Adiutant następcy tronu - Zuzanna Morawska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 147 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Adiutant następcy tronu - Zuzanna Morawska

Kolejna powieść historyczna poczytnej autorki z przełomu XIX i XX w. Tym razem Zuzanna Morawska akcję sytuuje na dworze francuskim w 1866 r. Bohaterem powieści jest Ludwik Napoleon Eugeniusz, syn cesarza Napoleona III i jego małżonki Eugenii, oraz młody Adiutant następcy tronu – Polak Stanisław Horsztyński. Autorka umiejętnie splata wątki historyczne i obyczajowe, stara się jak najdokładniej opisać stosunki panujące na dworze i relacje w rodzinie cesarskiej, co w doskonały sposób dopełnia kolorytu powieści. W powieści pojawia się wiele znanych postaci historycznych, a czytelnik wyrusza z dworem cesarskim w niezwykle pasjonującą podróż po ówczesnej Europie. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Adiutant następcy tronu - Zuzanna Morawska

Fragment ebooka Adiutant następcy tronu - Zuzanna Morawska





Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I Matka i syn
  2. ROZDZIAŁ II O chlebie i wodzie
  3. ROZDZIAŁ III Ojciec i syn
  4. ROZDZIAŁ IV Na placu Zgody
  5. ROZDZIAŁ V Wychowaniec i wychowawca
  6. ROZDZIAŁ VI Chwila swobody
  7. ROZDZIAŁ VII Order
  8. ROZDZIAŁ VIII W upojeniu!
  9. ROZDZIAŁ IX Na wojnę!
  10. ROZDZIAŁ X Rozczarowanie
  11. ROZDZIAŁ XI Rejentka
  12. ROZDZIAŁ XII Następca tronu i jego adiutant
  13. ROZDZIAŁ XIII Następca tronu i pielęgniarka
  14. ROZDZIAŁ XIV Następca tronu i cesarz
  15. ROZDZIAŁ XV Straszna noc
  16. ROZDZIAŁ XVI Szalony
  17. ROZDZIAŁ XVII Najmłodszy pułk
  18. ROZDZIAŁ XVIII Prusak
  19. ROZDZIAŁ XIX Chorągiew pruska
  20. ROZDZIAŁ XX Myszy
  21. ROZDZIAŁ XXI Pożegnanie
  22. PRZYPISY
  23. Kolofon

ROZDZIAŁ I

Matka i syn

Z pysznie urządzonego apartamentu wydobywał się wielce podniesiony głos chłopięcy, a wyrazy, wydostające się na długi korytarz, świadczyły o niezwykłej scenie, jaka się tam w owej chwili odbywała.

Rzeczywiście, scena była nader niezwykła.

Chłopiec dziesięcioletni, cały zaczerwieniony, tupał nogami, podnosił pięści do góry i na spokojne, lecz stanowcze przedstawienia swego mentora, wołał:

– Ani myślę! Ani myślę!

Gniew chłopca potęgował się z każdą chwilą, szarpał na sobie odzienie, rzucał przedmioty, jakie znajdował koło siebie, a gdy jeden z młodych ludzi, stanowiących jego otoczenie, zbliżył się, żeby nieład, sprawiony w odzieniu małego złośnika, poprawić, odepchnął go gwałtownym, rozkazującym ruchem, na drugiego zaś, który chciał podnieść rzuconego na ziemię brązowego żołnierza, posłał takiego samego. I gdyby się on był w porę nie usunął, z pewnością miałby rozbitą głowę. Główny mentor i wychowawca, Jakub de Villeroy, człek poważny i doświadczony, jak i jego dwaj pomocnicy, Emil Gourmet i Henryk de Ancy, zachodzili wprost w głowę, jakiego by użyć sposobu na uspokojenie powierzonego ich opiece chłopca. Pan de Villeroy nie tracił zimnej krwi i z wielkim spokojem patrzył na młodzieniaszka, myśląc sobie:

– Niech się wykrzyczy. Przestanie. Potem musi zrobić, co mu każę.

Chłopiec wszakże nie tylko się nie uciszał, lecz coraz gwałtowniej wołał:

– Ja tak chcę i tak być musi!

Prócz tego zaczął używać przekleństw i wyrazów, których z pewnością w otoczeniu swoim nigdy nie słyszał.

Wtedy Jakub de Villeroy postąpił kilka kroków i z ukłonem, pełnym dworskiej etykiety, odezwał się stanowczo:

– Proszę się uciszyć! Podniesiony głos i cale zachowanie się uchybia nie tylko godności księcia, ale i miejscu, w którym się znajduje.

Lecz odezwanie się mentora zrobiło wprost przeciwny skutek.

Młodzieniaszek, zamiast uciszyć się, tupnął nogą i wrzasnął z całą siłą dziecięcego swego gardła:

– Precz, ty stary wilku! Twoje nauki już mi kością w gardle stoją!

Emil Gourmet i Henryk d’Ancy wprost oniemieli.

Pan de Villeroy spojrzał jeszcze surowiej na swego pupila i jeszcze surowszym odezwał się głosem:

– Całe zachowanie się księcia jest tak naganne, iż będę zmuszony zamknąć go w odosobnionym pokoju i przez resztę dnia pozostawić nie tylko bez towarzystwa i zabawy, ale i bez pożywienia.

– Co? Mnie?! – zawołał dzieciak i z podniesioną dłonią postąpił ku swemu wychowawcy.

Mentor wyprostował się i zmierzył chłopca tak groźnym wzrokiem, że ten mimowolnie dłoń opuścił.

Widząc wszakże bezsilność swego gniewu, rzucił się na ziemię i bił nogami, i rękami w rozłożony dywan. Wrzeszczał przy tym wniebogłosy i wyrzucał ze spienionych ust najobelżywsze wyrazy.

– Proszę cię, panie Emilu, każ zawezwać nadwornego lekarza! – rzekł de Villeroy, zwracając się do jednego z młodych ludzi.

Ten posunął się ku drzwiom, nagle jednak stanął i pochylił się w głębokim ukłonie, z za opony bowiem, pokrywającej drzwi, ukazała się postać kobieca. Henryk d’Ancy zgiął się również w ukłonie.

De Villeroy, odwrócony plecami do drzwi, nie spostrzegł wchodzącej.

– Co się tu dzieje? – spytała ostrym głosem przybyła, marszcząc ciemne brwi, śmiało nakreślone na białym, wyniosłym czole.

– Jego książęca wysokość uniósł się zbytecznie gniewem i uległ atakowi nerwowemu – odrzekł spokojnym głosem de Villeroy, pochylając się w głębszym jeszcze, niż dwaj poprzedzający, ukłonie.

Przybyła spojrzała na niego badawczo. Po jej obliczu przebiegł lęk, połączony z wielką tkliwością, ale było to błyśniecie iskry elektrycznej, którą umiała w tej chwili stłumić.

– Posłałem po lekarza... – rzekł wychowawca, odpowiadając na badawcze spojrzenie.

– Nie potrzeba, nie wpuszczać go! – rozkazała dama.

A zbliżywszy się do leżącego chłopca, któremu wejście jej nie przeszkodziło w dalszym ciągu krzyczeć i walić rękami i nogami w dywan, zawołała:

– Wstań!

W głosie jej nie było ani przelęknienia, ani troskliwości, lecz rozkaz groźny, surowy, któremu nikt się opierać nie mógł i nie śmiał. Nie oparł się też i młodzieniaszek, tak dotąd krnąbrny i pragnący wszelkimi siłami zachować swoją wolę.

Zerwał się, odgarnął ręką spadające mu na czoło włosy i, oparłszy się plecami o stół, spojrzał spod oka.

Skrzyżowały się spojrzenia przybyłej z jego wzrokiem. We wzroku obojga płonął teraz jednakowy ogień. Ogień gniewu, dumy i nieugiętej samowoli.

– Skazany jesteś na areszt przez 24 godziny o chlebie i wodzie! – zawoła stanowczo dama.

Jeszcze ognistszy błysk ukazał się w oczach chłopca.

– Jutro wczesnym rankiem mam być na przeglądzie mego pułku! – odezwał się chrapliwym, przytłumionym głosem chłopiec.

Dama nic mu na to nie odrzekła, tylko, zwracając się do pana Villeroy, rzuciła:

– Proszę, żeby mój rozkaz spełniony był z najzupełniejszą ścisłością1.

I majestatycznym krokiem wyszła. Cisza najzupełniejszą zapanowała.

Po chwili słychać było energiczne kroki chłopca. Nie tłumił ich nawet rozesłany dywan, jak nic nie stłumiło odgłosu delikatnie przekręconego w zamku klucza.

W milczeniu i z pewnym pognębieniem Jakub de Villeroy i dwaj jego młodzi towarzysze opuścili drugimi drzwiami komnatę, w której przed chwilą rozgrywała się tak dziwnie gorsząca i niemiła scena.

A rozgrywała się w prawym skrzydle głównego pałacu Tuileries, pewnego czerwcowego poranku roku 1866.

Krnąbrnym chłopcem był Ludwik Napoleon Eugeniusz, zwany pieszczotliwie „Lulu”, syn cesarza Napoleona III i małżonki jego, Eugenii de Montijo, ogłoszony od chwili przyjścia na świat w roku 1856 następcą tronu.

Damą, która jednym słowem umiała przytłumić niewczesne jego wybryki, samowolę i niepohamowaną krnąbrność, była matka jego Eugenia, cesarzowa Francji.


ROZDZIAŁ II

O chlebie i wodzie

Pokój, do którego przeszedł następca tronu francuskiego, a przeszedł, nie czekając na wezwanie swego otoczenia, był oddzielony jednym tylko salonem od tego, w którym się rozgrywała powyższa scena.

Skromne sprzęty, brak kobierca na posadzce, za to wielki globus, stojący na niskiej etażerce, duży stół na środku, mapy, rozwieszone na ścianach, świadczyły, że był pokojem do nauki. Od tej to nauki młodzieniaszek przed chwilą chciał się uwolnić, a natomiast użyć gry w wolanta, za którym przepadał, i to właśnie było przyczyną znanej nam już sceny.

Gdy drzwi zamknęły się za nim, wstrząsnął się cały i zaczął chodzić wielkimi krokami, potrząsając czupryną z charakterystycznym kosmykiem, spadającym na czoło a la Napoleon Wielki.

Nagle stanął i rzekł sam do siebie:

– Jestem głupiec! Czemu nie odniosłem się do ojca? Najjaśniejszy pan z pewnością byłby zrozumiał, że nie zawsze się ma ochotę do siedzenia z tymi nudnymi rzeczami! – to mówiąc, rzucił na podłogę pudełko z przyborami do rysunku.

Z pudełka wysypały się cyrkle, elipsy, ekierki i, leżąc na podłodze, patrzyły na niego świecącą swą powierzchnią, jakby chciały zapytać:

– Cóż ci zawiniłyśmy, że się tak z nami obchodzisz?

Chłopiec zaczął znów chodzić, usuwając nogą w kąt rozrzucone przedmioty.

– Jak was, tak wszystkie przeszkody będę zawsze usuwał z mej drogi! – szepnął stanowczym głosem, kopnąwszy nogą otwarte pudełko. – Ojciec? Co mi też przychodzi do głowy! – rzucił półgłosem. – Najjaśniejszy pan czyni zawsze to, co chce najjaśniejsza pani! – dodał z pewnym przekąsem.

I dalej myślał:

– Gdy zostanę cesarzem, wszyscy mi muszą ulegać. Nie pozwolę, żeby mi kto narzucał swą wolę. Nie pozwolę, stanowczo nie pozwolę!

Zmarszczył brwi i zadumał się:

– Państwo moje musi być wielkie i potężne, naród utrzymam w posłuszeństwie, nie potrzeba będzie żadnej dobroczynności, na którą najjaśniejsza pani tak się wysila, nie potrzeba, bo nikt nie będzie głodny, każdy będzie miał wszystko, co mu potrzeba.

W tej chwili on sam uczuł nagle głód.

Uśmiechnął się ironicznie.

– I nikogo skazywać nie będę na areszt o chlebie i wodzie! – dodał półgłosem, rozsiadając się w fotelu.

Oparł się łokciami o stół, piąstki podsunął pod brodę, wysunął dolną wargę i znów się zamyślił.

– Gdy zostanę cesarzem Francji musi być potężna... zawojuję świat cały, przede wszystkim zawojuję Prusy i całe Niemcy... Ach, tych chciałbym zmieść ze świata, nie lubię ich! Zgniotę ich, zgniotę, choćby za to, że chcą równać się z Francją! Zgniotę ich, ot tak, jak ten mój stryjeczny dziadek... – I podniósł głowę na wielki portret Napoleona I. – Tylko, tylko będę przezorniejszy... nie dam się pokonać i uwięzić, oho, nie dam!

I w dziecięcej swojej głowie snuł najróżnorodniejsze plany. Plany nader śmiałe, a coraz mniej możliwe do wykonania.

Wstawał, chodził po pokoju, stawał na chwilę, marszczył czoło, podnosił głowę, to znów ją schylał, jakby na posadzce chciał się dopatrzyć urzeczywistnienia swoich planów.

To znów potrząsał głową, a charakterystyczny kosmyk włosów spadał mu na czoło, który z pewną precyzją, właściwym sobie ruchem na bok odgarniał. I tak się w tych myślach pogrążył, że zapomniał o głodzie, który mu przed chwilą zaczął dokuczać.

Nie słyszał tez nawet, a może nie chciał słyszeć otwierających się drzwi i szelestu kroków wchodzących osób.

To Margot, córka pana de Villeroy, własnoręcznie przyniosła mu kawałek chleba na srebrnej tacy i takiż kubek, napełniony wodą.

Postawiła przed nim ten skromny posiłek, a jednocześnie wyjąwszy nieznacznie zza fałdów sukienki spory pakiet, podsunęła go pod podparte łokcie małego więźnia.

Lecz ten podniósł wzrok chmurny i odsunąwszy pakiet, rzekł rozkazująco:

– Zabierz to! Nie potrzebuję niczyjej litości!

Margot spojrzała na niego z wyrzutem, łzy w oczach jej stanęły, ukryła jednak pakiecik przed wzrokiem ojca, który jednocześnie wszedł z nią i z panami Henrykiem d’Ancy i Emilem Gourmet, niosącymi również własnoręcznie pościel i inne przybory dla młodego delikwenta.

Margot, ukłoniwszy się przesadnie dostojnemu więźniowi, odeszła. Panwie Henryk i Emil, również skłoniwszy się etykietalnie, ustawili przyniesione przedmioty, oddali ukłon pokorny i oddalili się w milczeniu.

Pan de Villeroy spojrzał tylko badawczym wzrokiem na młodego więźnia, rozejrzał się po pokoju, badając, czy jeszcze w nim czego nie brakuje i nie rzekłszy słowa, również się oddalił.

I dziwnym by się mogło zdawać, że nauczyciele spełniali w tej chwili funkcje należące do służby. Był to jednak rodzaj polityki, a raczej wyraźny rozkaz cesarzowej Eugenii, żeby nikt nie wiedział o areszcie jej syna i nikt do niego oprócz nich nie wchodził. Musieli więc zaufani i wtajemniczeni w całą sprawę wziąć na siebie staranie o zabezpieczenie jakiej takiej wygody dostojnemu więźniowi.

Pan de Villeroy przekroczył tylko ten rozkaz, wzywając z sobą dwunastoletnią córkę, nie chciał bowiem własnoręcznie podawać posiłku młodzieniaszkowi, który tak niegrzecznie względem niego się zachował.

Prócz tego Margot była towarzyszką zabaw następcy tronu, zwanego poufale „Lulu”. Teraz z upragnieniem oczekiwała owej partii wolanta, którą sobie uplanowali, a która stała się przyczyną gorszącej, wyżej opisanej sceny.

Była też nad wiek rozsądna i z wielką powagą dała słowo ojcu, że tajemnicy dochowa.

Bolała ją kara, jaką ponosił Lulu, chciała mu osłodzić samotność i przekraczając wolę ojca zaniosła pudełko obsmażanych migdałów, za którymi Lulu przepadał. Zachowanie się jego zabolało Margot, łzy zakręciły się w jej ciemnych oczach i teraz stała w kąciku nieopodal drzwi z nader smutną minką. Panowie Gourmet i d’Ancy, rozłożywszy przyniesioną pościel, w milczeniu wraz z panem de Villeroy opuścili pokój. Nie zapomnieli jednak oddać właściwego ukłonu, jak nakazywała etykieta, dla następcy tronu.

Na ukłon ten Lulu nie odpowiedział, co pan de Villeroy zapisał sobie w pamięci, jako uchybienie zwyczajom dworskim.

Po ich odejściu Lulu podniósł głowę, spojrzał z pogardą na stojącą przed nim tacę ze skromnym posiłkiem i począł biegać niecierpliwie, myśląc:

– Oddają mi ukłony! No, tak należy! Ale jak śmią więzić następcę tronu i częstować go chlebem i wodą... Prawda, to nie oni, to najjaśniejsza pani... i to nie spytawszy się nawet, co było przyczyną mego oporu – myślał dalej.

– Zamknąć go na 24 godziny o chlebie i wodzie! – wymówił głośno, naśladując głos matki. – I wyszła, jakby to chodziło o pierwszego lepszego, nie zaś o jej syna i następcę tronu francuskiego.

I z zasępioną twarzą rzucił się znów na fotel.

– Margot to poczciwa dziewczyna! Jestem pewny, że wkręciła się umyślnie temu staremu wilkowi, swemu ojcu. Zrobiłem jej przykrość, nie przyjmując podarunku... Ale co też to ona mi przyniosła? – zamyślił się. – Pewnie obsmażane migdały albo kasztany...

I mimowolnie ślinkę połknął.

– Szkoda, że nie zostawiłem! Nie zasmuciłbym Margot... no i przydałyby się... – I oblizał się. – Ale nie! Następcy tronu francuskiego nie wypada okazywać słabości i łakomić się na przysmaki! – rzekł głośno.

I, wstawszy, przechadzał się po pokoju, trzymając ręce w kieszeniach. Stanął przy oknie. Mrok czerwcowy zapadał. Na podwórzu pałacowym, na który okno wychodziło, zapalano latarnie. Warta pilnowała bramy, rozmaici ludzie kręcili się po dziedzińcu.

– Szczęśliwsi są ci ludzie ode mnie! Robią to, co chcą... Czyż to, co chcą? – zapytał nagle sam siebie. – Nie, robią to, co im kazano, co każe ich obowiązek – pomyślał.

I mimowolnie zaczerwienił się.

Przypomniał sobie bowiem, iż on dlatego siedzi zamknięty, iż nie chciał spełnić, co mu kazano, a co było jego obowiązkiem, to jest uczyć się w owej chwili.

– Źle zrobiłeś! – szepnął mu jakiś głos wewnętrzny.

– Jestem następcą tronu, powinienem robić to, co mi się podoba! Nikt nie powinien mi się sprzeciwiać! – zawołał głośno i tupnął nogą.

– Następca tronu jeszcze więcej powinien słuchać, bo kto nie umie być posłusznym, nie będzie umiał rozkazywać – szepnął mu znów tenże sam głos.

Aż obejrzał się dokoła, myśląc, że ktoś zakradł się do jego samotni i szepcze mu morały do ucha.

– Głupstwo! Nikogo nie ma! To te nauki starego wilka i tych dwóch jego pomocników utkwiły mi w pamięci i mimowolnie brzęczą, jak uprzykrzone komary! – mówił sam do siebie.

Przeszedł się znów kilkakrotnie po pokoju. Dotykał przedmiotów stojących na etażerkach i stoliku. Były to wszystko rzeczy potrzebne do nauki. Z pewną niechęcią głowę od nich odwracał, jak gdyby cośkolwiek z nich stało się przyczyną jego samotności. Stanął znów przy oknie. Światło latarni oświecało dziedziniec. Nie było jednak takiego ruchu, jak przed chwilą. Żołnierze tylko przechadzali się miarowym krokiem, sprawiając wartę, każdy w miejscu oznaczonym.

– Gdybym na nich zawołał, stanęliby w mojej obronie, nie pozwolili więzić. Wszak słyszałem, że wojsko jest do mnie przywiązane... Ale nie, nie, ja tego nie uczynię! Jestem synem cesarza, następcą tronu!

I dumnie wydął wargi. Po chwili znów rzekł:

– Ach, jak to nudno być następcą tronu! Wszystkiego nie wolno, wszystko sprzeciwia się etykiecie...

Zamyślił się.

– Czy i innym chłopcom w moim wieku także wielu rzeczy zabraniają? Czy także im mówią: nie wypada?

Nie mógł sobie odpowiedzieć na to pytanie. Głód coraz więcej zaczął mu dokuczać. Spojrzał na biały chleb, leżący na tacy. Nigdy mu się nie wydał tak białym i tak ponętnym. Wziął go do ręki, poniósł do ust, nie ukąsił jednak, tylko położył energicznie z jakimś wewnętrznym postanowieniem.

– Nie! Powiedziałem sobie, że nic nie dotknę i nie dotknę, choćbym umarł z głodu!

To mówiąc, wykrzywił się, jakby do płaczu, i rzucił się na posłanie, tuląc głowę w poduszce.

Łkanie wstrząsało jego ciałem. Nie wydał wszakże żadnego głośniejszego jęku. Owszem tulił się w miękkie puchy i odziewał, wstydząc się łez i szlochania. Wstydził się ich sam przed sobą i drżał, żeby kto nie wszedł i jego łkania nie posłyszał. Wkrótce ucichł zupełnie, a miarowy, spokojny oddech oznajmiał, że następca tronu francuskiego ukoił bunt i smutek we śnie.

Spał, jak każdy zdrowy chłopiec w jego wieku.