ACDC DIABELSKI MŁYN - Mick Wall - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 766 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka ACDC DIABELSKI MŁYN - Mick Wall

AC/DC i ich nigdy wcześniej nieopowiedziana historia. Od bijatyk i przedzierania się

przez cieszącą się złą sławą niezwykle brutalną scenę muzyczną pubów i klubów

Australii na początku lat 70. do ich ataku na opanowaną przez punk scenę brytyjską, a

potem amerykańską na przełomie lat 70. i 80., kiedy to wykruszyło się wielu członków

zespołu, managerów, producentów i dyrektorów firm płytowych, którzy pomogli im w tym

zadaniu – oto jest waląca między oczy, wchodząca za zamknięte drzwi dogłębna

biografia, na jaką czekali od dawna fani AC/DC.

Opinie o ebooku ACDC DIABELSKI MŁYN - Mick Wall

Cytaty z ebooka ACDC DIABELSKI MŁYN - Mick Wall

a Bon wykorzystał okazję do odnowienia znajomości ze znajdującym się w szczycie eskalacji dzikiego picia i ćpania wokalistą Ozzym Osbournem, która okazała się być przyjaźnią do końca życia. Polubiłem Bona od pierwszej chwili – powiedział mi Ozzy wiele lat później. Rozśmieszał mnie. Był bardzo miłym, bezproblemowym facetem. Znaczy, dopóki nie zalał pały albo nie wciągnął czegoś. Wtedy wyłaziło z niego zwierzę. Trochę jak ze mnie – uśmiechnął się smutno Ozzy.

Fragment ebooka ACDC DIABELSKI MŁYN - Mick Wall








SŁOWO OD AUTORA

Podczas pisania biografii takiej jak ta ważne jest, by zarówno dążyć do prawdy, jakąkolwiek nie miałaby się ona okazać, jak i dobrze wyważyć wszystkie racje: umożliwić czytelnikowi zobaczenie spraw ze wszystkich stron – z tylu, ile uda się autorowi przedstawić – tak żeby mógł wyrobić sobie własne zdanie na temat postaci i opisanych wydarzeń. Z tego właśnie powodu, pisząc tę książkę, próbowałem nawiązać kontakt z AC/DC oraz z ich managementem, żeby po pierwsze: zawiadomić ich, co robię, a po drugie: dać im szansę przedstawienia własnej wersji wydarzeń, udzielenia takich odpowiedzi, jakie uznają za stosowne.

Jednak AC/DC, co jasno daje do zrozumienia niniejsza książka, niełatwo – jeśli w ogóle – nawiązują kontakt z tymi, których uważają za obcych. Jak powtarzano mi raz za razem podczas rozmów z wieloma managerami, szefami wytwórni płytowych, muzykami, producentami i przyjaciółmi, którzy współpracowali z tym zespołem w różnych stadiach ich czterdziestoletniej kariery, w oczach braci Youngów, którzy prowadzą sprawy grupy, albo jesteś członkiem klanu AC/DC
– dopuszczonym do najbliższego kręgu i wszystkiego, co się z tym wiąże – albo mówiąc krótko, nie istniejesz. Mając do czynienia z tym zespołem i jego świtą w ramach obowiązków dziennikarza muzycznego i radiowca, czy podczas innych licznych kontaktów w ciągu wielu lat, już wcześniej wiedziałem, że to prawda. Tym samym nie zdziwiło mnie, że żadne z moich pytań skierowanych do obecnego managementu w sprawie tej książki nie doczekało się odpowiedzi. Jak powiedział mi prywatnie jeden z nielicznych ludzi z wewnątrz: Nawet się nie pokażesz na ich radarze.
I właśnie z tego powodu brakuje czasami zarejestrowanych reakcji na niektóre przedstawione w niniejszej książce poglądy osób, które były z nimi blisko. Na szczęście po rozmowach i spotkaniach z różnymi członkami AC/DC – włącznie z Malcolmem Youngiem, Brianem Johnsonem, Angusem Youngiem i Bonem Scottem – przy różnych okazjach od końcówki lat siedemdziesiątych aż do teraz oraz po przeprowadzeniu wywiadów z kilkudziesięcioma bliskimi im ludźmi specjalnie na potrzeby tej książki, jak również po uważnym przestudiowaniu wywiadów, których udzielili różnym mediom w trakcie swojej kariery, odniosłem wrażenie, że poglądy zespołu są przedstawione tak uczciwie i dokładnie, jak tylko być mogły. Co więcej, fakt, że żaden z czołowych członków zespołu – czyli żaden z braci Youngów – nie miał bezpośredniego wpływu na treść tej książki, oznacza tyle, że nie musiałem się nikomu odwdzięczać, opowiadając tę historię. Wiem z moich gorzkich doświadczeń, jakie wyniosłem z pracy z największymi gwiazdami rocka przez trzydzieści pięć lat, że pełna współpraca niemal zawsze wiąże się z całkowitym kompromisem. A tych fanowskich książek z przesłaniem: „Oni są cholernie w dechę gośćmi” ukazało się już wystarczająco wiele. Natomiast ta, którą trzymacie w rękach, jest bliższa ukazania prawdziwej historii AC/DC niż którakolwiek dotąd – opowiedziana jest bez strachu, że autor zostanie wykluczony z klanu.
Mam nadzieję, że bolesna niekiedy szczerość, z jaką napisana jest ta historia, zostanie doceniona zarówno przez was, jak i przez nich.

PODZIĘKOWANIA

Autor pragnie szczerze i gorąco podziękować następującym osobom, bez których pomocy…

Linda, Evie, Mollie, Michael Wall; Malcom Edwards; Robert Kirby oraz Vanessa McMinn, Charlotte Knee, Ian Preece, Jane Sturrock, Jillian Young, Nicola Crossley, Craig Fraser, Dave Everley, Mary Hooton, Joe Bonamassa, Roy Weismann, De Hembury­-Eaton, Nicola Musgrove, Peter Makowski, Ross Halfin, Joel McIver, Ian Clark, Colin Gilbey, Diana i Colin Cartwright, Anna Dorogi, Mark Handsley, Duncan Calow i Elizabeth Beier.


PROLOG

Autostradą do nieba

Szpital imienia Królowej Elżbiety, Południowa Australia, luty 1974 roku. Poranek po upojnej nocy. Kiedy Bon się budzi, już po chwili zdaje sobie sprawę, że stan, w jakim się znajduje, wykracza poza zwykłe problemy niedzielnego poranka. Jest kac, ale to normalka. Guz na głowie, kilka sińców i otarć to też nie zaskoczenie. Bon jest pijakiem i zawadiaką. I co z tego, gościu?

Ale tym razem jest inaczej. Nie może skupić wzroku. Nie może się ruszyć. Jego usta nie mogą zaczerpnąć powietrza. Traci i odzyskuje świadomość, zanim w końcu jakaś nieznana twarz nachyla się nad nim, mówiąc mu, co jest grane.

– Miał pan wypadek – mówi głos. – Jest pan mocno po­haratany. – Lekarska gadka na: „Aleś wykurwił, chłopie. Wygląda na to, że jesteś na wylocie”.

Konował coś jeszcze gada, ale Bon znów traci przytomność. Kiepsko, znów próbuje się odmeldować…

Później… następnego dnia, w innej chwili… podsłuchuje, jak Irene rozmawia o tym z Vince’em, płacze… złamana noga, złamana ręka, złamany nos, pęknięty ząb, złamana szczęka… najwyraźniej wszystko, kurwa, połamane, dlaczego po prostu tak nie powie? Złamane marzenia to prawdziwa przyczyna bólu. Dwudziestoośmiolatek, żonaty – prawie, lecz nigdzie się nie wybiera, już wszędzie był, wie, jak to jest. Miał swoją szansę. Wiedział, wszyscy wiedzieli. Mieli o tym głośno nie mówić, ale widać było w ich wzroku, w tym, jak starają się na ciebie nie patrzeć – kiepsko im szło.

Co zostało? Gwiazda pop? To już za nim. Gwiazda rocka – też już było, nie bardzo wyszło. Areszt – ha, ha, ha, ha. Kobiety? Zawsze były kobiety. Nie trzeba być pieprzonym uroczym wagabundą, żeby znaleźć sobie kobietę. Forsa… ach, a po chuj ci forsa? Wszystko, co miałeś, i tak zabrali. Nawet nie pozwolili, byś sam im oddał, tylko chcieli zabrać wszystko własnoręcznie, żeby patrzyć potem, jak zastanawiasz się dlaczego.

I Irene nad łóżkiem: ­„Nie umieraj, Bon, nie umieraj…”.

I Vince: „Daj spokój, stary, no weź się w garść…”.

I pisk tego ustrojstwa, kiedy linia się wypłaszczyła; Bóg, patrząc na niego z góry, mówi: „Już czas, Bon…”.

– Pierdolę to. Co z tego? Byłem martwy, zanim mnie tu przywieźli – mówi do siebie Bon.

Bóg kręci głową ze smutkiem. Bon patrzy prosto na niego, jakby chciał mu dokopać, ale rezygnuje. Po raz pierwszy w życiu czuje… strach. Nie, nie strach. To dobre dla pedałów. Bardziej… niepokój. Widzi swój błąd. Żal mu Irene i Vince’a, i swojej biednej mamy i taty.

– Nie obchodzi mnie, że umieram – Bon mówi Bogu. – Wiesz o tym. Obchodzi mnie tylko… no wiesz.

– Wiem – mówi Bóg, nieskończenie cierpliwy, lecz nie ma zamiaru tego przeciągać.

– Wiesz, co ci powiem? Daj mi jeszcze z pięć lat, a wszystko naprawię, dobra? Boże?

Bóg, który zna to na pamięć, zaczyna znikać.

– Słuchaj, ty stary pierdzielu, proszę cię tylko o pięć lat. Co to dla ciebie? Pierdolone nic!

Bóg zatrzymuje się. Bóg może robić, co mu się podoba.

– Pięć lat, tak żeby wszystko wyprostować, a potem masz mnie z powrotem, no jak, Boże?

Cisza. Głęboka, odwieczna cisza…

– Pięć lat, ty okurwieńcu! Żebym tym razem wszystko zrobił jak należy, nauczył się trzymać dziób na kłódkę i odwracać wzrok, kiedy robi się za ostro. Pięć lat, do kurwy nędzy. Potem jestem twój. Co na to powiesz, koleżko?


ROZDZIAŁ PIERWSZY


Ludzie klanu


„Będziemy sławni, kolego. Cholernie sławni…”.

Tak właśnie bracia Young mówili w Sydney wszystkim, którzy chcieli słuchać. Ale nikt nie chciał. Co oni sobie, do diabła, myślą? Dwóch obszczymurów z Zadupia Górnego, wyżej srają, niż dupy mają. Śliczny chłoptaś Malcolm z długimi chuligańskimi piórami i Angus, jego wygolony świrnięty braciszek, każdy ledwo po metr pięćdziesiąt w kapeluszu, i do tego agresywne skurwielki, taki ci kosę sprzeda, ani się obejrzysz.

Nawet nie wyglądali na Australijczyków, nawet ich gadka nie brzmiała jak stąd. Wyglądali za to i mówili jak oni wszyscy: Szkoci z Zadupia Górnego. Szkocja, gdzie słońce nigdy nie świeci, a wiatr i siekący deszcz wciskają pylisty, czarny dym w twoje biedne, zmrużone oczy.

Urodzeni we wschodnim Glasgow, w zapomnianym przez Boga Cranhill, gorszym bracie „wielkiej czwórki” – osiedli Easterhouse, Pollok, Castlemilk i Drumchapel – w blokowisku, którym rząd po wojnie zastąpił ociekające przemocą osiedle z czarnej cegły, bracia Young byli zadzierżystymi łobuziakami, którzy bawili się w cieniu wieży ciśnień w Cranhill wraz z innymi pozostawionymi bez opieki dzieciakami. Zawadiaki, z pozoru należąc do społeczeństwa Wielkiej Brytanii, w rzeczywistości byli członkami szerszego klanu nieszanujących nikogo spoza swego grona. Niektórzy mówili, że bracia Young są tacy niscy z powodu ołowiu w rurach. Inni twierdzili, że to z powodu czystej zadziorności. Nie chcieli dorosnąć i stać się częścią reszty świata. Podobało im się tam, gdzie byli – dzięki, koleś – tam w dole, blisko rynsztoka.

Muzyk Derek Shulman, również pochodzący z Glasgow, który jako szef amerykańskiej firmy fonograficznej pomógł wyciągnąć AC/DC z zastoju na początku lat dziewięćdziesiątych, mówi teraz: Przecież to jest prawdziwy klan. Pomimo wszystkich sukcesów, jakie odnieśli, nigdy nie przestali postrzegać świata w kategoriach „albo my, albo oni”. Tu chodzi o rodzinę, o więzy pokrewieństwa. Albo byłeś w stu procentach częścią wewnętrznego kręgu, albo byłeś całkiem poza nim.

Po zjechaniu z M8 na wschód od Glasgow trafiamy do współczesnego Cranhill, które jest posępnym miejscem z panoramą zdominowaną trzema wysokimi blokami, wiszącymi nad resztą osiedla. Przy swych niecałych pięciu tysiącach mieszkańców jest to miejsce, w którym króluje ubóstwo, powszechne bezrobocie i brak perspektyw. Nie widać w nim nawet śladu po marzeniach powojennych planistów, kiedy to przemianowano ulice, nadając im nazwy chluby szkockiego budownictwa nadmorskiego: latarni morskich Gantrock i Bellrock. Wszystkim z wyjątkiem Longstone Road – nazwanej od latarni angielskiej – gdzie, jak zgodnie wskazują miejscowi, pięćdziesiąt lat temu mieszkali bracia Young. Jeden z mieszkańców, Malcolm Robertson, twierdzi, że dom, w którym mieszkali, wciąż stoi jak inne domy na tej niezmienionej od powojennych czasów ulicy, ale nikt nie potrafi wskazać właściwego numeru.

Widać tu mieszankę domków i tradycyjnych kamiennych domów komunalnych. Cranhill leży o trzy mile od najbliższego centrum handlowego, więc większość specjalnie się nie przejmuje. Ogródki przed domami są usiane szpargałami i śmieciami i choć, tak jak podobne osiedla, obszar ten otacza zieleń, wzmaga ona jedynie odczucie izolacji tego miejsca. Według innego byłego mieszkańca glasgowskich osiedli, Billy Sleatha, i tak jest dużo lepiej niż za czasów, w których mieszkali tu bracia Young: Ludzie trafiają do takich miasteczek jak Cranhill i myślą, że to ponure miejsca. Ale trzeba było widzieć je w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Dym unoszący się z fabryk i stoczni, dym z pieców węglowych i papierosów – powietrze było czarne i gęste. I osiadało na wszystkim. Ściany były całe czarne, okna pokryte sadzą. Jak w piekle.

William Young i jego żona Margaret już mieli szóstkę dzieci, zanim urodzili się Malcolm (6 stycznia 1953 r.) i Angus (31 marca 1955 r.). William był mechanikiem RAF­-u w czasie drugiej wojny światowej. Po wojnie pracował jako lakiernik, jeden z tysięcy drobnych trybików w przemyśle stalowym i stoczniowym, aż do momentu gdy, ukończywszy czterdziestkę, wylądował na zasiłku jako jeden z wielu spisanych na straty i nagle niepotrzebnych mężczyzn w średnim wieku w mieście, które charakteryzowały bieda i bezrobocie.

Na szczęście pierwsza piątka dzieci Williama i Margaret – Steven (1933), Margaret (1936), John (1938), Alex (1939) i William (1941) – była już wtedy na tyle dorosła, że sama o siebie dbała, choć wszyscy dalej mieszkali razem przy Longstone Road. Poza chodzeniem do pubu głównymi rozrywkami były muzyka i piłka nożna. Jedyna siostra wśród siedmiu braci, Margaret – siedemnastolatka, kiedy urodził się Malcolm, miała pudełko z płytami zawierające takie skrzypiące zakazane owoce, jak nagrania Fatsa Domino, Little Richarda i Chucka Berry’ego. Chłopcy też trochę grali – Steve umiał wycisnąć melodię na akordeonie, John był czarodziejem gitary. Alexa uważano za najbardziej uzdolnionego muzycznie, choć imał się wszystkiego: najpierw gitary, a później saksofonu, klarnetu i gitary basowej. Kiedy mały Malcolm i jeszcze mniejszy Angus zaczęli naukę w Milncroft – której hymn zaczynał się od słów „Szkoło na tym wzgórzu, we salute you!” – Alex szukał swojej drogi w świecie muzyki profesjonalnej, pracując w amerykańskich bazach lotniczych w Niemczech Zachodnich, gdzie grał z Tonym Sheridanem, którego hit z 1962 roku „My Bonnie” był wielkim przebojem w Szkocji (a który zdobył później nieco trwalszą sławę dzięki temu, że pewnego razu wykorzystał The Beatles jako akompaniatorów w czasach ich występów w hamburskim Star Club).

Jednak największy talent muzyczny posiadał siedem lat starszy od Malcolma George, choć nie uwidoczniło się to jeszcze, gdyż początkowo jego zainteresowania skupiały się na doskonaleniu umiejętności piłkarskich – na pewnym etapie myślał nawet, że będzie na tyle dobry, by spróbować sił w ukochanym Glasgow Rangers. Ale nie było mu to pisane, bo marzenia George’a o piłkarskim gwiazdorstwie zostały pogrzebane w momencie emigracji rodziny do Australii, kiedy miał szesnaście lat. Odtąd, natchniony przykładem Alexa, George też zaczął się uczyć grać na gitarze.

Wbrew rodzinnym uzdolnieniom ani Malcolm, ani Angus nie przejawiali na początku chęci pójścia w ślady swoich starszych braci, a większość ich najwcześniejszych wspólnych wspomnień dotyczy bójek na szkolnym boisku, zwyczaju, który kultywowali potem przez całe dorosłe życie. George też był niezły w walce na pięści, ale Malcolm i Angus byli prawdziwymi zabijakami.

Ze względu na ich wzrost niektórym się coś wydawało i trzeba ich było naprostować – wspomina były manager trasy AC/DC, Ian Jeffery. Ale powiem tylko, że nie zdarzyło się, żeby przegrali bójkę. Nieważne, jak duży był przeciwnik, bracia byli prawdziwym postrachem. Wchodzili, załatwiali, co trzeba, i zostawiali faceta na podłodze. Nawet kiedy przeprowadzili się do Australii, za każdym razem kiedy ktoś do nich startował, górę brała w nich krew z Cranhill. Angus śmiał się później, że chcieli wrócić i przemianować tę miejscowość na Angusland. Mogłem podjechać do wieży ciśnień i wywiesić tam moją flagę – ozdobioną słynną błyskawicą z logo AC/DC. Wyglądałaby trochę jak napis HOLLYWOOD. Zauważcie, proszę, gorzki sarkazm przykryty ironią. Prawda była taka, że by przetrwać w Cranhill, trzeba było być twardym, a Malcolm i Angus, jak zauważa Ian Jeffery nie byli po prostu twardzi, byli kurewsko twardzi.

Jednak życie było ciężkie i bezwzględne. Perspektywy w tamtych czasach sprowadzały się do pracy w stoczniach, fabrykach albo do zasiłku. Kiedy Angus został pewnego dnia po szkole potrącony przez samochód, jego ojciec stwierdził, że dość tego, i zaczął całkiem na serio rozważać zalety pobrania dziesięciofuntowego pakietu emigracyjnego rządu Australii znanego jako Dycha na Angola (dziesięć funtów osoba dorosła, dzieci gratis). Była zima 1963 roku, najgorsza w historii, znana pod nazwą Wielkiej Zmarzliny, kiedy śnieg gromadził się do wysokości górnej krawędzi drzwi, a lód rozsadził wszystkie rury. Idea zamiany takiej potwornej mizerii na życie na plaży – jak Youngowie wyobrażali sobie krainę Oz* – nagle zaczęła przedstawiać się cholernie obiecująco. Jedyną osobą w rodzinie, której się to nie spodobało i która w końcu została w kraju, był Alex – w wieku dwudziestu trzech lat był na drodze do sławy i czuł się pewnie. Pozostali Youngowie nie mieli pojęcia, co zgotuje im los, kiedy wylądowali na lotnisku w Sydney, chociaż ośmioletni Angus błyskawicznie wywarł wrażenie na współpasażerach, zarzygując cały punkt odbioru bagażu.

Przybyli na miejsce w okresie, kiedy Australia właśnie rozpoczynała swoją wersję zimy, i bez względu to, jak bardzo rozświetlone słońcem wizje nowego domu mieli wcześniej Youngowie, wkrótce zasnuła je szara rzeczywistość. Padało cięgiem przez półtora miesiąca, co skłoniło ich do żartów, że pogodę przywieźli ze sobą. Był to jednak śmiech przez łzy. Zobowiązani do mieszkania przez te pierwsze miesiące wraz z innymi rodzinami emigrantów w ciasnych, podobnych do koszar barakach w Villawood Migrant Hostel (obecnie Villawood Detention Centre) na biedniejszych, zachodnich przedmieściach Sydney, budzili się co rano z wężami i jaszczurkami przyciąganymi przez ich ciepłe, suche łóżka albo z największymi i najczarniejszymi pająkami, jakie w życiu widzieli, które mościły się wśród ich rzeczy.

Umieścili nas w tych blaszanych budach, a padało bez przerwy – wspominał Malcolm. Kiedy człowiek wstawał rano, w domku było po kostki wody z pływającymi w niej czarnymi robalami.

William i Margaret zaczęli podejrzewać, że popełnili straszliwą pomyłkę, podobnie jak ci wszyscy skuleni emigranci czekający, aż deszcz przestanie padać i zacznie się nowe życie, które im obiecano. Pewnej nocy nie mogli już tego dłużej znieść i wybuchnęli płaczem, obejmując dzieci, by przestały się trząść. Co oni narobili? Dlaczego pozwolili zaciągnąć się z jednego piekła do drugiego? Ale nadszedł poranek i duch klanu ponownie przejął stery. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Było za późno na powrót, jak stwierdziła starsza siostra Margaret, zapiekła w swej determinacji, by scalić rodzinę i zmusić ich do podjęcia walki o byt.

Kiedy starsi członkowie rodziny wciąż zastanawiali się, jakim zrządzeniem losu znaleźli się w takich tarapatach, ­George już stawał na nogi. Mając niecałe osiemnaście lat i niecierpliwość w odnajdywaniu nowych horyzontów, łatwo się zaprzyjaźniał we wspólnej stołówce. Jednak to w piwnicznej pralni poznał ludzi, którzy mieli pomóc mu ukształtować jego przyszłość – i w końcu przyszłość jego młodszych braci – dwóch emigrantów z Holandii: Dingemana Vandersluysa i Johannesa Vandenberga. Podobnie jak George, obydwaj grali na gitarach. Johannes, zdolniejszy z tej dwójki, umiał już grać proste solówki, tymczasem mniej uzdolniony, lecz potrafiący trzymać tempo Dingeman brzdąkał na strunach basowych. George, który stale łamał sobie język na ich imionach, dla wygody przechrzcił ich na Dicka i Harry’ego. Widząc, jak wszyscy zacinają się, próbując przebrnąć przez ich nazwiska, już wkrótce przedstawiali się jako Dick Diamonde (sic!) i Harry Vanda.

Czując się jak ryba w wodzie w strukturach bliskich gangowi, które dominowały jego dorastanie w Cranhill, George obowiązkowo zabierał z sobą Dicka i Harry’ego na wypady po okolicy Villawood. Zachodzili na pobliską stację kolejową Leightonfield, gdzie obserwowali przyjeżdżające i odchodzące pociągi i wyobrażali sobie, że też dokądś jadą. Odkąd zaczęli nosić z sobą gitary, ciągnęli za sobą tłumek, szczególnie dziewcząt. Jednemu z miejscowych chłopaków, który niedawno sam przybyły z Anglii, małemu twardzielowi Stevie’mu Wrightowi nie podobało się to, że ci mówiący z dziwnym akcentem chłopcy zwracają na siebie tyle uwagi, i ochoczo obwieścił swoje uczucia w stosunku do George’a, oskarżając go o to, że jego brat poszedł ostatnio „na solo” z jeszcze innym miejscowym zawadiaką. Niewzruszony ­George powstrzymał się od zajechania gościowi z dyni – co było zwykłą reakcją na kogoś, kto był na tyle głupi, żeby się rzucać – i po prostu się roześmiał. Choć był równie zapalczywy jak jego młodsi bracia, miał jednak głowę na karku i przewidywał kilka ruchów naprzód. Dlatego niedługo potem Stevie dołączył do zespołu i śpiewał wraz z nim, Dickiem i Harrym.

Radzili sobie nieźle w okrojonych wersjach kawałków Beatlesów i innych znanych z Top 40. Być może Australia była uważana przez mieszkańców reszty świata za kulturalną pustynię – dosłownie za koniec świata – ale były tu stacje radiowe i telewizyjne jak w innych cywilizowanych krajach. Ważni artyści rock and rolla lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wywierali taki sam wpływ na młodzież jak w Wielkiej Brytanii czy Ameryce. Kiedy w hostelu zaczęto organizować wieczory pod hasłem „Wogs** and Rockers” – która to nazwa, jak radośnie wyjaśniali, odzwierciedlała wielokulturowy charakter jego mieszkańców – George i jego nowi najlepsi kumple również dostali propozycję występów. Było jedno „ale”: potrzebowali perkusisty. I tu pojawia się kolejny uczestnik akcji Dycha na Angola – Gordon „Snowy” Fleet. Już dwudziestokilkulatek Snowy nie został bynajmniej zatrudniony przez wzgląd na swą urodę, ale dlatego, że potrafił trzymać rytm i cholernie mocno walić w bębny.

Kiedy rodzina Youngów mogła się wreszcie przeprowadzić do niewielkiego własnego domu przy ulicy Burleigh 4, nieopodal komisariatu policji na bogatszym przedmieściu Sidney o nazwie Burwood, Steve Wright przeprowadził się wraz z nimi. Zagubiłem się w klanie Youngów – wspominał później. Bardzo mi to odpowiadało, a oni obdarzyli mnie swoją miłością.

Do tego czasu grupa miała już swoją nazwę – The Easy­beats – inspirowaną liverpoolskim Merseybeat, ale z własnym, wypalonym słońcem piętnem. Zaczęli też wyrabiać sobie markę na tworzącej się scenie muzyki na żywo, granej w klubach i pubach Sydney, i w 1964 roku podpisali umowę z managerem. Człowiekiem, który wyłowił ich talent, był ­Mike Vaughan, ambitny, młody były agent sprzedaży nieruchomości z bezcennymi kontaktami w przemyśle muzycznym: znał producenta Teda Alberta.

Ted był dwudziestosiedmioletnim synem Alexisa Alberta, tytularnego szefa J. Albert and Son, jednej z najstarszych, najbardziej wpływowych firm w branży muzycznej Australii.

W typowy dla pionierskich dokonań rodziny Albertów sposób Ted natrafił na żyłę złota już przy swoim debiutanckim kontrakcie podpisanym z Billy Thorpe & The Aztecs, którzy dali wytwórni pierwszy ogólnokrajowy przebój latem 1964 roku w postaci własnej wersji utworu Leibera i Stollera „Poison Ivy”, pamiętnie nie dając Beatlesom szansy wejścia na pierwsze miejsce list przebojów w Sydney, w czasie kiedy grupa z Liverpoolu odbywała swoje jedyne australijskie tournée. Było to dokonanie, dzięki któremu Thorpe stał się bohaterem narodowym na miarę Neda Kelly’ego. W ciągu kolejnych lat jego grupa nagrała kilka następnych hitów – aż odstawiona na pobocze, zakrztusiła się spalinami z samochodu odjeżdżającego z kolejną przyszłą gwiazdą, z którą Ted podpisał kontrakt – The Easybeats.

Ted z radością pozwolił nowej grupie swojego kumpla Mike’a Vaughana zagrać dla niego w sali 2UW, będącej własnością wytwórni Albert. Zaskoczony tym, jak dobrze im poszło, zaproponował, że wyprodukuje dla nich pierwszego singla, napisaną przez George’a i Steviego piosenkę pod tytułem „For My Woman”. Zrobiony trochę na Rolling Stonesów, utrzymany w średnim tempie, bluesowy kawałek – najbardziej pamiętany za sprawą oszczędnej gitary rytmicznej George’a i protopsychodelicznej solówki Harry’ego, które to elementy przysłaniały zdecydowanie niedopracowane bębny i natrętny, trzyfrazowy refren – „For My Woman” ukazał się w marcu 1965 roku, budząc wielkie poruszenie na ulicy Burleigh. Ale choć George z rodziną fantazjowali o tym, jak utwór staje się światowym hitem, w gruncie rzeczy pierwszy singiel Easybeats był po prostu klapą.

Jednak wykazując się duchem Cranhill, „My przeciw całemu światu”, George i Steve po prostu poszli do Teda z kolejną napisaną przez siebie piosenką – „She’s So Fine”. Nie różniła się wiele od swej poprzedniczki – z ograniczonym do minimum tekstem na tle dość chwytliwej melodii, szybsza, z zawadiackim staccato na otwarcie, które to później zostanie rozwinięte przez AC/DC w powalający riff „Whole Lotta Rosie”. Ted, który swe nieustępliwe nastawienie wyssał z mlekiem matki, wychowany w rodzinie zawdzięczającej sukces samej sobie, ochoczo nagrał ją i wydał w maju 1965 roku. Trzy tygodnie później znalazła się na pierwszym miejscu list przebojów w całej Australii. Miesiąc później wciąż tam była, a legenda Easybeats zaczęła się tworzyć naprawdę.

Przez kolejne dwa lata The Easybeats zyskali taki status w Australii, jak The Beatles w Wielkiej Brytanii – pierwszy domorosły talent, który popularnością i skalą sukcesu mógł się równać z zamorskimi gwiazdami, takimi jak Elvis i oczywiście sami Beatlesi. Choć Ted nie był producentem na miarę George’a Martina, miał doskonałe „ucho” – najbardziej wartościowa cecha w przemyśle płytowym – i niemal intuicyjny dar przesiewania materiału pod kątem komercyjnym, a następnie doskonalenia i utrwalania tego brzemienia w nagraniu. The Easybeats uzyskali momentalnie rozpoznawalną muzyczną tożsamość, co pomogło im gromadzić coraz to szersze rzesze fanów. Podobnie jak u Beatlesów, wszystkie ich ważne hity były utworami oryginalnymi, pisanymi początkowo przez George’a i Steviego, do których z czasem dołączył też Harry. Pomiędzy rokiem 1965 a 1966 George i Stevie przynieśli The Easybeats cztery single, które zostały jedynkami na listach przebojów, trzy hity z Top 10 i kilkanaście innych, które także znalazły się na singlowych listach. Byli tak płodni, że prasa australijska zaczęła pisać o nich jako o „Easyfever” i określać Wrighta i Younga mianem australijskich Lennona i McCartneya. I podobnie jak Lennon i McCartney mieli tyle materiału, że mogli obdarowywać nimi innych artystów, na przykład Johnny Younga (zbieżność nazwisk przypadkowa), którego „Step Back” też zawędrował na pierwsze miejsce zestawień przebojów w 1966 roku.

Sukces komercyjny nie przytępił bynajmniej wyniesionej z Glasgow zadziorności George’a. Kiedy pewnego popołudnia w Sydney podczas promocyjnej imprezy radiowej w plenerze tłum robotników zaczął wykrzykiwać obelgi pod ich adresem, kwestionując męskość zespołu, z początku ­George ignorował te uwagi i grał jakby nigdy nic. Po tym jednak jak jeden z robotników trafił czymś w plecy Steviego, George postanowił zamienić z nim słówko. Wokalista patrzył jak zahipnotyzowany na George’a, który podszedł i kopnął prowodyra w jaja, po czym jednym ciosem powalił jego najbliżej stojącego kompana.

Easyfever wywołała tyle samo niepokojących efektów ubocznych, co jej brytyjski odpowiednik – Merseybeat. Na koncercie przed pięcioma tysiącami fanów, głównie płci żeńskiej, w Bris­bane Festival Hall w grudniu 1965 roku, trzeba było salwować się ucieczką po piętnastu minutach, kiedy policja zaczęła panikować w odpowiedzi na histeryczne reakcje tłumu. Ledwo zespół wcisnął się do taksówki, a już setki fanów dotkniętych szaleństwem Easyfever zaczęły demolować samochód, a przerażeni członkowie kapeli, skuleni w środku, musieli zasłaniać twarze, chroniąc je przed pękającymi szybami. Postawienie się bandzie twardych zakapiorów to jedno, a praktyczna lekcja, jak radzić sobie z wezbranym tsunami dziewczęcych hormonów, to już zupełnie inna bajka ­– dużo bardziej przerażająca.

Choć reszta rodziny pławiła się w powodzeniu George’a, Malcolm i Angus byli wciąż za młodzi, by w pełni docenić, jak bardzo zmieniło się życie ich starszego brata. Pierwszą oznaką metamorfozy w życiu George’a, jaką dostrzegł Angus, był niespodziewany widok kilku setek wrzeszczących dziewcząt, które czekały przed jego domem, gdy najspokojniej wracał ze szkoły. Pewien magazyn dla nastolatków podał adres domowy George’a i teraz trzeba było wzywać policję, żeby spróbowała zapanować nad rozhisteryzowanym tłumem, który opadł domek Youngów niczym chmara szarańczy. Nie dając za wygraną, Angus wymknął się chyłkiem na tyły i przeszedł przez mur ogrodu. Nie wziął jednak pod uwagę nieustępliwości fanek George’a, których spory oddział ruszył za nim i też przeszedł przez mur, następnie, zwężając się w tylnym wejściu, przewrócił go w swym pędzie do… no właśnie, konkretnie do czego? Angus nie miał pojęcia. Było to pierwsze doświadczenie z fanatyzmem wielbicieli popu. Patrzył zafascynowany, jak policja stara się wyprzeć watahę z domu.

Malcolm, teraz nastoletni, zdecydował już, co może w tej sprawie zrobić, i zaczął traktować swoje ćwiczenia gry na gitarze dużo poważniej. Jednak nie mając wsparcia w George’u, który był w domu jedynie gościem, zdobywał doświadczenie głównie za sprawą starszego brata Johna.

To były wspaniałe czasy – mówił później – wchodziłem w wiek dojrzewania, a tu były te wszystkie wrzeszczące dziewczyny, jakieś dwie setki dziennie, sterczące przed domem, byle tylko zerknąć na Easybeats. Wałęsaliśmy się z Angusem razem z nimi, myśląc: „Tak trzymać”. Ziarno padło wtedy na podatną glebę…

Podobnie jak w Cranhill, publiczna szkoła w Burwood okazała się porażką i Malcolm powrócił do tego, czym zajmował się przedtem, bijąc się z każdym, kto stanął mu na drodze w klasie i poza nią. Uczniowie uciekali przed nim ze strachu. Nauczyciele poddali się. Angus tak wspomina pierwszy dzień, kiedy poszedł za bratem do szkoły Ashfield Boys High School w 1966 roku: Dostałem w skórę już pierwszego dnia. Facet pyta: „Jak się nazywasz?”. „Young”. „Chodź no tutaj, ukarzę cię dla przykładu”.

W odróżnieniu od przystojnego brata, Angus na zdjęciach ze szkoły wygląda na ofermę – miał okulary i twarz skrzywioną w pogardliwym uśmieszku. Nie był lubiany. Jego przyjaciel z Burwood, Jeff Cureton mówi, że byli łobuziakami, którzy zawsze coś kombinowali; kupowali ognie sztuczne w starym sklepie z owocami w Stratfield i odpalali je na ulicy, chowając się w zaroślach. Kiedyś kupili pudełko cygar, ale Angus tak się pochorował, próbując je palić, że przysiągł, iż nigdy więcej nie zapali nawet papierosa. I nie palił – aż do następnego dnia, kiedy wrócił do fajek, które w tamtych czasach można było kupić na sztuki. Bez względu na to, co wyczyniał, zawsze uchodziło mu to na sucho, bo – najmłodszy w rodzinie – był rozpieszczany przez matkę, którą Cureton opisuje jako bardzo miłą panią. W każdym razie dopóki nie dała o sobie znać ostrzejsza strona jej ognistego szkockiego temperamentu. Kiedy dyrektor szkoły dał Angusowi naganę za noszenie długich włosów i nakazał wizytę u fryzjera, matka, pani Margaret, wybrała się do niego nazajutrz i precyzyjnie opisała mu, co sobie może zrobić ze swoimi poleceniami. Nikt nie będzie Youngom mówił, co mają robić, a już na pewno nie jakiś łysy, nadęty mól książkowy.

Również w Ahsfield Boys High poznali Steve’a Armstronga. Malcom był tym ładniejszym bratem – jak mówił o nim Armstrong. Odniosłem wrażenie, że [Angus] zawsze był w cieniu Malcolma, szczególnie jeśli chodzi o dziewczyny. Żaden z nas nie miał najmniejszych szans na podryw, kiedy w pobliżu był Malcolm. Miał je wszystkie, wiem, co mówię. [Ale] Angus posiadał prawdziwy charakter, którego nie bał się nikomu zademonstrować.

Angus bił Malcolma na głowę także, gdy chodziło o zapamiętanie się w nauce gry na gitarze. Zaczął jeszcze w Cranhill, kiedy to starszy brat Alex pokazał mu podstawowe bluesowe chwyty w oparciu o to, co sam usłyszał z należących do ich siostry Margaret płyt Chucka Berry’ego. Później poszło już jak z płatka. Prawdopodobnie była to jedyna lekcja gry, jaką odebrał. Już w Burwood zaczął brzdąkać na przerobionym banjo, które trafiło jakoś do domu przy ulicy Burleigh, bezwiednie wykuwając styl będący potem jego znakiem rozpoznawczym w AC/DC, począwszy od powielającego się i z szaleńczą prędkością nakładającego się na siebie motywu w czaderskich kawałkach jak „Let There Be Rock” aż po niedający usiedzieć w miejscu riff późniejszego, obecnego wszędzie, klasycznego utworu „Thunderstruck”. Kiedy Angus namówił w końcu matkę, by kupiła mu tanią gitarę akustyczną, ku swemu oburzeniu dowiedział się, że będzie musiał dzielić się nią z Malcolmem.

Kiedy byliśmy chłopakami, laliśmy się jak pies z kotem – wspomina Angus – a kiedy zaczęliśmy grać na gitarze, było jeszcze gorzej. Nie chciał mnie wpuszczać do siebie do pokoju, bo mówił: „Angus ma fotograficzną pamięć. Wystarczy, że zagram jakiś akord, a on zaraz go kradnie”. Za każdym razem kiedy wchodziłem do pokoju, wołał: „Wynocha!”.

W odróżnieniu od młodszego brata Malcolm (który też był samoukiem) ćwiczył początkowo na hitach dla surferów, które zapełniały australijskie listy przebojów w połowie lat sześćdziesiątych. Jego ulubionym utworem było „Hangin’ Five” zespołu The Delltones, ale to instrumentalny przebój „Bombora” nagrany przez The Atlantics okazał się najłatwiejszy do opanowania, i to on zachęcił go do ćwiczeń, kiedy początkowo jego drobne dłonie nie obejmowały jeszcze gryfu gitary tak, by dobrze docisnąć struny. Malcolm uwielbiał prymitywne bębny i sposób, w jaki Jim Skiathitis popisywał się, grając na gitarze zębami. The Atlantics było grupą nastolatków ze wschodnich obrzeży Sydney i skoro oni potrafili…

Kłótnie o wspólną gitarę między Malcomem i Angusem zostały w końcu zażegnane, a płomień determinacji Malcolma, by opanować instrument w stopniu mistrzowskim, dostał nową pożywkę, gdy w 1968 – roku, kiedy skończył szkołę – Harry Vanda podarował starszemu z braci Youngów, już piętnastoletniemu, elektrycznego Gretscha Jet Firebirda, na którym grał podczas ostatniej trasy z The Easybeats. Zmuszony do gry w stroju otwartym, dopóki jego dłonie nie urosły na tyle, żeby mógł chwycić wszystkie struny, podobnie jak to bywa u wielu niskich nastolatków, Malcom reagował wściekłością na świadomość swego niedostatecznego wzrostu. Kiedy większość jego rówieśników wystrzeliła w górę, ciało Malcolma pozostało niezmienione. Nie musiał się golić, co skutkowało tym, że nie obsługiwano go w pubach, do których jego koledzy zaczęli teraz często zaglądać. Przestał więc po prostu tam chodzić i spędzał wieczory w domu, siedząc w pokoju i obłaskawiając swojego Gretscha.

Angus, jeszcze niższy niż Malcom, choć ostatecznie trochę podrósł, zabrał się do gitary w inny sposób. Nienawidził muzyki dla surferów. Kiedy byłem młody i usłyszałem te harmonie, pomyślałem: „To wszystko jest za grzeczne”. The Beach Boys zawsze kojarzyli mi się z grzecznymi chłopcami ze szkoły. Dobry w plastyce i muzyce, Angus zupełnie nie interesował się sportem, ale tak czy owak, podobnie jak Malcolm, dał sobie spokój ze szkołą. Rzuciłem szkołę, kiedy tylko skończyłem piętnaście lat, bo szkoła to szkoła, a ja wolałem wagary – wyjaśniał później. Nauczyciele lali cię trzcinką po łapach za brak zdolności, a ty nawet nie wiedziałeś, o co cię pytają. Plastyka i historia były w porządku, ale te inne kobyły… ach, po co to komu.

Może i po nic. Ale jeśli chodzi o ich ojca Williama, wbrew jawnym dowodom w postaci George’a, a nawet Alexa (który mieszkał teraz w Londynie i pracował w nowo utworzonej firmie nagraniowej The Beatles – Apple), pozostawał niewzruszony jak zawsze, uważając, że młodsi synowie kariery w muzyce na pewno nie zrobią. Stawiając na swoim, domagał się od nich, by zajęli się jakimś uczciwym fachem, dlatego też Malcolm i Angus zaliczyli cały ciąg krótkotrwałych posad tylko po to, by „stary” z nich zlazł. Malcolm dostał pracę w fabryce biustonoszy, podczas gdy Angus pracował krótko w drukarni. Ale mając w końcu trochę własnego grosza w kieszeni, uwolnieni od – jak mówili – „tyranii szkoły”, żaden z nich nie czuł się specjalnie uwiązany.

Wciąż byli zakorzenieni w Cranhill, bo rozumieli wartość ciężkiej, codziennej pracy – nastawienie, które ostatecznie zostanie przeniesione też do AC/DC, o którym do dziś mówią, przynajmniej publicznie, w kategoriach robotniczych.

Nigdy nie czułem się jak gwiazda pop – upierał się Malcolm nie dalej jak w 2008 roku. Tu się haruje od siódmej do piętnastej. Tak się na tym świecie pracuje w fabryce. Nie zapominajcie o tym.

Nie zarzucili jednak gry. W ciągu tygodnia obaj spędzali wieczory w domu, grając na gitarach i snując marzenia. W obu przypadkach brat George bardzo ich do tego zachęcał. Wspomina Dave Evans, kolejna nowa twarz na scenie Sydney z ambicjami wokalnymi: To, że po domu kręcili się tacy ludzie jak Stevie Wright, było prawdopodobnie dla nich normalką. I dodaje: Wielkie ambicje nie były im obce, bo widzieli ich spełnienie w wykonaniu George’a.

George też podtrzymywał zainteresowanie swych braci muzyką, podsyłając im regularnie do domu płyty i magazyny muzyczne – rzeczy, które zdołał zebrać po drodze podczas swych wojaży. Ponieważ The Easybeats przebywali teraz cały czas w Londynie i regularnie koncertowali w Ameryce i Europie, był w stanie dostarczać braciom to, co wtedy w Australii było całkowicie nieznane: wybór muzyki i wykonawców, o których mało kto tu słyszał. Bracia całymi dniami i tygodniami delektowali się tymi skarbami, dodając do tego wiedzę, którą czerpali z radia Sydney i telewizyjnych programów o muzyce pop. W sobotnie poranki cała rodzina gromadziła się wokół telewizora i wymieniała się opiniami na temat najnowszych przebojów z list, ćmiąc jednego papierosa za drugim przy niekończących się dolewkach herbaty. Kiedy George zjeżdżał do domu, dołączał do nich, a potem zachęcał Malcolma i Angusa, przygrywając na basie, podczas gdy tych dwóch młokosów waliło w swoje gitary. Wykrzykiwał kolejne zmiany akordów, żeby sprawdzić, jak szybko są w stanie zmienić chwyt. Ale czasami hałas był zbyt wielki i nie słyszeli go albo udawali, nie chcąc, żeby pouczał ich nawet starszy brat – gwiazda popu.

Słuchali natomiast pilnie wszelkich praktycznych rad George’a na temat tego, jakich używać strun, jak najlepiej wykorzystać przystawki, jak zmienić strój gitary i jakich używać wzmacniaczy. Albo też młodsi bracia puszczali je mimo uszu w zależności od aktualnych zapatrywań. George był szczególnie pomocny we wskazywaniu im trendów i orientowaniu się, kto jest naprawdę mocny, jeśli chodzi o nowych wymiataczy z Wielkiej Brytanii i Ameryki. Znali nazwiska obce większości fanów muzyki w Australii, takie jak: Eric Clapton, którego album „Beano” z Bluesbreakers Johna Mayalla przyciągnął ich baczną uwagę, Peter Green i Jeremy Spencer z Fleetwood Mac, kolejnej grupy, o której w Sydney nikt jeszcze nic nie wiedział, i Mike Bloomfield z Ameryki, olśniewający młody gniewny gitary, dzięki któremu Paul Butterfield Blues Band stał się zespołem cenionym na arenie międzynarodowej, a potem pomógł Bobowi Dylanowi przeobrazić się w artystę elektrycznego rocka. George często też napominał ich, żeby słuchali najlepszego, co ma do zaoferowania stara szkoła w Ameryce – takich jak ich ukochani Chuck Berry i Little Richard. Była to lekcja, którą chłopcy wzięli sobie do serca: Nie można zapomnieć o Chucku Berrym – powiedział Malcolm. Chodzi o to, że prawie wszystko, co wtedy robił, było wspaniałe.

Malcolm i Angus szybko też zaczęli dokonywać własnych odkryć. Kiedy pierwszy raz usłyszałem „My Generation” zespołu The Who, pomyślałem, że to jest to – powiedział Malcolm australijskiemu dziennikarzowi Murrayowi Engelheartowi. Beatlesi i Stonesi byli u szczytu, kiedy nagle i niespodziewanie muzyka zaczęła brzmieć ciężej. To dla mnie wszystko zmieniło. Później chyba „Jumpin’ Jack Flash” i wymienię jeszcze dwa kawałki: „Honky Tonk Women” i potem „Get Back” The Beatles. Myślę, że to czysty rock and roll na drodze swej ewolucji.

Następnym logicznym krokiem było założenie zespołu. Wkrótce bracia przeszli od spowalniania płyt palcem na gramofonie, żeby uczyć się zmian akordów w różnych utworach, do grania tych samych kawałków w oryginalnym tempie. Radząc sobie dzięki serii bezsensownych posad – mechanika naprawiającego maszyny do szycia, pomocnika instalatora – tokarza czy magazyniera – Malcolm zaczął od zespołu o zabawnie trafnej nazwie Beelzebub Blues tudzież Red House lub też Rubberband w zależności od rodzaju koncertu, jaki udało im się załatwić. Był to zespół o pięcioosobowym składzie z kumplem Malcolma Edem Golabem na wokalu oraz z tym samym instrumentarium, które później przejmie

AC/DC, ale z Malcolmem na gitarze prowadzącej.

Malcolm był doskonałym gitarzystą prowadzącym – wspomina Ian Jeffery – może w tamtym czasie nawet lepszym niż Angus. We wczesnych latach, kiedy zacząłem dla nich pracować, widywałem, jak wygrywał genialne solówki albo wstawki. Ale gitarzystą rytmicznym był jeszcze lepszym, prawdopodobnie najlepszym na świecie. Jego geniusz polegał na tym, że potrafił dostrzec i to, i fakt, że Angus był bardziej widowiskowym frontmanem jako gitarzysta.

Jednak to miało się wydarzyć w niedalekiej przyszłości. Na razie Malcolm bardzo szybko wyrobił sobie markę gitarowego zabójcy wzrostu siedzącego psa, który był w stanie rozerwać na strzępy każdy kawałek – od utworów blues­-rockowych purystów w stylu Blodwyn Pig, Savoy Brown i Claptona w wersji z Bluesbreakers aż po numery bardziej ostentacyjnie progresywnych nowych bogów blues­-rocka, jak Black Sabbath i Clapton w psychodelicznej fazie Cream, czy wręcz plującego ogniem ze sceny Jimiego Hendrixa w swojej showmańskiej fazie „Are You Experienced”. Nawet na bardzo wczesnym etapie jako nastolatek ledwo po szkole nie czynił żadnych ustępstw na rzecz aktualnego Top 40. Jeśli publiczność nigdy nie słyszała Blodwyn Pig czy Savoy Brown, to tym gorzej dla niej. Jedynym od tego odstępstwem Malcolma była heavy rockowa wersja „Come Together” Beatlesów. Do tego czasu – jak wspominał Golab – Malcolm Young był już tym jedynym gitarzystą na scenie.

Już podczas prób w starej harcówce – do której się włamali i w której nieraz spali, kiedy byli zbyt pijani, by iść do domu, i nieźle się bawili, grając kolejne covery – Malcolm nosił w sobie ambitniejsze plany. Wraz z Golabem pili piwo i gadali do samego rana na temat pisania własnej muzyki, nie takiej, jaką nagrywali The Easybeats czy inne wtórne australijskie grupy. Ale czegoś, co by miało własną indywidualność, czegoś odmiennego. Nim Malcolm skończył osiemnastkę, pisali już swoje własne kawałki, czerpiąc inspirację z nowych, komponowanych pod płytę długogrającą piosenek Steviego Wondera i z energetycznych dźwięków oryginalnych amerykańskich grup takich jak Santana, której pozostające pod wpływem muzyki latynoskiej brzmienie Malcolm postrzegał jako kolejne wcielenie klimatów R&B, uwielbianych przez niego w muzyce rockowej. Rock stał się pretensjonalny, bo grupy takie jak Led Zeppelin i Deep Purple opierały swoje wirtuozerskie techniki na prostych tematach. Stevie Wonder i Santana też to potrafili, ale do tego umieli poruszyć stopy słuchacza i zmusić go do skakania. Przez jakiś czas nawet majstrował coś przy akordach jazzowych; chciał zrozumieć, jak te utwory zostały zapisane, i grał je na klawiszach. Jak na kogoś, kto później ze stanowczego odrzucania takich nadambitnych pomysłów uczynił cnotę, młody Malcolm niezwykle starannie przyglądał się różnym gatunkom muzyki. Ludziom wydawało się, że gra tylko rock and rolla, bo tylko tyle potrafi. Ale nigdy nie odrzucał żadnej grupy czy utworu, ostatecznie nie pojąwszy, co oni właściwie robią.

Jednocześnie Malcolm chciał być traktowany poważnie i nie mógł znieść, kiedy wciąż brano go za uczniaka. Ed Golab wspominał, że nawet przed dwudziestką Malcolm wciąż […] wyglądał jakby miał dwanaście, trzynaście lat, tylko z powodu swojego wzrostu. I myślę, że ciężko mu z tym było przez całe życie, bo wszystkie jego dziewczyny były naprawdę młode i myślały, że on też jest bardzo młodym chłopcem. Zawsze miał z tym problem.

Natomiast nic nie stanowiło problemu dla najwyraźniej zaczarowanego siódmego syna w rodzinie. W odróżnieniu od Malcolma, Angus zdawał się być zupełnie niezainteresowany tym, co ludzie o nim myślą. Kiedy Malcolm zapuścił włosy, kupił sobie pierwsze dopasowane dzwony i uwielbiane przez niego tanie błyskotki, Angus został skinheadem, obnosił się z ogoloną głową, robociarskimi buciorami i nastawieniem „A chuj mnie to wszystko obchodzi”. Malcolm żartował sobie, mówiąc, że Angus wdawał się w mniejszą liczbę bójek niż on tylko dlatego, że nikt z nie chciał się z nim zaczynać. Jednak w odróżnieniu od Malcolma jedynym ulubionym napojem Angusa była herbata, a jeśli jej nie było, pił koktajle mleczne – no i oczywiście palił papierosy. Wszyscy w rodzinie Youngów kurzyli jak kominy – nie znam nikogo, kto by tego nie robił.

Do czasu gdy rzucił szkołę i sam zaczął zbierać składy swoich zespołów, Angus dzięki kontaktom George’a zdążył też odziedziczyć piękną gitarę, Gibsona SG, jakiego używali wszyscy – od Chucka Berry do Jeffa Becka. (Uwielbiał jego późniejszy przebój „Hi Ho Silver Lining”, piosenkę, której sam Beck – muzyczny snob – nie cierpiał.) W odróżnieniu od Malcolma, który lubił ćwiczyć na gitarze w samotności, Angus był szczęśliwy, kiedy mógł zaprosić do swego pokoju kumpli i pokazać im, jak gra rocka. Angus nie przejmował się też drobiazgową nauką akordów. Po prostu jechał z koksem i już.

Wspomina jeden z zaskoczonych gości, Herm Kovac: Staje na toaletce, robi wysokie wykopy nogami, przeskakuje na łóżko, miota się po całym pokoju. Na koniec Angus wyszczerzył do Herma zęby w uśmiechu i zapytał: No i co powiesz? Herm spojrzał na niego i spytał: A znasz jakieś chwyty?

Angus posiadał też poobijaną starą gitarę Hofnera, którą podłączał do sześćdziesięciowatowego wzmacniacza i podkręcał głośność na maksimum. Rzucał się, miotał i wierzgał, aż rodzice zagrozili mu, że jak nie przestanie, skrócą go o głowę. Kiedy miał jedenaście lat, potrafił odegrać solówki Hendrixa i wymłócić szarpiący riff z „I’m A Man” Yardbirdsów. Nie grymasił; dopóki mógł grać tak głośno, jak się dało i skakać do rytmu, Angus był szczęśliwy. Nie był wybredny, uwielbiał – i grał do ich utworów – australijskie zespoły, takie jak The Missing Links i The Loved Ones, tak samo jak The Animals i Chucka Berry’ego. Miał niezłą obsesję na tle klasycznego numeru Little Richarda z 1957 roku „Keep A­-Knocking”. Odgrywał krzykliwe akordy saksofonu na gitarze i powtarzał je raz za razem, aż jego matka Margaret znów musiała sięgnąć po groźbę użycia przemocy. Ten riff w różnych formach będzie kiedyś opoką największych triumfów AC/DC. (Co ciekawe, „Keep A­-Knockin” stanie się później „inspiracją” Led Zeppelin, kiedy zerżną go w „Rock And Roll”.) Jedyną cechą wspólną, którą jako muzyk dzielił ze swym bratem, było dojrzałe uznanie wartości muzyki pochodzącej z dawno minionych lat czy też kłócącej się z rozpowszechnionym później wizerunkiem nieokrzesanych i prostackich rockmanów z AC/DC, którzy w swej muzycznej edukacji nigdy nie wyszli poza rock and rolla. Kiedy jego siostra Margaret zabrała Angusa na koncert Louisa Armstronga w Sydney Stadium, nie mógł się otrząsnąć przez wiele następnych dni.

Znany jako „Bankier” za sprawą skłonności do ciułania każdego dolara, Angus nie skąpił z kieszonkowego na płyty. Jeździł autobusem do miasta, by kupować zagraniczne krążki. Stał się także częstym gościem biblioteki publicznej, gdzie uprzejma bibliotekarka pomagała mu zamawiać książki o muzyce i zagraniczne magazyny. Siedział tam wtedy godzinami pochylony nad pożółkłymi egzemplarzami magazynu „Downbeat”, chłonąc artykuły i wpatrując się w zdjęcia bohaterów gitary bluesowej, takich jak Muddy Waters i Buddy Guy. Nie był bynajmniej odludkiem. Kolejny kumpel z tamtych czasów, o rok starszy od Angusa emigrant z Ameryki Larry Van Kriedt, który również potrafił grać na gitarze z imponującą wprawą, wspomina, że widywał Angusa zawsze otoczonego bandą kumpli. To były twarde chłopaki, lecz Angus, chociaż był najmniejszy z nich wszystkich, przewodził całej grupie.

Kiedy nowego przybysza, cichego i spokojnego Van Kriedta zaatakowało kilku miejscowych łobuzów, Angus, choć o połowę od nich mniejszy, ostrzegł ich słowami: Jak go tkniecie, to spotkamy się na boisku! Angus był ­– jak domyślił się jego nowy kolega – dość asertywnym facetem. Często wpadał w kłopoty, a wokół niego tworzyło się coś na kształt gangu… Ale zawsze uważałem, że jest bardzo honorowy i lojalny.

Honor. Lojalność. Nieustępliwość. Umiejętność szybkiego kojarzenia w biegu i kierowanie się w życiu wyłącznie własnymi zasadami, a nie tymi, które ustalał ktoś inny. Być może Cranhill stało się odległym wspomnieniem w pamięci Malcolma, Angusa i George’a Youngów, kiedy zaczynali swoją drogę po wypalonych słońcem ulicach Sydney lat sześćdziesiątych, ale jego cień wciąż spowijał ich dusze na każdym kroku.



* Tak nazywają ojczyznę Aussi (Ozi), czyli Australijczycy; Oz jest więc skrótem od wymawianej przez „o” Australii, a dodana „kraina” jest bez wątpienia narzucającym się skojarzeniem. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.)

** Wog (ang.) – wulgarnie: ciemnoskóry. W australijskim angielskim nieco mniej obraźliwe miano Europejczyka z południa kontynentu lub Azjaty albo też w ogóle imigranta.


ROZDZIAŁ DRUGI

Piękny chłopiec

W pierwszych dniach istnienia AC/DC, kiedy klienci pubów Sydney próbowali być dowcipni i pytali Bona Scotta, czy jest AC czy DC*, zamiast walić ich po ryjach, jakby to z pewnością zrobił wcześniej i wciąż mógłby, gdyby upierali się przy swym kretyństwie, uśmiechał się po prostu swoim szczerbatym uśmiechem i odpowiadał: Ani jedno, ani drugie. Ja jestem ten piorun w środku.

I tak właśnie było, bo na wielu różnych poziomach trudno jest znaleźć lepsze określenie roli, jaką tak naprawdę odgrywał Bon Scott w AC/DC, kiedy w końcu pozwolono mu dołączyć do zespołu. Stojąc między wódką a zakąską niekończących się riffów braci Youngów – Malcolma i Angusa – Bon Scott nie był wyłącznie źródłem perfekcyjnie sprawnego, cwaniackiego wokalu uzupełniającego ich sprytne rytmy i niczym nieskrępowanego grzmocenia, bo to Bon pisał teksty, był twarzą zespołu i prawdziwym tupeciarzem. I oczywiście to jego tatuaże i gorąca krew stanowiły o wizerunku grupy.

Bon chwalił się później: Dzięki temu wszystkiemu człowiek nabiera kondycji, dzięki alkoholowi, złym kobietom, siódmym potom wylanym na scenie i podłemu żarciu – to wszystko jest bardzo dobre dla organizmu! Tylko że oczywiście nie było. Było być może dobre dla ego, ale nie dla ciała czy duszy, o czym ostatecznie Bon jako pierwszy z zespołu miał się przekonać. Jednak, gdyby nie było Bona, jak później stwierdził Angus: Nie sądzę, żeby AC/DC mogło powstać… Bon ukształtował charakter i smak AC/DC. Był jednym z najpodlejszych skurwysynów, jakich znałem. Kiedy go poznałem, nawet nie mówił po angielsku, tylko „kurwa”, „pizda”, „szczać”, „srać”. Wszystko stało się bardziej zwyczajne i bezpośrednie. Gość był facetem w rozumieniu starej szkoły i nie ma w tym żadnej ironii, kiedy mowa o Bonie Scotcie. Naprawdę potrafił przepić każdego, każdego sprać i wydymać więcej panien niż ktokolwiek, kto by mu wszedł w drogę. Miał też wielkie poczucie humoru, co znaczyło, że był doskonałym kompanem. Cały świat był Bonowi przyjacielem – aż nagle przestawał nim być. Wtedy widać było jego drugą naturę, posępną, depresyjną, która mówiła światu, żeby się odpierdolił i zostawił go w spokoju. Bo jak nie, to w ryj.

Będąc Scottem urodzonym w Szkocji, Bon pochodził z bardzo, bardzo długiej linii bardzo złych skurwysynów, „heid­-the­-baws”**, jak to mówią w Szkocji. W odróżnieniu od Youngów, którzy zachowywali się jak klan, ale w gruncie rzeczy przypominali sept (wymawiane jako „set”) – gromadę mniejszych rodzin o nieszlacheckim pochodzeniu, które złożyły sobie przysięgę wierności – Scottowie byli niegdyś potężnym, nizinnym klanem wywodzącym się z klanu, który z Irlandii najechał na hrabstwo Argyll wieki przed pojawieniem się chrześcijaństwa. Ich motto brzmiało „Amo”, co znaczyło „Kocham”. Bardzo poważani przez nacjonalistów, jako niewzruszeni stronnicy Roberta the Bruce’a walczyli u jego boku w Bannockburn oraz w wielu innych bitwach i potyczkach Wojny o Niepodległość. Kiedy Bruce został ekskomunikowany przez papieża***, ekskomunika siłą rzeczy objęła też klan Scottów, którego członkom za wspieranie go groziła śmierć. Scottowie byli tak unurzani we krwi, jak krwawe były waśnie, które utrzymują się między klanami od wieków.

Charles Scott – dla kumpli „Chick”– urodził się w 1918 roku w małym handlowym miasteczku Kirriemuir w hrabstwie Angus. Prowadzi tam leżąca o pięć mil na północny zachód od Forfar, pnąca się pod górę jednopasmowa droga A928. Otoczony polami Kirriemuir leży na szczycie wzgórza przy ujściu dwóch kotlin – Glen Clova i Glen Prosen – zwrócony na południe ku Glamis, zamku, w którym urodziła się Elżbieta, Królowa Matka. To miasto złożone z dwóch wyraźnie oddzielonych elementów – z jednej strony jego zamierzchła targowa przeszłość widoczna jest w wąskich ścieżkach i alejkach wijących się pomiędzy tradycyjnymi budynkami z czerwonego piaskowca; łatwo wyobrazić sobie lampy gazowe, które niegdyś oświetlały te ciasne uliczki i zaułki. Z drugiej strony jego współczesna renowacja świadczy o tym, że obecnie miasto opanował przemysł turystyczny – niegdysiejsze kocie łby zastąpiły równo ułożone płyty. Muzea i sklepy z pamiątkami są dowodem tego, jak ważne dla miasteczka – kwitnącego onegdaj za sprawą nieistniejącego już przemysłu tkackiego – są teraz wpływy z turystyki.

Najsłynniejszym synem Kirriemuir był J.M. Barrie, upamiętniony zarówno pomnikiem jego najsłynniejszej postaci literackiej, Piotrusia Pana, jak i tablicą na domu przy ulicy Brechin, w którym niegdyś mieszkał. Posąg stoi na miejskim ryneczku na skrzyżowaniu Bank Street, naprzeciw Cumberland Close – gdzie mieszkał kiedyś Chick z rodziną – przed „więzieniem”, starą wieżą zegarową, która przez stulecia służyła jako areszt, sąd magistracki, komisariat policji, a obecnie mieści się tu oddział muzeum. Kilka starszych budynków może pochwalić się posiadaniem „głazu wiedźmy” – twardego szarego kamienia osadzonego w tradycyjnym budulcu z czerwonego piaskowca, aby odstraszać czarownice. Jest to pozostałość po polowaniu na czarownice i towarzyszącej mu histerii, jaka przez krótki okres opanowała ten obszar Szkocji w XVI wieku.

Ulica Bank jest krótka, ma ledwo kilkadziesiąt metrów, na których znajdziemy bankomat i oddział Royal Bank of Scotland oraz trzygwiazdkowy hotel i bar o nazwie The Thrums. Jeden jej koniec sięga miejskiego rynku, a drugi dociera do skrzyżowania Mary Well Brae i Shoolwynd. Tam właśnie podobno rodzina Scottów miała swoją piekarnię. Nie ma jednak po niej żadnych śladów, a żaden z kilku starszych mieszkańców nie przypomina sobie, żeby tu kiedyś jakaś była. Raczej – jak podpowiadają – piekarnia była za Bank Street, na ulicy Reform. W okolicy, bardzo blisko Bank Street jest piekarnia, ale – jak wyjaśnia z dużą stanowczością inny mieszkaniec – przez lata było tu „Aw sort ae hings” (All sort of things – czyli „Szwarc, mydło i powidło”). Już pewniejszy jest fakt, że mężczyźni z rodziny Scottów pili w Bellie’s Brae Inn, założonej w 1857 roku, a stojącej na rogu Cumberland Close, przy której pod dwójką mieszkali Scottowie. Ich dom został zburzony wraz z resztą Cumberland Close na początku lat dziewięćdziesiątych i zastąpiony sklepem z upominkami i turystycznym centrum oraz bardziej nowoczesnymi domami mieszkalnymi.

Gdziekolwiek by się nie mieściła, życie zawodowe rodziny Scottów bez wątpienia koncentrowało się wokół własnej piekarni, otwartej w 1920 roku przez ojca Chicka, Alexandra. Podobnie jak w swoim czasie jego własny syn, Chick i jego kumpel o imieniu Angus zapragnęli poznać smak przygody. Dwóch nastolatków marzyło o ucieczce na morze, nim Alec nie ukrócił tych głupot. Zamiast pływać, Chick pracował w rodzinnej piekarni wraz ze starszym bratem George’em. Po pracy zawsze był gotów pić i pośpiewać – Alec uwielbiał śpiewać z synami i ich matką Jayne i zachęcał George’a, by grał na pianinie. Chick również próbował swoich sił przy pianinie czy grając na skrzypcach, ale wolał śpiewać albo bawić wszystkich swoimi żartami i opowieściami. Znany był z nieustępliwego charakteru, tatuaży twardziela na ramionach oraz twarzy, z której nie schodziła zadziorna mina. Jak powiedział australijskiemu pisarzowi, Clintonowi Walkerowi: Po prostu lubiłem wyjść i się zabawić, trochę nachuliganić. Kiedy wybuchła druga wojna światowa, dwudziestodwuletni Chick Scott, członek lokalnych Obywatelskich Sił Militarnych (CMF) po wstąpieniu do Armii Brytyjskiej, w której służył jako piekarz – najpierw we Francji, a potem w Irlandii, Afryce Północnej i we Włoszech – wreszcie zobaczył kawałek świata.

To właśnie podczas podstawowych ćwiczeń w nadmorskim miasteczku Kirkcaldy Chick na sobotnich tańcach poznał Isobelle Cunningham Mitchell, czyli „Isę”. Isa, ciemnowłosa szczupła dziewczyna o błyskotliwej inteligencji, jakby kontrastującej z jej słodką piękną buzią, dorastała jako jedna z czterech sióstr i nie przepuszczała żadnej okazji do tańca. Podobnie jak Chick, kochała muzykę i pochodziła z muzykalnej rodziny. Jej matka, tak jak i ojciec, grała na pianinie, a także na organach. Miał piękny operowy głos – powiedziała Walkerowi o ojcu.

Kiedy w 1941 roku podczas jednej z przepustek Chicka młodzi wzięli ślub, Jayne Scott była przerażona. Scottowie jako właściciele rodzinnego interesu w postaci piekarni mieli się za „szanowanych obywateli” – klasę średnią, i Jayne była urażona, że syn, jak uważała, popełnił mezalians, wchodząc do rodziny „zwykłych robotników”. Ale Chick miał dwadzieścia trzy lata, był żołnierzem i już nikt w rodzinie nie mógł mu nakazywać, co powinien robić, a czego nie. Dwa lata później Isa powiła pierwsze dziecko, chłopca o imieniu Sandy. Ale zmarł dziewięć miesięcy później i Chick nawet nie miał szansy go zobaczyć.

Kiedy w grudniu 1945 roku zdemobilizowano Chicka, Isa znów była w ciąży. Na powrót osiedlili się w Kirriemuir w skromnym szeregowym domu w Roods, kupionym przez Aleca. Kiedy Chick wrócił do pracy z ojcem i bratem w piekarni, życie małżeństwa wreszcie nabrało słodyczy. Isa lubiła chodzić do kościoła co niedziela, Chick przystał do amatorskiej trupy operetkowej, śpiewając Gilberta i Sullivana. Ostatecznie również on znalazł instrument odpowiedni dla siebie: grał na bębnie w Kirriemuir Pipe Band – orkiestrze dudziarzy. Kiedy ich syn, ochrzczony jako Ronald Belford (drugie nazwisko babki) Scott przyszedł na świat 9 lipca 1946 roku, wydawało się już, że to pełnia szczęścia. Ale choć mały Ronnie miał po matce ciemne wrażliwe oczy, posiadał też wilcze cechy ojca i to Chicka w jego włóczęgowskich zachowaniach przypominał najbardziej już jako uczący się chodzić berbeć, „pakując się w kłopoty” niemal od najmłodszych lat. Kiedy zaczął chodzić do szkoły, nigdy nie wracał prosto do domu – relacjonowała Isa Walkerowi. Wybywał gdzieś ze swymi małymi koleżkami… często musiałam go łapać. Zaczął więc bardzo młodo!

Podobnie jak jego ojciec, Ronald uwielbiał grać na bębnie i walił w puszkę po ciastkach drutami do robótek ręcznych swojej mamy albo widelcami i łyżkami w deskę do krojenia chleba. Za każdym razem, kiedy orkiestra dudziarzy taty przechodziła koło domu, czyli głównie w sobotnie wieczory, mały piegus Ronnie, jak go nazywała mama, maszerował tam i z powrotem wraz z nimi. Miał trzy lata, kiedy Isa powiła mu braciszka, Dereka, i siedem, kiedy pojawił się Graeme. Jako starszy brat maluchów mały Ronnie dowodził stadkiem, ale był raczej psotny niż niegrzeczny – mówi Isa.

Jednak jego ojciec czuł znajome swędzenie w podeszwach. Sześć lat w armii spędzonych głównie za granicą dało mu przedsmak tego, co leżało za bezpiecznymi, lecz ograniczającymi okolicami Kirriemuir. Teraz, mając żonę i trójkę małych dzieci na głowie, trzydziestoczteroletni Chick Scott zaczął buntować się przeciwko myśli, że taki ma być jego los do kresu dni. Podobnie jak Irlandia, Szkocja już od dawna przywykła, że jej córki i synowie szukali lepszego życia z dala od domu, podróżując do Anglii albo jeszcze dalej. Obecnie, w powojennym ubóstwie, ludzie ruszali do nowych, młodszych krain z kwitnącą gospodarką, o wiele bardziej oddalonych od ojczyzny. Do krajów takich jak Kanada, Stany Zjednoczone, Nowa Zelandia i Australia.

Kuszeni tymi samymi zapoczątkowanymi w 1947 roku „wspomaganymi przeprowadzkami”, które rodzinie Youngów później pozwolą otworzyć nowy rozdział ich egzystencji w Australii, Chick i Isa zaczęli poważnie rozmawiać o perspektywie rozpoczęcia innego, bardziej ekscytującego życia po drugiej stronie globu. Isa miała już siostrę, która wyemigrowała do Melbourne w 1951 roku, i z narastającą zawiścią i wzburzeniem czytała w domu listy opisujące życie opromienione zawsze świecącym tam słońcem. Australia, której przedwojenna populacja wynosiła niecałe siedem milionów, od początku programu przesiedleńczego, który wystartował pięć lat wcześniej, przyciągnęła ponad milion emigrantów. Nie wszystkich jednak przyjmowano z taką samą serdecznością. „Czarnuchy” i „kaktusy”**** byli traktowani niemal tak samo źle jak „Aboes”*****. Anglicy na zawsze mieli pozostać „skamlącymi Angolami” i nawet Irlandczykami, których w tym kraju było teraz mnóstwo; pomiatano nimi – szczególnie na tych wyznania rzymskokatolickiego spoglądano z jawną pogardą i z podejrzliwością. Jednak Szkoci – a wraz z nimi Scottowie, którzy, postąpiwszy wbrew matce Chicka, rzucili się na głęboką wodę i wyruszyli statkiem do Melbourne w 1952 roku – zostali przywitani z otwartymi ramionami. Postrzegani jako towarzysze broni, którzy przetrwali całe wieki angielskiej pogardy i ucisku, pracowici i skłonni do wypitki szkoccy protestanci byli o wiele łatwiej asymilowani przez Australijczyków z klasy pracującej niż jakakolwiek inna nacja.

Zamieszkali początkowo u siostry Isy w Sunshine, dzielnicy Melbourne o odpowiadającej prawdzie nazwie. Chick przed przeprowadzką do własnego lokum na tej samej ulicy porzucił swój fach i znalazł pracę przy wstawianiu ram okiennych. Mały Ronnie został zapisany do szkoły podstawowej w Sunshine, gdzie jego umiejętności maszerującego werblisty zyskały mu sympatię rówieśników, którzy ustawiali się za nim rządkiem, kiedy maszerowali codziennie rano do szkoły. Zaczął też grać na flecie i lubił pobrzdąkać sobie na rodzinnym pianinie. Isa starała się go zachęcać, ale podobnie jak jego ojciec, po prostu nie mógł wysiedzieć na lekcji gry. Jednak kiedy zaczął marudzić rodzicom, że chce mieć akordeon i będzie się przykładał do nauki, zdecydowali się na odważny krok: sprzedali pianino i kupili siedmiolatkowi akordeon. Jak na grzecznego chłopca przystało, do lekcji podchodził bardzo sumiennie, a potem z równą determinacją je rzucił. Tym, czego – jak twierdził – naprawdę pragnął, była gra na bębnach. Jak jego tatuś. Sprzedali więc akordeon i kupili małemu Ronniemu pierwszą prawdziwą perkusję.

Nie trzeba go było do tego zaganiać. Isa uśmiecha się. Miał wrodzony talent. Miał też wrodzony talent sportowy i kochał pływanie. Stał się stałym bywalcem pobliskich Footscray ­Baths, gdzie lubił się popisywać. Skakał z najwyższej wieży, gdy inne dzieci w jego wieku tyko patrzyły na to z rozdziawionymi w zachwycie buziami. Czekał, aż zbiegną się ratownicy zaalarmowani wrzawą, i zaczną go ostrzegać, żeby nie skakał – a następnie robił wyskok i, na poły lecąc, na poły spadając, uderzał w wodę z potężnym pluskiem. Były to pierwsze wysokie loty Ronniego odbywane na oczach pełnej podziwu publiczności. Lecz nie ostatnie.


Kiedy w 1956 roku u małego Graeme’a zdiagnozowano astmę, lekarze poradzili rodzinie Scottów, żeby przeprowadzili się w bardziej suche i gorące okolice Australii Zachodniej, co też uczynili. Osiedlili się w Fremantle, niewielkim, za to ruchliwym portowym miasteczku położonym dwanaście mil na południe od Perth. Przez ponad sto lat Fremantle tętniło życiem, będąc drugim domem dla wszelkiej proweniencji bywalców podejrzanych portowych spelunek – morskich przemytników, burdelmam i alfonsów oraz ich nieokrzesanej twardej klienteli. Jednak w połowie lat pięćdziesiątych nowo wzniesione centrum przemysłowe Kwinana, oddalone o piętnaście mil na południe, zaczęło zmieniać kulturowy obraz populacji Fremantle. Kiedy ruszył tłum chętnych do pracy w Kwinanie, świeżo przybyłe rodziny nagle przewyższyły liczebnie miejscowych wagabundów. Do tak gwałtownie przeobrażającego się społecznego kotła przybył Chick Scott, któremu zaproponowano pracę w zachodnim oddziale tej samej firmy, dla której pracował w Melbourne. W rezultacie kupił dom na północnym brzegu rzeki, gdzie dołączyli do niego Isa z chłopcami. Wtopili się idealnie – Chick wstąpił do miejscowego Stowarzyszenia Kaledońskiego, a Isa stała się aktywną członkinią swego własnego „Szkockiego klubu”. Po niedługim czasie Chick zapisał się również do szkockiej orkiestry dudziarzy. Zabrał ze sobą małego Ronniego jako dobosza wspomagającego. Gdy zespół koncertował, cała rodzina zakładała kilty i wspólnie brała udział w występie.

To w szkole podstawowej North Fremantle Ronnie, wówczas dziesięciolatek, zdobył swoje przezwisko: Bonnie******. Żartując sobie z jego mieszanego szkocko-australijskiego akcentu, dzieci uchwyciły tak precyzyjnie, jak to tylko one potrafią, zbieżność fonetyczną i znaczeniową jego nazwiska i mały Ronnie Scott stał się nagle Bonnie’em Scotlandem. Nienawidził tego przezwiska i na boisku bił się z każdym, kto próbował go tak na niego wołać, ale i tak do niego przylgnęło. Udawałem, że tego nie słyszę – mówił później, tylko wzruszając ramionami. Nikt mnie nie będzie do niczego zmuszał.

Ale kiedy był nastolatkiem, nawet jego przyjaciele mówili na niego Bonnie albo w skrócie – Bon.

Również mniej więcej w tym czasie dał swój pierwszy występ muzyczny: zagrał na flecie prostym na szkolnym koncercie w North Fremantle Town Hall. Pławiąc się w doznaniach, jakie temu towarzyszyły, zaczął coraz poważniej podchodzić do ćwiczeń z werblem i maszerowania, co ostatecznie przyniosło mu mistrzostwo w kategorii poniżej siedemnastu lat zdobyte pięć lat z rzędu. Dobroduszny, niefrasobliwy piegowaty chłopak z szerokim uśmiechem był powszechnie lubiany i, jak mu mówiono, zawdzięczał to swoim rodzicom. Kiedy jednak rozpoczął naukę w szkole średniej w John Curtin High, jego wizerunek uległ zmianie. Już nie chłopiec, lecz dorastający mężczyzna lubiący szaloną zabawę i kawały, Bon, podobnie jak każdy nastolatek na świecie w tamtych czasach, odkrył rock and rolla i nagle nie było odwrotu.

Prócz fascynacji zwyczajowym gronem wykonawców – od Chucka Berry’ego i Little Richarda do Elvisa i w końcu The Beatles – młody Bon Scott był równie zaintrygowany miejscowymi australijskimi rockmanami, takimi jak Johnny O’Keefe, którego współkompozycję „Wild One” śpiewał pod prysznicem (utwór ten będzie potem wykonywany w wielu wersjach choćby przez Jerry’ego Lee Lewisa, Iggy Popa i Lou Reeda, żeby wymienić tylko kilku). Bon opowiadał później, jak Ilsa krzyczała, każąc mu przestać: Ron, jak nie potrafisz zaśpiewać normalnej piosenki, to się zamknij! Nie śpiewaj tych rockandrollowych śmieci. No i teraz były jeszcze dziewczyny, których zainteresowanie, co stwierdził ku swej nieprzemijającej radości, szło w zgodnej parze z jego miłością do rock and rolla. Wspomina jego brat, Graeme: Uwielbiał być w centrum uwagi dziewcząt. Pojawił się kiedyś w gazecie w szkockim stroju w towarzystwie dwóch tancerek tańców z Highlandu******, mniej więcej w tym samym wieku co on – dwanaście, trzynaście lat – a na jego twarzy widać było szeroki uśmiech.

Wraz z nowo odkrytą obsesją – muzyką rockową i dziewczętami – nastąpiło też zawarcie znajomości z papierosami i alkoholem, a wraz z wiekiem – także z bluesem (amfetamina) i ziołem (marihuana). W związku z nowymi zainteresowaniami Bon wdał się w konszachty z miejscową „mafią” – ulicznymi gangami chłopaków, którzy lubili się bić, a prócz tego lubili… pobić się jeszcze trochę. Włócząc się ze starszymi chłopakami po nabrzeżach, Bon zdobył pierwsze męskie szlify – palił, bił się i obściskiwał z dziewczynami tak często, jak mógł. Kiedy miał lat piętnaście, zebrał już własny gang, z najlepszymi kumplami Terrym i Moe w składzie. Bon był przywódcą, bo Bon potrafił ich wszystkich pokonać na pięści. Potrafił powalić każdego, kto stanął mu na drodze. Posiadanie własnej bandy przydawało szefowi głębokiego szacunku i było lepsze niż walenie w bęben. A z całą pewnością wygrywało z nauką. W 1961 roku, czyli od razu kiedy tylko zgodnie z prawem mógł, Bon rzucił szkołę i znalazł sobie pracę traktorzysty na farmie. Rzucił ją, kiedy Terry załatwił mu robotę na jednej z miejscowych łodzi do połowu krabów. Ale jeśli Bon wyobrażał sobie, że będzie to pełna brawurowych wyczynów przygoda na spienionych wodach, to fantazje te wkrótce zweryfikowała rzeczywistość. Rybak morski pracował bardzo ciężko, wstawał i wypływał łodzią przed świtem, i nie wracał, dopóki nie poczuł, że odpadają mu ramiona, a nogi ledwo utrzymują go w pionie. Jedynym, co wyniósł z krótkiej kariery pracującego w pocie czoła rybaka, był kolczyk w uchu – w tamtych czasach akcesorium niemal niespotykane u młodego chłopaka, który nie był marynarzem. Ale on znalazł sobie już mniej wyczerpującą pracę i został uczniem mechanika od wag. Młodemu Bonowi było wszystko jedno, co robił, byle koniec tygodnia zwieńczyć kilkoma dolarami w kieszeni i żeby praca ta nie kolidowała z jego prawdziwą misją: byciem rockersem.

Jedną z dziewczyn Bona z tamtych czasów była ­Maureen Henderson, siostra jego kumpla Terry’ego. W weekendy z Bonem przebierali się i ruszali w rockandrollowe tany. Albo też jechali do kina dla zmotoryzowanych, by oglądać filmy, jakie oglądali rockersi, czyli The Girl Can’t Help It i ­Jailhouse Rock. Bon pojawiał się w pełnym rynsztunku złego chłopaka. Wtedy można było być albo rockersem, albo bodgie******. Bon, z długimi wybrylantynowanymi, zaczesanymi do tyłu włosami, w czarnej skórzanej kurtce i obcisłych dżinsach, był stuprocentowym rockersem. Bodgies rzekomo lubili tę samą muzykę, ale o ile Bon i jego kumple byli na wysokoenergetycznej diecie Elvisa i Little Richarda, o tyle bodgies woleli Buddy Holly’ego i Everly Brothers – muzykę dla dziewczyn. I ubierali się jak dziewczyny w szykowne kardigany i spodnie i starannie przycinali włosy. Bon wolałby umrzeć, niż żeby ktoś go wziął za takiego gościa. Jak tylko zdobył prawo jazdy zaczęły go też interesować samochody. Najlepiej wielkie, szybkie, szpanerskie amerykańskie wozy, wszystko co wyglądało – i wydawało dźwięki – jak one. We Fremantle nazywali je „czołgami”. Biada komuś, kto próbował prześcignąć Bona w jego wozie w przenośni, i to dosłownie biada. Już nie był chłopakiem, który lał się z innymi chłopakami. Stał się prawdziwym zawadiaką i dowodził tego tak długo, jak przeciwnik nie leżał pokrwawiony na ziemi – im większy tym lepszy. Może i Bon nie był zbyt wysoki, ale nigdy nie wycofał się z walki. Bon nie wierzył w nadstawianie drugiego policzka. Wręcz przeciwnie. Był w tym podobny do ojca i reszty klanu Scottów.

Zaczął zdobywać okoliczną sławę chłopaka, z którym się nie zadziera – wizerunek, który celowo wzmacniał, robiąc sobie pierwszy spośród wielu jego kolejnych tatuaży. Zawsze była w nim też ta wesoła nuta stojąca w opozycji do ciemnych sprawek; błysk w jego wesołych ciemnych oczach zachęcał do żartów – również z niego. Kiedy wraz z Terrym pojechali do wschodniego Perth, by zrobić sobie pierwszy tatuaż, Terry wyszedł z napisem Death Before Dishonour****** na ramieniu. Bon miał w planach taki sam, ale musiał pójść o krok dalej, więc kazał go sobie zrobić u dołu brzucha, tuż nad włosami łonowymi. Łzy ciekły mu po twarzy, kiedy igła zagłębiała się w ciało, ale nie zrezygnował. Nie mógł się przyznać, że tym razem grubo przesadził. Jeszcze kilka tygodni później nie był w stanie dobrze podciągnąć spodni, bo ból był tak wielki.

Nie będąc jeszcze alkoholikiem, bo to przytrafi mu się dopiero po dwudziestce, Bon zarzucał amfę, palił wszystko, co był w stanie sobie skręcić w palcach, i nie przestawał szukać guza. W sobotni wieczór wraz z Terrym i Maureen oraz resztą paczki siedzieli w Cafe de Wheels, przed którym stała imponująca flota chevroletów, dodge’ów, a nawet mustangów. I tak jak to widzieli w Buntowniku bez powodu z Jamesem Deanem, szli w zawody, kto pierwszy stchórzy na prostej, albo ścigali się ze sobą w Port Beach. Terry miał forda single spinnera, który dymił z kół kręcących się w miejscu na starcie. Bon zwykle podprowadzał samochód, który mu się spodobał. Raz, gdy byli na plaży, Bon wbił się w furgon, praktycznie go przepołowił. Oczywiście pojawiła się policja. Wkrótce zaczęli trafiać do Bona czy Terry’ego zawsze, kiedy tylko coś w mieście zostało skradzione albo zniszczone. Często kradli paliwo z baków – wspomina Maureen. Ja musiałam stać na czatach, a oni spuszczali paliwo. Kiedy młodzieńcy po prostu śmiali się gliniarzom prosto w twarz, robiło się nieprzyjemnie. Pewnej nocy gliniarze zlali Terry’ego do nieprzytomności. Bon odegrał się i prawie pobił policjanta na śmierć. Niczego mu nie udowodniono i życie toczyło się dalej, przynosząc coraz poważniejsze tarapaty. Głęboko zaniepokojony poczynaniami swego syna Chick stale się z nim kłócił. W końcu pewnego dnia Bon po prostu wybył z domu i zaczął nocować na kanapie u rodziców Terry’ego.


Istnieje cienka linia między naginaniem granic do niemożliwości a przekraczaniem ich. Bon Scott ostatecznie poznał tę różnicę po raz pierwszy w wieku lat szesnastu. Pewnego sobotniego wieczora podczas tańców w Port Beach, gdzie zwykle wchodził na scenę z miejscowym zespołem i śpiewał ze dwa kawałki, Bon „poszedł na spacer” na plażę z piękną, dopiero co poznaną nastolatką. Jednak kiedy wrócił, niektórzy z chłopaków, widząc, co się stało, stwierdzili, że oni też chcą zaliczyć „swoją kolej”. Bon być może był łobuzem i krętaczem, ale wciąż uważał się za dżentelmena, szczególnie kiedy chodziło o płeć piękną. Po błyskawicznym namyśle zdecydował, że należy tu udzielić lekcji dobrych obyczajów. Wpadł między bandę jak jednoosobowa armia, roztrącając wszystkich wokół. Łamano stoły, tłuczono szkło. Wezwano policję, więc pokrwawiony Bon uciekł do samochodu Terry’ego. Ale gliniarze oczywiście doskonale wiedzieli, kto to zrobił, i dopadli go jeszcze tej samej nocy, kiedy próbował uciec z dwunastoma galonami skradzionej benzyny. Zatrzymany i do poniedziałku zamknięty w areszcie, Bon przed sądem dla nieletnich w Fremantle przyznał się do winy – podania fałszywego nazwiska i adresu, ucieczki z domu, kontaktów seksualnych z nieletnią i wreszcie do ucieczki z dwunastoma galonami skradzionej benzyny. Chick i Isa, obydwoje uczestniczący w przesłuchaniu, byli nie bez powodu przerażeni, a Bon został „oddany pod opiekę” Wydziałowi do Spraw Dziecka do ukończenia osiemnastego roku życia z dodatkowym „zaleceniem”, że powinien być zamknięty w ośrodku o zaostrzonym rygorze. Dostał też zawieszenie na dwa lata, gdyby w tym czasie pojawiły się dodatkowe zarzuty o współżycie z nieletnią. (Na jego szczęście nigdy się nie pojawiły.)

Był to straszliwy cios dla Bona i jego rodziny. Od jakiegoś już czasu zanosiło się na coś takiego, ale nie zmniejszyło to wstrząsu, jaki sprawa wywołała w każdym z nich. Jednak z wolna rozkwitająca kariera Bona jako prawdziwego kryminalisty została powstrzymana. Gdyby zdarzyło się to pięć lat później, mogłoby zostać odebrane jako ledwo przystanek na równi pochyłej. Dla szesnastolatka, który zaczynał mieć nadzieję na karierę wokalisty, stało się wydarzeniem, o którym Bon Scott starał się zapomnieć przez całe swoje dorosłe życie. Sobotnie zabawy taneczne w Port Beach, prowadzone przez miejscową śpiewającą gwiazdę, Johnny’ego Younga, uczyniły Bona niemal sławnym z powodu czegoś, co nie miało żadnego związku z rolą przywódcy gangu. Johnny Young odśpiewywał piosenkę lub dwie, ale na więcej nie pozwalał mu tłum, który pod wodzą Maureen zaczynał skandować: Chcemy Bonniego! Chcemy Bonniego! – na co zupełnie niespeszony Bon wchodził na scenę, zabierał Youngowi mikrofon i wykonywał „Long Tall Sally” i „Blue Suede Shoes”. Maureen wspomina: Wszystkie dziewczyny szalały na jego widok… Johnny Young był bardzo zły.

Teraz już skończyły się wieczory, kiedy Bon mógł doprowadzać dziewczyny do szału. Choć nie chciał się później wdawać w szczegóły, w końcu fragmenty faktów i relacje na ten temat ujrzały światło dzienne. Główny wątek – jak pech to pech – zasadzał się na tym, że Alec i Jayne, dziadkowie Bona z Kirriemuir, wybrali ten właśnie moment, by po raz pierwszy odwiedzić Chicka, Isę i swoich wnuków w Australii. Pomimo swego krnąbrnego zachowania Bon wciąż uważał się za całkiem dobrego faceta. Ścigał się, kradł samochody i brał udział w bójkach, ale też jednocześnie zdobył nagrodę Avery dla Najlepszego Praktykanta Pierwszego Roku. Bardzo czekał na pierwsze spotkanie z dziadkami od czasu, kiedy jego rodzina wyprowadziła się do Australii. Ale jak teraz mógł spojrzeć im w oczy? Rozmawiając po latach z Clintonem Walkerem, Silver Smith, późniejsza dziewczyna Bona, wyjaśniała, że Bon miał do wyboru albo zostać w areszcie domowym pod opieką rodziców i wszystko miało pójść w zapomnienie, albo przejść przez całą prawną procedurę. Ponieważ nie był w stanie spojrzeć dziadkom w oczy, w takich okolicznościach dokonał wyboru i postanowił poddać się wyrokowi sądu. Zanim Bona wypuszczono, dziadkowie już pojechali do domu i – niestety – następnie umarli. Zawsze więc starał się jakoś odpokutować za swoje przewinienia.

Riverbank nie było zwyczajnym domem poprawczym. Było to więzienie zbudowane specjalnie dla najgorszych młodych skazańców. Nie było tu otwartych sypialni, tylko zamykane na klucz cele. Warunki miały być tu ciężkie i faktycznie były. Starsi chłopcy żerowali na młodszych i często zdarzały się napaści seksualne. Bon spędził tu ostatecznie dziewięć miesięcy. W więzieniu bycie twardzielem nieoczekiwanie straciło wiele ze swego uroku. Pobudka o szóstej i stanie w kolejce do lodowatych pryszniców. O zmroku z powrotem w łóżkach; leżąc na pryczy można było tylko palić, będąc rzuconym na pastwę własnych myśli. Pozostała część dnia upływała na wykonywaniu niekończącego się ciągu głupawych prac w warsztatach, w kuchni albo w pralni – godziny na czworakach przy szorowaniu brudnych podłóg, których nie dało się doczyścić, kiedy drętwiały zmoknięte palce, a głowa leciała w dół ze zmęczenia. Później na wieczór po zwykle paskudnym posiłku byli upychani w ogólnej sali, gdzie większość chłopaków grała w karty albo po prostu snuła się i słuchała radia. Klawisze zmuszali osadzonych do lektury albo grania na instrumentach, ale chętnych było jak na lekarstwo. Czasami rozlegały się mało entuzjastyczne śpiewy. Bon przyłączał się do nich, lecz nie za często. Był zbyt zajęty uważaniem na siebie. Rządziła wszechobecna nuda i bójki wybuchały co dzień, często wielokrotnie. Kara – umieszczenie „w pudełku”, czyli w izolatce, była najgorszą karą, jaka mogła spotkać takiego towarzyskiego gościa jak Bon. Jedyne wytchnienie przychodziło w niedziele, kiedy po lunchu chłopcy mogli przyjmować odwiedzających. Od czasu do czasu zachęcano ich do odgrywania koncertów dla wizytujących rodzin. Bon zawsze brał w nich udział z powodu biegłości w grze na bębnach. To wtedy właściwie naprawdę zrozumiał, że chce grać w zespole. Takim jak Beatlesi, których usłyszał po raz pierwszy w radiu w Riverbank. Wkrótce zaczął opowiadać rodzicom, że kiedy tylko stąd wyjdzie, wszystkim pokaże, przyłączy się do prawdziwego zespołu i stanie się sławny. A oni mieli tylko nadzieję, że znów nie wyląduje w podobnym miejscu. Wystarczyło spojrzeć na twarze niektórych chłopaków, z którymi trzymał Bon, żeby nie mieć wątpliwości, że znalazł się na początku drogi, na której więzienie bardzo szybko może stać się jego drugim domem.

Zwolniony z Riverbank tuż przed Bożym Narodzeniem 1963 roku, Bon wprowadził się do domu i – zachęcony przez swojego opiekuna zajmującego się osobami na zwolnieniu warunkowym – chciał wstąpić do Obywatelskich Sił Militarnych (CMF). Ale na spotkaniu kwalifikacyjnym, na którym zjawił się wraz ze swoim kuratorem, dowiedział się, że nie ma w sobie krzty cech kwalifikujących go do zostania żołnierzem, nawet członkiem rezerwy. Że nie ma odpowiedniego charakteru. Najwyraźniej zostało mu to w papierach na zawsze. Bo kiedy w ciągu następnych dwóch lat udział Australii w wojnie wietnamskiej zintensyfikował się i Bon musiał zarejestrować się w komisji poborowej, nawet nie dostał wezwania. Później chwalił się, że został skreślony z ewidencji, bo powiedzieli, że jest nieprzystosowany społecznie.

Było to odrzucenie, które Bon w skrytości ducha przyjął z ulgą, bo oznaczało, że mógł się skupić na spełnieniu swojego nowego nastoletniego marzenia – bycia perkusistą w zespole rockandrollowym. Pracując w magazynach Western Australian Egg Board, co wieczór ćwiczył grę na perkusji na zestawie, który umieścił w wykuszu rodzinnego domu. Wokalistów i gitarzystów z aspiracjami było na pęczki, ale przyzwoitych perkusistów – jak na lekarstwo i Bon wkrótce znalazł się w czynnym zawodowo zespole: The Spektors, który swą nazwę przybrał na cześć Phila Spectora. Zespół składał się z dwóch chłopaków, którzy pracowali w pobliskiej rafinerii w Kwinana, Wyna Milsona, który grał na gitarze, i Johna Collinsa, który śpiewał, oraz Bona na perkusji i kolejnego kumpla, Briana Gannona, który zgodził się brzdąkać na basie. The Spektors był zespołem grającym covery na tych samych tańcach, na które Bon chodził jako widz, w miejscach takich jak The Big Beat Centre w centrum Perth. Niezadowolony, że tak długo musi siedzieć przykuty z tyłu, Bon stwierdził, że to byłby dopiero numer, gdyby perkusista co wieczór występował naprzód i śpiewał kilka piosenek. Pozostali członkowie mieli zgoła odmienne zdanie na ten temat, ale nikt nie zamierzał się kłócić z małym twardzielem świeżo zwolnionym z pudła. I tak chrapliwa wersja „You Really Got Me” Kinksów w wykonaniu Bona stała się mocnym punktem programu. Z całą pewnością Bon tak właśnie uważał.

Był rok 1965 i cała Australia dostała się w niewolę Beatlesów, Rolling Stonesów i ich rozmaitych młodych naśladowców, podobnie jak reszta świata dostającego się pod coraz silniejszy wpływ światowej muzyki pop. The Spektors korzystali na tym, ile mogli, młócąc jednakowo brzmiące wersje „It’s All Over Now” Stonesów, „Glorii” grupy Them, a w pewnym momencie nawet „Yesterday” Beatlesów. Bonowi w końcu udało się skruszyć ojcowskie serce prośbami, żeby Chick pożyczał mu swojego nowiutkiego falcona kombi, w którym mógłby wozić perkusję na koncerty. Solennie przyrzekał, że będzie traktował wóz w zupełnie odmienny sposób niż te, którymi ścigali się po plaży. Dotrzymał obietnicy, ale tym razem to nie prędkość, ale zmęczenie zgotowało mu zgubę. Zasypiając za kółkiem w drodze powrotnej do domu po sobotnim koncercie, wbił samochód w lampę na Stirling Highway i wylądował w szpitalu z ranami na twarzy i rękach.

Podczas kolejnego koncertu The Spektors w Medina ­Youth Club Bon doznał całkiem innego wypadku. Poznawszy oszałamiająco piękną, siedemnastoletnią blondynkę Marię Van Vlijman, po raz pierwszy w życiu zakochał się. Bon był przyzwyczajony do dziewczyn klejących się do niego na koncertach. Gonił za nimi albo one za nim od czasów szkolnych. Jednak w jego życiu nigdy nie było takiej jak Maria. Po pierwsze, była porządną dziewczyną, wychowaną w katolickiej rodzinie, gdzie wciąż obowiązywały surowe zasady zalotów, taką, co to – jak mówiły młode łobuzy pokroju Bona – „całuje, ale się sypie”. Nagle bycie szelmowskim łajdakiem albo perkusistą czy też nawet figlarną kombinacją obu tych postaci nie wystarczało. Bon musiał przypomnieć sobie całą kindersztubę, jaką wpoiła mu Isa, musiał stać się dżentelmenem. Dziewczyna taka jak Maria wymagała starań i Bon dawał z siebie wszystko.

Maria opowiadała później, że Bon prosił ją o rękę – chciał poślubić dziewicę – oraz że skłonna była mu się ofiarować, ponieważ doskonale wiedziała, że gdyby nie ulżył sobie z nią, to znalazłby kogoś innego, jakąś zdzirę z koncertu. Przy niej jednak zawsze zachowywał się wzorowo, nie klął i nie pił. Pochodząca z kraju pełnego sekciarskich podziałów, protestantka Isa poczuła, że znów znalazła się na przegranej pozycji, ustawiona tam przez syna mającego najwyraźniej dar ignorowania zasad, którymi kierowali się inni. Maria nie tylko była „papistką”, ale też zdaniem Isy mocno zadzierała nosa. Rodzice Marii mieli podobny problem, tylko od drugiej strony, bo oto ich wychuchana córka chodziła z tym obdartym łobuzem z dzielnicy „tamtych”. Nie mogła wybrać lepiej? Ale rodzicielska dezaprobata nie była dla Bona niczym nowym, a poza tym nie potrafił zrezygnować z Marii. Kiedy Maria pokazała, że ona też ma w sobie siłę, by zignorować zaporę uprzedzeń ze strony własnych rodziców i podjąć pracę w dokach Fermantle oraz przeprowadzić się wraz ze swoim bratem Joe do osobnego mieszkania, by być bliżej miejsca zamieszkania rodziców Bona, Bon zaczął spędzać z nią cały swój wolny czas. Ponieważ wciąż nie była skłonna do „pójścia na całość” przed ślubem, Bon po prostu zintensyfikował wysiłki, by ją zdobyć. Zaczął się elegancko ubierać i zabierał ją na lunche w mieście. Nawet zaczął chodzić z nią do kościoła – rzymskokatolickiego! – w niedziele. Wszystko, by dowieść swojej miłości i w końcu dobrać się do jej majtek…


Poważnym rywalem Spektors na miejscowej scenie w Perth była grupa Winztons z liderem­-wokalistą Vincem Lovegrovem. Vince śpiewał i grał na gitarze w różnych popowych formacjach, odkąd skończył czternaście lat. Zaczynał w instrumentalnej grupie o nazwie Dynells wykonującej muzykę dla surferów w stylu The Shadows. Później liderował w Dimensions, a ostatnio w Winztons. W ciągu kilku lat ścieżki jego i Bona kilkakrotnie krzyżowały się. Tak go później wspominał: Bon był ślicznym małym perkusistą z ślicznymi małymi oczkami, uszkami jak u myszki, ślicznym zadartym noskiem, ze ślicznym szkockim akcentem i z bardzo rzucającymi się w oczy czterema ślicznymi tatuażami. Człowiek wiedział, że jak z nim przestaje, to będzie się świetnie bawił.

Kiedy największa znakomitość pochodząca z Perth, Johnny Young, w końcu doczekał się singla na miejscu pierwszym krajowych list – ­napisanego dla niego przez Steve’a Wrighta i George’a Younga „Step Back” z 1966 roku – zrobił to, co w tamtych czasach robił w Australii każdy artysta z aspiracjami, czyli przeprowadził się do Melbourne, centrum australijskiej sceny muzycznej. Ponieważ Johnny zniknął, w konkursie o lokalną palmę pierwszeństwa pozostali jedynie Spek­tors i Winztons. Vince Lovegrove miał jednak lepszy pomysł. Dlaczego by nie połączyć obu grup w potężną supergrupę, która zgarnęłaby wszystkie miejscowe zlecenia? Grupa Bona zaczęła się lekko wahać – Bon i Wyn chcieli w to wchodzić, ale do pozostałych jakoś nie przemawiała idea pracy w każdy weekend, bo poznajdowali sobie dziewczyny, z którymi się chcieli żenić i zakładać rodziny – jednak ostatecznie obyło się bez większych zastrzeżeń ze strony The Spektors. Kiedy miejscowy DJ, Alan Robinson z radia 6KA z Perth, zaproponował nazwę dla nowej grupy – The Valentines, zdawało się, że nie ma już odwrotu.

Grupa specjalizująca się w pop­-soulowych coverach wy­konawców takich jak Wilson Pickett i Sam and ­Dave miała jedną nietypową cechę – dwóch wokalistów: ­Vin­ce’a Lovegrove’a i Bona Scotta. Przy czym Vince występował w roli przystojniaka, który śpiewał zupełnie na poważnie, a Bon, który był mniej konwencjonalnie przystojny, odgrywał rolę wspomagającego go kumpla­-aroganta. Według Vince’a, żaden z nich nie był jeszcze na tyle dojrzały, by sam wziąć na siebie to brzemię. Pracowaliśmy jeden za drugiego. Mieliśmy dość wariacki wizerunek sceniczny jak na tamte czasy. Wskakiwaliśmy na wzmacniacze, odpalaliśmy petardy… Od razu wiedzieliśmy, na co nas stać, a na co nie. Scena Perth była głównie sceną kabaretową, gdzie kasowali korkowe, bo każdy przynosił własną butelkę, gdyż lokal nie miał koncesji na sprzedaż alkoholu. Kluby były jednak otwarte do trzeciej nad ranem, a stawki wystarczająco przyzwoite. Bardziej dochodowe, ale też niebezpieczniejsze, były występy w klubach przyciągających forsiastych robotników, którzy przyjeżdżali do miasta z górniczych miasteczek z północnej części Australii – z miejsc takich jak Mount Tom Price, gdzie górnicy harowali po pół roku, a potem mieli trzy miesiące wolnego; jechali więc do Perth, by wydać całą swoją dolę w licencjonowanych klubach muzycznych, takich jak Top Hat, North Side i Trend Setter. Oni chcieli słuchać wyłącznie kawałków z Top 40, a The Valentines dawali im to ochoczo za ich pieniądze. The Valentines nosili koszule z koronkowymi rękawami i gajery z błękitnej skóry rekina i uśmiechali się od ucha do ucha, kiedy wykonywali „Build Me Up Buttercup”, Bon zaś ściskał się za pierś przy słowie „serce”, podczas gdy Vince kołysał się i nucił. Bon udowodnił, że ma dobry głos, gdy zaśpiewał „Glorię” ze Spektors. Ale to Vince zachęcał go, by na poważnie pomyślał o śpiewaniu. Jedynymi miejscami, w których próbowali swój nowy materiał, zwykle pisany przez Vince’a i Bona, były kluby dla surferów umiejscowione wzdłuż zachodniego wybrzeża, w których regularnie organizowano „potupaje”. Grali zwykle w takim właśnie przybytku na plaży, który nazywał się Swanbourne. Ale nie płacili tam tak dobrze jak w lokalach w centrum miasta, więc gdy wkrótce sława ich zespołu – proporcjonalnie do ambicji – zaczęła gwałtownie wzrastać, zarzucili granie tam oraz we wszystkich małych klubach.

Jak napisał Vince w artykule z 2008 roku: Kiedy śpiewał, Bon przenosił się do królestwa charyzmy. Jego oczy lśniły, brwi unosiły się nieznacznie, wydymał usta w szelmowskim uśmiechu, a jego buńczuczność skupiała na nim uwagę wszystkich. Bon miał chropowaty, niespotykany głos, który doskonale równoważył mój raczej cienki popowy głosik. Razem byli w stanie zawojować świat. Byliśmy bardzo biedni, niemal na granicy śmierci głodowej, podróżowaliśmy autostradami, zauroczeni rock and rollem, by przeżyć, kradliśmy ludziom pieniądze zostawiane dla mleczarza na progach domów, karmiliśmy się gotowanymi ziemniakami, marzenia o sukcesie były naszą mantrą. Bon rzucił pracę dla Egg Board, został listonoszem i co rano na rowerze dostarczał pocztę. Często stawiał się w pracy w stroju wprost ze sceny z poprzedniego dnia, wciąż pobudzony i trzęsący się. Vince pracował w Pellew Menswear we Fremantle, a Bon wpadał do niego podczas swoich objazdów. Szli razem za róg sklepu i wciągali spida ­albo walili setę, albo jedno i drugie. Snuliśmy marzenia o tym, czego jeszcze dokonamy – mówi Vince.

Kiedy w październiku P.J. Proby przyjechał do Perth na koncert, przed nim mógł zagrać tylko jeden zespół – The Valentines. Do nowego roku zaproponowano im kontrakt płytowy w wytwórni Clarion Records, tej samej, która wyniosła Johnny’ego Younga na szczyt. Prowadzona przez miejscowego przedsiębiorcę z Perth, Martina Clarke’a, Clarion rozpoczęła działalność ledwo rok wcześniej i należała do pierwszej fali powstających jak grzyby po deszczu niezależnych wytwórni płytowych promujących rodzimych wykonawców. Co do pieniędzy, to było dość skromnie. Pierwsza sesja nagraniowa The Valentines odbyła się w niewielkim studiu w piwnicy budynku na tyłach Hay Street w centrum Perth. Nagrywali nocą, kiedy stawki studia były praktycznie zerowe, i następnego dnia rano oślepieni światłem słońca, mrugając, wyszli z dwoma nagraniami, które mogły wejść na ich pierwszego singla: surową wersją covera country­-soulowego utworu Arthura Alexandra pod tytułem „Every Day I Have To Cry” (chwytliwy kawałek, który później stanie się hitem w wykonaniu Ike’a i Tiny Turner, The McCoys, Dusty Springfield i innych) oraz nagraną za jednym podejściem wersją nieznanego utworu Small Faces „I Can’t Dance With You”. Wydany w maju 1967 roku singiel, mając duże wsparcie ze strony programu Alana Robinsona z Radio 6KA, dotarł do piątego miejsca australijskich list przebojów na zachodzie kraju. Nie był to ogólnokrajowy hit, ale dowód – prawdziwy, namacalny, taki, co to go można wziąć w ręce i powiedzieć: „To dowód” – na to, że marzenia Bona zaczynały się spełniać. Że był na właściwym miejscu: wreszcie prawdziwy wokalista w prawdziwej grupie. Może i stał nieco z tyłu, ale jednak, mimo wszystko, miał płytę, którą mógł się pochwalić, i na dodatek cholernie dobrą.

W momencie kiedy Vallies, jak nazywała ich stale rosnąca rzesza fanów, grali przed największym zespołem Australii, The Easybeats, podczas dwóch koncertów w His Majesty’s Theatre w czerwcu 1967 roku, zbliżyli się do swego „oryginału” bardziej niż kiedykolwiek. Będący już supergwiazdą w Oz, Easys właśnie wrócili z Wielkiej Brytanii, gdzie ich utwór „Friday On My Mind” zapewnił im wielki międzynarodowy sukces. Podobnie jak każdy młody australijski zespół pop pretendujący do sukcesu, The Vallies czerpali wzorce wprost od Easys. Szczególnie Bon, który był bardziej niż podobny do ich wokalisty i małpował wiele sprytnych scenicznych ruchów „Małego” Stevie Wrighta. Vallies nie mogli uwierzyć swemu szczęściu, kiedy gwiazdy zaprosiły swoich nieopierzonych kolegów do hotelu na imprezę po koncercie. The Easybeats byli prawdziwymi gwiazdami otoczonymi krzyczącymi nastolatkami, gdziekolwiek by się nie znaleźli, na scenie czy poza nią, w dzień czy w nocy. Vince i Bon mieli odlot, już tylko włócząc się za nimi. Kiedy na koniec George Young i Stevie Wright zaczęli naciskać, żeby oba zespoły wymieniły się koszulkami jak po wspaniałym meczu piłki nożnej, Bon był ugotowany. A kiedy George i Harry Vanda zaproponowali im w żartach, że napiszą dla nich piosenkę, dosłownie improwizując ją na poczekaniu, Bon popatrzył na Vince’a i po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co powiedzieć.

Sama piosenka „She Said” była błahą rymowanką, jak wszystko pod czym podpisywali się George i Harry, pełną okropnych dźwięków fletu, wywołujących skrzywienie na twarzy Bona. Ale stała się kolejnym przebojem, ich drugim kawałkiem, który wszedł na Top 10 list Australii Zachodniej, dzięki ponownemu wsparciu Robinsona z 6KA. Kiedy tego samego lata The Valentines wygrali konkurs Western Australian Hoadley’s Battle of the Bands i zakwalifikowali się do finałów w Melbourne, Vince i Bon przekonali siebie samych, że grupa jest gotowa, by pojawić się na arenie ogólnokrajowej. Że jest w stanie pójść w ślady współczesnych rodzimych sław, takich jak Johnny Young, Ray Brown and The Whispers, Billy Thorpe & The Aztecs i – bynajmniej nie ostatnich w tym rządku – ich nowych, ukochanych najlepszych kumpli, The Easybeats. „She Said” niosła z sobą tę obietnicę w swych cienkich, wtórnych akordach i wiotkim refrenie, a wygrana w konkursie i życiowa szansa wyruszenia przez cały kraj do Melbourne, muzycznej mekki Australii, wzmocniła jeszcze morale zespołu. Co ważniejsze, okazała się też pierwszym z trzech hitów, jakie The Easybeats napiszą dla Vallies w ciągu kilku następnych lat. I chociaż nikt wtedy o tym nie wiedział, była też początkiem znaczącej i pełnej sukcesów współpracy Bona Scotta i George’a Younga.

Po przylocie do Melbourne na rejestrowane przez telewizję finały zarówno Vince, jak i Bon spodziewali się wyłącznie wygranej – ostatnio mieli dobrą passę. Koncert odbywał się przed pięcioma tysiącami rozgorączkowanych nastolatków. Brało w nim udział dwanaście grup z całej Australii, z których każda wykonywała po dwa utwory. Główną nagrodą była całkowicie opłacona podróż do Londynu. The Vallies wyszli na scenę pewni swego i zagrali dobry koncert. Nie wygrali jednak, o włos ustępując grupie o nazwie The Groop. Choć Vince i Bon byli zawiedzeni i zdołowani, nie dali tego po sobie poznać. Po prostu wyszyli do holu i zrobili wszystko, by wywrzeć na ludziach takie wrażenie, by ci zaczęli żałować, że ich głosy nie przyczyniły się do zwycięstwa The Vallies. Druga nagroda przyniosła im jednak niejakie pocieszenie – mieli spędzić cztery dni w Melbourne i odwiedzić wszystkie modne kluby muzyczne, z których słynęło to miasto, a które tak bardzo różniły się od prowincjonalnych knajp z piwem i panienkami, gdzie zwykle grywali. O ile Bon zaprzyjaźniał się z tabunami ludzi w każdym barze, w którym pił, o tyle Vince pracował niestrudzenie i nawiązywał kontakty z miejscowymi wpływowymi osobistościami sceny muzycznej, takimi jak Ian „Molly” Meldrum z opiniotwórczego magazynu „Go­-Set” oraz powszechnie znany prezenter muzyczny z radia Melbourne, Stan „The Man” Rofe. Obaj widzieli koncert i powiedzieli Vince’owi, że bardzo podobał im się ich występ. Zachęcali grupę do pozostania i zapewniali, że mają wszystko, czego trzeba, by odnieść sukces w wielkim mieście. Kiedy już wszyscy usiedli razem w samolocie lecącym z powrotem do Perth, byli zgodni – wrócą do Melbourne, i to tak szybko, jak się da. I tym razem nie wyjadą stamtąd, zanim nie zostaną gwiazdami. Nie zwycięzcami konkursu dla nowych talentów, takimi jak The Groop, ale gwiazdami z prawdziwego zdarzenia.

Vince skupiał w tym momencie całą ambicję zespołu – był liderem grupy pragnącej skorzystać z doskonałej szansy, gotów poświęcić wszystko, by tego dokonać. Bon, który miał takie same marzenia, ale wciąż właśnie tak je postrzegał – tylko jako marzenia – odczuwał inną, bardziej palącą potrzebę udania się do Melbourne: Maria przeprowadziła się tam już kilka miesięcy wcześniej. Zmęczona romansami Bona, mając po dziurki w nosie czekania, aż wróci z niekończących się jednonocnych przygód w trasie z Hay Street The Valentines, inteligentna dziewczyna stwierdziła, że życie nie kończy się na pracy za grosze w biurze we Fermantle i na czekaniu, aż ktoś, kto nawet nie miał już stałej pracy, ożeni się nią. Wyruszyła więc w wielki świat o pół roku wcześniej niż Bon i starała się urzeczywistnić swoje marzenia w Melbourne.

Tydzień przed tym, jak Bon i Vince udali się w długą drogę pociągiem z powrotem do Melbourne, Bon napisał do Marii, zdradzając jej swoje wielkie plany. Że on i Vince sprzedadzą wszystko, co mają, by zebrać pieniądze na podróż. Żałośnie przekonywał ją, jak wielką ma nadzieję, że możemy się dobrze razem bawić po moim przyjeździe i że tym razem nam wyjdzie albo że jest tak cholernie samotny. Maria ze swej strony miała nadzieję, że tym razem Bon dotrzyma słowa ­i dołączy do niej w nowym mieście. Jednak nikt inny nie chciał, żeby wyjeżdżał, nie widząc w tym żadnego sensu. Nikt w Perth nie mógł zrozumieć, dlaczego chcemy tam jechać – żalił się Vince. Clinton Walker pisał później scenę na stacji kolejowej o poranku, kiedy zbierali się przed wyjazdem do Melbourne, że przypominała scenę z biblijnego Exodusu. Matki szlochały, ojcowie zachowywali stoicki spokój. Chłopcy wychodzili z siebie. Czuli się jak odkrywcy, jak wyruszający na krucjatę rycerze… Podróż przez nizinę Nullarbor trwała cztery długie dni i noce, które brutalnie zdusiły wszelkie promyki nadziei, kiedy to banda utytłanych młodzieńców siedziała ściśnięta razem z ich bagażami i sprzętem na najtańszych miejscach. Kupili trochę piwa, by czas płynął szybciej, lecz bez względu na to, ile opróżnili puszek, zupełnie nie mieli takiego wrażenia. Więc już tylko siedzieli, gapiąc się przez okno, paląc i zastanawiając się, o co, kurwa, chodzi. Powiedzieli wszystkim, że nie wrócą, póki nie zostaną gwiazdami. Być może kiedy to mówili, wierzyli w to. Teraz, siedząc tam, bali się o przyszłość i nie byli już tacy odważni ani pewni swego. No i kogo chcieli nabrać, mówiąc, że wrócą do domu dopiero jako wielkie gwiazdy? Ale podpierducha, stary.

A jednak tak właśnie się stało.


* Podstawowe znaczenie skrótu AC/DC to oczywiście prąd stały/prąd zmienny. Lecz AC/DC to także slangowe określenie biseksualisty. Tak właśnie zatytułowana była piosenka brytyjskiej grupy Sweet ­opowiadająca o biseksualnej dziewczynie, która „jest AC/DC i ma wiele innych kobiet, tak samo jak ja”.

** (ang.) szaleniec, zabijaka.

*** Za zabicie w pojedynku konkurenta do tronu Johna Comyn w 1306 r. Ekskomunikę zdjął Jan XXII w 1328 r.

**** Latynosi.

***** Aborygeni.

****** Bonny, boannie, bony – (z języka scots) ładny, piękny, przystojny.

*******Region Szkocji.

******** Bodgie (austr. ang.) – prawdopodobnie od słowa „bodger”, oznaczającego coś fałszywego, sztucznego i tandetnego.

********(ang.) lepsza śmierć niż hańba.


ROZDZIAŁ TRZECI

Młoda krew

Kiedy pod koniec 1969 roku jego wielka przygoda z The Easybeats ostatecznie – i przedwcześnie – zakończyła się z powodu niezdolności do napisania następcy „Friday On My Mind”, piosenki, która odniosłaby równie międzynarodowy sukces, George Young miał dopiero dwadzieścia trzy lata i bynajmniej nie uważał, że to dla niego koniec. Zły i sfrustrowany, nie był tym „kangurem”, który miałby ochotę skakać po całym Starym Kraju jeszcze przez kilka następnych lat, po czym wrócić do domu, żeby do końca życia poprawić humor kumplom opowieściami, jakim to strasznym sraczem jest ta cała Anglia. Doświadczenia z The Easybeats – którzy zdobyli sławę, ale nie prawdziwą fortunę – sprytnego, upartego i zabezpieczonego grubą skórą George’a zmieniły w człowieka jeszcze bardziej zdeterminowanego, by dowieść swojej wartości w kraju, ale przede wszystkim poza Australią.

Na szczęście dla niego w nieco starszym, bardziej oszczędnym w słowa Harrym Vandzie George znajdował muzycznego i biznesowego partnera, gotowego trwać przy nim i zapewniać mu stosowne wsparcie. Wspólnie zainicjowali powstanie grupy pięć lat wcześniej i obydwaj dotrwali do jej smutnego końca, co wytworzyło między nimi bardzo bliską więź, tym głębszą, że to George i Harry stworzyli największy hit The Easys – „Friday On My Mind”. Nagrany podczas ich pierwszej zagranicznej sesji w londyńskim Abbey Road Studios latem 1966 roku (początkowo pod nadzorem Teda Alberta, dopóki za sprawą jakiegoś dziwnego echa z przyszłości, zapowiadającego, że George i Harry staną się kiedyś producentami AC/DC, Ted – decyzją firmy fonograficznej niecierpliwiącej się oczekiwaniem na dźwięk, który zabrzmi właściwie w brytyjskim i amerykańskim radiu – nie został zastąpiony przez Shela Talmy znanego z produkcji The Who i Kinks), „Friday On My Mind” był zaraźliwym, niezwykle wyrazistym kawałkiem pop, zbudowanym na dwóch podobnych, lecz przeciwstawnych riffach i przyprawionym gdakającymi chórkami, powstałymi pod wpływem śpiewającej a cappella francuskiej grupy wokalnej The Swingle Singers. Przyniosło to The Easybeats następny numer jeden w Australii, a co ważniejsze, ich pierwszy – i jedyny – wielki przebój na listach w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.