Adios muchachos - Daniel Chavarria - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 241 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 6 godz. 53 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Adios muchachos - Daniel Chavarria

ALICIA BYŁA NAJBARDZIEJ UWODZICIELSKĄ DZIWKĄ W CAŁEJ HAWANIE... Żegnajcie, faceci – Adios muchachos! – to opowieść o rowerowej dziwce i „podmorskim cwaniaczku”, o pazernych biznesmenach i niepoprawnych marzycielach, o tym, że potrzeba jest matką wynalazku, choć niekoniecznie jest wtedy wzorem rodzicielskich cnót – i że w każdym fachu da się osiągnąć maestrię.

Daniel Chavarría urodził się w 1933 roku w Urugwaju. Nim postanowił zająć się pisarstwem, pracował między innymi jako górnik w Essen, model w Kolonii, przewodnik po madryckim Museo del Prado czy pomywacz w Paryżu. W 1964 roku w Brazylii zastał go zamach stanu, po którym był zmuszony szukać schronienia wśród poszukiwaczy złota w Amazonii. Pięć lat później, uprowadziwszy ponoć awionetkę, zbiegł na Kubę, która stała się jego drugą ojczyzną.

W gęstym od czarnego humoru stylu Chavarríi wątki kryminalne przeplatają się z erotycznymi, gdzieś w tle zaś co chwila pojawia się Kuba: żywiołowa, niespokojna, swym klimatem, muzyką i kuchnią atakująca wszystkie zmysły. Wszystko to Chavarría opisuje z dionizyjskim rozsmakowaniem brodatego filologa klasycznego, którym jest z wykształcenia. Po przybyciu na Kubę wykładał wszak w Hawanie grekę i łacinę.

Książka została nagrodzona dwiema prestiżowymi nagrodami: Dashiell Hammett Award i Edgar Award przyznawaną przez amerykańskie stowarzyszenie pisarzy kryminałów (Mistery Writers of America).

Opinie o ebooku Adios muchachos - Daniel Chavarria

Cytaty z ebooka Adios muchachos - Daniel Chavarria

porozumienie okazało się nie tylko nader satysfakcjonujące dla jego własnego życia seksualnego; cechująca Alicię świeżość i trzeźwość umysłu dawały mu wytchnienie i ratunek od całodobowego rytmu pracy, który narzucił sobie, starając się wprowadzić w życie z dawna obmyślany
miesiąc 3300 dolarów, wliczając w to codzienny przydział dziesięciu dolarów na benzynę. Wszystko poukładało się bez najmniejszego zgrzytu. Wedle jej własnych kalkulacji od początku funkcjonowania umowy do połowy
pokój numer 306. W pokoju zdjął lekką marynarkę, powiesił ją starannie w szafie naprzeciw drzwi od łazienki, a następnie podszedł do toaletki. Patrząc w lustro, ostrożnie ściągnął perukę oraz wąsy i odłożył je do górnej szuflady, obok papeterii, długopisu

Fragment ebooka Adios muchachos - Daniel Chavarria












Daniel Chavarría

Adiós
muchachos


Tytuł oryginału: Adiós, muchachos

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Jakubowska

Zdjęcie na okładce

© Alisa Verner

© 2001 by Daniel Chavarría. Published by Akashic Books.

Under license from Akashic Books,

New York (www.akashicbooks.com)

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Jerzy Wołk-Łaniewski

ISBN 978-83-7758-429-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Hildzie – za przemyślny uśmiech,
z jakim przyjęła tę powieść

Danieli Chavarrí Vaz – tak po prostu


1996

Od roweru
do ekranu


Rozdział
pierwszy

Kiedy Alicia postanowiła zostać rowerową dziwką, jej matka zgodziła się sprzedać pierścionek, który był w rodzinie od pięciu pokoleń. Otrzymała za niego 350 dolarów, po czym za 280 dolarów nabyły angielski rower górski o szerokich oponach i z mnóstwem przerzutek, którym Alicia wyruszyła na łowy na zamożnych cudzoziemców.

Musiały jednak minąć dwa miesiące, nim udoskonaliła swoją technikę. Pozbyła się angielskiego bicykla, wymieniając go na 120 dolarów i stary, ciężki chiński rower, na którym opracowała numer „na zgubiony pedał”. Wtedy właśnie zaczęła cieszyć się prawdziwym powodzeniem.

Intryga została obmyślona i wprowadzona w życie na podwórku starego budynku przy Calle Amargura. Odpowiadał za nią Pepone, który specjalizował się w „cyklomechanice substytutywnej”, o czym informował zawieszony u wejścia do jego przybytku kawałek aluminium z napisem wykonanym minią ołowiową.

Za dwie butelki rumowego samogonu Pepone zabezpieczył nakrętkę blokującą pedał za pomocą zawleczki, którą Alicia z łatwością mogła usunąć. Wystarczyło tylko, by się nieco nachyliła, nie przestając przy tym pedałować, i lekkim szarpnięciem w wybranym przez siebie momencie sprawiała, że pedał widowiskowo odpadał.

Następnie musiała nacisnąć hamulce, w konsekwencji czego wylatywała w powietrze i twarzą w dół – tyłkiem zaś ku górze – lądowała na asfalcie. Dzięki parze porządnych rękawic oraz licznym próbom opanowała ten numer do perfekcji i koniec końców potrafiła wyjść z wypadku bez szwanku.

Kraksa zdarzała się zawsze mniej więcej dwadzieścia metrów przed maską jakiegoś drogiego auta, którego cudzoziemski kierowca dał się już zahipnotyzować rytmicznym podrygom mięśnia pośladkowego wielkiego (i to jak!), wiercącego się na siodełku z rozmysłem zamontowanym zdecydowanie zbyt wysoko na ramie.

Zasada była prosta. Samochód, który powinien ją wyprzedzić, zwalniał i pozostawał z tyłu, a to niechybnie oznaczało, że rybka chwyciła haczyk.


Rozdział
drugi

W przestronnej sali konferencyjnej w gmachu Ministerstwa Turystyki dziesięć osób gawędziło przy stole tak wielkim, że z łatwością mogłoby siedzieć przy nim znacznie więcej dyskutantów. Personel rozłożył serwetki, porozstawiał popielniczki i butelki wody mineralnej, a dwie eleganckie asystentki rozdawały pliki dokumentów, podczas gdy kelner krążył po pomieszczeniu i nalewał kawę.

Nad wyraz dobrze ubrany i przystojny mężczyzna („Mr. Victor King”, jak głosiła ustawiona przed nim akrylowa wizytówka) wstał z miejsca, podszedł do stojaka z wielkoformatową mapą Kuby i – sięgnąwszy po teleskopowy wskaźnik – zwrócił uwagę zebranych na kilka punktów na północnym brzegu wyspy. Następnie wyciągnął drugą rękę i wskazał na krzyżyki widniejące w dolnej części mapy. Wyspę niczym aureola opasywały różne odcienie jasnej zieleni, żółtości i bieli, oznaczające zmieniającą się głębokość szelfu.

King przemówił do zebranych idealną hiszpańszczyzną, nieco tylko naznaczoną akcentem meksykańskim.

– Jak już tłumaczyłem, wszystkie niebieskie punkty naokoło wyspy to miejsca zatonięcia galeonów na przestrzeni półtora stulecia, między rokiem tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym szóstym a tysiąc siedemset sześćdziesiątym. Mnóstwo informacji o nich znaleźć można w Hiszpanii w Głównym Archiwum Indii. Jesteśmy przekonani, że Kuba jest na niezwykle uprzywilejowanej pozycji, sprzyjającej rozwojowi aktywnej turystyki morskiej, powiązanej z poszukiwaniami skarbów zagubionych na dnie oceanu.

Za przepierzeniem z matowego szkła dwie sekretarki odbywały własną naradę.

Ten gość to niezłe ciacho!

Zupełnie jak Mel Gibson.

No jasne! Wiedziałam, że mi kogoś przypomina.

Zakończywszy prezentację, Victor usiadł z powrotem na swoim miejscu i zwrócił się do jednego z mężczyzn po drugiej stronie stołu:

– Jak więc pan widzi, panie ministrze, możliwości są nieskończone.

Spojrzenie ministra prześlizgnęło się po Victorze i zatrzymało na człowieku obok niego, jasnowłosym, czterdziestoparoletnim Europejczyku, jakieś metr siedemdziesiąt pięć, rumianym, o przyjemnej aparycji. „Mr. Hendryck Groote” łysiał, a włosy, które pozostały mu jeszcze wokół skroni i z tyłu głowy, były na tyle długie, że dało się z nich upleść samurajski warkocz. Guayabera, którą miał na sobie, była co najmniej o numer za duża.

– Tak – odezwał się minister – czytałem raport i szczerze mówiąc, sprawa wygląda bardzo atrakcyjnie. Ale rozmawiałem z paroma naszymi specjalistami, którzy uważają, że jeżeli chcemy wyruszyć na poszukiwania zatopionych statków, nie powodując przy tym zagrożenia dla przyszłych podmorskich badań archeologicznych na naszych wodach terytorialnych, musimy nabyć bardzo kosztowny sprzęt, za jakieś dwadzieścia milionów dolarów. Czy byliby panowie w stanie podjąć się takiej inwestycji?

Minister wbił wzrok w pozostałych przekonany, że udało mu się wywrzeć na nich wrażenie.

Mężczyzna z ogromnym nosem skończył podpalać dla Grootego cygaro marki Cohiba i zwrócił się do ministra, przechodząc na angielski:

– Panie ministrze, dwadzieścia milionów dolarów to chyba zbyt mało jak na projekt, o którym myślimy…

Jasna cholera, ale nochal! Kto to, u diabła, jest?

Nazywa się Jan van Dongen. Mówią, że to pitbul Grootego.

– …jako że prowadzilibyśmy działania w kilku różnych miejscach naraz.

– I jeżeli wejdziemy w ten projekt – przerwał mu Groote – nasza inwestycja w sprzęt wyniesie ponad sto dwadzieścia milionów dolarów…

Hendryck Groote mówił po angielsku z silnym akcentem – jak oceniły sekretarki, niemieckim bądź holenderskim – i pomimo delikatnych rysów twarzy spojrzenie miał przenikliwe, sposób zachowania zaś ewidentnie zdradzał w nim człowieka przywykłego do wydawania poleceń. Cygaro palił pospiesznie, nie zaciągając się i z wyrazem niezadowolenia na twarzy. Ani na moment nie oderwał wzroku od ministra.

– …co wraz z dwustu trzydziestoma milionami dolarów na rozwój trzech hoteli oznaczałoby z naszej strony inwestycję rzędu trzystu pięćdziesięciu milionów dolarów.


Rozdział
trzeci

Chcąc w pełni wykorzystać swoje piersi, pokaźne pośladki i mocne uda, hawańskie dziwki ubierają się zazwyczaj w sposób, który można z wdziękiem określić „minimalistycznym”. Tak jawne epatowanie swymi atrybutami miewa niekiedy pewien naiwny urok. Czasami z kolei działa przygnębiająco. Kiedy indziej nachodzi cię ochota, by się roześmiać. Czasami wreszcie – choć rzadko – nachodzi cię ochota, by skosztować.

Alicia również eksponowała swoje wdzięki.

Czy prowokująco?

Oczywiście! Wszelka promocja w handlu sprowadza się do bezczelności, szczególnie zaś w przypadku, gdy towarem jest akurat to, co zwykło się określać „strefami intymnymi”.

Lecz Alicia prowokowała jedynie wówczas, gdy jechała na rowerze. Pieszo była wspaniała, piękna, ale w żadnym wypadku wyzywająca. Zawdzięczała to wielce oryginalnej technice, którą wypracowała z pomocą matki.

Gdy wyruszała na łowy na cudzoziemców, wkładała dosyć luźne białe szorty, sięgające niemal do połowy uda. Taki strój zwykły nosić kobiety grające w tenisa – zupełnie przyzwoity, lecz w przypadku Alicii umożliwiał prezentowanie zgrabnych kostek i dołków pod kolanami bez wzbudzania podejrzeń co do jej profesji.

Ludzie, rzecz jasna, oglądali się za nią – i to jak! Dla większości mężczyzn powstrzymanie się przed spojrzeniem graniczyło w istocie z niemożliwością. Kiedy przechodziła, owe dwie bliźniacze alabastrowe półkule, wieńczące jej doskonałe uda, nieuchronnie ożywiały stojących na rogu facetów, którzy rzucali za nią typowe obleśne teksty w rodzaju: „Kotku, czego to bym z tobą nie robił…!”.

Niektórzy uznawali ją za turystkę. Gdy Jej Najjaśniejsza Ponętność pojawiała się na ulicach Hawany, skłaniało to niektórych mężczyzn do dziwnych słów lub zachowań, lecz większość pogrążała się w sennej melancholii, gdyż zdawali sobie sprawę, że skazani są, by przejść przez życie, nigdy nie kosztując podobnej kobiety. Owszem, wszystkich ich podniecała, w żadnym razie jednak nie wyglądała obscenicznie. W istocie rzeczy przypominała sportsmenkę… elegancką sportsmenkę. Alicia nie wychodziła na ulicę, by zarobić szybki szmal, taki do wydania w mgnieniu oka, lecz by zdobyć majętnego cudzoziemca, który uczyni ją swoją żoną bądź stałą kochanką – gościa gwarantującego poważne pieniądze w twardej walucie, które mogłaby odwiedzać w banku, najlepiej w Szwajcarii.

Alicii chodziło o zapewnienie sobie przyszłości, a wulgarność niczemu w tym projekcie nie służyła.

Zarazem jednak jej krótkie spodenki zaprojektowane były tak, by za każdym razem, gdy pedałowała po ulicach Hawany, jak najbardziej wykorzystać wspaniałości swoich pośladków. We wszystkich parach szortów miała sześć strategicznie rozmieszczonych guzików, trzy po każdej stronie. Alicia sama je naszyła, z wielką troską sporządzając też dziurki, a kiedy jechała na rowerze, rozpinała wszystkie sześć. Oczywistym pretekstem po temu było zapewnienie większej swobody ruchu przy pedałowaniu. Następnie wywijała wszywany pasek, ściągała go i podwijała dolną krawędź spodenek, aby odsłonić kolejne centymetry zaokrąglonych ud. Gdy wsiadała na rower, wprawiała oswobodzony zadek w ruch – siup, siup, pośladek w górę, pośladek w dół, bum, bam – naciskając na połyskujące siodełko, które ustawiła tak wysoko, że już samym pedałowaniem wprawiała je w powodujące halucynacje kołysanie.

Dla pewności, że nikt nie weźmie jej za dziwkę, przerzucała przez plecy worek jutowy, z którego wystawała długa przykładnica oraz dwa zwinięte arkusze papieru do szkicowania. Czyżby inżynierka? A może architektka?

Alicia nie była studentką – to jest była nią przed dwoma laty. Swego czasu zapisała się do Szkoły Literatury i Sztuki, za wiodący przedmiot obierając literaturę francuską. Teraz posiadała państwowe zezwolenie na prowadzenie niezależnej praktyki translatorskiej. Zdaniem sąsiadów od czasu do czasu pracowała jako tłumaczka. „Chętnie zerknęłabym na te jej przekłady” – rzucała niekiedy jakaś stara babina. Zawsze trafiał się ktoś, kto spod nawet najlepszych perfum zdawał się wyczuwać coś podejrzanego, lecz Alicia nigdy nie dopuściła się czegokolwiek, czym mogłaby ściągnąć na siebie uwagę państwowych strażników rewolucji.

Prócz bezbłędnej francuszczyzny władała też angielskim, którego nauczyła się w dzieciństwie, a ostatnio, dzięki parze Włochów, którzy odbyli z nią intensywny, dziewiętnastodniowy kurs (dwanaście dni z Enzem i siedem z Guidem), udało jej się nawet liznąć języka Dantego. Miała talent do języków – doskonałe ucho do wychwytywania wymowy – i dzięki wytężonej nauce umiała go wykorzystać. Zawsze prosiła, powtarzała i nalegała, by ją poprawiać, jeżeli wymawia coś niewłaściwie. Guido nie posiadał się ze zdumienia, że w tak krótkim czasie podłapała tyle słownictwa i zdołała wbić je sobie do głowy.

Ecco! Ribadito sul cervello.

Rubasznie rechocząc, co podrzucało jego obwisły podwójny podbródek, głaskał ją po pupie niczym po szklanej kuli. Był przekonany, że uczyła się właśnie z jego powodu. Czy mu to schlebiało? A jakże!

Nim wsiadł do samolotu, który miał go zabrać z powrotem do Włoch, Guido kazał jej przysiąc, że nie przerwie nauki. Kiedy za osiem miesięcy powróci, zrobi jej test – jeśli Alicia go zda, otrzyma od niego nagrodę.

D’accordo?

Va bene.

A jeśli Alicia rzeczywiście będzie się starać i nauczy kilku włoskich piosenek, nagrodą będzie zaproszenie na wycieczkę do Italii.

Alicia lubiła śpiewać, zwykle też akompaniowała sobie na gitarze. W repertuarze miała parę starych, sentymentalnych utworów kubańskich, trochę Serrata, Piaf, Léo Ferrégo, Jacques’a Brela; lecz Guido życzył sobie, by swym sennym, zmysłowym, chropowatym głosem śpiewała mu przeboje Domenica Modugno, Rity Pavone i innych jego favoriti z lat sześćdziesiątych.

Tydzień później Alicia otrzymała za pośrednictwem firmy kurierskiej DHL paczkę zawierającą słownik, podręcznik, sześć kaset oraz książkę z włoskimi piosenkami o miłości, opatrzoną romantycznymi dopiskami poczynionymi starannym pismem Guida.

Niech to szlag, jaka szkoda, że Guido jest tak gruby. Co więcej, nie był wcale bogaty. Owszem, zarabiał 150 tysięcy dolarów rocznie, lecz poza tym nie miał ani lira oszczędności w banku, żadnego portfela inwestycyjnego, posiadłości czy w ogóle czegokolwiek. Nie byłoby czego po nim dziedziczyć. Sam siebie określał „anarchistą na drodze ku socjalizmowi”. Dacie wiarę?! No i zawsze wygłaszał romantyczne tyrady o tym, jak to pieniądze są ważne tylko wtedy, gdy mu są do czegoś potrzebne, że nigdy nie dałby się im zniewolić i całe inne temu podobne bzdury. Zarazem jednak był miły, dowcipny i szczodry… a przy tym wcale nie najgorszy w łóżku. Ale co za palant! Jaka szkoda!


Rozdział
czwarty

Hawańskie dziwki, zwłaszcza debiutantki – a tych jest najwięcej – zazwyczaj pragną być zapraszane do ekskluzywnych restauracji. Alicia wolała podejmować klientów we własnym domu. O ile tylko nie brakowało właściwych składników, kuchnia jej matki była w stanie sprostać nawet najbardziej wygórowanym wymaganiom. Margarita robiła fantastyczne panierowane krewetki oraz godną pozazdroszczenia homarową enchiladę, odkąd zaś córeczka zaczęła przynosić do domu dolary, spiżarka była odpowiednio zaopatrzona w przedniej jakości owoce morza, przyprawy oraz konserwy, by można w pośpiechu przygotować dowolny sos. Nie brakowało też przyzwoitych win i dobrego, doskonale schłodzonego piwa w butelkach pokrytych wilgotną mgiełką. Wszystko to stanowiło część planu. Matka nigdy nie wiedziała, kiedy Alicia wróci do domu z nowym przyjacielem, a przecież to nie do pomyślenia, żeby zastali ją nieprzygotowaną.

Zaprowadzony do domu Alicii klient nie płacił ani grosza. Był u niej gościem, ona zaś gospodynią. Chodziło tylko o wymianę uprzejmości. Koniec końców to ów życzliwy dżentelmen dopomógł Alicii przy awarii roweru i okazał się tak miły, że odwiózł ją do domu. Na dowód wdzięczności zapraszała go na drinka, no, może dwa, a przy okazji może by tak spróbował przygotowanych przez mamusię krewetek? Ależ proszę, to żaden kłopot. Dopiero co je przyrządziła i w razie odmowy poczuje się urażona.

– Wydaje mi się, że pana polubiła – wyznawała szeptem nowo poznanemu, nadając rozmowie bardziej przyjacielski ton.

Kiedy Alicia po raz pierwszy opracowała standardową procedurę postępowania w przypadku wstępnych wizyt, zauważyła, że Margarita jest w stanie rozmrozić, zamarynować i obtoczyć w mące ze dwa tuziny krewetek, a do tego spreparować sos tatarski bądź rosyjski, dokładnie w dwadzieścia siedem minut. Tyle właśnie czasu miała zatem, by charakter nowej znajomości przemienić z oficjalnej wdzięczności w ciepłą poufałość.

Wpierw, dla przełamania lodów, wypijali parę drinków. Kiedy gość zupełnym przypadkiem na jednym ze stolików w salonie dostrzegał zdjęcia, a wśród nich inspirujący akt Alicii, który zdawał się fotografią obrazu olejnego, Alicia uznawała S-1 (kryptonimem tym określała „pierwsze stadium” swojego uwodzicielskiego planu) za ukończone i przechodziła do S-2.

Fotografia stanowiła pretekst, by poprowadzić cudzoziemca za rękę do sypialni i zaprezentować mu właściwy obraz olejny. I oto wisiał – dziewięćdziesiąt centymetrów na sześćdziesiąt, Alicia widziana z profilu, idealne piersi, siedzi na kuchennym taborecie, opiera podbródek na kostkach dłoni, a na jej twarzy maluje się pełen oczekiwania uśmiech.

– Kto to namalował?

– Niegdysiejszy przyjaciel.

Tłumaczyła, że narzeczony zrobił jej serię zdjęć i ostatecznie urzekło go akurat to. Wnet otwierała szufladę i wyciągała fotografię, lekko różniącą się, lecz ewidentnie przedstawiającą tę samą osobę w tej samej pozie.

Jeżeli w danym momencie usta lub dłonie delikwenta podejmowały jakieś działania, Alicia przyjaźnie i elegancko go mitygowała, nawet na chwilę nie przestając się uśmiechać. Przez boczne drzwi prowadziła go do sąsiedniego pokoju z obszernym łóżkiem, klimatyzatorem, dużymi lustrami, osobną łazienką i kolejnym olejnym malowidłem: portretem w zbliżeniu, w swej rozciągniętej wertykalności przypominającym prace El Greca i Modiglianiego… a przy tym absolutnie nie seksownym.

– A to co jest?

– Kolejny narzeczony.

Riposta była godna wykucia w granicie.

– Najwyraźniej masz słabość do malarzy.

W odróżnieniu od takiej prymitywnej uwagi odpowiedź Alicii była za każdym razem dopasowana do konkretnej osoby i okazji – jeśli klient mógł uchodzić (a przynajmniej we własnym mniemaniu) za przystojnego, Alicia z nieśmiałym, wyćwiczonym uśmiechem przyznawała:

– Cóż, tak naprawdę to lubię mężczyzn przystojnych.

Jeżeli gość był gruby:

– Cóż, tak naprawdę to podobają mi się mężczyźni przy kości.

Gdy klient, zdumiony nieoczekiwaną odpowiedzią, zamieniał się w słuch, Alicia wyjaśniała, że malarze obydwu obrazów byli nieco bardziej niż przy kości, a wręcz, prawdę mówiąc, w skali otyłości od jednego do dziesięciu zbliżali się do dziesiątki. Twórca aktu, którego, tak, przyznawała to, kochała do szaleństwa, był wedle wyciągniętej skądeś fotografii tak niewyobrażalnie tłusty, że w porównaniu z nim jej obecny pulchny towarzysz mógł czuć się całkiem szczupło. Alicia głaskała jego brzuszysko i pieściła podwójny podbródek, aby pokazać swoje uwielbienie dla grubych mężczyzn. Opowiadała o pewnej obsesji na punkcie niesamowicie otyłego wujka, który był dla niej uosobieniem czułości i obiektem dziecięcego uwielbienia. Kiedy zaś przyznawała, że za ideał mężczyzny uważa pewnego yokozunę walk sumo, wszystkie te grubasy po prostu rozpływały się w niewypowiedzianej wdzięczności.

Jeżeli grubas nie miał zahamowań, pozwalała mu się pocałować, wstępnie i niezobowiązująco. Kiedy natomiast trafiał się facet z kompleksami, przejmowała inicjatywę i sama go całowała.

Tak zatem, zależnie od tego, czy klient był chudy, niski, stary czy brzydki, zawsze okazywało się, że obydwaj malarze byli dokładnie jak on, tyle że nieco gorsi. Na potwierdzenie swych słów Alicia dysponowała odpowiednio przygotowaną kolekcją zdjęć. Na tym, wymagającym wielkiej delikatności, etapie procesu uwodzenia Alicia robiła wszystko, co tylko mogła, by przekonać klienta, że jego niedoskonałości są w istocie rzeczy zaletami.

Wkrótce po pierwszych miłosnych zapasach, o ile klient nie wykazywał w łóżku oznak impotencji, proponowała mu parę praktycznych lekcji tańca do muzyki kubańskiej – była to specjalna atrakcja dla zagranicznych gości, w ramach której Alicia wprowadzała szereg śmiałych innowacji pedagogicznych.

Sama wyznawała bardzo osobliwą teorię dotyczącą tańca. Uważała, że jeśli uczeń pragnie opanować ową szczególną płynność ruchów, cechującą każdego dobrego tancerza karaibskich rytmów, już od pierwszych zajęć musi poznać szereg opracowanych przez nią samą ćwiczeń horyzontalnych.

Teoria w istocie sprowadzała się do stwierdzenia, że każdy, kto nauczy się tańczyć w łóżku, poradzi sobie na wszystkich parkietach tanecznych świata.

Za wyjątkiem szczególnych okoliczności Alicia zazwyczaj rozpoczynała proces kształcenia od ujeżdżania na szerokiej macie podłogowej. Rzadko który adept jej hipodromu, koniec końców, nie stękał z miarowej rozkoszy.

Alicia utrzymywała, że dzięki tej właśnie technice zdołała nauczyć Niemca, Szweda, a nawet pewnego Kozaka, jak należy kołysać biodrami, by nie wyglądać przy tym niczym mors.

Faktem jest, że jeśli mężczyzna nie nauczy się, jak poruszać biodrami i jak wprawiać zadek w rozkołysanie, nigdy nie będzie w stanie tańczyć do karaibskich rytmów z wystarczającą gracją. Zarazem jednak Alicia odkryła, że dla wielu Europejczyków, potomków tradycji wojskowego drylu, podrygiwanie tyłkiem wydaje się czymś całkiem niegodnym i zgoła niemęskim. Ot, taki mieli kompleks. Lecz zdaniem Alicii wystarczyło raz ich do tego skłonić, wystarczyła jedna sesja na wznak z piękną kobietą na górze, wyklaskującą rytm lub wybijającą go na ich pośladkach, i voila… po kompleksie.

Taka kuracja zazwyczaj leczyła ich już na stałe. Do końca życia pozbywali się zahamowań i w większości okazywali się pojętnymi uczniami.

Rzecz jasna, zdarzały się też przypadki beznadziejne: faceci, którzy po prostu nie byli w stanie zarzucić biodrami czy potrząsnąć pośladkami. Pewnego razu Alicię rozwścieczył grubas, który okazał się sztywny jak pień. Kiedy poprosiła, by zakręcił miednicą, gość zdołał jedynie zamachać w powietrzu rękami. Gdy kadencja osiągnęła moment krytyczny, akurat na skraju orgazmu, niezdarny sukinsyn wbił jej łokieć w brzuch.

Niekiedy i pilniejsi z uczniów napotykali poważne trudności ze złapaniem rytmu. Owładnięci bez reszty pożądaniem przyglądali się Alicii w strategicznie rozmieszczonych lustrach, jak przegina pierś w rozkołysie bądź odwraca się, by za pomocą pilota odpalić odtwarzacz, który akompaniował jej podczas zajęć.

W trakcie ujeżdżania Alicia była w stanie poruszać się i falować całym ciałem za wyjątkiem nóg. A jeżeli facet choć trochę jej się podobał, zatracała się w tańcu. Oddawała się bez fałszu i znajdowała w dosiadaniu klientów satysfakcję. Przychodziło jej to z łatwością, oni zaś to uwielbiali i puchli wówczas z dumy.

Alicia nie miała przesadnie wrażliwego żołądka, lecz i ona znała granice swojej wytrzymałości. Jeżeli przy pierwszej okazji facet okazywał się obleśny i odpychający, nawet nie wsiadała do jego samochodu. Lecz jeśli już znaleźli się w domu, w większości przypadków postępowała wedle tego samego schematu. Gdy wyprowadzała klienta z drugiego pokoju, nie brała go za rękę, tylko opierała się na jego ramieniu, aby mógł poczuć jędrność jej piersi.

Otóż to: niechaj poczują moc jej młodego ciała.

Wcześniej wyznawała konspiracyjnym szeptem, że pokój z wielkim łóżkiem i niedyskretnie rozmieszczonymi lustrami stał dotąd nieużywany. Przed dwoma laty była to jeszcze sypialnia rodziców, lecz nikt z niej już nie korzystał. Służyła teraz za pokój gościnny.

– Odkąd się rozwiedli, matka sypialni nie używa… a przynajmniej nie do spania… Cóż… – dodawała z czarującą bezczelnością.

Następnie wychodzili na podwórko, by pobawić się z ogromnym psiskiem, które odrywało się od patrolowania posesji i siadało wpatrzone w nich z kosooką lubieżnością. Wówczas Alicia pozwalała klientowi na chwilę swawoli pod cytrynowym drzewkiem.

Kiedy wracali do salonu, Margarita zupełnym przypadkiem wychylała głowę przez kuchenne drzwi i wyciągając rękę z gitarą, mówiła:

– Leonor pyta, czy pożyczysz jej znowu gitarę na najbliższą niedzielę.

– Jakżebym mogła odmówić? – odpowiadała z westchnieniem bezradności Alicia, otwierając futerał i przeciągając dłonią po strunach instrumentu. Wtedy też śpiewała pierwszą piosenkę – zawsze tę samą, autorstwa Marty Valdes. Później wypijali znowu parę drinków i częstowali się owymi wyśmienitymi panierowanymi krewetkami. Margarita odśpiewywała swój popisowy numer, stare bolero z lat pięćdziesiątych. I wówczas, niestety – „Ojejku, nie miałam pojęcia, że jest już tak późno” – musiała wyjść.

Kiedy wreszcie zostawali sami, zdarzyć się mogło zupełnie wszystko. Klientów z krztyną inicjatywy Alicia zabierała wprost do sypialni, a tam już działała na wyczucie, odgadując możliwości bądź niedociągnięcia ich męskości. Wszyscy jednak byli świadkami wirtuozerskiego popisu.

Zwyczajową reakcją dopieszczonego faceta było zaproszenie na kolację do La Cecilii, El Tocororo czy innej popularnej wśród cudzoziemców drogiej i wykwintnej hawańskiej restauracji.

– Posłuchaj mnie uważnie – oznajmiała Alicia, delikatnie, jasno, słowo po słowie, z zamkniętymi oczyma, z absolutną władczością. – Kiedy mężczyzna mi się podoba, to go zdobywam. Ty mi się podobasz, ale w żadnym razie nie zgodzę się umówić z tobą w miejscu publicznym, gdzie pierwszy lepszy kretyn mógłby sobie źle o mnie pomyśleć.

A jeśli klient proponował jej pieniądze, była wręcz bliska gniewu.

– Jeśli cenisz sobie moją przyjaźń, nigdy więcej tego nie rób! Proszę, byś mnie nie obrażał – ostrzegała, palcem wskazującym mierząc w jego tors. – Godność to ostatnie, co nam w tym kraju zostało, a jeżeli o mnie chodzi, to jedynym mężczyzną, od którego kiedykolwiek przyjęłam pieniądze, był mój ojciec.

– Ale jakżeż w ogóle mogłaś pomyśleć… – oponował facet.

Charakter znajomości stawał się więc jasny. Żadnego zapraszania w miejsca publiczne. Alicia nie pokazywała się w restauracjach, hotelach, sklepach czy też innych miejscach uczęszczanych przez obcokrajowców. Nie chciała, by uznano ją za jineterę. Niekiedy wręcz musiała tłumaczyć, co tak dokładnie oznacza w Hawanie słowo jinetera: nie kurwę, ale coś bardzo podobnego.

Następnie klient dowiadywał się, że Hermán, ojciec Alicii, sprawował szereg funkcji w służbie dyplomatycznej oraz zagranicznych kubańskich misjach handlowych. W dzieciństwie Alicia spędziła osiem lat w rozmaitych krajach europejskich.

– Naprawdę boli mnie, gdy przyglądam się temu, przez co przechodzi mój kraj – dodawała, z patriotyzmem wpatrując mu się w oczy. – Co więcej, za pieniądze, jakie wydałbyś na mnie w jednej z tych luksusowych restauracji, kubańska rodzina mogłaby się wyżywić przez trzy miesiące.

I tak naprawdę wszystkie te wykwintne dania stają człowiekowi kością w gardle. Lecz jeśli klient nalegał, cóż, za o wiele mniejszą sumę jej matka była w stanie upichcić obiad na dziesięć osób, a do tego o wiele smaczniejszy. Jeżeli tylko gość miał ochotę, mógł nawet zaprosić paru kolegów.

Jednym z przewidywalnych efektów takiej strategii (czego dowiodły przypadki sześciu spośród czternastu facetów, których Alicia w ciągu ostatniego półtora roku omotała za pomocą roweru, tyłka, gitary i otwartego umysłu) było to, że wkrótce klient pojawiał się z tak ogromną ilością jadła i napojów, że dwójce oszczędnych i gospodarnych kobiet wystarczało tego na wiele tygodni. Część frachtu matka i córka przeznaczały na zaspokojenie żołądków następnych klientów, resztę zaś sprzedawały na czarnym rynku za bajońskie sumy. Przecież fakt, że Alicia odmawiała przyjmowania prezentów w gotówce, nie oznaczał, że musiała gardzić upominkami w postaci poczciwych wiktuałów.

Alicia nosiła malutki zegarek, zawsze ten sam, który nieodmiennie psuł się w obecności klienta. Przez osiemnaście przepracowanych miesięcy wręczono jej osiem zegarków, wartych łącznie, bagatela, dwa tysiące dwieście dolarów. Otrzymała też dwie pojemne zamrażarki, fortepian, trzy prześliczne gitary, pięć odtwarzaczy płyt kompaktowych, komputer stacjonarny i laptopa, a także motocykl (aczkolwiek w dalszym ciągu przemieszczała się na rowerze).

W naprawdę gorące noce rzucała: „Jasna cholera, ten pieprzony klimatyzator znowu nawala” – i z gołym tyłkiem nurkowała w ociekającej smarem i zakurzonej maszynie, robiąc wszystko, co w jej mocy, by naprawić tę cholerną kupę złomu. Klient siedział na łóżku, wciąż wstrząśnięty tak brutalnym przykładem stosunku przerywanego, tymczasem matka Alicii wyłączała w kuchni bezpieczniki. Alicia przeklinała i kopała w zasrane pudło, wrzeszcząc z frustracji („akurat wtedy, gdy było najbardziej potrzebne, a żeby to szlag!”), a jej złość była tak autentyczna, jej szlochy tak dziewczęce, jej ruchy tak kokieteryjne, gdy roztrzaskiwała o podłogę naczynie z taniej porcelany, że sukinsyn musiałby być najbardziej nieczułym bydlakiem pod słońcem, by nazajutrz nie zameldować się pod drzwiami z lśniącym nowością klimatyzatorem.

Zdarzało się, że któryś z klientów, oczarowany przez Alicię i rozpieszczony przez Margaritę, upierał się, że pomimo ich szczodrej gościnności pilne sprawy wzywają go gdzie indziej, lecz będzie zaszczycony, jeśli jednak wyjątkowo przyjmą jego zaproszenie do określonego lokalu. Alicia trwała przy swoim i koniec końców ustalali, że kolacja znowu odbędzie się w jej domu. Klient miał przynieść niezbędne produkty.

– A po kolacji, jeśli tylko będzie pan chciał, może pan przenocować – wtrącała Margarita tonem tak naturalnym, jakby proponowała komuś miskę prażonej kukurydzy. (Opcja z nocowaniem idealnie sprawdzała się w upalne letnie noce, ponieważ stwarzała warunki do przedstawienia z klimatyzatorem bądź też awarii malutkiego zamrażalnika w ich skromnej radzieckiej lodówce. Jejku, jaki straszny wstyd!)

Przy zaplanowanych okazjach, gdy klient pragnął pochwalić się zdobyczą i wychodził z propozycją zaproszenia na kolację paru znajomych, Margarita-kucharka miała do zaoferowania dwie kosmopolityczne propozycje: danie główne w postaci fondue po burgundzku (z odpowiednią zastawą) bądź też kurczaka po marylandzku w sosie supreme.

Specjalnością Margarity był w istocie kurczak. W czterdzieści minut potrafiła wyluzować go, nadziać i zaszyć przy użyciu bambusowych igieł. Następnie pół godziny w szybkowarze i gotowe. Ale to tylko w wypadku posiłków improwizowanych. Niekiedy, gdy klient w pochlebnych słowach wypowiadał się o daniach tradycyjnej kuchni kubańskiej, podawanych w Bodeguita del Medio, matka Alicii wybuchała sopranowym śmiechem.

– Ależ o czym ty mówisz? Dobre jedzenie w Bodeguicie?

Na tym etapie Margarita traktowała go już jak starego znajomego, zwracała się do niego poufałą formą , żartowała i z ożywieniem gestykulowała mu przed nosem, zachęcając do skosztowania jej własnych kubańskich potraw, rzecz jasna o niebo lepszych.

I w pewnym sensie takie istotnie były.

Jeżeli jednak mowa o tradycyjnej kuchni kubańskiej, Margarita okazywała się doskonałą manipulatorką. Jeśli gość przybywał z Europy bądź południowego krańca Ameryki Południowej, w miejsce yuca con mojo podawała dobrze przyprawione pieczone ziemniaczki; przygotowywana przez nią wieprzowina zawsze była chudziutka, sucha i jedynie w samym środku plastra lekko zaróżowiona; ryż congri nigdy nie był płynny, a do tego doprawiała go szeregiem składników, z którymi typowe congri nie miało nic wspólnego. Zarazem opanowała pewien wachlarz smaków właściwych dla haute cuisine, lekkich i z delikatną nutką słodko-kwaśną, które spotykały się z powszechną aprobatą.

Wyśmienite rezultaty osiągała również z włoskimi makaronami: cannelloni, lasagne, fettuccine, ravioli, gnocchi, a do tego sosy – bolognese, pesto, vongole, arrabiata, puttanesca. Kiedy zaś przy stole zasiadało ponad osiem osób, podawała cieszącą się niesłabnącą popularnością paellę, która jeszcze nigdy jej nie zawiodła.

Kiedy klient był nader nieśmiały lub okazywał się impotentem, to jest w wypadkach, które można by nazwać trudnymi, Alicia ze zdwojoną troską dbała, by wszystko przebiegło idealnie. Pewne fatalistyczne skrzywienie w głębi duszy podpowiadało jej, że Prometeusz, który uwolni ją od niewygód i niedoborów kubańskiego stanu wyjątkowego, przybędzie właśnie pod postacią jednego z klientów impotentów. Jeżeli więc w momencie, gdy Alicia osiągnęła już trzecie stadium stymulacji, facetowi flaczał kutas, markowała nieujarzmioną potrzebę, zrzucała resztę ciuchów, by się nieco pomasturbować, a następnie upraszała delikwenta, który nadal był w pełni ubrany, by zanurkował w dół na małe lizanko, które wspierała fachowymi ruchami palców, aż osiągała najprawdziwszy orgazm – z drżeniem ciała, jękami, gryzieniem, postękiwaniem i tak dalej.

Jeżeli po tym wszystkim facetowi nadal nie stawał, w żadnym razie go nie naciskała, tylko dziękowała za doznaną z jego pomocą rozkosz. Jeśli zaś dostrzegała w jego członku choćby ślad poruszenia, rzucała się na niego z całą swą energią i maestrią, aż klient miał wrażenie, że wysysa mu z kości szpik. Jak dotąd nie zdarzyło się, by metoda ją zawiodła. Już po wszystkim krzątała się wokoło, nadpobudliwa, szczęśliwa i wdzięczna. Ponownie sięgała po gitarę i śpiewała. Klient musiał się zgodzić, by zajęła się jego paznokciami i fryzurą, musiał dać się wykąpać, pozwolić, żeby zmieniła jego uczesanie, a także pobawiła się jego fujareczką, jego „maluśkim siusiaczkiem”.

Alicia nauczyła się od matki, że wielu mężczyzn fantazjowało na temat tego, że są traktowani niczym wyrośnięte lalki. Takich trafiło jej się tylko dwóch (Guido i Jack), obydwaj też proponowali jej wyjazdy za granicę. To właśnie z nimi odkryła w sobie coś, o co nigdy by siebie nie podejrzewała – a mianowicie, że ma duszę gejszy.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.