A gdy odejdzie w przepaść wieczną... - Hanna Krzemieniecka - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 280 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka A gdy odejdzie w przepaść wieczną... - Hanna Krzemieniecka

Powieść z 1910 roku. Dzieło Hanny Krzemienieckiej, poczytnej niegdyś autorki, dziś już zapomnianej, należącej do wolnomularstwa działaczki narodowej. Faktycznie nazywała się Janina Furs-Żyrakiewicz, była żoną rosyjskiego wojskowego. Pochodziła z rodziny szlacheckiej. Teozoficzne zainteresowania autorki są widoczne w powieści „A gdy odejdzie w przepaść wieczną…”. Była bardzo popularna, a jej powieści cieszyły się dużym zainteresowaniem za jej życia. O popularności autorki świadczyły plany nazwania dużej ulicy w Warszawie jej nazwiskiem (niepowstałe przedłużenie ulicy Powązkowskiej). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku A gdy odejdzie w przepaść wieczną... - Hanna Krzemieniecka

Fragment ebooka A gdy odejdzie w przepaść wieczną... - Hanna Krzemieniecka






Spis treści

  1. TOM I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. ROZDZIAŁ XI
  13. ROZDZIAŁ XII
  14. ROZDZIAŁ XIII
  15. ROZDZIAŁ XIV
  16. ROZDZIAŁ XV
  17. ROZDZIAŁ XVI
  18. ROZDZIAŁ XVII
  19. ROZDZIAŁ XVIII
  20. ROZDZIAŁ XIX
  21. ROZDZIAŁ XX
  22. ROZDZIAŁ XXI
  23. ROZDZIAŁ XXII
  24. ROZDZIAŁ XXIII
  25. ROZDZIAŁ XXIV
  26. ROZDZIAŁ XXV
  27. ROZDZIAŁ XXVI
  28. ROZDZIAŁ XXVII
  29. ROZDZIAŁ XXVIII
  30. ROZDZIAŁ XXIX
  31. ROZDZIAŁ XXX
  32. ROZDZIAŁ XXXI
  33. ROZDZIAŁ XXXII
  34. TOM II
  35. ROZDZIAŁ I
  36. ROZDZIAŁ II
  37. ROZDZIAŁ III
  38. ROZDZIAŁ IV
  39. ROZDZIAŁ V
  40. ROZDZIAŁ VI
  41. ROZDZIAŁ VII
  42. ROZDZIAŁ VIII
  43. ROZDZIAŁ IX
  44. ROZDZIAŁ X
  45. ROZDZIAŁ XI
  46. ROZDZIAŁ XII
  47. ROZDZIAŁ XIII
  48. ROZDZIAŁ XIV
  49. ROZDZIAŁ XV
  50. ROZDZIAŁ XVI
  51. ROZDZIAŁ XVII
  52. ROZDZIAŁ XVIII
  53. ROZDZIAŁ XIX
  54. ROZDZIAŁ XX
  55. ROZDZIAŁ XXI
  56. ROZDZIAŁ XXII
  57. ROZDZIAŁ XXIII
  58. Kolofon

TOM I


ROZDZIAŁ I

Szerokie rozłogi łąk zalane porannymi promieniami słońca, rozelśnione i operlone rosą, wilgotną świeżością, rozbrzmiewające suchym, rytmicznym ćwierkaniem koników polnych, hulaszczo-wesołym brzękiem owadów, wpółsenne jeszcze, jeszcze na krańcach na wpół otulone w leciuchne rąbki nocnych mgieł, zasnute gazą marzeń sennych, a budzące się raźno, uśmiechnięte do słońca i radością a pragnieniem życia roziskrzone.

Przejrzyste, rozwiewne zwoje mgieł porankowych, otulają tumanem zadumy kępy trzcin nadbrzeżnych: nad brylantowoświecącą rzeką, w cichym, rozświetlonym powietrzu płyną tęczową, migotliwą falą, wślizgują się na szczyty brzóz z oddali srebrzystą korą połyskujących, toną w jędrnej soczystej zieleni czeremchy okrytej pękami śnieżnych, woniejących rześką młodością kwiatów.

Fale świateł, barw, woni, grają rozedrgane, chaosem świeżej, ożywczej radości zatapiają świat.

Nad obszarami góruje wzbita w obłoki pieśń skowronka, dzwoni w niebiosach cichym rozmodleniem zachwytu dusz wierzących, spływa z błękitów wibracją kornych dziękczynień, leje się jak hejnał pogodnego upojenia.

Polne powoje zwijają się w powietrzne arkady omglone bladym muślinem kwiatów delikatnych i wiotkich jak marzenie; bujają różnobarwne zawoje grochów, jak tęcza różowych i fiołkowych skrzydeł, uwięzionych na łodygach motyli; kolczaste żmijowce podnoszą długie szyje opatrzone mnóstwem błękitnych lejkowatych pyszczków, z wysuniętymi purpurowymi żądełkami; koronkowe kiście mietliczek i rajgrasów chwieją się i drżą. A wietrzyk, swawoląc przelatuje nad ziemią, śmieje się i szumi w zaroślach, otrząsa czary kwiatowe, spragnionym oddechem rosy wysącza i miękką pieszczotą ciepłych skrzydeł rozsypuje deszcz barwnych płatków.

I całą ziemię osłania pieściwe rozmarzenie rozkoszy, jak lekkie zwoje iluzji, jak ułuda – jak pragnienie szczęścia i o szczęściu sen.

Na ścieżce sunącej wąską miedzą wśród fal zieleni, ukazują się dwie postacie: wysokiej kobiety z wysmukłą kibicią i zadumanym czołem, i pochylonego ku niej mężczyzny.

Mężczyzna jest w zaraniu wieku, jak ta wiosna. Ma śniadą, szczupłą twarz, ściągniętą niepokojem, w oczach żar duszy palonej boleścią.

Kobieta jest pięknym, dojrzałym latem, gorącym południem życia, dostojnym królewską dumą i władzy pełnym spokojem.

Z jego ust wyrywają się płomienne protesty, brzmią na przemian wybuchy skarg i uniesień, sarkazmu i żalu.

Serce jego – jak to młode życie wokoło – wibruje odwieczną cudowną pieśnią rozkwitu żądnej przyrody. Ona, poważna i nieprzenikniona, z cichą potęgą w oczach i zadumą na smutnym czole, jak chmura płynąca z poszumem fatalizmu i nieszczęścia.

W duszy jego burzy się męka, co długo hamowana, tłumiona wysiłkiem rozumu i woli, zerwała wreszcie tamy milczenia i w szale dzikiej tęsknoty pędzi na oślep, znosząc wszelkie zapory.

– Jak to! Co pani wyrzekła? Więc pani naprawdę doradzać może abym porzucił to, w czym dla mnie zawiera się cała treść życia! Tylko proszę!... Zaprzestań pani już mówić o mojej przyszłości i o mojej karierze. Jam długo rozmyślał. Nie idę ślepo za pierwszym wrażeniem. Wszystko roztrząsnąłem: zastanowiłem się i wybrałem. Wrażenia te... którymi teraz żyję... nie pochwyciły mię nagle; ja ich szukałem, one były dla mnie koniecznością, nieodzownym czynnikiem mego duchowego rozwoju. Dla mnie, poza ich obrębem, absolutnie wszystko utraciło wartość. A pani łaskawie doradzać raczy bym je porzucił... jakby to od mojej woli zależnym było!... i po co zresztą, by kiedyś nie cierpieć? A kto dał pani prawo wglądać w moje cierpienia? Rozporządzać się moją przyszłością? I co to zresztą panią obchodzić może! czy cierpi taki nędzny robak... Miłosierdzie pani jest szczytem ironii. Ale ja nie przypuszczam, by słowa te, którymi mnie pani zgnieść chcesz, były szczere, powiedz mi pani – Zlituj się! Powiedz otwarcie: zażartowałaś sobie z lichego tworu, który wzrok podnosi ku Tobie? Wszak prawda? Tak?

Chce ująć jej rękę, którą kobieta gestem spokojnym usuwa.

– Chyba... że moja osoba zbyt już jest pani niemiłą – mówi młodzieniec łamiącym się, wzburzonym głosem, może wywieram odpychające wrażenie?... O! O! Wtedy bądź pani spokojną! Ja... ja naturalnie... natychmiast panią od siebie uwolnię! Nie będę natrętnym! O nie! odejdę natychmiast... Wszelako... jeśli to o mnie tyle troskliwości... cha – cha! Taka czuła przezorność, by mi w przyszłości oszczędzić cierpienia. Proszę mi odpowiedzieć! Proszę odpowiedzieć! Nie jestem zdolny dręczyć się dłużej – milczeć pokornie i czekać – ciągle czekać – i milczeć! Pozwolisz mi tu pozostać? Mówić z Tobą niekiedy... patrzeć na Ciebie! tak?

Cisnął gorączkowo jej palce. Milczała.

Weszli w gaik, na skraju którego srebrnopienne brzozy powiewały kaskadą gibkich gałęzi, połyskujących migotliwie drżącymi listkami w powietrznym przezroczu. W szmaragdowej gęstwinie dźwięczy figlarnym śmiechem zalotne przekomarzanie się kukułki. Podłoże lasu usłane bujnym, filigranowo rzeźbionym liściem paproci każdej kępy drzew płyną fale szczebiotu, świegotów, rozgwarów ptaszęcych, drgających nutą wesela, radości bytu.

– Więc każesz mi pani oddalić się? Odpędzasz od siebie – dopytywał się z niepokojem. W głosie jego łkał obłęd bólu.

Podniosła nań smutne, przepaściste oczy.

– Dla pana będzie tak lepiej – wyrzekła.

– Znowu dla mnie lepiej! Ach Boże! i pani tak myśli naprawdę? Lecz jeśli beznadziejna miłość jest cierpieniem – to ja chcę cierpieć! Wolę tu cierpieć patrząc na panią, niźli tam ginąć w osamotnieniu... Czyż pani nie pojmuje, że to uczucie uszlachetnia mię, podnosi, że w jeden dzień daje mi przeżywać więcej wrażeń, niż poprzednie obojętne lata cale... że każe mi odsuwać się ze wstrętem od wszelkich mętów życia... A pani tę jasną, wysoką, cudną gwiazdę chce zagasić – i po co? abym nie cierpiał? Przez tchórzostwo? Nie! Wolę wybrać ból żywy, co mnie oczyszcza, niż ów kamienny ból odrętwiałości, powrotu do szarych, płaskich, powszednich warunków bytu. Teraz ja żyję tylko myślą, kiedy panią uwidzę: – usłyszę... To mnie pochłania całego! Co będzie jeśli mi tego zabraknie?

– Rozumujmy spokojnie. Pana unosi egzaltacja...

Wysokie konary dębów ogarniają ich swym cieniem i szumem. Leśne dzwonki podnoszą ciekawe kielichy przeświecające grą promieni słonecznych, rumienią się koniczyny, fiołki spoglądają poważnie rzewnymi, łez pełnymi oczyma, smukłe konwalie pochylają rozmarzone, śnieżyste czary, tchną wonią dumnej, nieprzystępnej niewinności, śmieją się purpurowymi ustami płomienne, dzikie goździki, w cienistych wądołach kryją się w melancholijnej zadumie niezapominajki, spuszczając nieutulone w żalu, modre źrenice. Z parowów, gąszczów, jarów, bije bujna, wezbrana siła, triumfująca pieśń przyrody, hejnał rozkoszy i szczęścia.

Oczy młodzieńca przybierają wyraz cichego rozmodlenia, gdy usta silą się na trzeźwe szyderstwo.

– Otóż jestem spokojny – wedle łaskawego rozkazu. Niech mi pani wierzy: kombinuję zupełnie poważnie i logicznie. Co pocznę, skoro wyrzucę z siebie myśl o pani? Najpierw jest to absolutną niemożliwością, a po wtóre pozostałbym pustą łupiną bez jądra.

Naraz ciemny obłok zasłania słońce i cień jego wlecze się po ziemi omraczając ją mgłą smutku.

Umilkł na chwilę i rozpoczął znów głosem cichym, dziwnie uroczystym i wzruszonym. – Są istoty skazane na to, by kochać po wszelka wieczność. Nie, nie pusta zabawa wlecze mię do pani stóp kocham; pomimo ciebie samą, pomimo Boga...

Głos więźnie mu w gardle, łamie się i urywa. Po chwili rozpoczyna cicho, chmurno prawić niechętnie.

– Ja przecież niczego od pani się nie spodziewam. Impertynencją z mej strony byłoby nawet o tym upewniać. Ale dla mnie niezbędnym jest patrzeć na panią, słyszeć głos pani, rozmyślać nad tym, gdzie mógłbym ją spotkać. Przez cały szereg dni pochmurnych, marcowych szamotałem się w rozmyślaniach i walkach. Całe tygodnie rozważałem w odosobnieniu, wątpiłem, rachowałem się z sobą... Teraz walka skończona. Wybrałem.

Kobieta podnosi nań wielkie, ciemne oczy.

– Żal mi pana.

Głos ma kontraltowy, melodyjny, słodki, bardzo poważny i spokojny z wibrującą w głębi gorącą nutą.

– Nie pojmujesz pan jeszcze, że te wzruszenia to kapitał, którym raz tylko w życiu rozrządza człowiek. On też powinien być osnową przyszłości. Za jego cenę należy zdobyć szczęście... Więc nie trwoń go pan na próżno. Dobądź zań spokój duchowy rodzinnego ukojenia, zamiast – kilku chwil przelotnych... złudzeń...

Wzrok jej przeszywa go jak stal, smutny i chłodny. Spojrzał na nią nieledwie ze wściekłością.

– Naprawdę? Pani wierzy w to, co mówi? Kilka chwil przelotnych! A cóż mi zabroni przedłużyć je w nieskończoność? Odległość może? Aa! Czyż pani sądzi że taka przeszkoda istnieje dla mnie? Oddali się pani na koniec świata – i cóż stąd? Ja od nikogo moralnie ni też materialnie zależnym nie jestem. Dziedzictwa żadnego nie otrzymałem, ale mam ręce, które mi do pracy wystarczą.

Gestem porywczym i prawie brutalnym wyciągnął przed siebie obie ręce.

– Wyjedzie pani koncertować do Ameryki przypuszczam, do Australii – i cóż stąd? I pomimo to ja nie ustąpię! będę pracował z podwójną energią i... i choć raz w kilka lat... przyjadę jednak na panią spojrzeć!...

Głos mu się złamał.

– Nie, nie żart to dla mnie, to... to całe moje życie!

– I dlatego właśnie, że nie żart, powtarzam: oddal się pan! A jeżeli... już do tego stopnia!... jeżeli...

Stanęła, głowę oparła o pień brzozy i kilka chwil trwała w rozmyśle.

– Jeżeli... pan tak już pogrążył się w odmęt, że wyjść zeń nie ma sił ani ochoty, trzeba wbrew panu wtargnąć się w jego życie i nim rozrządzić. Odwrócić od niechybnej zagłady! Przeciąć możność...

Wparł w nią rozgorzałe oczy.

– Boże! Ja chyba oszaleję! Coś pani powiedziała? coś powiedziała? Jak to! pani byłabyś zdolną... pani byś na to się odważyła! Ale nie! To niemożebne... ja chyba nie rozumiem... Przeciąć! Więc odjąć mi życie, zabrać to czym żyję, czym oddycham... I wszystko to dla mego dobra? Wszak pani żartowała tylko? Wszak zgadłem! Nie męcz mnie pani na próżno.

Kobieta stała blada, ale stanowcza.

– Nie!

Zaciął zęby jakby bojąc się krzyczeć z bólu. Jej wzrok w roztargnieniu błądził po okolicy, z jakąś okrutną, obojętną słodyczą.

– Pan się znajduje obecnie w stanie nienormalnego podniecenia – wyrzekła pobłażliwie, serdecznie prawie. – Temu, co zachował rozsądek i zimną krew należy postanowić. Dla pańskiej przyszłości.

– Znowu! Proszę, nie troszcz się pani o mnie! Nie trudź się rozmyślaniem o mojej przyszłości. Więc by w przyszłości uniknąć jakichś urojonych nieszczęść, winienem zaraz na pieńku położyć głowę? Proszę dozwolić łaskawie: o swojej przyszłości będę stanowił sam.

– A pyta kto tonącego czy życzy sobie zostać wyratowanymi? Nie, jego wprost chwytają za włosy i wyciągają na brzeg.

– Aa! Więc pani sądzi, że pierwszą myślą owego wbrew woli wyratowanego topielca, wyzwoliwszy się z rąk wspaniałomyślnego opiekuna, nie będzie dokonanie pierwotnego zamiaru, choćby w jaki inny sposób łeb sobie gruchocąc?

– Nie, nie sądzę. Człowiek, który postanowił umrzeć, w tym natężonym wysiłku woli utopił już swoje cierpienie. Wydobywają z wody przerodzonego już, przekształconego człowieka, który zerwał z przeszłością i zdolnym jest rozpocząć życie na nowo.

– Tak? I pani sądzi, że życie to będzie dla niego radością? że stokroć nie przeklnie nieproszonego wybawcy, że oderwanego od owych rdzennych pragnień, których osiągnąć nie zdołał, czeka pełnia doskonałego żywota, nie zaś bezduszna i mdła wegetacja?

– Nie! Życie jest wielką wartością. Nawet ułomne i niedoskonałe lepszym jest od nicości. Świat go otoczy wirem nowych wrażeń. Otworzą się przed nim szersze horyzonty, pochłoną go inne cele. Schwycił się za głowę.

– Ja nie chcę innych wrażeń, a cele moje przy pani jaśniejsze... Aa! Jam myślał, że pochwyciłem już tęczowy sen życia... i takem się doń przywiązał... tak żyć bez niego już nie potrafię – i nie chcę! Nie mogę! Co ze mną stanie się, gdy pani mię odtrąci?

Mówił nieledwie z przerażeniem, oczy jego przybrały wyraz obłędu.

– Przebolejesz pan. Dokończysz świetnie uniwersytet, zdobędziesz naukę, sławę, znamienitą praktykę...

Mówiła poważnie i spokojnie, chociaż po ustach przewijał się zagadkowy, zarazem smutny i lekceważący uśmiech.

Twarz jego przybrała wyraz cierpki i przykry.

– Rozumiem – rzekł z uśmiechem co unosił kąty warg, obnażając duże, ostre zęby – wywlekłaś pani na mnie cały arsenał szyderstwa. Ciążę pani, jak uprzykrzony natręt, ja – paria, Żyd! Obecność moja jest wprost dla pani wstrętna. Proszę przyznać się wreszcie... o! jeśli tak, oddalę się natychmiast, przestanę raz na zawsze jej się narzucać...

Zatrzymał się z jakimś nagłym postanowieniem.

– Chce pani tego? Więc tak? tak! Proszę raz na koniec wypowiedzieć się wyraźnie. Ja czekam.

Głos drżał mu w brzmieniach chrypliwych, łamał się męką wewnętrzną. Zrozumiała, że jeśli teraz odejdzie, to nie powróci żywym, że miał to rozwiązanie na myśli.

Stanęła w zadumie, mnąc w palcach jakąś gałązkę, zdawało się, iż z osypanymi liśćmi odrzuca jakieś argumenty, że waży coś i postanawia.

Patrzał na nią smutnymi, rozgorzałymi i oczyma, z gorączką i niepokojem. – Cóż? – zapytał. Słowa wydobywały mu się z trudnością z suchego gardła.

Po twarzy jej niespodzianie przemknął uśmiech.

– Nie pojmujesz pan nawet, że los twój jest godnym zazdrości. – Ja sama – doprawdy – zazdroszczę panu...

– Pani? Mnie! Czego?

– Bo to, co pan w tej chwili uczuwa, to prawdziwa miłość...

Podniosła nań oczy zamyślone, jakimś tajemnym uczuciem płonące i bardzo smutne.

– Pomyśl pan, jak to okropnie, gdy poza iluzją uczucia, które człowiek pragnie w sobie rozniecić, poza wszystkimi majakami wzruszeń, którymi usiłuje się upoić, czuje, że to nie ona, wielka, promienna, boska, lecz tylko jej widmo blade: dobrowolne miłości złudzenie. To jakby umierającemu z pragnienia rozkoszować się wyobrażeniem wody...

Patrzał w nią z żarem i męką wiernego, zbliżającego się do świętego źródła. Kobieta oparta o pień brzozy, z oczami uwieszonymi w przestrzeni, mówiła śpiewnym, miękkim kontraltem.

– Pana wzruszenia te wstrząsają do głębi, śpiewają panu cudowne, słowicze pieśni tęsknoty i zachwytu, pan czujesz, żeś dla nich na świat przyszedł, że są najistotniejszym drgnięciem jego duszy... okrzykiem jej samowiedzy... To jest sama prawda i rdzeń bytu... A inni natomiast znajdują wycięte z kartonu drzewa, malowane niebo i imitacje kwiatów – flirtu, sztuczne dekoracje udanej, kłamliwej miłości. Zamiast karty z życia, z całym cierpieniem, z poezją nieskończoności, nuda, przesyt i ckliwość. Zamiast brylantu, garść błota i bańka mydlana. – Skąd pani wie o tym wszystkim? – dopytywał się, topiąc w jej twarzy rozgorzałe spojrzenie.

A ona wstrząsnęła się, jak gdyby nagle ogarnięta wrażeniem chłodu, widziadłem wspomnień.

– Cenię diamenty – rzekła – i dużo widziałam w życiu baniek mydlanych... Wierz mi pan, pierwsze nie mają powodu zazdrościć drugim.

– Więc pani w zasadzie uznaje, że można pragnąć cierpienia? Nie uciekać odeń, lecz dążyć... jak ku czemuś, co duszę rozszerza? Że bez tej ukochanej boleści świat szary jest mdły i nudny, a życie nic nie warte?

Słowa wyrywały mu się z rzężeniem z suchego gardła. Wzrok nieruchomy wlepiał automatycznie w jakiś niewidzialny punkt, który go pociągał i pochłaniał.

Pojęła, że podniecał się własnymi słowami i bezwiednie sugestionował. W stanie, któremu obecnie podlega, popełni samobójstwo, przekonany, że inaczej postąpić nie może.

Wilga w gęstwinie migoce złocistymi piórami, rzucając jakby z radosnym, filuternym wyzwaniem, swój triumfujący triolet.

On powtarzał bezprzytomnie prawie.

– Pani mnie nie wypędza? Pozwala pozostać? Tak? Tak!

Blada, spogląda mu w twarz poważnie, prawie surowo.

– Tak! – jeśli miłość ta dla pana jest dźwignią; nie!... jeśli ma być burzą i zniszczeniem... Wstrząśnienia podobne albo przeradzają człowieka, dobywają mu z duszy utajone bogactwa, rozpalają ją ogniem jasnym i czystym: albo też pozostawiają go na resztę życia zmiażdżonym, zdruzgotanym, unicestwionym, na silne organizmy leki działają odmiennie, niż na słabe. Zatrząsnął się cały.

– Złamany, unicestwiony, przypuśćmy? A pani jakie prawo ma w to wglądać? To sprawa moja – i do mnie tylko należy! Ja sam chcę tego i sam wybieram.

Przed nimi otworzył się zakręt, topolami wysadzona droga, na krańcu której błysnął biały dworek, otulony festonami dzikiego wina, z połyskującymi wśród zieleni taflami szyb.

Na werandzie dość liczne towarzystwo piło kawę. Przy okrągłym stole prezydowała krzepka i silna niewiasta lat czterdziestu, wokoło bielały, jak gołębie, suknie dwóch panien i wysmukła sylwetka studenta w letnim, jasnym mundurze.

Panny zrywają się na widok Izy, i z żywymi gestykulacjami przesyłają jakieś wezwania, których nie słychać. A student odgarnia niecierpliwie włosy nad wysokim czołem i wbija oczy pochmurne i niechętne w towarzysza jej porannej wycieczki.

Ten zatrzymuje się przed nią.

– Jedno słowo szczere – ostatnie. Co pani uczyniłaby w moim położeniu?

Iza milczała.

– Proszę powiedzieć prawdę. Bądź pani wspaniałomyślną.

– Ogólnego prawidła w tym razie być nie może... – rzekła wymijająco, sucho prawie. Lek, który wzmacnia jeden organizm, zniszczy inny. Niech każdy wybiera odpowiedni swym siłom.

– Aha! Więc w zasadzie uznaje pani, że tchórzostwo i ucieczka obowiązującymi nie są... Lecz dla mnie ważną jest wiadomość, jak na moim miejscu postąpiłaby pani? Zbliżają się do ganku.

Twarz Izy powlekła się mgłą, zamyślonymi oczyma spogląda w przestrzeń, zapominając prawie o istnieniu towarzysza.

– Ja... ja – przypuszczam, przebiec bym chciała wszelkie, możebne skale wzruszeń – mówi powoli, jakby do siebie, cicho.

I nagle przemocą wybucha z jej piersi.

– Tak! Cierpieć! Męczyć się – ale żyć!

– Witajcie! witajcie państwo!

 Z werandy płyną powitania i urywki rozmowy Młoda szatynka z upiętą wysoko, misterną koafiurą spogląda na nich przymrużonymi oczyma, szepcze kilka słów do jasnowłosego studenta, który w odpowiedzi rzuca jej rozjątrzone spojrzenie, gniewnie miętosząc serwetę.

Maleńka, szczupła osóbka, z naiwnymi chabrowymi oczyma, żółto-różową twarzyczką i siecią drobnych zmarszczek pod starannie utrefioną grzywką, wyskakuje z rozpaczliwym okrzykiem:

– Izo! Niedobra... co ty wyrabiasz? Kawa stygnie!

– No, siadajcież państwo! – dobrotliwie i despotycznie odzywa się gospodyni. – Myślałam już, żeście zbłądzili.

– Nic nam się nie stało – śmieje się Iza – miałam ochotę na wycieczkę łodzią – i zamarudziliśmy.

– Pan Zdzisław czekał i niepokoił się – wycedziła elegancko ładna szatynka, zaciskając usta z ironią.

A jasnowłosy student spłonął jak jutrzenka i pochylił twarz nad filiżanką, w niemym zakłopotaniu.

– Z czasów dzieciństwa pozostała mi namiętność do przechadzek o świcie – śmiała się Iza – i przypadkowo spotkaliśmy się w gustach z panem Brunonem. – Co ta wariatka wyrabia! – wydaje panna Ludwisia westchnienie bolesne, jak jęk zranionej duszy. – Niech pani sobie wyobrazi, panno Florencjo! Wczoraj jedna puściła się czółnem po Dnieprze!

– Koło Truchanowskiego ostrowu są niebezpieczne wiry – krótko i poważnie odzywa się Zdzisław, nie patrząc na nikogo.

– Jeszcze się kiedy utopi! – żaliła się panna Ludwisia. – Ja ci to zawsze przepowiadam, Izo!

Oczy Zdzisława nagle pociemniały, ogarniając z troskliwym niepokojem postać Izy.

– Siadajże pan nareszcie! – mówi do Brunona panna Florencja z anielską słodyczą, topiąc w nim rozmarzone spojrzenie, i robi mu uprzejmie miejsce obok siebie.

– Musiałeś się pan porządnie zmachać! – żartuje rubasznie gospodyni, nalewając mu szklankę kawy.

Ale Bruno pochmurny, obojętny, z zajęciem studiuję zegarek.

– Lubię dalekie piesze wycieczki – mówi oschle – natomiast widzę, że już mi czas wracać... Panie darują, że muszę je pożegnać... Spieszę się!

Wzrok panny Florencji strzela fosforycznym, szmaragdowym blaskiem, po czym odwraca się niechętnie i dumnie milczy.

– Mucha go jakaś ukąsiła – śmieje się jowialnie gospodyni, patrząc na migającą wśród drzew szczupłą, nerwową postać oddalającego się Brunona.

Panna Florencja wysyła za nim w pogoń błyszczące urazą spojrzenie, z koralowych ustek sycząco i ostro:

– Blagier nieznośny, nadziany frazesami! Pyszałek! Żyd! – Dusza entuzjastyczna, a umęczona bezsilnymi wzlotami do ideału, migotliwa, jak płomień szarpany wiatrem, który co chwila przekształca postać: wybucha, to przygasa – wymawia cicho w zamyśleniu Iza.

A jasnowłosy student podnosi na nią promieniejące uczuciem oczy, i jest w nich morze cichej głębi i bezdennego przywiązania.


ROZDZIAŁ II

Promienie zorzy dogasają. Noc gwiaździsta szmerem drzew sennych, mrokiem i ciszą otula biały dworek.

W pokoju Izy panna Ludwisia, zakłopotana i uroczysta, skubiąc paluszki, snuje nić zwierzeń.

– Przyznam się pani... ale tylko pani! To wielki sekret.

Iza spogląda na nią z pobłażliwym uśmiechem. Panna Ludwisia ogląda się trwożnie, trzymając palec na ustach.

– Chciałabym... nie śmiem... powiem ja pani wszystko! Taką mam do pani ufność, chociaż znam panią zaledwie od roku... Ale to tajemnica!

– Co się stało? – pyta Iza zaniepokojona. Panna Ludwisia płoni się coraz więcej, spuszczając niezapominajkowe oczęta.

– Posłałam mu bukiet kwiatów polnych! – wyznaje wreszcie, sepleniąc ze wzruszenia – i wierszyk... Ach! Nie pisałam sama, aby nie poznał charakteru pisma... wycięłam z książki! Będzie się dziwił: skąd... Może odgadnie?

Zmięta jej, żółto-różowa twarzyczka rozpromienia się wstydliwym blaskiem.

Cichy szept panieńskich zwierzeń, figlarny i wstydliwy chichot – wreszcie panna Ludwisia wysuwa się.

Iza staje w oknie i otwiera je. Cicha noc wionie parna i duszna od woni kwiatowych. Z granatowych głębin niebios, jak oczy wieczności, spoglądają zadumane gwiazdy.

Jakże miniaturowe, jak śmiesznie błahe wydają się jej te wyznania, które tu szemrają, jak drobne strumyki oplatające jej stopy; jak błahe uczucia młodzieńcze, wznoszące do niej spragnione kielichy, jak kwiaty świeże, co jutro zwiędną. Otoczona ich wyziewami, słucha obojętnie i patrzy z pogardą, głodna istotnej, jako śmierć silnej miłości.

W pamięci jej stają dawne wyrazy, zapisane gdzieś w starym kajecie, słowa, których nie wypowiedziała nigdy, chociaż echo ich do dzisiaj w duszy chowa.

„Gdyby on był wygnańcem, szłabym za nim przez śniegi, mrozy, zawieje, nie lękając się trudów, byle tylko nie rozłączać się z nim, by móc, gdy sił mu zabraknie, pocieszać...”

„Gdyby on był wzgardzonym, odepchniętym od świata, ja bym od zwątpienia i rozpaczy głowę jego ukochaną strzegła, każdą bym boleść przetrwała, wszystkie ciosy na siebie przyjęła, aby on tylko nie poczuł się smutnym, opuszczonym i nieszczęśliwym. Dla niego nic na świecie nie byłoby mi ciężkim, by jemu móc tylko nieść ulgę i osłodę...”

Uczucia te pierzchły, jak czara kryształowa rozprysła o kamień rzeczywistości, a czar ich jeszcze trwa... Pozostał blask wspomnień; palące pragnienie pojenia się urokiem tych wzruszeń, czystych i świeżych jak woda źródlana, pragnienie wielkich i świętych, jak świat nieobjętych uczuć. Żądza ukorzenia się i uwielbienia czegoś wielkiego, w czym koncentrowałaby się dla niej treść bytu, głód ofiar...

Pochyla głowę w dłonie.

– I dzisiaj jeszcze może byłaby zdolną iść tak za kimś na koniec świata... iść na wygnanie i nędzę... Ale musiałby ją porwać moralną wyższością, podniosłością i prawdą przekonań. Musiałby to być Zbawiciel społeczeństwa, nowy Chrystus ludzkości...

W pamięci jej przesuwają się wspomnienia lat dziecinnych: stary park otoczony rzędem topoli, sperlony poranną rosą, szeregi obszernych pokojów w wiejskim dworze, w narożnej komnacie biblioteka zastawiona szafami starych foliałów, a na tym tle przesuwająca się wysmukła postać dziewczęca, z długimi, ziemi sięgającymi warkoczami, bezdennie cicha, z otchłannymi oczyma zagadkowego dziecka, zmieniającego się niekiedy w ognistą, burzliwą, wesołą trzpiotkę.

Bogata sierota, pod opieką krewnych cieszyła się względną swobodą. Wynajmowano dla niej guwernantki, cudzoziemki, poza tym mało się o nią troszcząc.

Pamięta ogromne przestwory pól oblanych płomienną łuną zachodu, owiane jakąś melancholią zadumy i majestatem ciszy: niezmierzone obszary, wśród których krzyż gdzieniegdzie wyciągał ramiona, a w oddali wznosiły się opuszczone kurhany; połyskliwe blaski księżyca srebrzące step ukraiński, rozśpiewany tęsknotą nieskończoności.

W tych srebrnych blaskach i w tej bezbrzeżnej tęsknocie skąpana dusza dziecka, rwała się ku niebu zlewając się, w jeden ton harmonijny z czarami otaczającej przyrody, jako jej nierozdzielny atom, wzlatywała w tonie świetlane, czując, że żadna skaza obciążać jej nie powinna, bo inaczej na świecie, ani w zaświatach, pokoju dla siebie nie znajdzie...

Nieraz, stojąc wśród pól rozległych, pod kloszem niebios rozlanych po krańce horyzontu, czuła jak wokół coś staje się, odzywa, wibruje... Czyste subtelne prądy, niosące w swych drgnieniach echa duszy świata. Przestrzeń była wypełniona tchnieniem potęgi twórczej, przestrzeń żyła!

Pamięta ciche rozmodlenie, które wówczas ogarniało jej duszę, płomienne wzloty czystych pragnień ofiarnego żywota, i te łzy ekstazy i zachwytu, co po jej twarzy spływały.

I te dziecinne porywy surowego ascetyzmu, postanowienia bezgrzesznego życia, żądzę poświęceń i wyrzeczeń się, gdy wiejskim dzieciom oddawała upragnione przez siebie zabawki, winy ich przyjmowała na siebie, lub, dla zaoszczędzenia im przykrości, gotowa była nieustraszenie narazić się na gniew opiekunów, na drwiny ich nawet, bo ją sąd ludzki nic nie obchodził, bo ją wlokła nieprzeparta żądza ideału.

Z takich istot, jak ona była wtedy, składał się orszak ciągnący za Chrystusem, pierwszych wyznawców idących z rozjaśnionym czołem na mękę.

Pamięta ciemne głębie ogrodu, w których z poszumem wiatru leciały echa roztęsknionych ukraińskich melodii, z kwietnych puchów unosił się czar upajający i słodki, a przed nią stał ktoś, co był dla niej wcieleniem dobra na ziemi; gdy w falach upojenia z nieba i ziemi płynących, drgały dźwięki cudownych słów.

Słów, co roztaczały przed nią jasne świty podniosłych dążeń, szerokie horyzonty pojęć, całe światy myśli i czynu, a których ona z głową pochyloną, w religijnym skupieniu słuchała...

W dotychczasowym jej otoczeniu głuszy wiejskiej, na tle dobrodusznej prowincji, gdzie gospodarze, zebrawszy się, z przejęciem rozprawiali o nawozach, topieniu żuczków, cenach buraków i pszenicy, z piramidalnym apetytem pochłaniali nieprawdopodobne stosy tłustego jadła, a wreszcie z zamiłowaniem cięli wincika, mignął, jak nagły błysk światła, gość ze stolicy, mózgu i serca kraju, gdzie ludzie za masy myślą i dążą.

Było to zjawisko świetne: błyszczący meteor, lecący nad wyżynami płomienną linią, by zginać gdzieś za kresem horyzontu. Natura artystycznie bogata, z okrutną żądzą „nowych dreszczów”, umysł niepospolicie zdolny i bystry, trawiony ambicją i wyniosłem przeświadczeniem o własnej wielkości, porywający aktor idei, drapujący się w togę ideałów społecznych, tym niebezpieczniejszy, że przejmując się z umiłowaniem swą rolą, niekiedy serio sam wierzył w siebie.

Estetyczną jego wrażliwość zajęła młoda dziewczyna z oczami gazeli, w ciszy ogrodów wiejskich. Odgadł w niej naturę głęboką, gorącą, a czystą i dumną, może nawet na chwilę pokochał ją? – o ile kochać był zdolnym... – Bądź co bądź, z niepospolitą finezją i artyzmem odegrał przepysznie rolę bohatera, apostoła i męczennika prawdy, zainteresowany inscenizacją, partnerką i własną pozą, udrapowany wspaniale w płaszcz wielkiego beznadziejnego uczucia, złożonego w ofierze celom wyższym.

A ona wcieliła weń swoje sny nieskończoności, swe nieujęte rojenia, tęsknotę rozległych społecznych dążeń.

Nie był już dla niej człowiekiem, ale uosobieniem podniosłej myśli, wszystkich pragnień i uczuć, co tak niejasno i nieokreślenie a potężnie rozpierały jej serce.

Dobro – to on, prawda i sprawiedliwość – to on! Sen był upajający – przebudzenie nielitościwe.

Po pierwszych gołębiośnieżnych wzlotach uczuć, co wzbiły się z jej piersi żarem skrzydlatych marzeń i blasków promiennych, ostry cios przygnębienia, rozczarowania i bólu.

Wstrząsnął jej wiarą dziecinną, zachwiał dawne zasady, a gdy chcąc oprzeć się o nowe podstawy, zajrzała mu w duszę, dziecięcymi, głębokimi oczami dostrzegła w niej otchłań ziejącą, pustkę i nudę, przykrytą szychem migotliwych frazesów.

Czar prysł.

Wroński odjechał, poetyzując swe postanowienie, strojąc je w płaszcz nieugiętego bohaterstwa i silnej, niezachwianej woli. W rzeczywistości, ona w życiu jego była tylko przelotnym epizodem, jak on w jej życiu motorem, który pchnął w ruch siły drzemiące.

Została sama.

Serce jej gryzły w ukryciu dotkliwe zwątpienia. Dotychczas on dla niej był tą jasną, przewodnią kolumną, ku której wzrok podnosiła, rozjaśnień spragniony: streszczał dla niej podnioślejsze, przerastające świadomość ogółu dążenia. W chwili, gdy przejrzała, że słowa płyną mu z ust, lecz nie z serca, a kanon przez niego głoszony jego samego nie obowiązuje, gmach idealnych wierzeń runął. Myśli jej targały się w szalonym zamęcie, na próżno usiłując wytworzyć sobie własne samoistne kryterium, świat się napełnił chaosem, wszystkie pojęcia waliły się, wikłały, huczały, usuwały się spod stóp, a znikąd nie miała oparcia.

Widząc tę dziewczynę milczącą, bladą, z podkrążonymi oczyma, przesuwającą się, jak cień tajemniczy i zrozpaczony, nic domyślano się, iż nie zmarnowanej miłości ona żałuje, ale pojęcia dobra i prawdy, które w niej się zachwiało że boli ją strata nie człowieka – lecz ideału.

Życie w ciasnym otoczeniu pokrewnej rzeszy stawało się coraz bardziej dokuczliwe, szpilkami politowania i szyderczych napomnień najeżone. Dotychczas imponowała im powaga i pewność siebie młodej dziewczyny, byli nią obrażeni, dotknięci, ale trzymani w pewnej odległości; teraz dopiero, czując lukę w fortecy, rzucili się z pociskami ostrzeżeń, ubolewań, domysłów, z całym przygnębiającym arsenałem rad, pocieszeń i przepisów i z wezbraniem wszystko zalewającej, triumfalnej szarzyzny życiowej, spod władzy której Iza dotąd tak dumnie usuwała głowę.

Teraz za to wszyscy cisnęli się zwycięsko, wszyscy starali się opanować jej życie, urządzić je po swojemu. Każdy niósł jakąś dobrą radę, jakąś niezbitą prawdę, ubolewanie z utajonym, zatrutym kolcem dla opornej. Wrońskiemu wsuwano w usta insynuacje i przechwałki, o których, Bogiem a prawdą, ani mu się śniło. Wszystko to tkały z własnej przędzy, ubarwiały fantazją, przeinaczały w przeróżnych kombinacjach, podchwytywały rade i niosły dalej, osoby nawet nie złe, wiejskim brakiem wrażeń znudzone, żądne nowin, udręczone własną pustką, ciekawe, pospolite a spragnione twórczości, i dodać trzeba – nawet Izie przyjazne.

Był to wylew dobrych chęci, perswazji, namów, potop; pospolitość się mściła.

Zjawił się nowy konkurent, eks-obywatel, dziś zamieszkały w Kijowie, zajmujący się operacjami bankowymi, człowiek poważny, zamożny, stateczny, nie jakiś – uchowaj Boże! – fircyk latający po obłokach. Nie żądał od krewnych rachunku z opieki. To jedno było dostateczną rekomendacją: – wystarczało.

Rozporządzono jej ręką, jak rzeczą martwą. Zgodziła się obojętnie i apatycznie. – Wieś jej rodzinną sprzedano, dla opłacenia jakichś tam należności i zaległości, głównie dla zaoszczędzenia tej biednej, niepraktycznej Izie kłopotów. Kapitał doręczono nowemu legalnemu opiekunowi, który przyrzekł pomysłowymi obrotami wkrótce go potroić.

Opiekunowie spoglądali na siebie z zadowoleniem, radzi z kombinacji. – Kapitał potrojony! – to właśnie akurat tyle, ile się jej należało. Wywiązali się więc z obowiązku uczciwie!

Pamięta, jak w bieli całą, martwą i spokojną, prowadzono ją do ołtarza z człowiekiem, równie, jak całe otoczenie jej, obcym. Jej było wszystko jedno – bo chciała tylko umrzeć. W sercu miała chłód i pustkę grobu.