internatem i z utęsknieniem wyczekiwał odwiedzin ojca, który wytrwale, co niedziela, przyjeżdżał pociągiem, by zabrać Juana i Joaquina na spacer nad morzem. Tam Juan senior opowiadał chłopcom hipnotyzujące historie o świecie i udzielał rad na przyszłość. „Nauczył mnie szanować indywidualność ludzkich istnień, ich żale i cierpienia. Nienawidził wojny i krwawych rewolucji, gardził despotami i autokratami […]”. Po mariańskiej dyscyplinie nie został nawet ślad, ale nauki wyniesione z lekcji udzielanych nad brzegiem morza miały towarzyszyć Pujolowi już zawsze. Cztery „niezmierzone” lata z marianami zdołały jednak zaszczepić w chłopcu zainteresowanie historią i językami. Z czasem znał ich pięć: hiszpański, kataloński, francuski, angielski i portugalski.

Juan senior miał inne zmartwienia na głowie niż ośmioletni chłopiec. Barcelona w latach dwudziestych była kwitnącym miastem, znanym jako „niedoścignione”, liczącym sobie prawie milion mieszkańców i były tam fabryki znane w całym świecie. Miejski przemysł bawełniany ustępował tylko wielkiemu Liverpoolowi i to w fabrykach Barcelony zbudowano pierwszą lokomotywę na świecie. Młody Pujol uwielbiał wizyty na stacji kolejowej, gdzie przyglądał się parowym lokomotywom świszczącym i wypuszczającym kłęby pary, gdy wyjeżdżały z wielkiego dworca. „W mojej wyobraźni podróżowałem wraz z nimi, gdy ruszały ku odległym miejscom z towarzyszącym dźwiękiem gwizdka”.

Jednak młodzieniec miał też wiele powodów, by opuścić Barcelonę: był to punkt zapalny, bardzo niebezpieczne miejsce dla dorastających chłopców, miejsce, gdzie lewicowy dowcip polegał na wysmarowywaniu mydłem stopni kościołów, by znienawidzona katolicka burżuazja poślizgnęła się i złamała karki, wychodząc z mszy. Katalońska stolica często zdawała się być na granicy katastrofy: fale buntów, strajków i przemocy zostawiały tuziny martwych ciał na ulicach; radykałowie palili kościoły i klasztory, na co faszystowskie gangi odpowiadały porwaniami i masowymi mordami. Polityczne zamachy zdawały się być specjalnością miasta. „Jednego dnia strzelano do prawicowców siedzących przed kawiarnią, następnego przychodziła kolej na lewicę” – wspominał Pujol. Anarchosyndykaliści walczyli z katolickimi pracownikami, protofaszyści strzelali do komunistów, zwolennicy armii podkładali bomby antymonarchistom. Zabójstwa stały się tak powszechne, że gdy znajdowano na ulicy martwego polityka lub związkowca, mówiono niemal nonszalancko, że „zabrano go na paseo”, przechadzkę.

Juan senior, jako znany fabrykant, a jednocześnie człowiek postępowy, był potencjalnym celem dla wielu frakcji. „Każdego ranka, gdy mój ojciec szedł do pracy, żegnał się z nami tak, jakby to miało być po raz ostatni; każde rozstanie rozdzierało mi serce”. Ojciec rodziny gardził przemocą i nasączoną jadem retoryką, która rządziła w Barcelonie. Był oddanym humanistą, który wierzył w naukę, postęp i ponad wszystko w tolerancję. (Mercedes z pewnością popierała katolickich tradycjonalistów, którzy wspierali Franco). W końcu napięcie sięgnęło zenitu i Juan senior przeniósł rodzinę z dala od centrum miasta – do północnego przedmieścia Putxet, gdzie po kilku przeprowadzkach osiedli we wspaniałym domu przy ulicy Homero.

Pujol wyrósł na silnego, atletycznego „piętnastoletniego chłopaka z kiełkującą bródką”, jak później się chwalił. Był czarujący, uwielbiał tańczyć i recytować katalońską poezję, spacerować po górach i flirtować z miejscowymi dziewczynami. Jednak edukacja była dla niego „niekończącym się i nudnym” doświadczeniem i po jednej, szczególnie ostrej kłótni z nauczycielem wrócił do domu i oświadczył, że rzuca szkołę. Sprytnie, Juan senior zgodził się pod jednym warunkiem: impulsywny nastolatek miał znaleźć sobie pracę. Pujol zdołał się wprosić na praktykanta w składzie z artykułami metalowymi tuż obok słynnej Rambli.

Do jego obowiązków należało zamiatanie podłóg, dostarczanie wiadomości i paczek oraz odnoszenie na miejsce narzędzi, które sprzedawcy pozostawiali po zademonstrowaniu klientom. Była to jego pierwsza prawdziwa praca i długie godziny oraz przyziemne zadania szybko go zmęczyły. Dokładnie tak, jak przewidział to ojciec, Pujol wytrzymał w pracy tylko kilka tygodni. Następnie rzucił się w dokładnie przeciwnym kierunku i zamknął się w rodzinnej bibliotece, pogrążając w studiach nad skomplikowanymi tekstami filozoficznymi i literackimi, które ją wypełniały. Pujol szukał swojego powołania i jak wszystko inne, robił to w niesamowitym tempie. Nastolatek był pełen zapału, ale zupełnie brakowało mu ukierunkowania.

Intensywna, pełna zaangażowania natura chłopaka doprowadziła go także do serii szalonych romansów. „Zawsze uwielbiałem romantyzm i zawsze byłem niewolnikiem, jak to się zazwyczaj mówi, słabszej płci”. Kiedy poznał Luisitę, żywą, szaloną na punkcie tańca dziewczynę z Andaluzji, rzucił się za nią w pościg aż do Grenady, błagając ojca, by zawiózł go tam rodzinną hispano-suizą. W Grenadzie Pujol odkrył, że jego ukochana ma niezwykle zazdrosnego chłopaka. Pujol wysyłał Luisicie wiersz za wierszem i wyznawał swoją wieczną miłość, ale dziewczyna wybrała brutala i ojciec musiał odwieźć go zrozpaczonego do Barcelony. „Byłem w rozpaczy; majordomus nie mógł mnie w żaden sposób pocieszyć. A kilka miesięcy później dowiedziałem się, że Luisita poślubiła tego godnego pożałowania kretyna”.

Pewnego dnia, gdy miał dziewiętnaście lat, Pujol zaczął odczuwać kłujący ból w podbrzuszu, który składał go wpół. Był to atak wyrostka robaczkowego. Natychmiast zawieziono go do szpitala i trafił na salę operacyjną. Chirurgowi udało się usunąć wyrostek, ale trzy dni później, gdy Pujol dochodził do siebie w łóżku, rana uległa zakażeniu. Młodzieniec majaczył w gorączce, na krawędzi życia i śmierci. Między halucynacjami budził się i widział ojca u swego boku, dzień i noc, trzymającego jego rękę w milczeniu, targanego płaczem. Po raz pierwszy w życiu, i jedyny, młody Pujol zobaczyła ojca płaczącego.

Gorączka wypaliła coś w Pujolu. Wydobrzał i znów odmienił kierunek swojego życia: przestał marzyć o romansach i zagranicznych podróżach. Przestał studiować Arystotelesa. Zamiast tego zaczął sie uczyć – korzystając ze wszystkich możliwych źródeł – hodowli drobiu. Po sześciomiesięcznym kursie w Królewskiej Szkole Hodowców Drobiu w Arenys de Mar, Juan Pujol został w pełni wykwalifikowanym hodowcą kurczaków.

Ta decyzja była zdecydowanie kapitulacją wobec rodziny i wobec rzeczywistości. „Poczułem, że mój upór, niechęć do nauki i ciągłe rozczarowania, które przynosiłem ojcu, doprowadzą mnie do złego końca”, tłumaczył później. Zaczął się nawet spotykać z Margaritą, rozsądną i łagodną dziewczyną z Barcelony, która była bardzo podobna do jego matki: „skromna, bardzo religijna” i pełna obaw w kwestii seksu. Szalone uroki dziewczyn, jak Luisita, a także przygody Toma Miksa i Don Kiszota trafiły po cichu na półkę.

W 1933 roku Pujol zgłosił się do odbycia obowiązkowej służby wojskowej. Wkrótce chodził po mieście w szytym na miarę oficerskim mundurze 7. Regimentu Artylerii Lekkiej. Przysiągł służyć lewicowemu rządowi republikańskiemu w walce z wszystkimi jego wrogami. Po kilku miesiącach Pujol nauczył się jeździć konno i salutować jak należy. Były to jego ostatnie sukcesy przed tym, gdy śmierć i wojna rzuciły się cieniem na jego życie.

Po serii małych wylewów jego sześćdziesięciosiedmioletni ojciec został przykuty do łóżka. W 1934 roku Barcelonę nawiedziła epidemia grypy i Juan senior zachorował. W pokoju obok Pujol także leżał złożony grypą i obaj spędzali całe dnie trawieni gorączką. Wezwano, 24 stycznia, doktora. W malignie Pujol słyszał ze swojego pokoju, jak lekarz bada jego ojca przy akompaniamencie szeptów matki i sióstr. Pujol był na wpół przytomny i senny, ale usłyszał, jak lekarz zarządził aplikację zastrzyku. Zamknęły się drzwi i dało się słyszeć spieszne kroki służącego, który pobiegł do pobliskiej apteki. Kilka minut później znów dźwięk otwieranych drzwi: służący wrócił z lekarstwem. Potem cisza i Pujol wyobrażał sobie, jak lekarz wbija strzykawkę w fiolkę, podwija rękaw, podtrzymając rękę jego ojca, i wreszcie gdy igła zanurza się w żyłę. I wtedy Pujol usłyszał krzyki, których nigdy nie miał już zapomnieć. „Wszyscy płakali i krzyczeli. Ktoś wrzasnął: »Co się stało? Co się stało?». Moja matka i moje siostry płakały i płakały. Słyszałem, jak lekarz mówił, że nie wie, co się stało, nie wie, dlaczego zastrzyk miał taki efekt”. Ktoś przyszedł i przekazał Pujolowi wiadomość. Jego ojciec zmarł w momencie, gdy lekarz nacisnął strzykawkę.

Pujol, zbyt chory, by pójść na pogrzeb, był zdruzgotany. Ojciec był jego najbliższym przyjacielem, ideałem mężczyzny. „Odejście jego duszy z tego świata pozostawiło mnie zgnębionym i przytłoczonym – powiedział. – Straciłem tego, kogo kochałem najbardziej, na zawsze”. Co gorsza, jego ojciec zmarł, wiedząc, że syn nie może sobie w życiu poradzić. Pujol słuchał, jak jego rodzina ze łzami w oczach opowiadała o pracownikach fabryki farb niosących trumnę jego ojca na ramionach; o dzieciach ze szpitala św. Jana Bożego, które przyłączyły się do procesji, oddając hołd człowiekowi, który w tajemnicy płacił za ich lekarstwa i łóżka z ludzkiej przyzwoitości; syn marnotrawny zdał sobie sprawę z okrutnej prawdy: rozczarował ojca.

Pujol bez ojca nie mógł znaleźć sobie miejsca w coraz bardziej chaotycznej i ogarniętej przemocą Barcelonie. Być może z powodu dziecięcych wspomnień o Tomie Miksie kupił kino, które później sprzedał i kupił mniejsze. Oba upadły. Firma przewozowa kupiona i prowadzona razem z wycieńczonym tym wszystkim Joaquinem była studnią bez dna i trzeba ją było zamknąć. Potem przyszła kolej na farmę drobiu. Wszystko upadało, kosztowało rodzinę bajońskie sumy i zawodziło pokładane nadzieje. „Był okropnym biznesmanem” – powiedział najstarszy syn Pujola, który odniósł sukces jako przedsiębiorca i właściciel galerii sztuki. Pujol po prostu nie umiał myśleć praktycznie; rzucał się w wir różnych przedsięwzięć z pasją, ale niczego nie planując i nie mając żadnej strategii.

Wreszcie, w wieku dwudziestu czterech lat, Pujol został zarządcą farmy drobiu w Llinas del Valles, dwadzieścia mil na północ od Barcelony, i zaręczył się z cichą Margaritą. Czy był w niej zakochany? „Nie wiem. Była dla mnie bardzo miła, ale byłem znudzony” – powiedział wiele lat później. Pujol pogodził się z anonimową pracą i życiem rodzinnym w małej hiszpańskiej miejscowości. Należało się to jego rodzinie. I musiał przecież coś jeść.

Wtedy, 17 lipca 1936 roku, hiszpańscy żołnierze w koszarach w Maroku wywołali bunt. Rozpoczęła się hiszpańska wojna domowa.


Rozdział 2
Pierwsze próby

Była gorąca niedziela 18 lipca. Pujol zaplanował całodzienną wycieczkę z przyjaciółmi do Montseny, górzystego regionu położonego trzydzieści mil na północny wschód od Barcelony. Wówczas jednak radio nadało, jeszcze niedokładne, doniesienia o buncie w koszarach: generał Franco i jego oddziały na Wyspach Kanaryjskich dołączyły do próby przewrotu wojskowego; oficerowie i żołnierze w całym kraju zasilają szeregi rebeliantów, przeciwników republikańskiego rządu. Napięcie w Barcelonie rosło i Pujol biegł przez puste ulice do domu swojej narzeczonej w Carrer Girona. Tutaj dowiedział się o eskalacji konfliktu i pierwszych aktach przemocy: katedry i siedziby polityków płonęły; polowano na księży i mordowano lewicowych radykałów; antyfaszystowskie związki zawodowe ogłosiły strajk generalny; zaczynało brakować jedzenia, ludzie zabijali się na ulicach. Rebelianckie jednostki faszystowskie przeprowadziły szturm na budynek Telefónica i na hotel Colon, a następnie przemaszerowały w kierunku Paseo de Grácia i Diagonal, gdzie czekała na nich milicja robotnicza; dłonie robotników pociły się już na kolbach karabinów.

Wkrótce stało się jasne, że Barcelona znalazła się pod władzą sił republikańskich. Pujol, oficer kawalerii, musiał zgłosić się do służby, jednak odmówił chwycenia za broń „w tak bratobójczej walce”. Wolał umrzeć, niż zabić innego Hiszpana.

Pod względem przekonań politycznych Pujol był nieodrodnym synem swojego ojca. „Kochałem wolność, tolerancję i prawo wyboru religii” – powiedział. Nienawidził pustej retoryki komunistów i anarchosyndykalistów, którzy ogłosili, że „nic wielkiego nie udało się osiągnąć bez przemocy […]. Posiadanie rewolweru i karabinu maszynowego odróżnia wolnego człowieka od niewolnika”. Franco i jego nacjonaliści byli równie zawzięci w swej nienawiści, jednak Barcelona była lewicowym miastem. Na budynkach wisiały komunistyczne sztandary i czarno-czerwone flagi anarchistów. „Każdy sklep i każda kafejka opatrzone były napisem głoszącym, że zostały skolektywizowane – pisał George Orwell. – Nawet pucybuci zostali skolektywizowani, a ich pudełka pomalowano na czarno-czerwono”.

Pujol nie czuł związku lewicy z republikanami. Widział masakry, widział ciała wyciągane z ruin kościołów. Młodsza siostra Elena i matka zostały aresztowane przez republikanów pod zarzutem wspierania Franco, jednak rodzina zdołała skontaktować się z przyjacielem ze związków zawodowych i obie „uratowano przed pewną śmiercią”. Ostatecznie wróciły do domu bez szwanku. Starszy brat, Joaquin, został wysłany na front przez republikanów; podobnie jak Pujol Joaquin nie wierzył w sprawę republikańską i wkrótce zdezerterował, przemykając przez wzgórza prowincji Girona, głodujący i niemal nagi. Rodzinna fabryka farb, na dochodzie z której polegał Pujol, została przejęta przez tych samych robotników, którzy jeszcze kilka lat wcześniej nieśli na swoich ramionach trumnę jego ojca. Pujol nienawidził tej okrutnej wojny, która rozrywała rodziny; nienawidził masakry na arenach corridy; podejrzanych grup, znanych jako „niekontrolowalni”, którzy polowali na faszystów i ich kolegów z prawicy. Pujol był naocznym świadkiem tego, co refleksyjnie jeden z anarchistów nazwał „apetytem brutali, potrzebą eksterminacji, pożądaniem krwi, nieznanym wcześniej uczciwym ludziom”.

W Barcelonie Pujol po raz pierwszy zaznał trudów wojny. I szpiegostwa. W Hiszpanii szpiegowska rozgrywka miała niewiele wspólnego z dżentelmeńską rozrywką uwiecznioną w kiepskich powieściach. Była brutalna, ślepa i bez skrupułów. „Zapanowała okropna atmosfera podejrzeń – pisał Orwell, który przybył do miasta pod koniec 1936 roku. – Różni ludzie zakazili się manią szpiegowską i krążą po mieście, twierdząc, że wszyscy inni to szpiedzy komunistów lub trockistów lub też anarchistów lub Bóg wie kogo”. Mężczyźni i kobiety byli rozstrzeliwani już za samo podejrzenie o „trockistowską zdradę”. Nawet ci, którzy nie szpiegowali, „czuli” – jak pisał Orwell – jakby to robili. Pujol niewiele nauczył się w czasie wojny domowej o technikach szpiegostwa, ale dowiedział się bardzo wiele o jego kosztach. Stawiano ludzi pod murem i rozstrzeliwano na ulicach Barcelony za byle plotkę.

Pujol nie chciał walczyć po stronie republikanów, postanowił więc uciec i ukryć się w domu rodzinnym narzeczonej. Był jednym z wielu młodych Hiszpanów, którzy uciekli przed wcieleniem do armii – po obu stronach. Spędził w ukryciu wiele miesięcy, nie mogąc się przewietrzyć, przyklejony do radia, gdy na zewnątrz słychać było strzelaninę, a fale radiowe wypełnione były doniesieniami o masakrach. Nie mógł mówić głośniej niż szeptem i nie mógł nawet wychylić się przez okno. Za każdym razem, gdy słychać było dzwonek do drzwi – musiał się ukrywać. Gdyby go złapano, zostałby rozstrzelany jako dezerter.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 1936 roku Pujol siedział w kuchni i młotkiem rozbijał orzechy włoskie i laskowe. Wszędzie latały skorupy, a Pujol tak dobrze się bawił, że zapomniał o konieczności zachowania ciszy. Co więcej, robił taki hałas, że na początku nie usłyszał nawet pukania do drzwi frontowych. Donosiciel przekazał władzom informacje, że rodzina Margarity przechowuje kosztowności tych rodzin, które uciekły z Barcelony i sprzyjały Franco. Kiedy policja wkroczyła do domu, udała się natychmiast do miejsca, gdzie ukryta była biżuteria – skrytki w progu drzwi między dwoma pokojami. Zaraz też zaczęło się przeszukiwanie całego domu. Kiedy policja wpadła do kuchni, znalazła tam Pujola, wciąż z młotkiem w ręku wzniesionym nad orzechem włoskim. Został aresztowany i wyprowadzony z domu razem z ojcem narzeczonej i jej bratem. Zabrano ich samochodem, który czekał na zewnątrz.

Gdyby Pujol i inni zostali odnalezieni przez nieregularną grupę radykałów, z pewnością „zabrano by ich na przechadzkę” i rozstrzelano. Jednak mieli szczęście: zabrano ich na miejscowy posterunek policji, co oznaczało, że trafili w ręce umiarkowanych republikanów. Pujol odetchnął z ulgą, lecz nie na długo – został oskarżony o dezercję. „Byłem przerażony, obawiałem się, że zapłacę za to życiem” – wspominał. Młody porucznik został zabrany do lochu pod stację i zamknięty w ciemnej, zimnej celi.

Dzień po dniu Pujol mógł tylko siedzieć i wsłuchiwać się w głosy innych osadzonych i strażników, którzy przynosili mu posiłki. Każdego dnia drzwi jego celi otwierały się, wchodził młody oficer i rozpoczynał przesłuchanie. „Zapewniałem [ich], że byłem w domu tylko dlatego, że byłem zaręczony z najstarszą córką, ale wciąż przesłuchiwali mnie bez litości”. Wojna stawała się coraz bardziej okrutna, po obu stronach dochodziło do zbrodni i masowych mordów. Egzekucja podejrzanego zwolennika nacjonalistów przeszłaby pewnie niezauważona.

Po tygodniu spędzonym w więzieniu, w środku lodowatej nocy, Pujol nagle się obudził. Drzwi celi otworzyły się i w słabym świetle zobaczył człowieka, którego nigdy wcześniej nie widział. Obcy szeptem kazał Pujolowi wstać i pójść z nim. Na wpół śpiący podążył za nieznajomym, który poprowadził więźnia labiryntem korytarzy i biur w porannych ciemnościach. Pujol zdał sobie sprawę, że nieznajomy nie był policjantem i że w ten sposób nieświadomie podjął ucieczkę z więzienia. Za każdym zakrętem obawiał się, że wpadną na ubranego w jeden z tych niedopasowanych mundurów republikańskiego milicjanta. Dezerter mógł się jeszcze jakoś uratować, ale dezerterowi, który próbował ucieczki, groziło rozstrzelanie. Wreszcie nieznajomy dotarł do małych drzwi i gdy je otworzył, Pujol poczuł na twarzy chłodny powiew wiatru. Obcy wręczył mu kawałek papieru i wskazał oświetloną gwiazdami ścieżkę.

Jego narzeczona, pobożna i skromna Margarita, uratowała mu skórę, choć Pujol nie był nawet pewny, czy ją kocha. Skontaktowała się z tajną katolicką organizacją zwaną Socorro Blanco (Biała Pomoc), która prowadziła coś w rodzaju podziemnej agencji organizującej ucieczki frankistów. Pujol znajdował się teraz na ulicach Barcelony, ścigany bez dokumentów pozwalających mu przejść przez republikańskie punkty kontrolne. Popatrzył na adres na kawałku papieru i zaczął iść coraz szybciej, wypatrując barykad, za którymi żołnierze trzymali warty dwadzieścia cztery godziny na dobę. I tak zakończyły się ostatecznie dni jego beztroskiego dzieciństwa. „Stałem się […] przestępcą”.

Adres zaprowadził go do dzielnicy gotyckiej, jednego z robotniczych i brudnych kwartałów Barcelony. Pujol wspiął się do mieszkania w budynku wskazanym w notce w zupełnych ciemnościach, bowiem nie odważył się włączyć światła w korytarzu. Odnalazł drogę we wszechogarniającej czerni i zastukał delikatnie w drewniane drzwi. Usłyszał kroki, a wkrótce potem kobieta otworzyła powoli drzwi. Bez słowa wskazała, by wszedł do środka. Mieszkanie było schronieniem utrzymywanym przez Socorro Blanco, w którym żyli kierowca taksówki, jego żona i ich jasnooki dziewięcioletni syn. Na razie Pujol był bezpieczny.

Nie mógł dać znać o tym rodzinie, spędzał więc dzień za dniem w ciasnym mieszkaniu, często głodny, bo w Barcelonie coraz trudniej było o jedzenie. Kiedy Pujol musiał rozmawiać z goszczącą go rodziną, włączali radio, by zagłuszyć głosy. Poza tym żył w milczeniu. Pomagał chłopcu w matematyce i historii – szkoły w Barcelonie zamknięto na czas wojny – szepcząc mu do ucha. Na zewnątrz mógł zobaczyć, jak ojcowie i matki ustawiali się w kolejkach po jedzenie i czuł wstrząsy, gdy bomby trafiały w pobliskie budynki. W nocy nie mógł spać – dręczyły go koszmary, w których nagłe pukanie do drzwi kończyło się aresztowaniem i plutonem egzekucyjnym.

Długie godziny monotonii przerywały tylko nagłe momenty przerażenia. Pewnego dnia, gdy spędzał czas z synem taksówkarza i gdy rodziców nie było w domu, nadeszła w końcu ta chwila, której się spodziewał i której się bał. Usłyszał pukanie do drzwi i krzyk: „Policia!”. Pujol w milczeniu wskazał sypialnię chłopca, a dziewięciolatek pokiwał głową. Gdy się ukrywał, Pujol usłyszał jak chłopiec otwiera drzwi i mówi policjantom, że jego mama jest na zakupach, a tata walczy z faszystami. Chłopiec zaprosił mężczyzn do środka i pokazał im mieszkanie, w czasie gdy oni zadawali mu szczegółowe pytania. Kiedy doszli do pokoju, gdzie pod łóżkiem ukrywał się Pujol, chłopiec otworzył drzwi, włączył światło i znudzonym głosem oświadczył, że to pokój, gdzie śpi. Policjanci pokiwali głowami i poszli sobie.

Po miesiącach pełnego niebezpieczeństw życia z ukrywającym się zbiegiem, latem 1937 roku taksówkarz zabrał swoją rodzinę do małej wioski w Lleida w zachodniej Katalonii. Pujol został sam. Musiał starać się być zupełnie cicho, bo sąsiedzi wierzyli, że mieszkanie opustoszało. Nie mógł używać radia ani stukać naczyniami, nie mógł nucić, by jakoś zabić czas. Kiedy chodził, musiał powłóczyć nogami, by przemieszczać się po cichu. Okna w mieszkaniu musiały być zamknięte nawet w czasie niezwykle gorącego lata w Barcelonie, więc Pujol dosłownie się smażył; kiedy przyszła zima, szczękał zębami z zimna. Nie mógł włączyć lampy, bo obawiał się, że z ulicy da się zobaczyć blask za zasłonami. Oczy Pujola, niczym oczy jakiegoś nocnego zwierzęcia, stały się wrażliwe na mocne światło. Tylko rzadkie wizyty dziewczyny z Socorro Blanco, która przychodziła z paczkami z jedzeniem pod ręką, przerywały monotonię dnia i pozwalały mu nie umrzeć z głodu. Przychodziła raz na trzy dni, jednak z czasem przerwy między jej wizytami stawały się coraz dłuższe.

Pujol miał rozrywkową osobowość, kochał życie, jednak z czasem popadł w depresję. Stracił ponad dwadzieścia kilogramów, jego skóra stała się blada z braku słońca. „Zacząłem wyglądać jak wycieńczony mężczyzna po czterdziestce, pomimo że miałem zaledwie dwadzieścia pięć lat. Wpadłem w desperację i wiedziałem, że dłużej już nie wytrzymam”. Pujol poprosił wolontariuszkę, by postarała się dla niego o fałszywe papiery, by mógł znów wyjść na ulicę; po długiej przerwie wróciła z podrobionymi dokumentami wskazującymi, że jest za stary na pobór. Nie był to kłopot: Pujol postarzał się tak bardzo, że jego wygląd odpowiadał opisowi z papierów.

Uciekinier wyszedł na ulice Barcelony i na początku nie mógł poznać swojego rodzinnego miasta, z wypalonymi skorupami budynków i mieszkańcami w łachmanach. Zmartwiony radiowymi doniesieniami o mordach, zdecydował, że nadszedł czas opuścić Hiszpanię. „Lata zamknięcia i prześladowań ukształtowały moją osobowość i większość moich marzeń została zniszczona. Gorzki smak tylu godzin kłopotów i problemów, braków i zwodzeń […] zamienił mnie w rebelianta, bardziej nieposłusznego i upartego”. Zaplanował ucieczkę przez granicę. Najpierw znalazł jednak pracę jako zarządca farmy kurczaków w Gironie na północnym wschodzie, niedaleko francuskiej granicy. Przytakiwał, gdy jego sąsiedzi powtarzali najnowsze republikańskie slogany; był skrycie pacyfistą, bez sympatii dla żadnej ze stron i już we własnym kraju uczył się bycia człowiekiem o wielu twarzach. W wolnym czasie chodził na długie wędrówki po wzgórzach, by trenować na czas próby, która go czekała; skwapliwie notował odległości w swoim małym notesie. Chodził około dwudziestu kilometrów dziennie, potem trzydzieści, aż pewnego dnia wrócił do Girony i zdał sobie sprawę, że przeszedł sześćdziesiąt kilometrów, całą drogę na górę Puigmal, z której mógł widzieć francuską granicę. Powoli odzyskał zdrowie.

W jego planie ucieczki znajdował się jeden słaby punkt – strażnicy graniczni. Niedawno straż graniczna zastrzeliła kilku uciekinierów. Pujol zastanawiał się i wkrótce zmienił zdanie. Zamiast ucieczki postanowił przejść na stronę nacjonalistów, gdzie miał nadzieję, że „będzie mógł żyć swoim własnym życiem”. Jednak aby to zrobić, musiał najpierw przyłączyć się do republikanów, przejść szkolenie, dostać powołanie i być wysłany na front. Tylko wtedy mógł spróbować przedostać się na stronę wroga. Nawet na samym początku planu musiał nauczyć się zwodzenia przeciwnika. Używając fałszywego nazwiska i podrobionych papierów, udał się do koszar w Las Atarazanas i zgłosił się do armii. Republikańscy oficerowie chwalili jego bezinteresowność; fałszywe papiery Pujola wskazywały, że był za stary na obowiązkową służbę wojskową, ale oto przyszedł i zgłosił się jako ochotnik dla sprawy.

Po dwóch tygodniach podstawowego szkolenia Pujol został wysłany na wojnę do Montblanc nad rzeką Ebro. Armia nacjonalistów była tylko kilka kilometrów stamtąd. Pujol zgłosił się na stanowisko oficera sygnałowego i został wysłany na front jako członek Brygad Międzynarodowych, uwiecznionych przez Hemingwaya i Orwella. Wojna straciła jednak swój smak dla Europejczyków i Amerykanów i Pujol znalazł się wśród innych Katalończyków, często strzelających do kuzynów i wujków znajdujących się kilkaset metrów dalej za wzgórzami poprzecinanymi zygzakami okopów i upstrzonymi kraterami po bombach. Straty wynosiły ponad pięćdziesiąt procent.

Chociaż twierdził, że jest doświadczonym sygnalistą, nowy rekrut nie znał ani alfabetu Morse’a, ani też zasad działania semafora. Zamiast więc wysyłać wiadomości, został skierowany do kładzenia kabli telefonicznych z dowództwa na tyłach na front. Na północnym brzegu Ebro zaskoczył go atak rebelianckich bombowców, które zaczęły atakować republikański ponton używany przez żołnierzy do przeprawiania się przez rzekę. „Bomby syczały w czasie spadania, potem następowała grzmiąca eksplozja, a powietrze wypełniało się milionami odłamków; wielkie fontanny wody wzbijały się w powietrze”.

Pujol zajął pozycję w okopie wykopanym w stoku Sierra de la Fatarella i słuchał głosów nacjonalistycznych żołnierzy, nawołujących przez megafony. Wyśmiewali swoich na wpół zagłodzonych wrogów, pytając ich, czy dziś też jedli soczewicę. Był to jedyny republikański posiłek: soczewica, czasami ze śladami słoniny lub kawałkiem wieprzowiny. Szerzyła się dezercja. Karą, jeśli zostało się złapanym, była śmierć. Pewnego dnia Pujol patrzył, jak fryzjer kompanii, którego złapano, gdy próbował przemknąć na stronę frankistów, został postawiony przed batalionem i rozstrzelany. Jego ciało – jako przestrogę dla innych – pozostawiono, by zgniło w słońcu. Pujol zdecydował, że mimo wszystko zaryzykuje ucieczkę.

Chodząc wzdłuż linii frontu i sprawdzając, czy kable telefoniczne nie zostały zerwane lub przecięte, Pujol uważnie obserwował ziemię niczyją między okopami. Widział hełmy frankistowskich żołnierzy rysujące się na tle zachodzącego słońca. Słuchał rozmów po drugiej stronie, próbując ustalić, który z okopów znajduje się najbliżej republikańskich linii. Wreszcie pewnego wieczoru na początku 1938 roku zabrał ze sobą dwa granaty ręczne i zebrał się na „najbardziej szalony czyn, jakiego dokonałem w swoim długim i pełnym przygód życiu”. Razem z nim zdecydowało się uciec dwóch zapuszczonych i głodujących republikanów. Czekali na odpowiedni moment.

Niebo było czyste i pełnia księżyca oświetlała pole bitwy. Około siódmej wieczorem trzech mężczyzn, klęcząc w okopie, wymieniło spojrzenia i skinęło przytakująco głowami. Pujol poprawiał ekwipunek po raz ostatni, gdy jego dwóch towarzyszy wyskoczyło nagle z okopu i ruszyło biegiem w dół zbocza wzgórza, wzniecając małą lawinę skał i kamieni. Krzyknął wartownik. Pujol nieźle się przestraszył – nie wyszedł jeszcze z okopu, a już został odkryty. Był gotów zginąć, uciekając z armii, której nienawidził, wspiął się na ścianę okopu i rzucił się ku ziemi niczyjej.

W ciemności, potykając się, zbiegał w dół zbocza; usłyszał patrol rzucający się za nim w pościg. Zdołał zbiec i przekroczyć rzekę u podnóża góry, następnie skręcił w stronę małego sosnowego lasku, który dawał mu schronienie przed jasnym, księżycowym blaskiem. Jednak gdy dotarł do drzew, stracił orientację i zaczął biec pod górę, aż zdał sobie sprawę, że wspina się na tę samą górę, z której właśnie zszedł. Spanikował – biegł prosto na republikańskie linie i w objęcia pewnej śmierci.

Kule przeszywały nocne powietrze dookoła niego. Pujol zawrócił w deszczu pyłu wzbijanego przez pociski uderzające wokół w ziemię. Przyspieszył wielkimi krokami, na wpół biegnąc, na wpół spadając ze wzgórza, kierował się w stronę zarośli u podnóża. Kiedy tam dotarł, rzucił się w krzaki i skrył przed światłem księżyca; patrol dosłownie deptał mu po piętach. Ciężko dyszał i próbował kontrolować swój oddech, gdy żołnierze uderzali kolbami karabinów w trawę, mając nadzieję go wypłoszyć. Słyszał ich zbliżające się gniewne i niecierpliwe głosy: „Było ich sześciu. Leżałem tam trzęsąc się ze strachu, cały pokryty potem” – pisał później. Zaczął modlić się do Matki Boskiej, by nie pozwoliła go odkryć.

Pujol poczuł zimny metal granatów w zapoconych spodniach. Jeśli wyciągnąłby zawleczki i rzucił granaty w stronę dochodzących głosów, byłby wolny. Jednak leżał w tym błocie właśnie dlatego, że nienawidził rozlewu krwi. Po prostu nie mógł tego zrobić. Po pełnych napięcia piętnastu minutach rzucił się w stronę wzgórza po przeciwnej stronie – tym razem właściwego – i znajdującego się tam małego lasu. Znalazł wąski rów, szeroki tylko na tyle, by mógł się w nim ukryć. Położył się w nim i przykrył liśćmi i gałązkami. Niedługo potem zorientował się, że znajduje się w pobliżu patrolu – mężczyźni mieli przerwę na papierosa. Pujol wyjrzał zza liści i zobaczył ich sylwetki na tle nocnego nieba.

Frankiści rozpoczęli swoje nocne nawoływania, ich prześmiewcze głosy niosły się nad zaroślami: „Hej, czerwoni, co wam dziś dali do jedzenia?”. Księżyc zasłoniła deszczowa chmura, pokrywając cieniem pole bitwy. Pujol położył swoje dwa granaty na suchej ziemi i powoli zaczął rozsznurowywać buty, nasłuchując jakiejkolwiek zmiany w głosach żołnierzy, jakiegokolwiek znaku, że się poruszają. Zdjął buty i mógł iść po cichu. Niemal w kucki przemykał przez zarośla na drugą stronę.

Gołymi stopami chwytał się luźnego żwiru na zboczu, gdy biegł pod górę i przeskakiwał przez dwa kamienne murki, kierując się w stronę, skąd dobiegały okrzyki nacjonalistów. Serce waliło mu jak młot i nagle usłyszał męski głos, niezwykle blisko: „Idziemy do ciebie”. Pujol niemal zemdlał, myśląc, że patrol go złapał, ale był to tylko jeden z jego towarzyszy ucieczki. I jemu udało się zbiec.

Kiedy wreszcie doszli cali i zdrowi do pozycji nacjonalistów, uciekinierzy zostali powitani talerzami pełnymi jedzenia. Jedli aż do bólu żołądka. Śledczy przesłuchiwali ich przez „niekończące się godziny”: gdzie znajdują się republikańskie pozycje? Jakie jest morale? Następnie wysłano ich pociągiem zaopatrzeniowym do Saragossy, gdzie zamknięto ich w obozie jenieckim na uniwersytecie w Deusto, w Kraju Basków.

Pujol zaryzykował życie dla wolności. Teraz znalazł się w łachmanach, jak pozostali współwięźniowie, w obozowych barakach i przyglądał się wyścigom wszy, robiąc zakłady i okrzykami zagrzewając do walki każdego „zawodnika”. Spał na twardej drewnianej podłodze, jego dniami dyrygowali mściwi strażnicy. Zachorował i został zabrany, wymiotując, do obozowego szpitala. Jego sen o wolności, jak wiele innych, rozwiał się na wietrze.

Pujol miał ze sobą tylko jedną wartościową rzecz, piękne i drogie wieczne pióro, wspomnienie dzieciństwa spędzonego w zamożnym barcelońskim domu. Sprzedał pióro żołnierzowi i z zysków kupił znacznie tańsze pióro, trochę papieru i kilka znaczków. Napisał do każdego, kogo znał: krewnych i dalekich znajomych, których pamiętał z dzieciństwa, z prośbą o pomoc finansową i poręczenie. Zlitował się nad nim przyjaciel rodziny, brat w zakonie bonifratrów San Juan de Dios, katolickiej misji, której pomagał jego ojciec. Zakonnik przyjechał do obozu i załatwił zwolnienie Pujola. Jeszcze raz koneksje rodzinne pomogły mu wyjść z opresji.

Pujol został zabrany do Palencii, a następnie do szpitala w Burgos, gdzie zdiagnozowano u niego ostre zapalenie oskrzeli i wysłano do sanatorium. Tutaj mógł wreszcie cieszyć się małymi przyjemnościami życia: spaniem w czystym łóżku czy graniem w karty z innymi pacjentami, gdy córki najlepszych rodzin z Burgos zajmowały się nim. Jedna szczególnie zwróciła jego uwagę, ciemna piękność imieniem Araceli, która pracowała jako pielęgniarka i na którą później wpadł w hotelu Condestable. W hotelu mieszkał też jeszcze jeden gość, który miał zmienić życie Pujola: Kim Philby, korespondent wojenny londyńskiego „Timesa”, sowiecki szpieg i przyszły szef hiszpańskiej sekcji MI6.

Wojna domowa skończyła się 1 kwietnia 1939 roku i generał Francisco Franco objął władzę nad złamanym, rozdartym nienawiścią narodem.

Pujol był w takim samym stanie jak jego naród. „Lata ukrywania się i prześladowań uczyniły mnie zgorzkniałym; moje marzenia legły w gruzach; moje życie składało się wyłącznie z rozczarowań i klęsk; nienawidziłem być żołnierzem i chciałem uciec do nowego życia”. Został zwolniony z armii, ale odmówił wstąpienia do Hiszpańskiej Falangi Związków Nacjonalistycznej Ofensywy Syndykalistycznej, zwanej po prostu Falangą, partii kierowanej przez generała Franco. Gdyby zrobił inaczej, znacznie ułatwiłoby to jego karierę w biznesie i postępy w życiu towarzyskim, jednak Pujol nienawidził faszystów równie mocno jak komunistów.

Wojna zmieniła Juana Pujola. Zabrała mu młodość, pozostawiła go fizycznie wyniszczonym, wyśmiała jego ideały, zabrała mu marzenia i upokorzyła go. Fortuna rodzinna rozpadła się, jego ukochany kraj leżał w gruzach. Stracił większość włosów. Wyglądał na znacznie starszego. Nie miał medali ani nie mógł się pochwalić wzorowym przebiegiem służby, który pomógłby mu rozpocząć wspaniałą karierę.

Jednak konflikt nie tylko zubożył jego życie – czegoś się z niego także dowiedział. Chodził po ulicach zniszczonego, pogrążonego w żałobie Madrytu i nie chciał już wieść anonimowego życia farmera hodującego kurczaki na zapadłych przedmieściach stolicy. Zamiast snów o potędze miał teraz coś bardziej przystosowanego do realiów: zmysł ocalonego, wyostrzony niczym brzytwa. Nauczył się wymijać plutony egzekucyjne i przekonywać ludzi, by mu wierzyli. Nie był bohaterem, którego oczekiwali; nie był swoim szlachetnym ojcem. „Jestem tylko jego cieniem” – napisał później. Jednak był twardszy niż kilka lat wcześniej. Zdawało się, że jego fantazje zostały przekute na wiedzę o tym, jak ludzie funkcjonują pod niezwykłym ciśnieniem czasów i okoliczności.

Jednak co ważniejsze, Pujol zdał sobie sprawę, że granie na zwłokę nic mu nie da. Dlaczego miałby być hodowcą drobiu, gdy świat staje na głowie? Był gotów znów zaryzykować – nawet wszystko, jeśli to konieczne. I znalazł kogoś, kto chciał z nim skoczyć na głęboką wodę.


Rozdział 3
Araceli

Araceli González Carballo, ciemnowłosa, przepiękna pielęgniarka, którą Pujol poznał w hotelu Condestable, była marzycielką tak jak i on. Gdy dorastała, jej matka przezywała ją Anonita la Fantástica, od fikcyjnej bohaterki serii książek dla dzieci, w których dziewczynka z Madrytu podróżowała po świecie w poszukiwaniu przygód. Wedle słów jednego z czytelników bohaterka „była symbolem ekstrawagancji ze szczyptą szaleństwa”.

Jednak w przeciwieństwie do ambicji Pujola marzenia Araceli zwrócone były w stronę rzeczy pięknych, wspaniałych ubrań i towarzyskiego blasku: „Część rodziny uważa, że pochodzi od Alfonso XI” – pisała później, potwierdzając, że jej babcia – należała do rodziny markiza Carballo”. Były to bardzo ważne czynniki w wyczulonej na podziały klasowe Hiszpanii.

Pujol całe życie krążył nieszczęśliwie między dwoma romantycznymi biegunami: oddanymi katoliczkami, jak Margarita, pokornymi i trochę nudnymi, które musiały podobać się jego matce, a kobietami z ogniem w oczach: dzikimi, szalonymi na punkcie muzyki, ekstrawaganckimi, jak Luisita, dziewczyna, która poślubiła „godnego pożałowania kretyna”. Być może, podobnie jak jego wybory w kwestii kariery – hodowca drobiu kontra filozof – reprezentowały dwie siły, które na przemian go odrzucały i przyciągały: pragnienie zadowolenia rodziny i bycie dobrym synem kontra pociąg do wielkich starć z przeznaczeniem. Araceli należała zdecydowanie do obozu ekstrawaganckiego i ubiegając się o jej względy, Pujol zadeklarował: zaryzykuję w życiu. Biedna Margarita, która wiele razy uratowała mu życie, zniknęła z jego życiorysu.

Ogień płonął głęboko w duszy Pujola, lecz na zewnątrz był często cichy i zdystansowany. To Araceli miała przyciągającą uwagę osobowość. Kiedy wchodziła do pokoju, wydawało się, że ktoś podkręcił światła i zamienił je w reflektory. Miała błyszczące czarne włosy, blask w oczach, bladą, kremową cerę i nie dało się jej nie zauważyć. W kilka dekad później jej wnuczka uśmiechała się przewrotnie i mówiła: „Była najbardziej uwodzicielską kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałam. Moje chłopaki zawsze w którymś momencie się w niej zakochiwali”.

Araceli dorastała w prowincji Galicia w małym, północno-zachodnim miasteczku Lugo, jedynym zamieszkanym mieście na świecie, które nadal otaczają rzymskie mury. Było to miejsce tak starożytne i odcięte od świata, jak wskazywała na to jego historia. Kiedy Araceli mówiła, że „Lugo było miejscem z rodzaju tych, gdzie ludzie umierali w łóżkach, w których się urodzili”, nie żartowała. Zamiast po pierwszorzędne wykształcenie, które pozwoliłaby jej dać sobie radę w świecie, Araceli i inne dziewczęta jej sfery były wysyłane do „szkół dla panien”, a następnie szkoliły się w pomniejszych zawodach, które pozwalały im poznać szanowanego kandydata na męża. Araceli planowała zostać pielęgniarką. „Był to najlepszy sposób na to, by pozostawić nas bez cienia kultury” – pisała pełna goryczy. – Zawsze chciałam rozmawiać, dyskutować, dociekać”. Wszystko co nowoczesne i ekscytujące było daleko: „Żyłyśmy w fantastycznym świecie dobrych dziewcząt z Lugo”.

Araceli zbuntowała się. Po ukończeniu szkoły dla pielęgniarek uciekła do regionalnej stolicy, Burgos, i zgłosiła się na ochotnika do opieki nad rannymi. Zabrała ze sobą wielką drewnianą skrzynię, wykonaną na zamówienie przez jednego z najlepszych stolarzy w jej rodzinnym mieście. Znajdowały się w niej wszystkie sukienki, buty i ciepłe płaszcze dziewczyny. Skrzynia stała się ruchomym Lugo, przenoszonym z miejsca na miejsce, gdziekolwiek Araceli akurat mieszkała. Wypełniały ją szczęśliwe, lecz i nudne wspomnienia miasta, które Araceli zostawiła.

Araceli była niezwykle inteligentna, pełna ducha przygody, dramatyczna i trochę próżna. „Wszyscy moi przyjaciele mówili, że muszę uciec i zobaczyć świat; że jestem zbyt wyjątkowa, żeby tu mieszkać”. Mieli rację: Lugo było zbyt szare i prowincjonalne, by ją zatrzymać. Jednak Araceli umiała też przytemperować swoje ambicje. Jej przyjaciółka, która także uczyła się pielęgniarstwa, Cachita, wspominała pierwszy dzień pracy w szpitalu w Lugo. Do szpitala trafił akurat transport rannych frankistów z frontu. Araceli i Cachita miały uprzątnąć jedną z sal. Cachita, która wyrosła w domu pełnym służby, tak samo jak i Araceli, była przerażona widokiem nasiąkniętych krwią bandaży i brudnych opatrunków. Wybiegła z sali, sprzątanie było bowiem dla niej zajęciem niegodnym. Araceli zaś, ku zdziwieniu Cachity, nie tylko została, lecz zabrała się za zbieranie opatrunków, zamiatanie podłogi i przygotowywanie pokoju na przyjęcie rannych. To nie było zajęcie dla dziewczyny z towarzystwa: opatrywanie amputowanych kończyn, wszechobecny zapach gangreny i krwi czy przyglądanie się, jak umierają młodzi ludzie. Araceli nie uciekła przed tym.

Pujol i Araceli spotkali się wiosną 1939 roku. „Pojechałam do Burgos i tam czekało na mnie moje przeznaczenie” – powiedziała Araceli. Spotkanie z Pujolem było momentem, gdy „zaczęło się moje życie”. Nazywała go Juanito, a on nazywał ją Aracelita. Oboje byli młodzi, dwudziestoparoletni i wprost kipieli od ambicji. „Tam, gdzie on był słaby, ona była silna i vice versa” – powiedziała ich córka, Maria. Oboje byli marzycielami: Antonita la Fantástica i chłopiec, który chciał być Tomem Miksem.

Gdy młodzi zakochiwali się w sobie, frankistowski, ultrakatolicki reżim zaciskał swój żelazny uścisk na całym kraju. W Navarze mężczyznom w koszulach z krótkim rękawem nie wolno było chodzić do kafejek; kobiety musiały przestrzegać ścisłych zasad dotyczących ubrania – w tym tego, jaki rodzaj makijażu był odpowiedni, a który zbyt prowokacyjny. Książki autorstwa Żydów i masonów zostały publicznie spalone w Pampelunie. Cenzorzy filmowi wycięli fragmenty przemówienia po bitwie pod Gettysburgiem z filmu D.W. Griffitha o Abrahamie Lincolnie. Musiało to zaboleć kochającego Hollywood Pujola. Długa ręka reżimu sięgała nawet do menu małych restauracyjek: „sałatka rosyjska” stała się „sałatką narodową”, bo Moskwa wciąż popierała pokonanych czerwonych. Redaktorzy gazet otrzymali instrukcje, by pisać artykuły „w języku Don Kichota”, a nie we współczesnym, pospolitym hiszpańskim. Cały czas trzeba było mieć przy sobie dokumenty. W nich każdy obywatel miał zaznaczony „jeden z trzech możliwych stopni” – „oddany” sprawie Franco, „neutralny” lub „przeciwny”. Przeciwnych wyrzucano z pracy.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.