Afgański łącznik - Jarosław Granat - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Afgański łącznik - Jarosław Granat

Afgański łącznik” to zbiór dwóch opowiadań o majorze Gradzie – oficerze Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku i Afganistanie.

„Salim” to błyskotliwe i rzetelne studium nastrojów związanych z wojną w Iraku. Szesnastoletni Irakijczyk z Al-Hilli po stracie starszego brata staje się jedynym żywicielem rodziny. Szukający zemsty młody Arab odnajduje majora Grada, który stacjonuje w polskiej bazie wojskowej i staje się jego informatorem... Konflikt w Iraku pokazany jest zarówno od strony samych Irakijczyków, jak i stacjonujących na ich terenach kontyngentów wojskowych, głównie polskiego.

W „Afgańskim łączniku” zadaniem Grada ma być ustalenie i przekazanie ministrowi wiarygodnych informacji na temat aktualnej sytuacji w polskim kontyngencie oraz ewentualnych danych na temat polskich żołnierzy porwanych kilka tygodni wcześniej przez afgańskich partyzantów. Już w Warszawie Grad spotyka się z niezrozumiałą grą polityczną wokół jego osoby i zadania, które ma wykonać. Po wylądowaniu w Afganistanie szybko orientuje się, że nie otrzyma pomocy od miejscowych przedstawicieli służb… Tymczasem poznaje handlarza dywanów z Kabulu oraz Timura i jego dziadka, pasterzy baranów w górach Afganistanu, dzięki pomocy których stara się rozwikłać kolejne zagadki.

Autor, Jarosław Granat, był oficerem Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku w latach 2004-2005. W swoich opowiadaniach w umiejętny sposób przekazuje czytelnikowi emocje targające ludźmi o jakże odmiennych kulturach i zadaje pytanie o cel i zasadność ingerencji polskich sił zbrojnych w konfliktach na innym kontynencie.

Opinie o ebooku Afgański łącznik - Jarosław Granat

Fragment ebooka Afgański łącznik - Jarosław Granat




Strona redakcyjna


Salim

Major Grad siedział w swoim pokoju i pijąc południową kawę, zastanawiał się, co ma jeszcze dzisiaj do zrobienia. Pora dnia nie zachęcała do wzmożonej pracy. Teraz w Iraku wszyscy przechodzili na wolne obroty. Temperatura na zewnątrz sięgała czterdziestu sześciu stopni Celsjusza. Kto tylko mógł, robił przerwę w pracy i szukał zacienionego miejsca.

Pokój spełniał niemal wszystkie potrzebne funkcje. Było to biuro, a jednocześnie sypialnia, salon i kuchnia. Podzielono go na dwie nierówne części metalowymi szafami i siatką maskującą, która pełniła rolę parawanu. W pierwszej części, tworzącej jakby przedpokój, zaraz przy drzwiach stał wieszak na broń, hełm i kamizelkę kuloodporną. Dalej dwa długie i wąskie stoły, na których postawiono cztery telefony, każdy w innym kolorze. Zielony łączył z dyżurnym centrum operacyjnym w bazie, siwy z wojskową centralą telefoniczną, która miała możliwość nawiązywania połączeń satelitarnych, czerwony z Wydziałem Kontrwywiadu Wojskowego Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Babilonie, a czarny ze służbą wartowniczą przy cywilnej bramie wjazdowej do bazy w Al-Hilli. Za ­stołami – w rogu – ­logistyka zamontowała kuchenkę gazową i czajnik elektryczny, które stanowiły namiastkę kuchni. Na ścianie nad telefonami wisiały rozpięte mapy Iraku i strefy odpowiedzialności Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Druga część, znacznie większa, miała już mniej służbowy i żołnierski charakter. Przy jednej ze ścian ustawiono dwa jednoosobowe tapczany, które rozdzielał okrągły drewniany stolik z czterema plastikowymi krzesłami. Naprzeciwko w rogu pokoju stało biurko, które dotykało bokami dwóch okien zasłoniętych ciężkimi wojskowymi kocami. Na biurku leżał laptop z przyłączem internetowym, a obok znajdowała się duża ława z telewizorem i dekoderem oraz radiomagnetofonem. Nad biurkiem major zawiesił dwie półki, na których stały słowniki, teczki i segregatory z dokumentami oraz zwoje dodatkowych map. Pomieszczenie znajdowało się na piętrze budynku, w którym kiedyś stacjonowali żołnierze Saddama Husajna. Teraz rozmieszczono tu część batalionu logistycznego. Parter zajmowały kancelarie poszczególnych sekcji logistycznych, sztabu i służby operacyjnej. Piętro przeznaczono na sypialnie dla sztabu i kompanii dowodzenia. Zasłonięte kocami okna miały utrudnić ewentualny strzał snajpera. Z piętra można było swobodnie oglądać przez okna dachy pobliskich budynków mieszkańców Al-Hilli, więc taką możliwość miał również snajper.

Grad jako oficer służb specjalnych odpowiedzialny był za bezpieczeństwo bazy, a przede wszystkim żołnierzy, którzy zajmowali się konwojami logistycznymi pomiędzy polskimi bazami Al-Hilla, Babilon, Al-Kut, Karbala i Diwanyja, a także Kuwejtem, gdzie poprzez port morski otrzymywano zaopatrzenie z kraju. Do tego dochodziły codzienne patrole bojowe w najbliższej okolicy. Jego zadaniem było uzyskiwanie informacji, które pozwolą uprzedzić działania terrorystów, jak nazywano tu wszystkich islamskich bojowników.

Okres był bardzo gorący – i to nie tylko ze względu na panujące temperatury. Od marca rozwijało się powstanie Al-Sadra. Bagdad, Karbala, Nadżaf, Mosul i Basra co pewien czas wstrząsane były eksplozjami, atakami samobójców opatulonych przemyślnymi ładunkami wybuchowymi lub uzbrojonych grup, które żądały pieniędzy i posłuszeństwa od miejscowej ludności. Wymuszały też one udział swoich ziomków w dokonywanych aktach terroru.

Informacje wywiadów wojsk koalicyjnych ujawniały, że w ich szeregach była znaczna grupa bojowników pochodzących z państw ościennych: Syrii, Jemenu, a przede wszystkim Iranu.

Major nigdy nie był pewny, czy rozmawia z Irakijczykiem, czy Arabem z innego państwa. Dla niego wszyscy byli jednakowi i mówili tym samym językiem.

Baza w Al-Hilli miała już za sobą dwa ataki. Rakietowy i „samochodu pułapki”. Pomimo dobrych umocnień obronnych trzy miesiące wcześniej terroryści próbowali wysadzić bazę, taranując ciężkim samochodem ciężarowym typu Kamaz, wypełnionym materiałami wybuchowymi i pociskami, lekki mur od strony dzielnicy domków jednorodzinnych. Baza miała dużo szczęścia. Kamaz z kierowcą przykutym kajdankami do kierownicy zaraz po staranowaniu muru wpadł w bardzo miękką, bagnistą ziemię i stracił rozpęd. Stojący na wieżyczce obserwacyjnej żołnierz kontyngentu mongolskiego natychmiast otworzył ogień do kierowcy i udało mu się unieruchomić pojazd. Nastąpił jednak wybuch i Kamaz razem z siedzącym w środku kierowcą – a raczej jego trupem – został rozerwany na tysiące kawałeczków, pozostawiając po sobie ogromny lej.

Po tym zdarzeniu przyśpieszono prace inżynieryjne i rozbudowano istniejące już zapory betonowe, które otaczały bazę. Amerykanie już bez ociągania, a polscy wojskowi biurokraci bez liczenia każdej możliwej złotówki, a raczej dolara, dostarczali potrzebny materiał budowlany. W samej bazie żołnierze wykazywali się teraz większym zaangażowaniem przy pracach dodatkowych. Każdy z pododdziałów na swoim kierunku pilnował, by osłona była jak najlepsza. Czasami dochodziło do przesady, ale każdy chciał mieć jak największy i najbezpieczniejszy „parasol nad głową”.

Baza mieściła w sobie jeszcze kilka innych kontyngen­tów poza Polakami. Węgrzy wystawili kompanię me­dyczną ze szpitalem polowym, Słowacy ­kompanię saperów, Mongołowie kompanię wartowniczą, ­Salwadorczycy batalion bojowy do wykonywania patroli i zadań specjalnych. Oprócz polskiego batalionu ­logistycznego z Bydgoszczy głównym pododdziałem był polski batalion spadochroniarzy z 6. Krakowskiej Brygady Powietrzno-­-Desantowej, który pełnił podobną funkcję jak Salwadorczycy. Pluton polskiej Żandarmerii i polskie NSE uzupełniały ten wielonarodowy konglomerat. Każdy z dowódców miał swoje zadania, ale w bazie dowodził dowódca batalionu logistycznego jako Camp Commander. Do obsługi codziennej bazy zatrudniano miejscowych Irakijczyków, którzy pozostawali pod opieką nadzorujących ich amerykańskich cywili. Stanowili grupę ponad dwustu osób, które wykonywały prace stolarskie, hydrauliczne i sanitarne. Natomiast stołówkę obsługiwali Azjaci, przeważnie Hindusi.

Dla majora Grada było to duże wyzwanie. W bazie miał ponad dwa tysiące ludzi, o których bezpieczeństwo musiał się martwić. Do tego dwa sklepiki prowadzone przez Irakijczyków, jeden sklep amerykański zwany PX-em, siłownia i pralnia. No i mały areszt-więzienie dla tymczasowo zatrzymywanych, podejrzanych o terroryzm.

Na dzisiaj Grad zaplanował po 16.00 kontrolę służby przy bramie wjazdowej dla pojazdów cywilnych i przychodzących do pracy Irakijczyków. Skończył już robotę papierkową, której nie znosił, i dopijał z zadowoleniem kawę, gdy zadzwonił czarny telefon.

Po trzecim dzwonku podniósł się ociężale i z niechęcią. Była dopiero 13.00. Spojrzał na telefony – to czarny, z bramy. „Tam praca się nie kończy, dzwonią, więc coś się urodziło” – pomyślał.

– Słucham. Major Grad!

Rozległ się krótki trzask w telefonie i odezwał się nieco schrypnięty głos:

– Panie majorze, melduje się sierżant Główka.

– Tak, słucham!

– Na bramę przyszedł jakiś młody, chyba tutejszy. Mówi, że chciałby rozmawiać z jakimś oficerem.

– Sprawdziliście go?

– Tak, czysty.

– Mówi po angielsku?

– Nie, ale na miejscu jest nasza tłumaczka, Edyta.

– Pani Mariola z synem pracują?

– Nie, tylko Adam. Mariola ma popołudniową zmianę.

– OK. Zaraz będę.

Grad rozpoczął zakładanie kamizelki kuloodpornej, której szczerze nie znosił. Uwierała wszędzie i była za ciężka. Dwie blachy, na pierś i na plecy, obszyte mocnym materiałem, dawały raczej poczucie bezpieczeństwa niż prawdziwą osłonę. Grad wsadził pistolet do kabury, założył hełm na głowę i poszukał kluczyków do samochodu.

Gdy wyszedł, stanął na chwilę, żeby przyzwyczaić się do rozżarzonego powietrza, które aż przyduszało oddech.

„Też wymyślił porę odwiedzin” – pomyślał ze złością o nieznajomym. Wiedział jednak, że nie może zlekceważyć takiej wizyty. Może to informator, a tych nigdy za wielu. Być może powie coś ciekawego. Gdzie planowana jest zasadzka na konwój lub patrol albo gdzie jest ukryta broń, amunicja po armii Saddama Husajna? Stare składy broni, a przede wszystkim amunicji wykorzystywane były przez sadrystów albo i zwykłych bandziorów, których w tym powojennym czasie nie brakowało. Właśnie materiały wybuchowe, pociski czołgowe czy artyleryjskie były największą zmorą naszych żołnierzy. Terroryści wykorzystywali co najmniej dwa pociski dużego kalibru, połączone z kanistrami z benzyną, do budowy tzw. hamburgera. Zakopywali taką „kanapkę” przy drodze i dobrze maskowali. Gdy nadjeżdżała kolumna wojskowa czy też policja albo gwardia iracka, odpalali tę niespodziankę ze znacznej odległości. Wybuch unieruchamiał co najmniej jeden pojazd. Straty w ludziach były różne, czasami byli oni tylko ogłuszeni z popękanymi bębenkami w uszach, ale częściej ranni i zabici. Żołnierze bardziej obawiali się tych min-pułapek niż otwartej walki.

Po zejściu na dół Grad zrezygnował z samochodu. Do bramy miał jakieś 500 m, a spacer pozwalał przyzwyczaić się do temperatury, jeśli to w ogóle możliwe!

Przy bramie czekała już tłumaczka, Edyta. W Polsce ukończyła arabistykę i gdy tylko nadarzyła się okazja, zgłosiła chęć wyjazdu do Iraku w ramach Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Najczęściej jeździła z polską sekcją wojskowo-cywilną „CIMIC” (CIVIL MILITARY COOPERATION), która pełniła funkcję zwornika pomiędzy siłami międzynarodowymi i miejscową społecznością. W ramach ­otrzymywanych ­środków ­finansowych realizowała poprzez lokalne firmy projekty naprawcze, przynoszące szybkie rezultaty i niezbyt kapitałochłonne. Wspomagała miejscową ludność także przez rozdawnictwo żywności, ubrań czy artykułów szkolnych dla dzieciaków. W bazie Edyta tłumaczyła znalezione przy zatrzymanych terrorystach materiały pisane, nagrane na taśmy lub płyty CD; uczestniczyła także w przesłuchaniach zatrzymanych Irakijczyków, podejrzanych o dokonywanie aktów terrorystycznych.

Edyta uśmiechnęła się do Grada i zagaiła:

– Coś ciekawego, panie majorze? Dzisiaj mamy taki upał, a mnie dopadło przeziębienie. Wszystko przez te klimy! – westchnęła.

– Jeszcze nie wiem. Dopiero dostałem informacje, że jest ktoś nowy. Może tym razem ciekawszy – Grad odwzajemnił uśmiech.

Edyta jeszcze raz westchnęła i ruszyli w kierunku małego murowanego budynku, położonego 50 m od bramy wjazdowej. Było w nim kilka pomieszczeń, każde z ­osobnym wejściem. Jedno z nich służyło majorowi do spotkań i rozmów z przychodzącymi z zewnątrz osobami.

Gdy weszli do środka, Grad przez telefon przekazał służbie przy bramie, że jest już na miejscu i można przyprowadzić gościa.

Po chwili rozległo się pukanie w metalowe drzwi. Wszedł wartownik, a za nim Arab. Był to młody mężczyzna wzrostu około metr siedemdziesiąt o szczupłej, ale umięśnionej sylwetce. Długie czarne włosy okalały owalną twarz o bardzo ciemnej karnacji i kręcąc się, opadały na ramiona. Długi, wydatny nos i czarne jak węgielki oczy dopełniały całości. Ubrany był jak większość młodych Irakijczyków. Koszulka polo, spodnie z dżinsu oraz trampki, prawdopodobnie produkcji chińskiej. Na twarzy przybysza malowało się zaskoczenie. Nie wiadomo, czy to widok Grada i Edyty, czy samego pomieszczenia wywołał taką reakcję. Nie było tam żadnych mebli – poza kwadratowym stołem i czterema krzesłami. Dookoła gołe, pomalowane na biało ściany. Tylko na jednej z nich prawie pod sufitem znajdowało się małe okienko z brudną od kurzu szybą. Na stole stał telefon. Przy nim siedział major, przeglądając swój notatnik ze znudzoną miną. Obok stała niebieskooka blondynka, pociągająca od czasu do czasu nosem.

Grad wskazał przybyszowi krzesło naprzeciw siebie i gestem zachęcił do zajęcia miejsca. Potem podziękował wartownikowi i przekazał, że zadzwoni po odbiór „gościa”. Następnie zwrócił się do Edyty, żeby zaczęła tłumaczyć.

– Witaj! Bardzo cię przepraszam, że tylko tak mogę cię przyjąć, ale jak wiesz, jesteśmy w bazie wojskowej i warunki są żołnierskie – mówił major, uśmiechając się i patrząc mężczyźnie prosto w oczy. – Nie mamy akurat tłumacza mężczyzny, więc jeśli ci to nie przeszkadza, tłumaczyć będzie moja zaufana koleżanka. Nazywam się Grad i mam stopień majora. Teraz chciałbym się dowiedzieć, kim jesteś i z czym przychodzisz...

Edyta tłumaczyła na bieżąco, ale Arab nawet na nią nie spojrzał. Cały czas wpatrywał się w blat stołu. Po chwili odezwał się:

– Jestem Salim.

Po dłuższej pauzie dodał:

– Chciałbym mówić tylko z panem.

Edyta z uśmiechem na twarzy przetłumaczyła jego słowa, bo oboje z majorem wiedzieli, że prawdopodobnie tak będzie. Zawsze musieli na początku przełamać obyczajowy opór ­Arabów przed rozmową w obecności kobiety. Czasami rozmówca był tak uparty, że Grad dla dobra sprawy musiał korzystać z pomocy Adama.

Był to syn Polki i Irakijczyka, do szesnastego roku życia wychowywany w Polsce przez matkę i babcię. Ojciec Adama miał jeszcze dwie żony, które mieszka­ły ze swoimi dziećmi we wspólnym domu w Basrze lub drugim w Bagdadzie. On natomiast prowadził większość swoich interesów na południu kraju właśnie w Basrze. Mariolę poznał w latach osiemdziesiątych w Warszawie. Próbował załatwić tam kontrakty handlowe. Dzięki posiadanym dolarom bawił się w najdroższych hotelach i dyskotekach. Mariola jako młoda, siedemnastoletnia dziewczyna poleciała na kasę i po dziewięciu miesiącach na świecie pojawił się Adam. Ojciec po pewnym czasie uznał dziecko i ożenił się z nią. Przez pierwsze lata łożył na ich ­utrzymanie w Polsce. Sam sporadycznie odwiedzał swoją polską rodzinę w ramach robionych tutaj interesów. Mariola była zadowolona z takiego układu. Otrzymywała na utrzymanie sporą sumę w dolarach, które to pieniądze pozwalały jej prowadzić intensywne życie towarzyskie i nocne. W latach dziewięćdziesiątych otrzymywane z Iraku dolary nie pozwalały już na utrzymanie dotychczasowego poziomu życia. Mariola postanowiła więc wyjechać do męża i ułożyć sobie życie od nowa. Niestety, nie zdawała sobie sprawy z różnicy kulturowej i prawdziwej sytuacji życiowej męża. Bardzo przeżyła wiadomość, że jest trzecią żoną – i to najmniej ważną. Gdy się z tym pogodziła, spotkała ją otwarta wrogość ze strony pierwszej i dru­giej żony męża oraz jego rodzeństwa. Wyjechała z Ira­ku i przez kilka lat mieszkała w Kuwejcie, Syrii i Arabii Saudyjskiej. Pracowała w hotelach jako kelnerka lub barmanka. Przez te lata ­utrzymywała kontakt z mężem, aż w końcu jego rodzina przyjęła do wiadomości fakt istnienia tej trzeciej. Zapewne mąż mu­siał podjąć jakieś zobowiązania wobec pierwszych dwóch żon, aby w końcu pozwolono Marioli i Adamowi zamieszkać w Iraku.

Gdy wybuchła wojna i dość szybko Amerykanie pokonali armię Saddama Husajna, Mariola i jej syn dołączyli do zwycięzców. Podjęli pracę jako tłumacze w powstających bazach wojskowych. Po pojawieniu się Polskiego Kontyngentu Wojskowego Mariola natychmiast skorzystała z okazji i przeniosła się do bazy w Babilonie, a następnie w Al-Hilli, dalej pozostając na liście płac Amerykanów. Grad doskonale znał historię tej kobiety i dlatego nie do końca wierzył w jej bezinteresowną pomoc dla polskich żołnierzy.

Major jeszcze raz ponowił próbę porozumienia się z Arabem, ale ten tylko kręcił głową i patrzył w blat stołu. Grad zrozumiał, że w tym przypadku nie ma rady. Musi prosić o pomoc Adama.

Major uśmiechnął się pojednawczo do gościa i powiedział:

– OK!

Edyta wstała i pociągnęła nosem. Wychodząc, powiedziała:

– Do następnego razu.

Major podniósł słuchawkę telefonu i czekał na odzew z bramy. Po krótkiej chwili odezwał się sierżant Główka:

– Mamy przyjść po tego młodego?

– Nie, potrzebuję Adama.

– Tak jest, zaraz go przyślę!

Czekając na nowego tłumacza, Grad postawił na stole dwie szklanki i nalał do nich wody. Salim uśmiechnął się, podziękował i wypił wodę duszkiem. Major nalał ponownie, ale tym razem Arab nie podniósł szklanki, tylko podziękował. Zapadła niezręczna cisza, więc Grad wyjął paczkę Marlboro i poczęstował gościa. Ten z zadowoleniem przyjął papierosa i po odpaleniu mocno się zaciągnął. Grad także zapalił i z zainteresowaniem obserwował młodego człowieka. Zauważył, jak z jego twarzy znika napięcie, a sylwetka powoli się prostuje. W pewnym momencie ich oczy spotkały się, jedne niebieskie, prawie granatowe, drugie czarne. Na twarzy Irakijczyka zagościł uśmiech. Grad wyczuł, że pierwsze lody zostały przełamane. Teraz wszystko zależało od tego, z czym przyszedł ten młody człowiek, jakie ma informacje i czego chce w zamian.

Gdy tak patrzyli na siebie poprzez papierosowy dym, wszedł Adam.

– Cześć, Adam! Jak dzisiaj na bramie?

– Nic szczególnego. Może tyle, że coraz więcej Irakijczyków pyta o pracę w bazie. Wie pan, na zewnątrz bieda, a tu Amerykanie przyzwoicie płacą. Jedna pracująca tu osoba utrzyma na przyzwoitym poziomie wieloosobową rodzinę. No i w bazie bezpieczniej niż na zewnątrz. Zapomniałem – na bramie jest jeden uparciuch.

– To znaczy?

– Przyszedł facet z kilkuletnią dziewczynką. W rozmowie wyszło, że to jej wujek. Dziewczynka ma paskudną ranę oparzeniową na prawym udzie. Facet przyniósł ją na rękach i koniecznie chciał się dostać do naszego lekarza. Wie pan, kto ją oparzył?! Własny ojciec – żelazkiem!

– A dlaczego?

– Bo żona była nieposłuszna!

– Skierowaliście go do naszej izby chorych?

– Nie. Szef warty kazał mu iść do miejskiego szpitala.

– To po sprawie.

– A gdzie tam! Ten uparty osioł powiedział, że tam jej nie pomogą. Dalej siedzi w poczekalni.

– Chyba żartujesz?! I szef zmiany nie kontaktował się z naszym lekarzem?

– Próbował, ale ten jest na jakimś szkoleniu.

– OK! Ja dzwonie na bramę, a ty w tym czasie przetłumacz gościowi, co się dzieje, ale dokładnie, a potem wypytaj, jak się nazywa, gdzie mieszka i po co przyszedł.

Grad podniósł słuchawkę. W kilku słowach kazał zaprowadzić Irakijczyka z dziewczynką do izby chorych ­batalionu logistycznego i powiadomić lekarza o nagłym przypadku. Po wszystkim polecił powiadomić go, jak sprawa została załatwiona.

Major zdawał sobie sprawę, że służba na bramie zachowała się zgodnie z procedurami. Nie należało leczyć miejscowej ludności, bo ta natychmiast to wykorzystywała. Darmowe leczenie, bezpłatne leki i zaopatrzenie medyczne, a izba chorych w bazie nie była w stanie udzielać tak szerokiej pomocy. Jej zadanie i przeznaczone na to środki to leczenie i pomoc medyczna żołnierzom z bazy.

„Ale taki mały wyjątek nie nadwyręży jej możliwości” – pomyślał Grad. – „Najwyżej usłyszę parę cierpkich słów od dowódcy bazy”.

W tym czasie Adam prowadził rozmowę z Irakijczykiem, który niespodziewanie się rozgadał. Mówił tak szybko, że Adam musiał notować, co do tej pory mu się nie zdarzyło.

Gdy Arab skończył, uśmiechnął się szeroko do Grada i wypił szklankę wody. Teraz z niecierpliwością patrzył na majora, który słuchał tłumaczenia Adama.

– Nazywa się Salim Alami i mieszka w wiosce Hor Al-Sad, pięć kilometrów od Al-Hilli, z matką i kilkorgiem rodzeństwa. Dokładnie ma dwie siostry i trzech młodszych braci. W marcu tego roku bandyci zamordowali jego ojca na targowisku w Al-Hilli, gdy sprzedawał warzywa i makaty. Jego zdaniem bez żadnego powodu. Był wtedy z ojcem i widział zabójców. Zna nazwisko ich przywódcy. Wczoraj ponownie widział ich na tym targowisku. Podają się za bojowników, ale tak naprawdę terroryzują miejscową ludność i są zwykłymi bandziorami. Chce, żebyście go złapali.

– Dlaczego nie poszedł do miejscowej policji albo gwardii irackiej?

– Oni nie chcą z nim rozmawiać. Poza tym mówi, że im nie wierzy, bo połowa z nich to tacy sami bandyci jak ci z targowiska.

Mocne słowa, ale trochę w tym racji. Komu jeszcze mówił o tym przywódcy? Albo inaczej: do kogo wcześniej zwracał się o pomoc?

Adam tłumaczył teraz na bieżąco, a Grad uważnie obserwował twarz młodego Araba.

– Nie poszedł z tą sprawą do nikogo więcej, bo nikomu nie można ufać. Mówi, że tylko Polacy mogą mu pomóc.

– Dlaczego Polacy?

– Bo nie stoicie po żadnej stronie i nie robicie tu żadnych interesów. On chce tylko kary dla zabójcy. To jego obowiązek jako najstarszego syna – pomścić ojca.

– Powiedz mu, że to sprawa kryminalna, a wojsko się takimi nie zajmuje. Musi iść z tą sprawą do miejscowej policji.

– Do policji już nie pójdzie. Przyszedł tu, bo ci bandyci organizują zasadzki także na polskie konwoje.

– A to skąd wie?!

– Bo bandyci na targowisku zbierali od ludzi haracz i krzyczeli, że to na wojnę z niewiernymi, walkę z okupantem.

– No dobrze. Ilu ich było i jak się nazywają?

– Około dziesięciu, raz mniej, raz więcej. Trudno policzyć, bo są rozproszeni po targowisku. Zawsze z bronią. Mają pistolety i „kałasze”. Ich przywódca krzyczał, że nazywa się Abdul Husajn. Straszył, że jak ktoś nie ma pieniędzy, to musi dać syna, który umrze za Allaha i wolny Irak. Przyjeżdżają z kierunku Karbali lub Nadżafu.

– Jak często Salim jest na tym targowisku i jak często widzi Abdula?

– Nie widział go od marca, a na targowisku jest codziennie. Teraz, na początku sierpnia, Abdul był już dwa razy.

Zadzwonił telefon. Grad podniósł słuchawkę i słuchał, przez chwilę nic nie mówiąc. Irakijczyk wpatrywał się w niego uważnie.

Dziewczynka i jej wujek opuścili już bazę. Lekarz opatrzył dziecku ranę i dał lekarstwa. Kazał za dwa dni wrócić na kontrolę i zmianę opatrunku.

Adam przetłumaczył słowa Salima, na którego twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha.

Grad wiedział, co robi. Jeżeli ten młody człowiek ma mu zaufać, to teraz jest najlepszy moment, żeby zacząć swoją robotę. Już od dłuższego czasu szukał nowych źródeł informacji poza bazą. W Iraku znowu zaczynało wrzeć, a o informacje z zewnątrz było najtrudniej.

– Salim, posłuchaj, postaram się ci pomóc. Sam wiesz, że sprawa jest trudna. Znalezienie i złapanie Abdula oraz jego kamratów to jedno, a udowodnienie zabójstwa – drugie. ­Pewne jest tylko to, że jeżeli złapiemy go na gorącym uczynku, to odpowie za swoje grzeszki. W każdym razie będę rozmawiał o tej sprawie z gubernatorem, a nasze patrole będą wiedziały, kogo szukać.

Salim znowu się uśmiechnął, a jego błyszczące radością oczy biegały po twarzy majora.

– Salim – Grad zaczął bardzo powoli – przyszedłeś do mnie po pomoc. Zrobię wszystko, co możliwe, ale potrzebuję twojej pomocy. – Major specjalnie zrobił dłuższą pauzę i kontynuował:

– Sam dobrze wiesz, co się dzieje dookoła nas. Muszę mieć pewność, że mówisz prawdę.

Irakijczyk skinął głową i nie spuszczał wzroku z majora, czekając, co ten powie. Grad ponownie wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował gościa. Adam tylko się skrzywił, bo nie znosił dymu papierosowego. Od początku rozmowy minęła prawie godzina, a klimatyzacja nie działała jak należy. Każda ze znajdujących się w pomieszczeniu osób miała już na czole krople potu, ale najbardziej „zroszony” był Grad, chociaż zdjął kamizelkę i hełm, które stały teraz oparte o ścianę.

– Salim, obaj chcemy złapać mordercę twojego ojca. Ale oprócz Abdula po mieście i okolicy szlaja się wielu innych krwawych rzezimieszków. Chciałbym wiedzieć, co ludzie na targowisku mówią o planowanych zamachach, gdzie jest schowana broń albo amunicja, gdzie terroryści mają swoje bazy. Jesteś wśród wielu ludzi. Możesz być moimi uszami i oczami na zewnątrz. Rozumiesz? Pomóż mi, a ja pomogę tobie. Co ty na to?

Salim słuchał tłumacza, a z każdym nowym zdaniem jego twarz poważniała. Spojrzał otwarcie na Grada, odczekał dłuższą chwilę i półszeptem powiedział:

– OK.

Major wiedział, że najtrudniejszy moment rozmowy ma za sobą. Teraz musiał jeszcze sprawdzić prawdomówność ­Irakijczyka. Jeśli mówi prawdę, może się okazać cennym sprzymierzeńcem poza murami bazy. Długo czekał na taką okazję. Każdy nowy dzień mógł przynieść nowe straty w ludziach i sprzęcie. Jego zadanie to minimalizowanie ryzyka, wyprzedzanie ruchów przeciwnika. Bez dobrej informacji żołnierz skazany jest na porażkę. A tu ma młodego mężczyznę, który z dużym prawdopodobieństwem obraca się w środowiskach bliskich terrorystom.

– Dobrze, Salim. Następnym razem spotkamy się, gdy będziesz miał informacje, które mnie interesują. Ja w tym czasie zrobię w sprawie Abdula, co będę mógł. Teraz Adam cię odprowadzi. Przy następnej wizycie na bramie proś żołnierzy albo tłumacza o spotkanie tylko z majorem Gradem. Zrozumiałeś?!

Salim skinął głową i podał przez stół rękę majorowi.

– Jeszcze jedno pytanie. Ile masz lat?

Szesnaście.

Grad poczuł, że kolana mu miękną. Miał suchość w gardle. Był przekonany, ze rozmawia z ­dziewiętnasto-, może osiemnastolatkiem. Ten z pozoru młody mężczyzna to jeszcze dziecko. Major poczuł do siebie wściekłość i niesmak, ale było za późno. Dlaczego wcześniej nie zapytał go o wiek? Teraz rozmowa poszła za daleko. W Polsce czekali na niego dwaj synowie: czternasto- i siedemnastolatek. Nie chciał, by kiedykolwiek w swoim życiu wplątali się w takie sprawy jak Salim. Czy rzeczywistość Iraku dawała usprawiedliwienie?!

***

Następnego dnia była niedziela. Dzień bardziej swobodny od innych, chociaż nie dla wszystkich. Konwoje były ograniczone do niezbędnych, ale patrole grupy bojowej wyruszały na swoje kierunki bez taryfy ulgowej. To samo dotyczyło służby wartowniczej i tej przy bramach wjazdowych do bazy. Ci, którzy musieli, naprawiali, czyścili i konserwowali swój sprzęt osobisty, a mechanicy i remontowcy działali przy pojazdach, które następnego dnia musiały być sprawne.

O 11.00 rozpoczynała się msza święta w kaplicy polowej, którą otwierano w dużym namiocie. Godzinę przed rozpoczęciem nabożeństwa wyznaczony dzień wcześniej patrol wyjeżdżał do polskiej bazy w Babilonie i przywoził księdza kapelana.

Grad obudził się około 7.00 i po porannej toalecie udał się na śniadanie. Zestawy śniadaniowe nie różniły się, odkąd przyjechał. Kawa, herbata, półsłodkie bułeczki, dżemy, no i bekon plus jajecznica z proszku. Typowe anglosaskie śniadanie. Z każdym dniem na śniadaniu było coraz mniej żołnierzy z polskiego kontyngentu. Najwyraźniej anglosaski sposób odżywiania nie przypadł im do gustu.

Major wziął dwa słodkie precle i kawę z mlekiem. Przeżuwał śniadanie, zamyślony nad wczorajszym dniem i młodym Arabem. Po kolejnej próbie określenia możliwych wariantów rozwoju sytuacji doszedł do wniosku, że już więcej nie zobaczy Salima. Ta myśl sprawiła mu przyjemność. Z drugiej strony żal mu było nadarzającej się okazji – jak każdemu zawodowcowi. Doszedł do wniosku, że na przyjście do bazy chłopak musiał się zdecydować pod wpływem impulsu. Brak działania ­skorumpowanej irackiej policji, w której szeregach aż roiło się od typów spod ciemnej gwiazdy, zaprowadził go do Polaków.

Postanowił jednak sprawdzić Abdula Husajna w kartotekach policji i u Amerykanów, którzy mieli najbogatsze dossier na temat osób poszukiwanych i podejrzanych o terroryzm.

Skończywszy śniadanie skierował się do małego sklepiku, który prowadził zaprzyjaźniony, przynajmniej tak myślał Grad, Irakijczyk o imieniu Faez.

W latach osiemdziesiątych studiował w ­Polsce budownictwo. Po uzyskaniu dyplomu inżyniera budownictwa wrócił do kraju i otworzył firmę budowlaną. Interes szedł dobrze, aż wybuchła wojna. Teraz z konieczności zajmował się handlem. Posiadał duży sklep z artykułami gospodarstwa domowego w Karbali, który pomagali mu prowadzić dwaj młodsi bracia i ten mały w bazie w Al-Hilli. Tutaj mógł spożytkować swoją znajomość języka polskiego. Dlatego też Grad lubił z nim porozmawiać. Chociaż raz nie musiał mieć pośrednika, a przede wszystkim Faez był inteligentny i uprzejmy. Pobyt w Polsce zrobił pewnie swoje, bo jako sklepikarz nie miał w sobie nachalności, tak naturalnej dla innych arabskich sklepikarzy. Gdy major zaglądał do sklepiku, wychodzili z Faezem na zewnątrz zapalić papierosa. Rozmawiali prawie o wszystkim. O bieżącej sytuacji w Iraku i Polsce, o rodzinach, o interesie Faeza, a nawet o przyszłości. Częstym tematem tych rozmów była odwieczna walka pomiędzy Sunnitami i Szyitami, do których zaliczał się Faez.

I tym razem po grzecznościowym przywitaniu się Faez wyszedł zza prowizorycznej lady sklepowej, podał majorowi rękę na przywitanie i obaj wyszli przed sklepik.

– Duszno jak co dzień. Jak? Spokojnie na drogach? – zagaił Grad.

– Normalnie. Wałęsają się jakieś grupy, ale raczej bez broni. Nie zaczepiają ludzi. Gorzej jest, jak wracam do Karbali. Na przedmieściach wciąż pojawiają się jakieś uzbrojone bojówki i nie wiadomo, kiedy cię zaczepią. Przedwczoraj zatrzymali mojego kuzyna Azhara, który wracał z Bagdadu. Handluje tam dywanami. Najpierw chcieli pieniędzy, a jak powiedział, że nie ma, zaczęli krzyczeć, że na pewno pracuje dla Amerykanów, że zdrajca i takie tam. Poszarpali go, dostał kolbą po głowie i naderwali mu ucho. Potem przetrzymali przez noc w jakiejś piwnicy i dopiero nad ranem wypuścili. Ale już bez samochodu. Cieszymy się, że żyje. Co zrobić? Takie czasy!

Mam nadzieję, że gdy podróżujesz, masz głęboko schowaną przepustkę do naszej bazy...

– Pewnie, że tak. Ale jakby dobrze przeszukali samochód, to i tak chyba byłoby po mnie. Oni uważają, że jak tu sprzedaję, to jestem zdrajcą. Dla nich jestem zdrajcą. Wykorzystają każdy najmniejszy powód, żeby zabrać ci wszystko i zabić.

– To warto prowadzić tu interes? Przecież masz duży sklep w Karbali.

– Muszę! Sklep w Karbali prawie nie zarabia. Towar stoi na półkach już ponad pół roku. A to sprzęt elektryczny dobrych marek, w który wsadziłem dużo pieniędzy. Na utrzymaniu mam żonę i troje swoich dzieci, a do tego żonę zmarłego starszego brata i dwójkę ich dzieci. Ze sklepu w Karbali żyją też moi dwaj młodsi bracia. Kiedy interes budowlany padł, wszystko się skomplikowało. Gdyby się w końcu uspokoiło, to byłoby dużo roboty. Przecież wojna zrobiła swoje. Tylko ludzie są biedni. A poza tym, panie majorze, z tego małego sklepiku u was mam więcej w jeden dzień niż przez tydzień z dużego. I jeszcze raz dzięki za pozwolenie.

– Nie masz za co dziękować. Jak przyjechałem, już tu byłeś.

– Tak, ale mógł mnie pan wyrzucić.

– Dobra, dobra, nie przesadzaj. Potrzebuję informacji. Słyszałeś o strzelaninie na targowisku w Al-Hilli w marcu tego roku?

– E tam, codziennie coś się dzieje. W marcu...? Nie jestem pewien, ale chyba była jakaś strzelanina. Jakaś grupa wpadła zdaje się na targ i wymuszała haracze. Bili, wyzywali od niewiernych i chyba nawet kogoś zabili. Ale dokładnie nie wiem.

– Pamiętasz jakieś nazwiska, imiona?

– Nie. Przecież to nie mój teren. Ja tu prawie nikogo nie znam. Kilku znajomych od biznesu i to wszystko.

– OK. O to mi właśnie chodzi. Popytaj o te wydarzenia.

– Ale nikt mi nie powie, kto strzelał!

– Możliwe. Ale może się dowiesz, kto wtedy zginął albo został poszkodowany – i za co...

– Spróbuję.

– Z góry dziękuję. Chodźmy do środka. Kupię papierosy i lecę, zanim skończy się msza.

Grad zapłacił za karton Marlboro i poszedł szybkim krokiem do siebie. Od dwóch miesięcy po mszy przyjmował u siebie na szklaneczce whisky kapelana i dowódcę bazy. Właściwie jako jedyny miał dostęp do alkoholu dobrej marki. Co pewien czas wyjeżdżał służbowo do Bagdadu i tam w sklepach bezcłowych na lotnisku mógł kupić towary niedostępne w zwykłych sklepach, a przede wszystkim alkohol, który był zakazany w polskich bazach przez dowódcę PKW.

Mimo że był niewierzący i nie uczestniczył w coniedzielnej mszy, utrzymywał bardzo sympatyczne kontakty z kapelanem. Nigdy nie poruszali tematu wiary, więc nie wybuchały między nimi żadne konflikty. Była to godzina relaksu dla nich obydwu. Szklanka whisky i rozmowy o życiu doczesnym. Grad lubił te spotkania. Rozmowa schodziła na różne tematy, ale często wraz z dowódcą bazy rozwiązywał przy nich bieżące problemy ­interpersonalne, a nawet między poszczególnymi kontyngentami w bazie. Kapelan swoje, Grad swoje, a dowódca podrapawszy się po głowie, podejmował kompromisową decyzję.

***

Następnego dnia major miał planowy wyjazd do Bagdadu. Zajął się więc przygotowaniami. Przeglądał broń, oporządzenie, sprawdził dokumentacje, którą miał pozostawić w ambasadzie. Zazwyczaj zaraz po wjechaniu do tzw. Zielonej Strefy – zamkniętej i zarządzanej przez Amerykanów – Grad i kierowca opuszczali konwój i kierowali się na lotnisko. Tam major kupował dwa – trzy kartony whisky lub czystej wódki, w zależności od zamówienia, które składali mu dowódcy poszczególnych pododdziałów. Między innymi dzięki tym zakupom miał z nimi bardzo dobre relacje na stopie koleżeńskiej. Poza tym taki wyjazd był pewnym urozmaiceniem dnia codziennego. Trwająca trzy do czterech godzin podróż z mocno podniesioną adrenaliną, później przyjemne zakupy i odpoczynek w bazie amerykańskiej. Raz nawet Gradowi udało się skorzystać z otwartego basenu w bazie, w której znajdował się tzw. pałac na wodzie byłego dyktatora Iraku. W tych warunkach była to rewelacja. Pozbycie się podróżnego pyłu i ochłodzenie całego ciała. Dopiero tutaj major zrozumiał, co czuły karawany, gdy docierały do rzadkich na pustyni oaz.

Tym razem wszystko poszło jak należy. Troszeczkę zmitrężył w Ambasadzie RP, czekając na sekretarza ambasady, który chciał przekazać paczkę z kraju dla dowódcy PKW w Iraku. Prawie w ostatniej chwili dojechał do ustawiającej się kolumny samochodów. Konwój nie zawsze czekał na maruderów. Kto nie zdążył, zostawał i musiał czekać nawet kilka dni na okazję do powrotu.

Gdy major dojechał na miejsce zbiórki, ­kolumna była już ustawiona i gotowa do odjazdu. Konwojem dowodził porucznik Terlikowski. Mimo młodego wie­ku w każdej wydawanej przez niego komendzie-­rozkazie widać było profesjonalizm. Pewność podejmowanych decyzji. Grad już w bazie zwrócił uwagę na tego młodego oficera. Bez pokrzykiwania i zbędnego zamieszania formował kolumnę złożoną z różnych pojazdów: od cysterny z paliwem, stara 266, poprzez samochód cywilny majora – nissana pick-up, aż po trzy honkery i dwa hummery, które stanowiły osłonę tak utworzonego konwoju. Po sprawdzeniu łączności pomiędzy wozami Terlikowski udzielił kierowcom krótkiego instruktażu i nakazał odjazd.

Droga powrotna przebiegała spokojnie, wręcz usypiała monotonią. Równiutki jak tafla lodu asfalt wśród piasków pustyni tworzył czarną, prawie prostą wstążkę. Widok przez szybę samochodu cały czas ten sam. Szary piach, gdzieniegdzie palmy, krzaki i kępki wysokich traw. Nagle około sześćdziesiątego kilometra za Bagdadem kolumna została zatrzymana. Porucznik podał przez radio, że przed kolumną po prawej stronie drogi widać ślady świeżo usypanego kopczyka piachu. Zgodnie z procedurą nakazał cofnąć kolumnę na bezpieczną odległość. Natomiast swoim hummerem podjechał na odległość około stu metrów od kopczyka i wydał rozkaz oddania trzech krótkich serii z karabinu maszynowego, zamontowanego na wieżyczce jego wozu. Pierwsza seria wzbiła tumany kurzu wokół nasypanego piachu. Druga rozsypała kopczyk, ale poza wirującym w powietrzu piachem nie było żadnego efektu. Strzelec odczekał chwilę, aż nowa kurzawa opadnie, i oddał trzecią serię. Już pierwsze pociski musiały trafić w ukrytą w piachu bombę. Ogromny wybuch wzbił kilogramy, jeśli nie tony piachu na wysokość trzydziestu metrów. Gdy na moment zawisły w powietrzu, błysnęła pod nimi ognista, czerwono-żółto-niebieska kula. Wszystko trwało sekundy. Rozgrzana fala powietrza uderzyła po szybach samochodów i po chwili widać było tylko ścianę opadającego piachu oraz kłęby czarno-siwego, gęstego dymu.

Całe zdarzenie trwało kilka minut, ale u wszystkich żołnierzy adrenalina osiągnęła najwyższy poziom. Kolumna ruszyła, a droga już nie usypiała. Mała babka z piasku wywoływała gęsią skórkę. Każdy zdawał sobie sprawę, że dzięki Terlikowskiemu uniknęli nieszczęścia i cali dotarli do bazy.

Zaraz po rozładowaniu broni Grad ruszył do siebie. Czuł coraz większe wyczerpanie. Incydent z miną--pułapką pomimo szczęśliwego zakończenia wywołał ogromne napięcie nerwowe. Baza przywróciła poczucie bezpieczeństwa, a tym samym odprężenie. Teraz major myślał tylko o jednym: kąpiel i łóżko. Jeszcze raz się udało!

***

Kolejne dwa dni upłynęły na codziennych sprawach służbowych. Poranna analiza informacji wywiadowczych otrzymywanych okólnikiem z Babilonu, spotkania w Centrum Operacyjnym ze służbami dyżurnymi i kontrola newralgicznych punktów w bazie. Przy okazji koleżeńskie odwiedziny ­dowódców ­zaprzyjaźnionych pododdziałów. Czasami wieczorne wyjście na siłownię, w której major topił wraz z nadwagą swoje złości.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.