A nie mówiłem - Robert Gwiazdowski - ebook
Wydawca: Prohibita Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 425 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka A nie mówiłem - Robert Gwiazdowski

[color=#333333][font=verdana, geneva]„Ludzie postępują rozsądnie dopiero wówczas, gdy inne możliwości zawiodą” – powiada jedno ze słynnych Praw Murphy’ego.[/font][font=verdana, geneva] Niestety, w miarę jak różne możliwości zawodzą, ludzie mają skłonność powracać do tych, które zawiodły już wcześniej. Trzeba więc ciągle i ciągle od nowa przypominać idee, które już wcześniej zawiodły i te, które odniosły sukces. Zbiór artykułów, które trzymasz w ręku to takie właśnie przypomnienie. I jednocześnie obrona pewnej idei. Idei, którą jej przeciwnicy starają się w jakiś sposób zdeformować, aby łatwiej ją skompromitować. To idea wolności.[/font][/color]

[font=verdana, geneva]Ta sama, dzięki której ludzkość wyzwoliła się z feudalizmu, dokonała rewolucji przemysłowej i skolonizowała Amerykę. I bynajmniej nie ta sama, która pozwoliła bankom inwestycyjnym „wypłukiwać złoto z powietrza” – czyli kreować w sposób niekontrolowany pieniądz bankowy w oderwaniu od stanu gospodarki realnej. [/font]

[font=verdana, geneva] Okazało się, że ćwierćwiecze rządów „rynków finansowych” na rynku ropy doprowadziło do tego, że im więcej terrorystów, huraganów i polityków idiotów w krajach produkujących ropę naftową, tym było lepiej dla akcjonariuszy firm paliwowych! Czy to mogło nie doprowadzić do katastrofy? Dziś mogę spytać z gorzką satysfakcją: „A nie mówiłem”? Znajdziecie tu też wiele innych rzeczy, o których mówiłem i – nieskromnie dodam – że miałem rację. Ale skromność nigdy nie była moją silną stroną – między innymi dlatego przystałem na propozycję Wydawnictwa PROHIBITA, zebrania tego co mówiłem w postaci tej książki. [/font]

[font=verdana, geneva] * * * * * * * * * * [/font]

[font=verdana, geneva] Nie mamy w Polsce kapitalizmu i nigdy nie mieliśmy. To, co mamy, tak ma się do ulubionego ustroju Adama Smitha, jak przez wiele lat miała się "demokracja" w państwach realnego socjalizmu do demokracji zachodniej. Jesteśmy państwem o bardzo dużym stopniu ingerencji rządu w gospodarkę, wysokim udziale wydatków publicznych w dochodzie narodowym i szerzącym się fiskalizmie. Państwem do cna skorumpowanym, między innymi dlatego, że zamiast prywatnej własności będącej ostoją kapitalizmu mamy olbrzymi udział w gospodarce własności państwowej - ergo niczyjej. Państwem, gdzie zastępy działaczy samorządowych, których liczba zwiększała się w tempie szybszym niż ongiś królików w Australii, mogą prowadzić niczym nieskrępowaną działalność gospodarczą wykorzystując majątek gminny. Nic zatem dziwnego, że taki ustrój nie satysfakcjonuje Polaków - tyle, że on nie ma nic wspólnego z kapitalizmem.[/font]

[color=#333333][font=verdana, geneva]Fragment książki.[/font][/color]

[font=verdana, geneva]Dr hab. Robert Gwiazdowski jest profesorem Wyższej Szkoły Handlu i Prawa imienia Ryszarda Łazarskiego, Prezydentem Centrum Adama Smitha, adwokatem i doradcą podatkowym. W latach 2006-2007 był Przewodniczącym Rady Nadzorczej ZUS. Jest autorem książek Sprawiedliwość a efektywność opodatkowania oraz Podatek progresywny a proporcjonalny. Doktrynalne przesłanki, praktyczne konsekwencje, kilkudziesięciu artykułów naukowych oraz wielu popularno-naukowych i publicystycznych. Prowadzi własnego bloga pod adresem: [url=http://www.blog.gwiazdowski.pl./][color=#333333]http://www.blog.gwiazdowski.pl.[/color][/url][/font]

Opinie o ebooku A nie mówiłem - Robert Gwiazdowski

Cytaty z ebooka A nie mówiłem - Robert Gwiazdowski

Wolności potrzeba nam jest jak powietrza. Bez wolności kiedyś znowu zaczniemy się dusić – tak jak dusiliśmy się w komunizmie. Demokracja plebiscytarna, w której hipokryzja zwycięża z wolnością, nie jest dużo lepsza od komunizmu.
a o budowaniu na ziemi jakiegoś idealnego ustroju to w ogóle nie mamy co marzyć. Co więcej, próby jego zaprowadzenia, jako z góry skazane na niepowodzenie, muszą się skończyć totalitaryzmem, bo ci, którzy wierzą w możliwość osiągnięcia nierealnego celu, zawsze będą uważali, że ich porażki nie wynikają z nierealności tego, co chcą osiągnąć, tylko z niecnych knowań ich przeciwników politycznych.

Fragment ebooka A nie mówiłem - Robert Gwiazdowski





Przedmowa

Drogi Czytelniku!

Skoro czytasz te słowa, to albo już kupiłeś tę książkę, albo zastanawiasz się właśnie czy ją kupić. Czysto ekonomiczna analiza jest następująca:

Wszystko, co znajdziesz na tych kartach już kiedyś opublikowałem. Większość artykułów to posty z mojego bloga – możesz je przeczytać w Internecie za darmo. Ale są też artykuły z różnych tygodników i dzienników. Mogłeś je już czytać. Jeśli nie czytałeś – a chciałbyś przeczytać – to proporcje tekstów z bloga i z prasy drukowanej są takie, że bardziej opłaca się kupić tę książkę, niż tygodniki i dzienniki, w których były te artykuły. Oczywiście pod warunkiem, że uznasz, iż w ogóle chcesz je przeczytać. Czy warto? Jeśli jesteś „wrażliwym społecznie” zwolennikiem interwencjonizmu państwowego, stawiającym „sprawiedliwość społeczną” ponad wolność „prywaciarzy” to chyba nie warto, żebyś męczył się dalszą lekturą. Co prawda ja osobiście czytałem kiedyś i Marksa i Lenina, a dziś czytuję wielu postkomunistów nazywających się, dla zmyłki, „alterglobalistami”, ale wiem, że czytanie poglądów, których się nie podziela jest generalnie trudne. Słynny inżynier Mamoń z kultowego filmu „Rejs” lubił słuchać tylko te piosenki, które znał. Podobną, zdaje się, zasadę wyznaje słynna dziennikarka Naomi Klein, która tak gwałtownie skrytykowała Miltona Friedmana i neoliberalizm w książce Doktryna szoku, choć z całą pewnością nie czytała większości książek Friedmana. Wiem, bo ja czytając ich oboje mogłem porównać, co pisał Friedman, a co napisała o nim Klein.

Żeby kupić tę książkę musisz mieć odwagę skonfrontować swoją wiarę w sprawiedliwość społeczną osiąganą przy pomocy rządu z poglądami, że najlepszą formą gospodarowania jest prawdziwa gospodarka rynkowa. Jeśli jednak lubisz czytać tylko o ideach, które znasz, lepiej odłóż tę książkę szybciutko na półkę, a jeśli już ją nieopatrznie kupiłeś – odnieś do księgarni i spróbuj oddać.

Jeśli zaś jesteś zwolennikiem gospodarki rynkowej, a zwłaszcza czytelnikiem mojego bloga to ta książka dziś może mieć dla Ciebie jedynie wartość sentymentalną. Wartość ekonomiczną będzie miała wówczas, gdy publikowanie takich książek znowu będzie zakazane. Czy może do tego kiedyś dojść? A czy cztery lata temu ktoś rozsądny mógłby wieścić, że dojdzie do upadku banku Lehman Brothers, a potem Grecji i być może innych państw europejskich?

Dla władzy, której zakres jest coraz większy, która stara się kontrolować Internet, która nie potrafi uporać się z kryzysem, do wywołania którego sama się zresztą mocno przyczyniła, poglądy wolnościowe są bardziej niebezpieczne niż pornografia dziecięca. Więc chętnie ich głoszenia by zakazała.

„Ludzie postępują rozsądnie dopiero wówczas, gdy inne możliwości zawiodą” – powiada jedno ze słynnych Praw Murphy’ego. Niestety w miarę jak różne możliwości zawodzą ludzie mają skłonność powracać do tych, które zawiodły już wcześniej. Trzeba więc ciągle i ciągle od nowa przypominać idee, które już wcześniej zawiodły i te, które odniosły sukces. Zbiór artykułów, które trzymasz w ręku to takie właśnie przypomnienie. I jednocześnie obrona pewnej idei. Idei, którą jej przeciwnicy starają się w jakiś sposób zdeformować, aby łatwiej ją skompromitować. To idea wolności. Ta sama, dzięki której ludzkość wyzwoliła się z feudalizmu, dokonała rewolucji przemysłowej i skolonizowała Amerykę. I bynajmniej nie ta sama, która pozwoliła bankom inwestycyjnym „wypłukiwać złoto z powietrza” – czyli kreować w sposób niekontrolowany pieniądz bankowy w oderwaniu od stanu gospodarki realnej.

Ci, którzy czytują mojego bloga wiedzą już kiedy i dlaczego go założyłem. Dla tych, którzy na nim nie byli wyjaśniam, że zacząłem go prowadzić po powrocie z Forum Ekonomicznego w Krynicy w 2006 roku, a więc w okresie największego boomu gospodarczego, gdy prasa „fachowa” bezkrytycznie donosiła o spadku cen ropy naftowej pod horrendalnymi tytułami: „złe wieści dla sektora naftowego”. Okazało się, że ćwierćwiecze rządów „rynków finansowych” na rynku ropy doprowadziło do tego, że im więcej terrorystów, huraganów i polityków idiotów w krajach produkujących ropę naftową, tym było lepiej dla akcjonariuszy firm paliwowych! Czy to mogło nie doprowadzić do katastrofy? Dziś mogę spytać z gorzką satysfakcją: „a nie mówiłem”? Znajdziecie tu też wiele innych rzeczy, o których mówiłem i – nieskromnie dodam – że miałem rację. Ale skromność nigdy nie była moją silną stroną – między innymi dlatego przystałem na propozycję Wydawnictwa PROHIBITA, zebrania tego co mówiłem w postaci tej książki.


Robert Gwiazdowski


Część I
Brzydkie słowo na „k”

Twierdzenie, że kapitalizm się w Polsce nie sprawdza jest tak samo rozsądne jak zapewnienia przedszkolaka, że nie zje zupy, której wcześniej nigdy nie próbował, bo mu nie smakuje.

(Kaprealizm, „Wprost” nr 17 (1065), 27 kwietnia 2003 r.)

1. Ja, owsianka
„Wręcz przeciwnie”, nr 1, 26 września 2011 r.

Leonard Read napisał książeczkę Ja, ołówek[1]. Zresztą że nawet zdrobniałe określenie „książeczka” też jest nieco przesadzone. W końcu ma ona raptem kilka stron. Pod względem objętości to raczej artykulik. Ale pod względem meritum to Księga. Dzieło wybitne i wiekopomne. Dlatego jak De revolutionibus… przemilczane.

Read cytuje Chestertona: „cierpimy z powodu braku zdumienia, a nie z powodu braku cudów” – o czym świadczy istny „cud stworzenia” ołówka. A może nie „stworzenia” („Bogu oddajmy co boskie”), lecz po prostu „tworzenia”. Takiego mozolnego, zwykłego tworzenia czegoś.

„Podobnie jak Ty nie umiesz narysować całego swojego drzewa genealogicznego, sięgającego w najbardziej zamierzchłą przeszłość, również i ja nie mogę opisać i odkryć wszystkich swoich przodków” – mówi Ołówek do Reada. Jego drzewo rodowe rozpoczyna się prawdziwym drzewem, do ścięcia którego potrzebne są piły i liny, a do przewiezienia ciężarówki, aż po grafit wydobywany przez górników na Cejlonie i mosiężną skuwkę ze stopu miedzi i cynku.

Zdaję sobie sprawę, że plagiatuję pomysł Reada. Ale na XV. już konferencji Wall Street Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych w Zakopanem, gdy zapytałem słuchaczy mojego wykładu czy czytali Reada, odpowiedziało mi milczenie. Może więc warto w taki sam sposób, jak Read o ołówku, napisać o owsiance. W końcu to ona jest ważnym elementem diety starszych osób, a przecież to właśnie na przyszłość „oszczędzamy” grając na giełdzie. Ale w przyszłości nie będą nam potrzebne akcje, obligacje czy świadectwa udziałowe. Będzie nam potrzebne „APO” – aspiryna, pielęgniarka, owsianka. Czy wiemy na ile kilo owsianki, opakowań aspiryny i godzin pracy pielęgniarki będziemy mogli wymienić za 30 lat nasze dzisiejsze aktywa giełdowe?

Bo z owsianką, jak z ołówkiem, sprawa nie jest wcale prosta. Rolnik musi najpierw zasiać owies. A potem go zebrać i dostarczyć do młyna. Zanim zasieje musi ziemię zaorać i zbronować. Potrzebuje do tego pługa i/lub brony. Są to narzędzia metalowe, do wyrobu których potrzebna jest stal, czyli stop żelaza i węgla. Tysiące górników na całym świecie – głównie w Chinach, Brazylii, Australii, Indiach, Rosji i na Ukrainie dzień po dniu zjeżdżają pod ziemię, żeby pracować przy wydobyciu rudy żelaza, którą inni dowożą koleją do hut, gdzie w wielkich piecach przetapiana jest na surówkę. Do opalania pieców w hutach, w których wytapiana jest stal, stosuje się węgiel, który wydobywają inni górnicy. Węgiel – jak rudy żelaza – też trzeba przewieźć do hut. Ktoś musiał w tym celu ułożyć tory kolejowe, po których jeżdżą pociągi. Jeżdżą, bo ktoś wymyślił maszynę parową, a potem skonstruował klasyczną lokomotywę. Żeby lokomotywy mogły ciągnąć po torach wagony, potrzebna była nie tylko stal na tory ale i drewno na podkłady kolejowe. To samo drewno, które było potrzebne do wyprodukowania ołówka, które ktoś ściął przy pomocy pił i lin. Mogły to być liny z roślin włóknistych, które ktoś wcześniej musiał uprawiać, skórzane – ze skór zwierząt, które ktoś musiał hodować, a ich skóry odpowiednio wyprawić w garbarni przy pomocy odpowiednich odczynników chemicznych, albo liny z tworzyw sztucznych – najczęściej poliamidowe lub poliestrowe, do produkcji których potrzebna była… ropa naftowa, którą ktoś musiał wydobyć i przetransportować do rafinerii, gdzie poddana została destylacji i rafinacji, w wyniku których doszło do powstania związków chemicznych wykorzystywanych do produkcji lin oraz benzyn i olejów: napędowych i smarowych, które są wykorzystywane między innymi przez traktory używane w produkcji rolnej, samochody służące do transportu owsa i pilarki służące do ścinania drzew – między innymi na podkłady do torów kolejowych.

Żeby plony owsa, z którego będzie owsianka były lepsze, pole trzeba nawieść. Pod zboża jare, a do takich należy owies, stosuje się azot w formie saletry amonowej, saletrzaków lub mocznika. Nawozy te powstają w zakładach chemicznych, podobnie jak tworzywa do produkcji lin.

Owies zebrany z pola trzeba przewieść do młyna. Wozi się go na przyczepach ciągniętych przez traktory, które trzeba było wcześniej zbudować. Podobnie zresztą jak młyn, w którym miele się owies. Kiedyś budowano młyny drewniane, dziś są to już fabryki. Do ich budowy potrzebne są cegły, cement i parę innych materiałów budowlanych. Ktoś musiał wydobyć margiel, wapń i glinę, z których wyrabia się cement. Ktoś inny przewiózł je do cementowni. Jeszcze ktoś inny wybudował piec cementowy i dopiero na koniec powstało spoiwo służące do wiązania cegieł czy pustaków przy budowie młyna.

Zanim owsianka trafi na nasz stół ktoś musi ją dowieść do sklepu, a ktoś inny musi ten sklep wybudować – podobnie jak młyn, cementownię, rafinerię, zakłady chemiczne, fabrykę traktorów i samochodów.

Innowacyjność jest w tym wszystkim bardzo potrzebna. Ułatwia wiele prac i je przyspiesza. Kiedyś radło ciągnięte przez woły, a potem socha, do obsługi której potrzebne były dwie osoby, były znacznie mniej wydajne niż dzisiejszy pług ciągnięty przez traktor. Nawozy azotowe bardziej poprawiają wydajność z hektara niż gnojowica. Ale między wynalezieniem radła i żelaznego pługa upłynęło parę tysięcy lat. Sierp stosowany już w epoce kamiennej został zastąpiony kosą dopiero pod koniec XVIII wieku. Różne żniwiarki ciągnięte przez konie powstały, zdaje się, w latach 20. – 30. XIX wieku, a najbardziej jak dotąd innowacyjny kombajn mechaniczny ma jakieś czterdzieści lat.

2. Daj, a będzie ci dane
„Gość Niedzielny”, nr 46, 21 listopada 2010 r.

Brytyjscy bezrobotni będą pracować za darmo – pod takim ekscytującym tytułem relacjonowano plany brytyjskiego rządu. Zmuszanie ludzi do pracy za darmo jest okrutne i nieludzkie.

Ale prawo do pieniędzy innych ludzi za nic nie jest podstawowym prawem człowieka. Bo państwo nie ma innych pieniędzy niż te, które odbierze podatnikom. Można więc powiedzieć, że to niektórzy bezrobotni zmuszają innych pod groźbą niezadowolenia społecznego do płacenia na ich zasiłki – czyli de facto do pracy za darmo. Bo jak ktoś zarabia, a państwo mu zabiera, to tak jakby pracował za darmo. A jak państwo chce uzależnić wypłacanie zasiłków od wykonywania jakiejś pracy (tym, którzy pracować mogą, bo nie są starzy lub chorzy), to znaczy, że oferuje mu jakąś pracę za jakieś wynagrodzenie, a nie zmusza do pracy za darmo. Można jednak twierdzić, że bezrobotni nie pobierają zasiłków za darmo. W zamian powstrzymują się od okazywania niezadowolenia i głosują na tych, którzy im te zasiłki zapewniają. Ci, którzy na nie płacą, nie chodzą w niedzielę głosować, bo odpoczywają po tygodniu ciężkiej pracy na zasiłki dla zdolnych do pracy bezrobotnych. Brytyjski rząd chce wyplenić coraz bardziej powszechne zjawisko życia na garnuszku państwa opiekuńczego – czyli podatników. Co ciekawe, nie tylko liberałowie podkreślają wartość pracy. Także katolicka nauka społeczna. Z tym, że liberałowie kładą nacisk na jej wymiar ekonomiczny, a katolicka nauka społeczna na wymiar etyczny. „Roczna praca każdego narodu jest funduszem, który zaopatruje go we wszystkie rzeczy konieczne i przydatne w życiu”. Jego wysokość „zależy od umiejętności, sprawności i znawstwa, z jakim swą pracę wykonuje i od stosunku liczby tych, którzy pracują użytecznie, do liczby tych, którzy tego nie czynią” – pisał Adam Smith. „Człowiek potrzebuje pracy nie tylko jako źródła utrzymania, ale i źródła realizacji swoich planów, ambicji, a nadto swojego człowieczeństwa. W pewnym sensie człowiek staje się przez pracę. Jego życie zyskuje sens w dawaniu siebie innym, co dokonuje się przez pracę” – pisał Jan Paweł II. Ale przy okazji „dawania siebie innym” człowiek, pracując, tworzy nie tylko własny dochód, ale współtworzy wartość dochodu narodowego. Nie ma więc nic niemoralnego w tym, że od tych, którzy są zdolni do pracy, wymaga się jakiejś pracy w zamian za zasiłek. Niemoralna jest sytuacja odwrotna. Jak twierdzi George Gilder: „kapitalizm zaczyna się od dawania”. Dając, oczekujemy korzyści, bo wzajemność jest podstawową zasadą życia społecznego. Wymiana stanowi uniwersalny składnik naszej kultury, na którym zbudowana jest kapitalistyczna zasada gospodarki. Jej istotą nie jest sam mechanizm wymieniania, ale wcześniejszy od niego dar i popęd do jego tworzenia. To nie wymiana tworzy dobra i powiększa ich wartość. To dar wywołuje chęć wzajemnego świadczenia i w ten sposób wzbudza wymianę. Istota systemu polega na dostarczeniu najpierw i otrzymaniu potem. „Daj, a będzie ci dane. Oto tajemnica nie tylko bogactwa, ale i wzrostu gospodarczego”.

3. Ten wstrętny kapitalizm
Tekst opublikowany na blogu 2 grudnia 2010 r.

Jako że nagonka na kapitalizm staje się coraz bardziej powszechna, warto przypomnieć, co ironicznie pisał na ten temat Murray Rothbard.

Na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych przeciwnicy kapitalizmu zarzucali, że cierpi on na nieuleczalną „wieczną stagnację” i próbowali ją leczyć przy pomocy interwencji rządu, która miała pobudzić popyt.

W latach pięćdziesiątych mieliśmy jednak do czynienia z powojennym boomem gospodarczym, więc ci sami krytycy zmienili powód utyskiwania na kapitalizm twierdząc, że choć się rozwija, to zdecydowanie za wolno. Dlatego postulowali nadanie gospodarce rozpędu przy pomocy… interwencji rządu.

Gdy w 1958 roku pojawił się John Kenneth Galbraith ze swoim bestsellerem The Affluent Society (Społeczeństwo dobrobytu), okazało się, że problem z kapitalizmem polega nie na tym, że generuje stagnację ani nie na tym, że rozwija się za wolno, tylko na tym, iż… rozwinął się za szybko. Tym razem interwencja rządu miała być konieczna w celu zahamowania konsumpcjonizmu przy pomocy podwyższonych podatków.

Ale czas krytyki kapitalizmu na podstawie teorii „nadmiernego dobrobytu” generowanego przez tenże kapitalizm też szybko minął. Jego miejsce zajął prąd przeciwstawny – zaniepokojenie nadmiernym ubóstwem wywoływanym przez kapitalizm. Wywołała je wydana w roku 1962 książka Michaela Harringtona The Other America (Inna Ameryka). Okazało się, że problemem wywoływanym przez kapitalizm nie jest wcale nadmiar dobrobytu, lecz rozprzestrzeniająca się w świecie skrajna nędza. I tym razem rozwiązanie miało polegać na interwencji rządów w celu podźwignięcia ubogich z nędzy.

Kolejnym zagrożeniem ze strony kapitalizmu miała być nieuchronna automatyzacja i komputeryzacja produkcji, która miała rodzić z jednej strony wielkie zyski na skutek rozwoju produkcji przemysłowej, a z drugiej bezrobocie i biedę robotników, którzy mięli zostać bez pracy. Kapitalizm miał więc prowadzić do olbrzymiego bezrobocia, a zaradzić temu mogła tylko… interwencja rządu.

Gdy stało się jasne, że histeria wokół automatyzacji nie miała żadnych podstaw, ponownie okazało się, że mamy do czynienia z nadmiernym dobrobytem, i że z punktu widzenia ochrony środowiska i ekologii kapitalizm wolnorynkowy rozwija się o wiele za szybko. Dlatego konieczna miała być… interwencja rządu w celu zaplanowania „zrównoważonego” rozwoju, który uchroni ludzkość od zjawiska wzrostu ujemnego, które czekać nas miało w przyszłości!

Dziś kapitalizm oskarża się o spowodowanie kryzysu rynków finansowych, który może być zażegnany jedynie dzięki… interwencji rządu w celu utrzymania zagregowanego popytu na dotychczasowym poziomie.

Jak pisał Joseph Schumpeter: „kapitalizm staje przed obliczem sędziów, którzy mają na niego wyrok śmierci w kieszeni. Ogłoszą go bez względu na to, jakie będą argumenty obrony, której jedynym sukcesem może być zmiana kwalifikacji czynu”.

4. Kaprealizm
„Wprost”, nr 17 (1065), 27 kwietnia 2003 r.

Ekipa rządząca obecnie Polską nasiąkła przyzwyczajeniem do podlizywania się klasie robotniczej za młodu i tym do dziś, niestety, trąci. W państwie niewolniczym rządzili właściciele niewolników, w państwie feudalnym – feudałowie. Na zdrowy rozum można by założyć, że w kapitalizmie powinni rządzić kapitaliści. I na ogół rządzą. Niejaki Bloomberg został nawet burmistrzem Nowego Yorku. W Polsce jednak, mimo deklaracji o wstąpieniu na „kapitalistyczną drogę rozwoju”, przedsiębiorców, a więc kapitalistów, po staremu traktuje się jak zło konieczne.

Zupa bez zupy

Przedsiębiorców trzeba znosić, ale można im uprzykrzać życie, kontrolować, nadzorować i łupić podatkami. Postępowanie władzy znajduje w tym wypadku pełną akceptację społeczną. Dla przodującej niegdyś klasy robotniczej przedsiębiorcy to cwaniacy opętani żądzą zysku, gotowi w pogoni za nim sprzedać duszę diabłu, nie mówiąc już o okrutnym wyzyskiwaniu swoich pracowników. Z wyników badania tak zwanej opinii publicznej wynika, że kapitalizm nie satysfakcjonuje Polaków – a już tym bardziej nie satysfakcjonują ich kapitaliści. Zastanawiam się tylko, kto i dlaczego zadał w ogóle respondentom takie pytanie? Dzieciom, idącym w zaparte, że czegoś nie lubią, mamy zwykły powtarzać: „nie wierz gębie, połóż na zębie”. Twierdzenie, że kapitalizm się w Polsce nie sprawdza jest tak samo rozsądne jak zapewnienia przedszkolaka, że nie zje zupy, której wcześniej nigdy nie próbował, bo mu nie smakuje.

Polski kapitalista, czyli królik samorządowiec

Nie mamy w Polsce kapitalizmu i nigdy nie mieliśmy. To, co mamy, tak ma się do ulubionego ustroju Adama Smitha, jak przez wiele lat miała się „demokracja” w państwach realnego socjalizmu do demokracji zachodniej. Jesteśmy państwem o bardzo dużym stopniu ingerencji rządu w gospodarkę, wysokim udziale wydatków publicznych w dochodzie narodowym i szerzącym się fiskalizmie. Państwem do cna skorumpowanym, między innymi dlatego, że zamiast prywatnej własności będącej ostoją kapitalizmu mamy olbrzymi udział w gospodarce własności państwowej – ergo niczyjej. Państwem, gdzie zastępy działaczy samorządowych, których liczba zwiększała się w tempie szybszym niż ongiś królików w Australii, mogą prowadzić niczym nieskrępowaną działalność gospodarczą wykorzystując majątek gminny. Nic zatem dziwnego, że taki ustrój nie satysfakcjonuje Polaków – tyle, że on nie ma nic wspólnego z kapitalizmem. Jeżeli bowiem w Polsce mielibyśmy kapitalizm, jak w takim razie należałoby nazwać ustrój gospodarczy w Stanach Zjednoczonych, nie mówiąc o Singapurze i innych gospodarczych „tygrysach”?

Kapitalizm przyjaciół ludu

Czy to jednak oznacza, że gdyby rodakom dane było posmakować prawdziwego kapitalizmu, to by się nim nie zniechęcili?

Z pewnością nie. Prawdziwy kapitalizm to bardzo niedoskonały ustrój gospodarczy, a wspierająca go klasyczna liberalna filozofia lansuje tezy dość niepopularne. Wmawia ludziom, że przede wszystkim sami są odpowiedzialni za swój los, że – jak pisał Thomas Jefferson – „Pan Bóg pomaga tym, którzy potrafią pomóc sobie sami”. A przecież powszechnie wiadomo, że za wszelkie nasze nieszczęścia odpowiedzialni są inni. Nieprawdaż? Jak można więc nie zniechęcić się do liberalnego kapitalizmu, nakazującego nam w pocie czoła pracować, a nie strajkować, nie kraść, bo cudza własność jest święta, i żyć w poszanowaniu wolności innych ludzi, a do niej zalicza się także, a może nawet przede wszystkim, prawo posiadania przez nich efektów ich własnej pracy, których nie należy im odbierać w imię szczytnej redystrybucji dochodu narodowego, by przekazać je grupom najbardziej potrzebujących. W istocie – takiego systemu gospodarczego wcale nie trzeba skosztować – można się nim zniechęcić a priori, zwłaszcza gdy politycy zapewniają, że wcale nie trzeba się męczyć – można wziąć od innych, a jedyny wysiłek, jakim się trzeba wykazać, to odpowiednio zagłosować w wyborach parlamentarnych. O resztę zatroszczą się już przyjaciele ludu pracującego (i niepracującego) miast i wsi.

5. Jak hartował się kapitalizm
Tekst opublikowany na blogu 15 grudnia 2010 r.

Z okazji zbliżającej się 20. rocznicy uchwalenia pakietu ustaw, które, w zamyśle i w uzasadnieniu, miały otworzyć nam drogę do kapitalizmu i gospodarki wolnorynkowej, „Gazeta Wyborcza” publikuje serial reporterski o „Tajemnicy planu Balcerowicza”. Mnie też zebrało się na wspominki. O tym, jak hartował się system podatkowy. Jak podkreślał Joseph Schumpeter, wnikliwa analiza podatkowa potrzebna jest „szczególnie wówczas, gdy dotyczy punktów zwrotnych (…), kiedy to istniejące formy zaczynają zamierać i przekształcać się w coś nowego, co zawsze pociąga za sobą kryzys starych metod podatkowych”. Jego zdaniem „każdy problem społeczny i faktycznie każdy problem gospodarczy jest w ostatecznym rachunku problemem finansowym”.

Milton Friedman, który odwiedził Polskę wraz z prezydentem Ronaldem Reaganem radził, abyśmy nie opierali się na ówczesnej polityce krajów najwyżej rozwiniętych, lecz raczej na tej, jaką stosowały wówczas kraje najszybciej się rozwijające, czyli takiej samej, jaką państwa najlepiej rozwinięte stosowały wtedy, gdy znajdowały się na takim etapie rozwoju jak Polska u progu lat 90. XX wieku. Alvin Rabushka podkreślał, że „upadek żelaznej kurtyny dał Polakom oraz politykom, których wybrali, szansę kształtowania gospodarczej przyszłości kraju”. Jego zdaniem, starając się uzyskać odpowiedź na pytanie o przeszłość kraju, powinniśmy poszukiwać inspiracji na Zachodzie, jednak „w ostatnich latach w Europie Zachodniej nie dzieje się najlepiej, gnębią ją wysokie bezrobocie, wysokie podatki, ogromny zakres interwencji rządu w sprawy gospodarcze i niski wzrost dochodu narodowego. Jeśli polscy przedsiębiorcy obciążeni zostaną wysokimi podatkami i objęci rządową regulacją, co hamuje wzrost gospodarczy Europy Zachodniej, sektor prywatny nigdy naprawdę w Polsce nie rozkwitnie”.

Nie posłuchaliśmy ani Friedmana, ani Rabushki i wszystko zrobiliśmy po swojemu. Analiza tego, jak i co robiliśmy z systemem podatkowym pozwala nam, zgodnie z twierdzeniem Schumpetera, wyjaśnić wiele z naszego życia – nie tylko gospodarczego.

Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 30 grudnia 1989 roku w sprawie opodatkowania podatkiem obrotowym niektórych towarów sprowadzanych przez osoby fizyczne lub nadesłanych tym osobom z zagranicy (Dz.U. nr 75, poz. 450) wprowadziło zwolnienie od opodatkowania osób zagranicznych. Osoby te zaczęły więc bez opodatkowania sprowadzać do Polski na skalę gospodarczą wyroby, które dziś określa się mianem akcyzowych. Dopiero po trzech miesiącach, rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 29 marca 1990 roku (Rozporządzenie Ministra Finansów w sprawie opodatkowania podatkiem obrotowym niektórych towarów sprowadzanych przez osoby fizyczne lub nadesłanych tym osobom z zagranicy Dz.U. nr 20, poz. 122) zamknięto tę furtkę, otwierając natychmiast inną: od podatku importowego zwolniono towary, na które w taryfie celnej ustalono zerowe stawki celne. Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 30 grudnia 1989 roku w sprawie ceł na towary przywożone z zagranicy (Dz.U. nr 75, poz. 448) ustalało zaś, że import towarów z krajów rozwijających się objęty był właśnie taką uprzywilejowaną stawką celną. Wówczas do Polski zaczął płynąć strumień towarów z Lesotho i Mauretanii, w których to państwach importowane dobra nie były oczywiście wytwarzane. Stanowiły one jedynie kraj tranzytowy i to często tylko na papierze.

Kolejną możliwość stworzyło rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 18 maja 1990 roku w sprawie zwolnienia od podatku obrotowego i dochodowego podatników osiągających przychody z niektórych rodzajów nowo uruchomionej działalności gospodarczej (Dz.U. Nr 35, poz. 203). Spowodowało to gwałtowny wzrost ilości nowych podmiotów gospodarczych, których działalność sprowadziła się do tego, iż stawały się importerami towarów, które z dużą marżą sprzedawały podmiotom już działającym, które z kolei sprzedawały je prawie po kosztach nabycia. Zwolnienie przysługiwało na okres jednego roku, dwóch lub pięciu lat w zależności od rodzaju podejmowanej działalności gospodarczej. Było ono udzielane pod warunkiem, że podatnik w okresie objętym zwolnieniem i dwóch lat po tym okresie nie zaprzestanie na stałe wykonywania działalności gospodarczej. Wyjaśnienie pojęcia „stałego zaprzestania działalności” znalazło się w rozporządzeniu Ministra Finansów z dnia 8 lipca 1991 roku (Rozporządzenie Ministra Finansów zmieniające rozporządzenie w sprawie zwolnienia od podatku obrotowego i dochodowego podatników osiągających przychody z niektórych rodzajów nowo uruchomionej działalności gospodarczej Dz.U. nr 64, poz. 276). Na jego podstawie uznano, że za stałe zaprzestanie wykonywania działalności gospodarczej uważa się „likwidację działalności gospodarczej” oraz jej przerwanie przez zaniechanie dokonywania zakupów i sprzedaży towarów handlowych, produkcji wyrobów albo świadczenia usług na okres co najmniej trzech kolejnych miesięcy. Spowodowało to, że przez dwa lata po okresie zwolnienia wiele podmiotów co trzy miesiące dokonywało zakupu lub sprzedaży małej partii towarów, lub wykonywało jakąś usługę, co często miało charakter czynności prawnej pozornej, a więc w świetle art. 83 par. 1 KC – nieważnej.

Podobny mechanizm funkcjonował w przypadku zakładów pracy chronionej działających w oparciu o przepisy ustawy z dnia 9 maja 1991 roku o zatrudnieniu i rehabilitacji osób niepełnosprawnych (Dz.U. nr 46, poz. 201). Zarządzenie Ministra Finansów z dnia 16 czerwca 1993 roku w sprawie zaniechania poboru podatku od towarów i usług od zakładów pracy chronionej (M.P. nr 32, poz. 330) spowodowało, że zakłady te zaczęły masowo importować towary z zagranicy nakładając wysoką marżę przy ich odsprzedaży w Polsce, a ich nabywcy z powrotem je eksportowali z zerową stawką podatku VAT, co rodziło prawo do odzyskania z urzędów skarbowych kwoty VAT zapłaconego z tytułu prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej. Obostrzenia wprowadzono dopiero zarządzeniem Ministra Finansów z dnia 7 grudnia 1995 roku (Zarządzenie Ministra Finansów w sprawie zaniechania poboru podatku od towarów i usług od zakładów pracy chronionej M.P. nr 64, poz. 700), gdy na jaw wyszła inna ulga związana z możliwością odpisu od podstawy opodatkowania darowizn dla osób fizycznych.

Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 17 kwietnia 1990 roku w sprawie stawek podatku obrotowego od osób fizycznych i osób prawnych nie będących jednostkami gospodarki uspołecznionej oraz ulg, zwolnień i trybu płatności tego podatku (Dz.U. nr 27, poz. 156) w samym roku 1990 nowelizowane było dwukrotnie (Dz.U. nr 31, poz. 185 i nr 60, poz. 347). W 1991 roku znowelizowano je jeszcze raz (Dz.U. nr 5, poz. 20) a następnie uchylono w części dotyczącej podatku obrotowego od towarów importowanych (Dz.U. nr 15, poz. 69). W pozostałej części zostało ono uchylone rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 17 kwietnia 1991 roku (Rozporządzenie Ministra Finansów w sprawie stawek podatku obrotowego od osób fizycznych oraz nie będących jednostkami gospodarki uspołecznionej osób prawnych i innych jednostek organizacyjnych nie posiadających osobowości prawnej, ulg, zwolnień i trybu płatności tego podatku Dz.U. nr 38, poz. 165), które jeszcze w tym samym roku znowelizowane zostało trzykrotnie (Dz.U. nr 68, poz. 291; nr 123, poz. 545; Nr 125, poz. 559).

Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 15 lutego 1991 roku w sprawie stawek podatku obrotowego od towarów sprowadzanych lub nadsyłanych z zagranicy oraz zwolnień od tego podatku (Dz.U. Nr 15, poz. 69) uchylające rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 17 kwietnia 1990 roku oraz rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 29 marca 1990 roku w sprawie opodatkowania podatkiem obrotowym niektórych towarów sprowadzonych przez osoby fizyczne lub nadesłanych tym osobom z zagranicy (Dz.U. nr 20, poz. 122) nowelizowane wcześniej dwukrotnie (Dz.U. Nr 60, poz. 349 oraz Dz.U. z roku 1991 nr 5, poz. 21) opublikowane 25 lutego 1991 roku miało wielce zastanawiający termin vacatio legis wyznaczony do dnia 2 marca 1991 roku. Dziwnym trafem w ciągu czterech dni na przełomie lutego i marca 1991 roku na wszystkich przejściach granicznych porobiły się duże kolejki samochodów czekających na odprawę celną. Oczywiście z technicznego punktu widzenia mało który przedsiębiorca, który dowiedział się w dniu 25 czy 26 lutego o nowych stawkach podatkowych obowiązujących od 2 marca miał możliwość zorganizowania zaopatrzenia od początku – złożenie zamówienia, odebranie towaru i zorganizowanie transportu. W ostatnim dniu lutego na przejścia graniczne zaczęło jednak zjeżdżać o wiele więcej samochodów niż kilka dni wcześniej. Może był to przypadek, a może nie.

Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 15 lutego 1991 roku zostało zresztą znowelizowane już po 15 dniach rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 12 marca 1991 roku (Dz.U. nr 20, poz. 86). Tym razem wyznaczono już termin vacatio legis w sposób zgodny z zasadami państwa prawa na czternaście dni od daty ogłoszenia, co tym bardziej skłania do postawienia pytania o powody i zasadność wyznaczenia dość niekonwencjonalnego terminu vacatio legis przy okazji pierwotnego wprowadzania tego rozporządzenia w życie dwa tygodnie wcześniej. Zresztą już 1 sierpnia uchylono to rozporządzenie na podstawie nowego rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 26 lipca 1991 roku (Rozporządzenie Ministra Finansów w sprawie stawek podatku obrotowego od towarów sprowadzanych lub nadsyłanych z zagranicy oraz zwolnień od tego podatku Dz.U. nr 68, poz. 290). Tym razem okresu vacatio legis nie było w ogóle. Rozporządzenie z dnia 26 lipca opublikowano 31 lipca, a weszło w życie 1 sierpnia. Zachowano jednak przywileje tych podatników, którzy zdążyli na granicę przed dniem 2 marca 1991 roku, czyli przed wcześniejszą nowelizacją przepisów stwierdzając, że do sprzedaży towarów sprowadzonych z zagranicy przed dniem 2 marca 1991 roku stosuje się zasady opodatkowania podatkiem obrotowym obowiązujące do tego dnia. Jednakże na pięć dni, do dnia 5 sierpnia 1991 roku, zwolniono jeszcze od podatku obrotowego orzeszki ziemne, wody mineralne, mydło, kostki szklane, krany, łożyska, transformatory i maszyny elektryczne. Na zapałki, jachty, broń, zapalniczki i kamery video utrzymano przez te pięć dni jeszcze stawkę 25 proc. zamiast nowowprowadzonej stawki 40 proc., a na karty do gry 25 proc. zamiast 65 proc. Jaki był powód, że jeszcze przez 5 dni po wprowadzeniu nowych stawek podatkowych, tym razem bez żadnego vacatio legis, zwolnione od opodatkowania były orzeszki ziemne, a nie były orzechy brazylijskie i orzechy nerkowca, że kamery video korzystały jeszcze przez te pięć dni ze stawki obniżonej, a nie korzystały magnetowidy i magnetofony, że korzystały jachty, a nie korzystały inne jednostki pływające. W żaden logiczny sposób nie można niestety tego wytłumaczyć.

Bardzo ciekawe wydają się także interpretacje prawne w zakresie opodatkowania w Polsce funduszy PHARE. Generalnie zwolnienie tych funduszy z opodatkowania w Polsce było zgodne z oczekiwaniami Komisji Europejskiej, która nie życzyła sobie, aby środki pomocy w jakikolwiek sposób, a więc także pośredni za pomocą instrumentów podatkowych, trafiały do polskiego budżetu. Sprawa ta, choć z pozoru błaha, miała kilka bardzo frapujących aspektów, na które należałoby zwrócić uwagę również w kontekście historycznym.

Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 21 grudnia 1991 roku w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. z dnia 30 grudnia 1991 roku nr 124, poz. 553) w par. 12, ust. 1, pkt 7 zwalniało od podatku „dochody osób fizycznych przybyłych do Rzeczpospolitej Polskiej na pobyt czasowy otrzymywane z funduszy pochodzących z międzypaństwowych instytucji finansowych oraz ze środków przeznaczonych przez państwa obce na podstawie umów zawartych przez Radę Ministrów Rzeczpospolitej Polskiej lub ministra, za zgodą Rady Ministrów z tymi instytucjami i państwami za pracę wykonywaną w Polsce.”

Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 22 czerwca 1994 roku zmieniające rozporządzenie Ministra Finansów w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. nr 76, poz. 345) dodało do treści par. 12, ust 1, pkt 7 dodatkowy wymóg, aby środki pochodzące z międzypaństwowych instytucji finansowych były „bezzwrotne”. Co prawda rozporządzenie to zmieniało przepisy podatkowe w trakcie roku podatkowego, ale podatnicy zdążyli się już do tego przyzwyczaić. Zmiana ta nie wywołała więc dużego zamieszania.

Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 24 marca 1995 roku w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych w par. 9, ust. 1, pkt 7 w dalszym ciągu zwalniało od podatku „dochody osób fizycznych przybyłych do Rzeczpospolitej Polskiej na pobyt czasowy, uzyskane za pracę wykonywaną na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej z bezzwrotnych środków pochodzących z funduszy międzynarodowych instytucji finansowych oraz z bezzwrotnych środków przyznanych przez państwa obce na podstawie umów zawartych z tymi instytucjami i państwami przez Radę Ministrów Rzeczpospolitej Polskiej, właściwego ministra lub agencję rządową”. Jednocześnie jednak w punkcie 7a zwalniano także od podatku „dochody osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej uzyskane na cele tej działalności ze źródeł i na zasadach określonych w punkcie 7” – czyli z tych samych bezzwrotnych środków pochodzących z funduszy międzynarodowych instytucji finansowych. Jako że cudzoziemcy nie mogą prowadzić w Polsce działalności gospodarczej jako osoby fizyczne, przepis ten adresowany był do Polaków. Z pewnością ciekawe byłoby ustalenie zakresu podmiotowego podatników, którzy skorzystali ze zwolnienia z tego właśnie tytułu. Zastanawiające było tylko to, dlaczego wymogiem nieopodatkowania tych przychodów było ich uzyskiwanie przez osoby prowadzące działalność gospodarczą. Wymóg ten z pewnością komplikował sytuację. Dlatego przy okazji nowelizacji przepisów dokonanej na podstawie art. 1, pkt 7, lit. h ustawy z dnia 21 listopada 1996 roku o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych podniesiono to zwolnienie podatkowe do rangi ustawowej, rezygnując jednocześnie z wymogu prowadzenia przez podatników korzystających ze zwolnienia z działalności gospodarczej i powracając do pierwotnego brzmienia przepisów rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 21 grudnia 1991 roku w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych co do „zwrotnego” charakteru środków, z których pochodzą przychody podlegające zwolnieniu.

Art. 21, ust. 1, pkt 46 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych otrzymał brzmienie zwalniające z podatku „przychody pochodzące z międzypaństwowych instytucji finansowych lub ze środków przeznaczonych przez rządy obcych państw na podstawie umów zawartych z tymi instytucjami lub państwami przez Radę Ministrów, właściwego ministra lub agencje rządowe oraz odsetki od tych przychodów lub środków lokowanych na bankowych rachunkach terminowych”. Nietrudno dostrzec, że novum jest nie tylko rezygnacja przez prawodawcę z wymogu prowadzenia działalności gospodarczej przez podatnika korzystającego z tego zwolnienia, ale także objęcie zwolnieniem przychodów z środków „zwrotnych”, czyli de facto pożyczek, jak również odsetek od tych przychodów.

Najciekawsze są jednak dalsze poczynania Ministerstwa Finansów w tej sprawie. Otóż w piśmie z dnia 23 stycznia 1997 roku PO 5/AMR-0100/97 Ministerstwo Finansów potwierdziło wyraźnie, że zwolnienie to dotyczy przychodów, których źródłem finansowania są środki pochodzące z międzypaństwowych instytucji finansowych lub ze środków przyznanych przez rządy obcych państw, „zarówno o charakterze zwrotnym jak i bezzwrotnym”. Stwierdziło także, że „wolny od podatku dochodowego jest przychód osób fizycznych pochodzących bezpośrednio od osoby prawnej dysponującej środkami pomocowymi”, czyli de facto otrzymywanymi przez zwolnionego od podatku podatnika w sposób pośredni – nie bezpośrednio z międzynarodowej instytucji finansowej lecz za pośrednictwem podmiotu dysponującego środkami przyznanymi przez tę instytucję. Jednakże w dniu 28 października 1997 roku Ministerstwo Finansów przesłało do wszystkich Izb Skarbowych pismo PO4/AK-802–636/97, w którym informowało, że dochody osób fizycznych i prawnych, które wykonują prace zlecone przez beneficjanta pomocy międzynarodowej bądź też bezpośredniego wykonawcę celu, jakiemu taka pomoc ma służyć, nie mogą korzystać ze zwolnienia podatkowego.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że oba pisma podpisane są przez tę samą osobę. Być może dlatego Ministerstwo Finansów samokrytycznie przyznało, że jego „dotychczasowe wyjaśnienia w omawianym zakresie mogły spowodować nieprawidłowości w rozliczeniach podatników”. Zalecenia wydane w tej sprawie były bardziej interesujące. Zalecono urzędom skarbowym, aby na indywidualne wnioski podatników na podstawie art. 31 ustawy o zobowiązaniach podatkowych wydawały decyzje o umorzeniu odsetek od zaległości podatkowych powstałych w wyniku niezapłacenia podatku od dochodu uzyskanego z tytułu wykonania prac na rzecz podmiotów korzystających ze zwolnienia określonego w art. 17, ust. 1, pkt 25 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych i art. 21, ust. 1, pkt 46 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Natomiast w przypadku, gdy zaliczki z tego tytułu na podatek dochodowy powinny być pobierane i wpłacane przez płatnika zalecono, aby na tej samej podstawie prawnej wydawać decyzje o umorzeniu zaległości podatkowych. Jeżeli więc podmiot zobowiązany do bezpośredniego rozliczenia z urzędem skarbowym nie zapłacił podatku, miał być zwolniony z odsetek, a jeżeli podatku nie zapłacił płatnik – miał być zwolniony od całej zaległości podatkowej. Wszystko to działo się jednak w poprzednim okresie „błędów i wypaczeń”, jeśli jeszcze ktoś pamięta co to znaczy. W sukurs podatnikom przyszedł natomiast nowy Minister Finansów, który w piśmie z dnia 23 lutego 1998 roku PO 4/AK-802–79/1/98 poinformował Dyrektorów Izb Skarbowych i Urzędów Kontroli Skarbowej, że sformułowania zawarte w przepisach ustawowych mają „bardzo szerokie znaczenie”, a sposób ich przekazywania „w praktyce bywa różnorodny”, więc nawet podatnicy wykonujący prace podzlecone ze środków pomocowych korzystają ze zwolnienia podatkowego. Ciekawe jest to, że pismo Ministerstwa Finansów z dnia 28 października 1997 roku zaczynało się od stwierdzenia, że jest odpowiedzią na „liczne pytania”, a pismo z dnia 23 lutego 1998 roku, a więc wydane już po czterech miesiącach od poprzedniego, mówiło o „nadal napływających wątpliwościach”. Skoro więc w ciągu czterech miesięcy wątpliwości było tak wiele, to można wysnuć wniosek, że nie dotyczyła ona wąskiej grupy osób i błahych kwot lecz miała niebagatelne znaczenie społeczno-gospodarcze. Jeżeli tak było w istocie, to należałoby wnikliwie sprawę tę przeanalizować od nowa. Chyba że była ona rzeczywiście błaha z punktu widzenia państwa, lecz dotyczyła tej grupy beneficjantów, która mogła wpływać na szybkość i kierunek działania Ministerstwa Finansów. Ciekawe byłoby obejrzenie listy osób, które otrzymywały nieopodatkowane dochody z PHARE. Nieprawdaż?

Z liberalnego punktu widzenia pobieranie mniejszych opłat granicznych, chociażby przez pięć dni, czy niższych podatków od niektórych wynagrodzeń jest jak najbardziej pożądane. Im mniej pieniędzy państwo zabiera podatnikom tym lepiej dla gospodarki. Być może zyski osiągnięte przez podatników korzystających z tego dobrodziejstwa zostały następnie korzystnie zainwestowane, co przyczyniło się do powstania nowych miejsc pracy i ogólnego wzrostu gospodarczego. Jednakże z tego samego, liberalnego punktu widzenia, nie można zaakceptować przywilejów dla grup wybranych – w tym wypadku po prostu lepiej poinformowanych. Aby ci wybrani mogli nie płacić albo płacić mniej, inni musieli płacić więcej.

Nie wszyscy byli jednak „wybrani”. A nawet jak byli, to zdarzało się, że popadali w niełaskę i fiskus „ćwiczył” na nich stosowanie przedziwnych interpretacji, które potem rozszerzał na innych podatników, którym chciał „dokopać”. Na przykład ustawa z dnia 23 grudnia 1988 roku o działalności gospodarczej z udziałem podmiotów zagranicznych (Dz.U. nr 41, poz. 325) zwalniała od podatku dochodowego dochód spółek z udziałem zagranicznym na okres lat trzech (art. 28) i zwalniała od cła przywozowego „i innych opłat podobnych w skutkach do takich ceł” przedmioty stanowiące wkład niepieniężny wspólników do kapitału zakładowego spółki w postaci maszyn, urządzeń i wyposażenia oraz innych środków przeznaczonych do prowadzenia działalności gospodarczej określonej w zezwoleniu na utworzenie spółki wydanym przez Prezesa Agencji ds. Inwestycji Zagranicznych, a także maszyny, urządzenia i wyposażenie oraz inne środki przeznaczone do prowadzenia określonej w zezwoleniu działalności gospodarczej nabyte w okresie trzech lat od utworzenia spółki (art. 30). Ustawa z dnia 14 czerwca 1991 roku o spółkach z udziałem zagranicznym (Dz.U. nr 60, poz. 253) utrzymywała ulgi i zwolnienia podatkowe przysługujące spółkom powstałym na podstawie przepisów ustawy z dnia 23 grudnia 1988 roku w zakresie dochodów z przedmiotu działalności gospodarczej, określonego w zezwoleniu aż do ich wyczerpania (art. 37). Ministerstwo Finansów rozsyłało jednak do urzędów celnych kolejne instrukcje dyskredytujące owe ulgi ustawowe.

I znowu: z liberalnego punktu widzenia można stwierdzić, że szczególne przywileje dla spółek z udziałem zagranicznym były niezasadne i naruszały zasady równości różnych podmiotów gospodarczych. Można też wskazywać, że ulgi te były wykorzystywane przez nieuczciwych przedsiębiorców, którzy za granicą wyszukiwali fikcyjnych inwestorów, których udział w przedsięwzięciu gospodarczym stwarzał im szczególne przywileje podatkowe. Nie można jednak nie zwrócić uwagi, że zmiany tego stanu rzeczy powinny dokonać się w drodze ustawowej, a nie w wyniku wykładni przepisów prawnych i to niekiedy całkiem kuriozalnej. Najpierw bowiem stwierdzono, że spółki z udziałem zagranicznym zwolnione od cła muszą jednak płacić podatek obrotowy graniczny, który nie jest podobny do cła. Ministerstwo Finansów w piśmie z dnia 15 kwietnia 1991 roku (PD 3–8211–561/91) zauważyło, że podatek to nie cło. Stanowisko takie podzielił Naczelny Sąd Administracyjny. W wyroku z dnia 11 września 1992 roku (SA/P 1150/92) NSA stwierdził, że „podatek pobierany przez urzędy celne od towarów sprowadzanych z zagranicy jest podatkiem obrotowym i nie może być zaliczany do innych opłat podobnych do ceł”. NSA podzielił stanowisko, zgodnie z którym „opłaty powstały dla przerzucenia części kosztów ponoszonych przez państwo z tytułu załatwiania czynności urzędowych na obywateli, którzy z tych czynności korzystają. Podatki zaś nie mają bezpośredniego powiązania z określonym świadczeniem ze strony państwa”. NSA wskazał więc na powszechnie obowiązujące w doktrynie i niekwestionowane rozróżnienie charakteru prawnego i ekonomicznego podatków i opłat. Sędziowie zapomnieli jednak, że, po pierwsze, teoria nie ma nic wspólnego z praktyką. W Polsce pobierany był w tym czasie „podatek drogowy”, którego uzasadnieniem była konieczność ponoszenia nakładów na drogi publiczne, który powinien mieć, wbrew nazwie, charakter opłaty, a który miał zgodnie z nazwą, a wbrew własnej istocie, charakter podatku, wpływy z którego nie pozostawały w żadnym związku z wydatkami na utrzymanie dróg. Użyte zaś w ustawie o działalności gospodarczej z udziałem podmiotów zagranicznych sformułowanie „cła i inne opłaty” sugerowało, iż cło ma charakter takiej właśnie opłaty. W praktyce cła nie mają nic wspólnego z definicją opłat podaną przez NSA w powoływanym orzeczeniu. Z całą pewnością nie są to „daniny odpłatne” pobierane w celu pokrycia wydatków państwa związanych z niektórymi czynnościami organów państwa. Cła bowiem, tak jak i podatki, ponoszone są na rzecz gospodarki budżetowej, co zdaniem NSA jest domeną jedynie podatków. Po drugie, NSA nie wziął w ogóle pod uwagę, że ustawodawca mówił nie o podobnym charakterze obciążeń publicznoprawnych, lecz ich „podobnych skutkach”.

A z pewnością skutki podatku obrotowego granicznego były dla importera „podobne”, a nawet tożsame z cłem. Jeżeli „przedmioty stanowiące wkład niepieniężny wspólników do kapitału zakładowego spółki” zostały nabyte za granicą za 100 proc., a sprowadzająca je spółka zapłaciła 30 proc. cła oraz 30 proc. podatku obrotowego granicznego liczonego od wartości celnej, a więc bez cła, to skutek był dla niej bez wątpienia taki sam jakby zapłaciła 60 proc. cła. Co więcej, gdy uchwalano ustawę o działalności gospodarczej z udziałem podmiotów zagranicznych, nie istniał żaden podatek obrotowy graniczny, do którego ustawodawca musiałby się odnieść, a wyraźną intencją ustawodawcy było zachęcenie zagranicznych inwestorów do uruchamiania działalności w Polsce.

Po raz kolejny rozpatrując to z liberalnego punktu widzenia zgodzić się należy z wyrażonym przez NSA poglądem, że zwolnienie spółek z udziałem zagranicznym z cła, które musiały płacić spółki ze stuprocentowym udziałem kapitału polskiego było nieuzasadnionym uprzywilejowaniem tych pierwszych. Ale zmiana tego stanu rzeczy powinna nastąpić w drodze odpowiednich zmian legislacyjnych, a nie pokrętnej interpretacji. Zwłaszcza, że, fiskus, rozochocony sukcesami na polu wykładni prawa, jakby zapomniał, że buduje gospodarkę rynkową i zaczął posługiwać się pojęciami z ekonomii marksistowskiej, uznając, że nie wszystkie środki „przeznaczone do prowadzenia działalności gospodarczej określonej w zezwoleniu na utworzenie spółki wydanym przez Prezesa Agencji ds. Inwestycji Zagranicznych” są zwolnione z cła, ale tylko tak zwane „środki pracy”. Przestały natomiast podlegać zwolnieniu tak zwane „przedmioty pracy”. Przyjęto interpretację, że skoro ustawodawca mówił o „środkach” przeznaczonych do prowadzenia działalności gospodarczej, to na pewno chodziło mu właśnie jedynie o „środki pracy”, a nie „przedmioty pracy” zużywające się w procesie produkcji. Być może ustawodawcy rzeczywiście o to chodziło. Jednak równie dobrze można było przyjąć założenie, że ustawodawcy chodziło o „środki produkcji”, czyli – zgodnie z zasadami ekonomii marksistowskiej – zarówno o środki, jak i przedmioty pracy.

Tego typu przykłady można mnożyć. Przedstawione powyżej pokazują tylko jak zaczęła rodzić się praktyka ciągłych zmian interpretacji i dokonywania coraz nowszych i coraz bardziej absurdalnych wykładni obowiązujących przepisów.

[1] L.E. Read, Ja, Ołówek, Wydawnictwo Prohibita, Warszawa 2009.


Część II
W walce o dobre imię liberalizmu

Liberałowie powiadają, że biednym trzeba dać wędkę, a nie rybę. Zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami trzeba jeszcze dorzucić do wędki zezwolenie na połów ryb, bo tego wymagają przepisy ustawy o rybołówstwie.

(Wraca nowe, czyli o swobodzie działalności gospodarczej, www.blog.gwiazdowski.pl, 19 marca 2007 r.).

1. Na własnym rozrachunku
„Rzeczpospolita”, dodatek „Plus Minus”, 4 stycznia 1997 r.

Parafrazując stare powiedzenie Churchilla o demokracji można powiedzieć, że wolnorynkowy kapitalizm to bardzo zły ustrój społeczno-gospodarczy, ale jak dotąd lepszego nikt nie wymyślił. I można chyba dodać, że zapewne nie wymyśli. Jest to bowiem system najefektywniejszy ze wszystkich, jakie zna historia ludzkości. Jest więc szczególnie godny polecenia dla tych społeczeństw, które zazdrośnie spoglądają na poziom życia w krajach najbardziej rozwiniętych gospodarczo. Właśnie dlatego powinny one wzorować się na przykładzie tych państw, ale z tego czasu, gdy były one na takim samym etapie rozwoju, jak ci biedniejsi są obecnie. Bogate społeczeństwa stać na socjalne eksperymenty właśnie dlatego, że są bogate. Są zaś bogate dlatego, że 200 lat temu nie eksperymentowały, nie poszukiwały trzeciej drogi, lecz wybrały rozwiązania wolnorynkowe. Co więcej, dziś próbują się z różnych socjalnych eksperymentów wycofać, dostrzegając, że droga, którą wybrały, wiedzie w ślepą uliczkę. Wyższość wolnorynkowego kapitalizmu może być uzasadniana zarówno na płaszczyźnie czysto teoretycznej, jak i pragmatycznej.

Przedstawicielem pierwszego sposobu myślenia jest Ludwig von Mises. Ekonomia jest dla niego nauką uniwersalną, której aprioryczne prawa nie mogą zależeć od historycznych okoliczności i nie podlegają ani weryfikacji, ani falsyfikacji na podstawie doświadczenia. Postępowanie oparte na poprawnym ekonomicznie wnioskowaniu przynosi zamierzone efekty, a oparte na poprawnym wnioskowaniu – nie, albowiem to, „co jest sprzeczne w teorii, jest nie mniej sprzeczne w rzeczywistości”. Nie trzeba zatem czekać, aż dadzą o sobie znać zgubne konsekwencje socjalizmu, by orzec, że musi on zawieść każdą gospodarkę do ruiny.

Aby społeczeństwa mogły dokonywać racjonalnych wyborów ekonomicznych, posiadane przez nie zasoby muszą zostać odpowiednio zmierzone. Jedyna metoda zmierzenia tych zasobów polega na uzyskaniu przez nie, w drodze wolnej gry sił rynkowych, odpowiedniej ceny. Tylko ceny rynkowe mogą odpowiedzieć na pytanie, czy realizacja jakiegoś projektu przyniesie więcej niż kosztuje i czy będzie bardziej korzystna od realizacji innych planów, pisze Mises. Gospodarka planowa, pozbawiona rynkowego mechanizmu ustalania cen, paść musi ofiarą planistów kierujących się w wyznaczaniu gospodarczych celów samowolą i własnym „widzimisię”.

Tymczasem nie istnieje najmniejszy związek pomiędzy realiami a życzeniami planistów. Prawa rzeczywistości są bowiem niezależne od ludzkiej woli. Niestety, choć tylko szaleńcy ośmielają się lekceważyć prawa fizyczne i biologiczne, to jest dość powszechnym zwyczajem pogardzanie prawami ekonomicznymi. Dlatego nie można zakładać, że to, co rozumne, zwycięży tylko z racji swojej rozumności. Niezbędne jest więc stworzenie dla wolnego rynku uzasadnienia oddziaływującego na ludzką wyobraźnię. Prawda musi być atrakcyjna, aby mogła przyciągnąć wyborców. Temu celowi powinna służyć należycie skonstruowana ideologia, docierająca do ludzkich serc oraz umysłów i uodparniająca je na socjalistyczną demagogię.

Drugi nurt zwolenników wolnego rynku wskazuje przede wszystkim na argumenty pragmatyczne, ukazując skuteczność rozwiązań wolnorynkowych i absurd ekonomiczny państwowego interwencjonizmu.

Taki charakter mają między innymi prace Friedricha von Hayeka i Miltona Friedmana. Pierwszy z nich w swej najpopularniejszej swej pracy, Droga do zniewolenia, ukazuje konsekwencje ingerowania państwa w istniejący system społeczno-gospodarczy. Jego zdaniem każdy interwencjonizm, chociażby powzięty był początkowo w minimalnym zakresie, prowadzi, siłą rzeczy, do kolektywizmu. Nie ma bowiem drogi pośredniej pomiędzy systemem wolnej konkurencji, a całkowitą kolektywizacją życia. Raz podjęte działania interwencjonistyczne stwarzają sytuację, w której po pewnym czasie zmuszeni jesteśmy regulować więcej zjawisk niż początkowo zamierzaliśmy. Nie możemy wówczas ograniczyć tych działań tylko do wybranych sfer, jak byśmy tego pragnęli, lecz musimy regulować je wszystkie. Prędzej lub później kończy się to całkowitym zniewoleniem każdego z nas.

Wyższość konkurencji wynika nie tylko stąd, że jest ona najskuteczniejszą ze znanych metod realizacji własnych zamierzeń, ale także, a może nawet bardziej z tego, że jest jedyną metodą, dzięki której nasze działania mogą się do siebie wzajemnie dostosowywać bez przymusu ze strony władzy i bez jej arbitralnej interwencji (Hayek). Oczywiście ubodzy w społeczeństwie wolnorynkowym mają mniejsze możliwości niż ludzie bogaci. Jednak cieszą się dużo większą wolnością niż osoby zamożne w społeczeństwie skolektywizowanym. A świat, w którym bogaci mają władzę jest mimo wszystko lepszy od świata, gdzie wyłącznie ci, co są już u władzy, mogą zdobyć bogactwo (Hayek).

Zastąpienie władzy ekonomicznej przez polityczną oznacza zastąpienie władzy w pewnym sensie ograniczonej taką władzą, przed którą nie ma żadnej ucieczki. Ta pierwsza, choć może służyć jako narzędzie przymusu, w rękach osób prywatnych nigdy nie jest władzą wyłączną. Jeżeli jednak wypływa ona z władzy politycznej, stwarza zależność w stopniu niewiele różniącym się od niewolnictwa. Jak bowiem zauważył Frank H. Knight, „prawdopodobieństwo, że ludzie u władzy będą jednostkami nie lubiącymi jej posiadania, jest równe prawdopodobieństwu, że osoby o wyjątkowo czułym sercu zostaną nadzorcami niewolników”.

Nic tak dobrze nie odróżnia warunków istniejących w wolnym kraju od panujących pod rządami władzy arbitralnej, jak przestrzeganie zasady rule of law. Każde prawo ogranicza do pewnego stopnia wolność osobistą, ale pod rządami prawa władza nie ma możliwości udaremniania wysiłków jednostki poprzez różnego rodzaju działania podejmowane ad hoc. Różnica między systemem, wewnątrz którego działalnością produkcyjną kieruje „niewidzialna ręka” rynku a sytuacją, w której działalnością gospodarczą kieruje centralna władza państwowa jest właśnie szczególnym przykładem bardziej ogólnej różnicy pomiędzy rządami prawa

i rządami arbitralnymi. W pierwszym przypadku rząd ogranicza się do ustalenia reguł gry pozostawiając jednostkom decyzję co do sposobu jej prowadzenia. Reguły te mają charakter czysto formalny i nie są ukierunkowane na potrzeby poszczególnych ludzi. Sama treść przepisu nie jest szczególnie istotna: nie ma bowiem znaczenia, czy wszyscy jeździmy samochodami po lewej, czy po prawej stronie jezdni, jeżeli tylko wszyscy postępujemy tak samo. Ważny jest fakt, że przepis ten pozwala nam przewidzieć zachowanie innych dzięki temu, że odnosi się do wszystkich takich samych sytuacji. W drugim przypadku władza musi arbitralnie rozstrzygać kwestie szczegółowe, na które nie można znaleźć odpowiedzi wyłącznie za pomocą zasad formalnych. „Różnica między tymi dwoma rodzajami reguł jest taka sama – pisze Hayek – jak między ustanowieniem prawa drogowego a poleceniem ludziom dokąd mają jechać”.

Jeszcze bardziej konkretny w swoich rozważaniach jest Milton Friedman. Przyznaje on zdecydowaną wyższość metodom wolnorynkowym, zarówno z powodu ich większej skuteczności, jak i z uwagi na naczelną wartość przez siebie wyznawaną: wolność człowieka. Tylko konsekwentnie leseferystyczne działania służą ochronie tej wolności, a każda doza interwencjonizmu nieuchronnie prowadzi do jej naruszenia. Co więcej, rząd ingerując w procesy rynkowe i naruszając wolność jednostek w imię zasady równości, nie jest w stanie tej równości zapewnić. Społeczeństwo płaci więc cenę w postaci ograniczenia wolności nie otrzymując w zamian ekwiwalentu w postaci zwiększonej równości. Wszystkie bowiem poczynania rządu w sferze społeczno-ekonomicznej zawsze okazują się nieskuteczne.

Podstawowym przykładem funkcjonowania mechanizmu „niewidzialnej ręki” jest sytuacja, w której obie strony uczestniczące w transakcji rynkowej osiągają z niej odpowiednie korzyści. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy wymiana handlowa jest dobrowolna, a kontrahenci posiadają wystarczającą do jej przeprowadzenia ilość informacji. Odbywa się ona wówczas bez żadnego przymusu naruszającego wolność poszczególnych jej uczestników. Ludzie są oczywiście niedoskonali i omylni, ale w systemie wolnorynkowym mylą się wyłącznie na własny rachunek, ponosząc konsekwencje błędów, skutki których nie oddziaływują na innych.

„Świat jest niedoskonały – pisze Friedman – a więc i konkurencja nie zapewni pełnej ochrony. Jednakże konkurencja stanowi najlepszą lub, co na jedno wychodzi, najmniej złą ochronę największej liczby ludzi, jaką dotąd wynaleziono”. Konkurencja chroni konsumenta nie dlatego, że biznesmeni mają lepsze serca od biurokratów, bądź że są od nich bardziej kompetentni, ale dlatego, że zaspokojenie nawet najbardziej absurdalnych życzeń konsumenta leży w ich interesie. Kiedy bowiem wchodzimy do sklepu, nikt nas nie zmusi do zrobienia zakupów. Możemy pójść gdzie indziej. I to właśnie jest podstawowa różnica między instytucją działającą na rynku, a agendą rządową. Najlepszą ochroną konsumenta przed eksploatacją ze strony jakiegoś sprzedawcy jest istnienie innego sprzedawcy. Programy rządowe tylko z tego powodu wydają się dobrym rozwiązaniem, że rząd skutecznie zablokował uprzednio alternatywne rozwiązania rynkowe.

Interwencjonizm władzy państwowej narusza dodatkowo uświęconą zasadę, że nikt nie może być sędzią w swojej własnej sprawie. Państwo ustanawia bowiem prawo, którego następnie staje się stroną, będąc jednocześnie sędzią w sporach powstających na tle stosunków prawnych, w których samo uczestniczy.

Podsumowując argumenty przemawiające na rzecz wolnego rynku można powiedzieć, że konkurencja ma w gospodarce podobne znaczenie jak w sporcie, w którym właśnie dzięki rywalizacji obserwujemy podnoszenie wyników na coraz wyższy poziom i przekraczanie kolejnych „barier ludzkich możliwości”. I choć w większości wypadków są to sukcesy indywidualne, to osiągnięcia mistrzów przyczyniają się do rozwoju całych dyscyplin. Do ciężkiej pracy na treningach skłania sportowców chęć osiągnięcia sukcesu, wstąpienia na podium, zdobycia medalu, sławy, a ostatnio także i pieniędzy. Tym, czym dla nich jest stadion, dla przedsiębiorców jest rynek. Środek do postawionego sobie celu jest taki sam – zdolności i praca. Cel również jest jeden – zwycięstwo w rywalizacji z innymi. Zaś sukces jednostki, jak tam, tak i tu, przyczynia się do ogólnego rozwoju. Analogia powinna rozciągać się także na system nagród. Należą się one za osiągnięty wynik. „Każdemu według osiągniętego w rywalizacji rezultatu” – to najlepsze kryterium rozdziału nagród i jedyne sprawiedliwe.

Ograniczona władza daje jednak niewielkie możliwości działania ludziom, którzy pragną absolutnego uszczęśliwienia innych. Pomyślny obrót rzeczy uznają oni za naturalny, zapominając o niebezpieczeństwach, jakie zagrażają wolności i gospodarce ze strony rządu. Pociąga ich myśl o tym, ile dobra mógłby uczynić wzmocniony rząd, gdyby znalazł się w odpowiednich, to znaczy w ich własnych, rękach. Dlatego „pogląd, że rząd ma służyć jako arbiter zapobiegający stosowaniu przez jednostki wobec siebie siły zastępują przekonaniem, że jego rolą – podobnie jak rodziców – jest wymuszanie, aby jedni pomagali drugim.” (Milton Friedman, Rose Friedman).

Niepowodzenia planowania i nacjonalizacji nie zlikwidowały więc dążeń do objęcia kontrolą rządową coraz większej ilości spraw. Zmienił się tylko ich kierunek. Jak pisał Allen Wallis, socjalizm, „który zbankrutował intelektualnie, widząc jak w ciągu stu lat obalane są jeden po drugim argumenty za uspołecznieniem środków produkcji – chce obecnie uspołeczniać rezultaty tej produkcji”. To zauroczenie socjalistycznym interwencjonizmem bierze się stąd, że efekty interwencji państwowej bywają natychmiastowe i są wyraźnie widoczne. Natomiast jej negatywne skutki ujawniają się stopniowo i pośrednio oraz leżą jakby poza zasięgiem wzroku. Dlatego też wielu ludzi spogląda na interwencję państwa z niemałą życzliwością.

Zwolennicy wolnego rynku próbują przeciwstawiać się takiej tendencji poprzez odwoływanie się do naturalnych odruchów. Podkreślają, że mentalność ludzka już od kołyski dostosowuje się do prawa podaży i popytu. „Dziecko potrzebujące czystej pieluszki gotowe jest w zamian zaoferować ciszę i spokój. A matka, by uzyskać tę ciszę, gotowa jest zmienić mu pieluszkę. W ten sposób ustalają się warunki wymiany. Dziecko, które czegoś chce, wie, że musi dać coś w zamian” – pisze Jude Wanninski (The Way The World Works. How Economics Fall – And Succeed).

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.