7 km od Jerozolimy - Pino Farinotti - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Jedność Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 337 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 7 km od Jerozolimy - Pino Farinotti

Aleksander, czterdziestolatek, specjalista od reklamy, przeżywa kryzys – stracił pracę, pozostawiła go żona i córka, zdechł jego wierny pies. Wiedzie marny żywot i zdaje się nie mieć już nadziei. Nieoczekiwanie wygrywa wycieczkę do Ziemi Świętej i decyduje się tam pojechać, nie przypuszczając nawet, że ta nieplanowana i egzotyczna podróż zmieni całe jego życie. Na drodze do Emaus,7 km od Jerozolimy, spotyka człowieka, który swoim wyglądem – długie włosy, ciemne oczy, ubrany w prostą tunikę z juty – przypomina znaną z chrześcijańskich wyobrażeń postać...Jezusa z Nazaretu. Rozpoczyna się niecodzienny dialog, z zaskakującymi i pełnymi znaczenia myślami, z pytaniami, które drążą do głębi, demaskują hipokryzję współczesnego człowieka, a nade wszystko odkrywają smak autentycznego chrześcijańskiego życia. Uderzające jest to, że Aleksander jest klasycznym reprezentantem „naszych cza-sów” – nie wierzy w to, czego nie może dotknąć i ogarnąć rozumem. Ta racjonalność czyni jego postać bardzo realną, prawdziwą, sprawiając, że czytelnik może się w niej przejrzeć jak w zwierciadle i dostrzec wiele łączących go z nią podobieństw.

Pino Farinotti – pisarz, dziennikarz i krytyk filmowy, redaktor słynnego słownika filmu światowego (12 edycji), dyrektor „Mymovies” – jednego z ważniejszych pism filmowych, autor licznych programów telewizyjnych poświęconych sztuce filmowej i kulturze, wykładowca filmu i literatury na uniwersytetach w Bolonii i Mediolanie. Otrzymał liczne wyróżnienia i nagrody literackie, między innymi Premio Bancarella Speciale za powieść „La grande ambizione” (1991) oraz Premio San Vidal (grudzień 2005) właśnie za „7 km od Jerozolimy”. W 2003 prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi odznaczył go medalem „Zasłużony dla Kultury i Sztuki” (Benemerito della cultura e dell’arte).

Opinie o ebooku 7 km od Jerozolimy - Pino Farinotti

Fragment ebooka 7 km od Jerozolimy - Pino Farinotti











PINO FARINOTTI

7 km od Jerozolimy

powieść

Z włoskiego przełożyła

Janina Dembska


Tytuł oryginału: 7 km da Gerusalemme

Copyright © Edizioni San Paolo s.r.l. 2005 - Cinisello Balsamo (MI)


© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2006


Redakcja i korekta

Michał Rowiński


Redakcja techniczna

Artur Czerwiec


Opracowanie graficzne okładki

Justyna Kułaga-Wytrych


ISBN 978-83-7660-642-2


WYDAWNICTWO „JEDNOŚĆ”

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży tel. 41 349 50 50

Redakcja tel. 41 349 50 00

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Skład wersji elektronicznej:

Marcin Satro

© Copyright Wydawnictwo JEDNOŚĆ



Danieli i Alicji.

Dantemu, memu ojcu, za zakłopotanie,

gdy go pytano: „A co robi twój syn?”.

Dominice, mojej matce, siedzącej w swym sklepie,

z powodu wnuczki, której się nie doczekała.

Wujowi Arturowi, który był na wojnie,

za fantazję i opowiadania.

I dlatego, że był niedoceniany.

Celso Farinottiemu,

przygotowanemu bez przygotowywania się,

wielkiemu człowiekowi z doliny.

Łucji Bocciarelli, karygodnie pominiętej w innej książce –

za trudne zadanie.

Gianluigiemu, mojemu kuzynowi, za Nure i rower,

i dlatego, że udało się nam wzajemnie przekonać,

iż jesteśmy wciąż tacy jak kiedyś.

Gianfrancowi Rizzo i Mauriziowi Fasulo,

moim dawnym przyjaciołom z lat szkolnych,

kiedy to nasze relacje podyktowane były sympatią,

a nie użytecznością.

Alanowi, bohaterowi... „staraj się być silny i lojalny”.

Tym, których nie dostrzegłem.

Księdzu Robertowi Di Diodato

za poprawki „techniczne” i ostateczne poręczenie.

Rosselli, mojej córce, z powodu wszystkich czworga dziadków,

których widziała tylko na zdjęciu.

Pinucciowi, którego może niezupełnie zawiodłem.



Sparingpartner

ma za zadanie

kształtować mistrza na ringu,

zmusić go do ciężkich ćwiczeń;

w wyjątkowych przypadkach

może się zdarzyć,

że sparingpartner

powali mistrza na ziemię...

w wyjątkowych przypadkach.

(E.M. Hemingway. A jeśli tego nie napisał,

to na pewno pomyślał).


1

Od razu na wstępie wyjaśniam: nie czytuję horoskopów, Madonny nie płaczą, nie rozwinę się w motyla, nie zostanę świętym. Ale jestem skłonny ustąpić każdemu, jeśli dostarczy mi dowodów. Choćby poszlakowych.

Powinienem też jednak dorzucić inne dane, dotyczące mego życia. W sumie można by to życie uznać za normalne: odniosłem umiarkowany sukces zawodowy, ściśle biorąc – niewielki, ale nigdy nie miałem wielkiej władzy ani dużych pieniędzy, nie mam bohaterskich blizn, które warto by pokazać, ani też nie mogę się pochwalić wspaniałymi podbojami. Nie wylansowałem idei, które by zaowocowały jakimiś przemianami. Parokrotnie jednak wykazałem się odwagą, prawdziwą, taką z dawnych czasów, a nie z naszych, kiedy mężny jest ktoś, kto bez nerwów oczekuje kontroli z urzędu podatkowego, a bohaterem człowiek, który zrobi dziurę w budżecie.

Opowiem tę historię, choć mam pewne opory. Jest ona absolutnie prawdziwa, ale nie mam pewności, czy ludzie mi uwierzą. Ja sam nie dałbym chyba wiary komuś, kto by mi ją opowiedział. I chwilami z trudem udaje mi się przekonać nawet siebie, że to się wydarzyło. Jednakże w maju tego roku dotknąłem martwej kobiety i ona podniosła się z bólem głowy. A pewnego wieczoru, gdy chodziłem po mieście i zachowywałem się normalnie, w sposób nie rzucający się w oczy, ludzie odsuwali się ode mnie, jakbym był diabłem. To tylko dwa spośród faktów przemawiających na moją niekorzyść – tak, oskarżających mnie – jakie przeżyłem przed spotkaniem, które – choć mogło znaczyć niewiele lub nawet zupełnie nic – odmieniło moje życie i mogłoby zmienić życie wielu.

Zamierzam przejść od razu do samego wydarzenia, w jego najważniejszym momencie. Później opowiem o jego przesłankach i etapie przygotowawczym. Robię tak z kilku powodów. Pierwszym jest moja niecierpliwość. Drugi – to możliwość, że pozwolę czytelnikowi poznać argumentację i ewentualnie natychmiast ją porzucić. Inny jeszcze powód to przejście in medias res, czyli zasłona dymna na to, co jest na początku. To najskuteczniejszy sposób. Posługuję się nim z zawodu, ponieważ jestem fachowcem od reklamy. Wyjawiam ten fakt, ale proszę, aby nie uważano go za warunek wstępny.

A więc tego roku, między wiosną i końcem lata, zdarzyło się coś szczególnego, co skłoniło mnie do wędrowania, w samym środku sierpnia, drogą prowadzącą z Jerozolimy do Emaus.

Tak, Jerozolima i Emaus. Ziemia Święta.

Droga ma dwanaście kilometrów długości i biegnie przez pustynię.

Skały i piasek, parę ubogich, samotnie stojących chatek. Bardzo mało pojazdów mechanicznych, jakiś jeden stary autobus. I słońce wiszące nad głową niczym rozpalony młot.

Wędrować pieszo tą trasą – to jedna z zaskakujących decyzji, jakie podjąłem kilka miesięcy temu. Byłem wtedy zmęczony, zrozpaczony, rozdrażniony, zrezygnowany. Ale teraz wiem, że to wszystko było częścią jakiegoś planu, że miało swój cel. W moim normalnym życiu Emaus kojarzyło się jedynie z wieczerzą Jezusa na obrazie Caravaggia1. Teraz pociłem się na tej drodze w moim ubraniu turysty.

Szedłem już od paru godzin i uświadomiłem sobie w pewnej chwili, jak nie na miejscu było to moje przedsięwzięcie. W normalnych warunkach nie miałbym trudności ze zdobyciem się na taki wysiłek fizyczny, ale w tym momencie łączył się on ze sporym cierpieniem.

Posuwałem się do przodu, trzymając się prawej strony drogi. W ciszy moje kroki wydawały się ciężkie i groteskowe. Patrzyłem na prostą drogę i na czerwone skały dookoła. Przejechał stary niebieski citroën, potem autokar pamiętający powojenne czasy, następnie jakiś ultranowoczesny, wysoki, z przyciemnionymi szybami. Żadnego piechura. Ocierałem pot. I szedłem dalej. Kto wie, co zastanę w Emaus. Moja cała wiedza o nim przywoływała na pamięć niskie ziemianki, jakiegoś biednego sprzedawcę daktyli przy drodze i grupki dzieci oganiających się od much. A może strasznie się myliłem i turystyka wprowadziła do miasta bankomaty oraz hotele Hilton?

Mój wzrok zatrzymał się na ładnej, zadbanej łączce po lewej stronie drogi – to nieoczekiwana w tym miejscu plama zieleni. Rozejrzałem się jeszcze dokoła i dostrzegłem, również po lewej stronie, piechura idącego za mną w odległości jakichś stu metrów. Pomyślałem: „Jeszcze jeden szaleniec”. I szedłem dalej. Odległość między nim a mną zmniejszała się. Szedł krokiem spokojnym, zdecydowanym. Wkrótce zacząłem rozróżniać szczegóły: miał wolne ręce, nie niósł ani torby, ani plecaka.

Jeszcze jedno spojrzenie za siebie: był już bliżej. Ale kto to mógł być? Turysta, pielgrzym? W swoim dziwnym ubraniu wyglądał na jakiegoś duchownego, może zakonnika. Szedłem wciąż w tym samym tempie, a ów człowiek coraz bardziej się zbliżał. Teraz dzieliło nas już tylko kilka metrów i nie musiałem się obracać do tyłu, żeby go widzieć. Potem znalazł się obok mnie, z lewej strony, w odległości pięciu metrów. Szedł swoim miarowym krokiem. Szybko spostrzegłem, że nie zamierza mnie wyprzedzać. Szliśmy w tej samej linii, równolegle do siebie.

To nie był jednak zakonnik.

Miał na sobie prostą tunikę w kolorze juty, przepasaną sznurem. Nosił sandały. Miał długie włosy. Oszacowałem na oko, że jest mniej więcej mojego wzrostu. Wyglądał na trzydzieści lub trzydzieści pięć lat. Szedł wyprostowany sprężystym krokiem. Pomyślałem, że w tej szerokości geograficznej ludzie mogą się tak ubierać. Przez kilka minut szliśmy obok siebie, łeb w łeb, jak w chłopięcej zabawie. Potem zrozumiałem i uśmiechnąłem się na myśl o mojej naiwności. Ten człowiek stanowił cząstkę miejsca, folkloru i tutejszych stosunków.

Jakiś kamień tuż przy drodze dał mi okazję do zatrzymania się. Usiadłem. Mężczyzna zrobił jeszcze parę kroków i też się zatrzymał.

Nie wiem, w wyniku jakiego skojarzenia, lecz przypomniałem sobie, że chyba dziesięć lat temu, w Memphis, zostałem zaczepiony przez wspaniałego Elvisa2. Miał czarne, natapirowane włosy i stanowił uosobienie doskonałości ze swą gitarą. Poświęcił mi kilka tonów It’s now or never. Dałem mu wtedy dziesięć dolarów. W obecnej więc sytuacji wydawało mi się zupełnie naturalne, że ten człowiek podejdzie do mnie, i całkiem logiczne, że mnie obdarzy zniewalającym uśmiechem.

Zdałem sobie sprawę, jak dobrze był pomyślany. Przypominał dokładnie Jezusa. Powiedzmy – w stroju sportowym; może na inne okazje zachowywał strój ceremonialny, z drogiej tkaniny w kolorze czerwonym i błękitnym, jaki przekazała nam tradycyjna ikonografia. I ja uśmiechnąłem się do niego, choć z odmiennym zamysłem.

Wstałem i powiedziałem:

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – odpowiedział z nienaganną dykcją.

Skinąłem uprzejmie głową, jakbym chciał powiedzieć: „Uszanowanko”. Po czym dodałem:

– Brawo, znakomicie! Jesteś naprawdę doskonały. Przypominasz właśnie Jego. Korona cierniowa dodałaby ci jeszcze podobieństwa. Zasługujesz na napiwek, ale wasze urzędy tak już odchudziły mój budżet, że nie stać mnie na żadne datki.

Pokręcił głową, dając mi do zrozumienia, że się mylę.

– Ależ tak, powtarzam, na pewno zasługujesz. Widać naprawdę wielkiego profesjonalistę.

Zdałem sobie sprawę ze szczególnego wyglądu tego człowieka, który wszakże niełatwo było określić; ale była to w sumie postać wyniosła. I poczułem nagły skurcz serca.

On się odezwał:

– Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz.

Przytaknąłem głową.

– Nie chcesz pieniędzy?

– Nie.

– Co robisz, jaki jest twój zawód? Jesteś aktorem?

– Nie, nie jestem aktorem.

– Kim więc jesteś?

Nieznajomy jakby się przez moment zawahał, ale nie wyczuwało się najmniejszej choćby zmiany w tonie jego głosu.

– To naprawdę jestem Ja, jestem tym prawdziwym.

– Czyli kim?

– Jestem Jezus.

Skinąłem mu od razu na znak pożegnania:

– Posłuchaj, Jezusie, nie mam ochoty na żadne objawienia, w sierpniu, na pustyni. Może będzie tędy przechodził jakiś inny półgłówek, pielgrzym lub „pomarańczowy”3, i znajdzie cię tu za rok lub dwa. A zresztą zawsze to powtarzam: nie ma istot pozaziemskich.

Uczyniłem sześć kroków do przodu i słyszę:

– Aleksandrze.

Oczywiście zatrzymałem się i obróciłem:

– Coś ty powiedział?

Ruszył w moim kierunku, a ja odsunąłem się instynktownie, w odruchu obronnym.

– Powiedziałem: „Aleksandrze”, i to prawda: nie ma istot pozaziemskich.

Jako człowiek światowy, bo za takiego się uważam, zacząłem analizować dokładnie to, co usłyszałem. Zawsze istnieją jakieś racje i wszystko można wytłumaczyć, a na niezliczonych drogach świata napotyka się ludzi zdolnych w mniejszym lub większym stopniu do wszystkiego. Przybywając tu, rozmawiałem z tylu osobami, także w hotelu, moje imię było wiele razy wymawiane i powtarzane, wystarczyło więc nadstawić uszu... Jezus zdobył informacje i teraz się popisuje.

– Znasz moje imię...

– Nie tylko imię, znam bardzo dobrze ciebie. Chciałem, żebyś się tu znalazł.

Popatrzyłem na niego bardzo uważnie. Piękne, gładkie czoło, kasztanowate włosy z prostym, wyraźnym przedziałkiem, oczy w kolorze orzecha, nie, raczej jakiejś nieokreślonej barwy, może piwne. Ten człowiek był piękny, nawet bardzo piękny.

– Chciałeś, żebym się tu znalazł?

– Dobrze o tym wiesz, Aleksandrze. Nie zdecydowałbyś się na taką podróż, gdyby nie szczególne okoliczności.

Przytaknąłem. Czułem się nieswojo.

– Istotnie, okoliczności były szczególne. Ale to nie wystarczy, aby mnie przekonać, że jesteś Bogiem.

– Obaj wiemy, że przeżyłeś dziwne, podejrzane wydarzenia, sprzeczne z twoją logiką. Z uwagi na wykonywaną pracę musisz być biegły w liczbach... umieć je odczytywać. Jakie było prawdopodobieństwo, że wyjdziesz bez szwanku spod tamtej betoniarki?

Spojrzałem na niego nieufnie i z lękiem, potem znowu się uśmiechnąłem, bardziej do siebie niż do niego. Żeby się upewnić, czy nie jest jakąś znaną osobą, rozejrzałem się w poszukiwaniu ukrytej kamery telewizyjnej. Ale niewykluczona też była możliwość, że to jakaś heca. Znałem paru speców od reklamy, którzy nie pożałowaliby czasu ani pieniędzy, nawet w dużych ilościach, żeby się z kogoś pośmiać w wielkim stylu, pośmiać chóralnie.

– To prawda – powiedziałem – dziwna była ta przygoda z betoniarką... Ale lepiej powiedz, kto to zorganizował? Ten idiota Palumbo? On lubi takie kawały.

– Jestem Jezus.

– Wystarczy. Czołem, przyjacielu.

Tym razem nie miałem nawet czasu, żeby zrobić krok do przodu. Trafił w dziesiątkę.

– Utraciłeś żonę i córkę z powodu swej... nieugiętości.

Obróciłem się w jego stronę już nie tylko zaniepokojony, lecz po prostu rozgniewany:

– Kim jesteś?

– Znam cię, wiem, czego mogę się spodziewać.

– Kim jesteś?

– Powiedziałem ci.

Nasze oczy spotkały się. To ja okazałem się słabszy.

– Dobrze – powiedziałem. – Jeżeli jesteś tym, za kogo się podajesz, udowodnij mi to, zrób coś niezwykłego. Uczyń cud.

– Wolałbym nie...

– Wierzę. Ale był w twojej grupie jeden sceptyk, Tomasz. Żeby uwierzyć, chciał włożyć palce w twoje rany... ale to niedorzeczne.

– Boli cię tam.

– Co proszę?

Wskazał na moją wątrobę. Uśmiechnąłem się.

– To nic trudnego.

Wtedy przysunął otwartą dłoń do mego boku.

– Czy jeszcze cię boli?

Nie odpowiedziałem.

– Ból minął. I już nie wróci.

– ...widziałem również takie rzeczy.

To nie było prawdą, ale szukałem jakiegoś uzasadnienia. Pomyślałem, że wziąłem niechcący coś dziwnego... amfetaminę.

– Nie, nie wziąłeś nic dziwnego.

Wtedy pierwszy raz poczułem, że ziemia usuwa mi się spod nóg. I zacząłem się bać.

– Nie bój się.

Chętnie bym usiadł. Byłem coraz bardziej zmęczony. Czułem, że mój oddech stał się szybszy.

– Kim jesteś?

– Już ci powiedziałem.

Potrząsnąłem głową.

– Dlaczego miałbyś... wezwać właśnie mnie?

– Wyjaśnię ci to oczywiście.

– Posłuchaj, ja odchodzę, chyba nie czuję się dobrze. Może jeszcze ciągle śpię w hotelu... To jest opóźniony skutek wszystkich świństw, których zaznałem w ostatnich czasach. A Bóg... nie wiadomo, czy w ogóle istnieje. Jeżeli zaś istnieje, to wiele milionów ludzi jest bardziej godnych powołania niż ja. Zresztą jesteś zbyt śmieszny. Jesteś dokładnie tym, czym powinieneś być. Doskonałym komikiem, właśnie żeby bawić. Dlaczego tak to sobie wykombinowałeś? Czy nie było innych sposobów? Mogłeś przyjechać do Mediolanu, być mniej widowiskowy...

Nie od razu odpowiedział. Wydawał się zawiedziony. Oczekiwałem, że zrzuci maskę, że wybuchnie śmiechem. I powiedziałem mu to.

Nie roześmiał się.

– Chciałem, żebyś tu przybył – powiedział – ponieważ tu właśnie żyłem. Jak to się mówi: chcę grać u siebie, na własnym boisku. I to prawda, przyjąłem wizerunek, jaki wy Mi nadaliście. Jesteś człowiekiem reklamy, powinieneś to dobrze rozumieć. Gdybym był... w Rijadzie, miałbym inny wygląd.

Przytaknąłem.

– No tak. W Rijadzie...

Staliśmy naprzeciw siebie, twarzą w twarz, bardzo blisko. Dalej myślałem, że ten człowiek nie może być tym, za kogo się podawał. Szukałem pomocy w intuicji, która mi podpowiadała, że nie, że nie uczestniczę w cudzie. Ale moja intuicja zawsze mnie zawodziła i wprowadzała w błąd.

– Ruszmy się – powiedział. – Niedaleko stąd jest spokojne miejsce. Chodź ze Mną.

Szukałem odpowiedniej, stanowczej odpowiedzi. Żeby zwalczyć strach.

– Na pewno nie będę szedł pierwszy.

I poszedłem za nim.

W odległości dziesięciu kroków od drogi biegła w dół ścieżka. Przeszliśmy nią jakieś trzydzieści kroków, gdy poczułem powiew świeżego powietrza. Szybko się zorientowałem, skąd się wziął. To było wejście do załomu skalnego. On zatrzymał się przed otworem i powiedział:

– Z drogi tego nie widać, ale jest tu wiele takich grot. Chodź, nie bój się.

Zanim tam wszedłem, oszacowałem ewentualne niebezpieczeństwa, jakie mogą mi grozić. Ale daremne były próby zrozumienia czegokolwiek. To, co się działo, nie miało nic wspólnego z rozumem. Nic nie podlegało kalkulacji. I zwyciężyła moja nieposkromiona ciekawość.

Gdy tylko znaleźliśmy się w grocie, zatrzymałem się:

– Powiedziałeś poprzednio, że w Rijadzie wyglądałbyś inaczej. To stwierdzenie nie jest na pewno bez znaczenia.

Były tam dwa ogromne kamienie, dwie prawie sześcienne bryły. Usiedliśmy na nich.

On zaczął:

– Rozumiem, że szukasz jakiegoś potwierdzenia. Wiem, że nie jesteś kimś, kto wierzy... bez dowodów. Masz wątpliwości. Myślałem, że Mi zaufasz jako człowiekowi... chcę powiedzieć: bez cudów. Ale się pomyliłem...

– Ty się pomyliłeś?

– Dlatego tu jestem. Wróciłem. Również po to, żeby sprostować pewne błędy.

– Skończmy tę rozmowę.

– Powiedz mi... – próbował mnie zachęcić.

– Jeżeli jesteś tym, za kogo się podajesz... to zważywszy, że grasz u siebie, zachowuj się jak dobry gospodarz i dostosuj się do moich reguł. Ja potrzebuję dowodów, żeby wierzyć. Nie wystarczą sztuczki, jakie dotąd pokazałeś. Jeżeli jesteś Bogiem lub Jezusem, lub... – przysięgam, że miałem powiedzieć: „lub może diabłem” – lub też Synem Bożym, albo sam nie wiem kim...

Popatrzył na mnie pogodnie, a ja dokończyłem:

– ...spraw, żebym ujrzał moją matkę.

Żądanie było oczywiście zobowiązujące.

Nie wiem, czy trafiłem dobrze, czy źle. Może znakomicie. Odczytuję tę sytuację po swojemu. Pracownik reklamy z Mediolanu w podróży turystycznej, w swej pięknej markowej kurtce z mnóstwem kieszeni, który niespodziewanie staje się postacią w rodzaju Noego lub Wergiliusza. Ja, Aleksander Forte. Byłem w okolicach Emaus, gdzie Jezus spożywał wieczerzę po swym zmartwychwstaniu. Byłem wybrańcem losu i mogłem zadawać pytania, które całe miliony ludzkich istot chciały być może zadać w ciągu minionych dwóch tysięcy lat. Co więcej, byłem jedynym, który te pytania potrafił zadać.

Tak więc było to przeżycie naprawdę jedyne w swoim rodzaju i bez względu na fakt, czy to wszystko było w ogóle prawdą, czy fałszem, moje wzruszenie było niekłamane. Zdobyłem się chyba na największą, najbardziej niesłychaną i tajemniczą prośbę, jaką człowiek mógł przedstawić. Prawda czy fałsz, ale coś musi nastąpić.

– A zatem spraw, abym ujrzał moją matkę.

Skinął głową.

– Rozumiem, twoja matka, pani Michalina, zmarła dziesięć lat temu. To, o co prosisz, wydaje Mi się zasadne i bardzo ludzkie. Ale oczekiwałem czegoś innego. Przy wielkich możliwościach, jakie masz do dyspozycji, ograniczasz się do wydarzenia o charakterze osobistym.

– Już ci powiedziałem: stosuj się do moich reguł. To na pewno rzecz osobista... możesz od tego zacząć. I bądź spokojny, zadam ci wiele pytań, o wszystko cię zapytam, wezmę cię w krzyżowy...

Zauważyłem swoją gafę, gdy jeszcze wymawiałem słowo „krzyżowy”.

Nieznaczny uśmiech na jego twarzy powiedział mi, że on się nie poczuł dotknięty.

– I powiem ci jeszcze, że wcale nie jestem pastuszkiem.

– Jestem tego więcej niż pewny.

Teraz to ja się uśmiechnąłem.

– Na pewno jesteś kimś wyjątkowym... Czy jesteś Bogiem, czy nie, jesteś wybitną postacią. Nie wiem, czy wyjdę stąd żywy, nie wiem nawet, czy jeszcze żyję, lecz przysięgam, że kogoś takiego jak ty już więcej chyba nie spotkam.

Jego wyraz twarzy zmienił się. Przygotowywał się do ważnego wstępu. Umiałem to zinterpretować. I to była dobra wiadomość.

– Jedna uwaga wstępna – powiedział – muszę nałożyć ci pewne granice. Nie będę mógł odpowiedzieć na wszystkie pytania.

– Dlaczego? Zgodziłeś się na grę, więc graj.

Wydawało mi się, że jest zakłopotany.

– Jesteś człowiekiem inteligentnym, wykształconym. Nie sprawiłoby ci trudności krytykować pewne rzeczy. Obaj to wiemy. Błędy, nawet wielkie, na przestrzeni wieków. System jest stary, dobrze wiem, że skrzypi. Również dlatego tu jestem.

Przez chwilę nie pojąłem ogromnej doniosłości tych ostatnich słów. On dodał:

– Zostaw mi tamten obszar. Idźmy dalej.

– Dobrze.

Ze zdziwieniem zapytał:

– Czy naprawdę ci to odpowiada?

– Tak.

– Poddajesz się? Nie walczysz?

– Masz prawo zostawić sobie pewien margines swobody. A poza tym nie interesują mnie niedorzeczności tych, którzy cię reprezentowali. Ja ci ich nie przypisuję. Co więcej, nigdy nie będę ci ich przypisywał.

Uśmiechnął się.

– Jak widzisz, dobrze wybrałem.

– Powiedz mi o Świętym Całunie.

– Co?

– To od dziecka budzi moją ciekawość... tamten osobnik to ty?

Zawahał się. Przyjemnie mi było myśleć, że go zaskoczyłem. Spostrzegłem, że z wielką uwagą dobiera słowa.

– Gdybym ci powiedział, że to nie Ja, jaki miałbyś z tego pożytek? Wielu w to wierzy. Idą oglądać Całun, modlą się, mają nadzieję i czują się lepiej. Nie ma w tym nic złego.

– Znam tę śpiewkę. Czy ty jesteś tamtym człowiekiem?

– To pytanie mogłoby zahaczać o mój obszar swobody...

– Mogłoby, ale dla mnie jest ono poza nim. To jesteś ty czy nie?

– To nic nie zmienia.

– Już to powiedziałeś. Ale mnie interesuje prawda.

– A więc nie rezygnujesz.

– Nie.

Dalej jednak nie odpowiadał.

– To jesteś ty czy nie?

Nie odpowiedział.

– Słuchaj, Jezusie, ja cały czas myślę, że to była błazenada. Staraj się przynajmniej wyjść mi naprzeciw, zrób coś, żebyś się stał sympatyczny... czy to jesteś Ty, czy nie?

– To jestem Ja.

Wzbudził tym moje podejrzenia.

– Naprawdę?

– Ja nie kłamię.

– Kto to wie.

Potrząsnąłem głową.

– Nie myśl, że zapomniałem o mojej matce. Prośba zachowuje swą ważność.

Również on potrząsnął głową i widziałem, że jest zawiedziony i zmartwiony. Ja natomiast się uśmiechnąłem.

– Ciężko, co?

On też się uśmiechnął. Tak, to była szermierka słowna.

– Rozmawiać jak mężczyzna z mężczyzną, to ci nie wystarcza, prawda?

– Nie.

– Chcesz cudu.

– Tak.

Nie mógł się zdecydować. Po paru sekundach powiedział:

– Muszę pomyśleć.

– Jesteś pełen wątpliwości... a jednak to ja jestem idiotą, skoro czekam tu, aby ujrzeć moją zmarłą matkę. Jestem zmęczony. Bardzo zmęczony. Chcę stąd wyjść.

Miałem wrażenie, że to mój żołądek domagał się wyjścia na zewnątrz. Dobrze mi zrobiło światło, a ciepło sprawiało przyjemność. Z trudem posuwałem się ścieżką w górę. Niewiele pamiętam. Byłem na głównej drodze. Jeszcze za wcześnie analizować sprawę spotkania, Jezusa lub delirium. Zrobię to, ale w spokoju. Teraz ważne były stan aktualny i odczucie. Dotknąłem boku i pomyślałem o dawnym bólu. Przez całe miesiące po każdym ucisku lub poruszeniu ten ból się odzywał. A teraz nie. Nic nie czułem. Uśmiechnąłem się, zadowolony choćby z takiego rezultatu spotkania. I szedłem dalej.

Dotarłem do hotelu. Ktoś z obsługi dał mi klucz. Wszedłem po schodach na pierwsze piętro. Prysznic i łóżko wydawały mi się szczytem marzeń. Nie myślałem o dzisiejszym spotkaniu i o mojej prośbie. Pragnąłem tylko wziąć prysznic i położyć się do łóżka. Włożyłem klucz do zamka, przekręciłem i otworzyłem drzwi. Ale prawie natychmiast zamknąłem je gwałtownie i zwymiotowałem. Oddychałem głęboko. Widziałem jakby podwójnie, ale zachowałem świadomość mimo zachwiania równowagi. Teraz otworzę drzwi i moja matka nie będzie już siedziała pośrodku pokoju. Otworzyłem drzwi i oczy, które także miałem zamknięte. Ona była tam, siedziała pośrodku pokoju. Moja matka.


2

Mediolan. Trzy miesiące wcześniej.

Od pewnego czasu powraca uparcie myśl, której nigdy przedtem nie doświadczałem: mam czterdzieści trzy lata i nie pożyję już tyle samo. Zdaję sobie sprawę, że więcej mam za niż przed sobą. Powtarzam: nigdy przedtem nie miewałem takich myśli.

Jak już mówiłem, zajmuję się reklamą i dlatego jestem trochę infantylny, toteż mogę sobie wyobrazić siebie jako pięćdziesięciolatka ubranego w stylu Romeo Gigli, jako sześćdziesięciolatka chodzącego regularnie na gimnastykę czy jako siedemdziesięciolatka z harleyem. Jako starca o młodej powierzchowności. Wszyscy by to widzieli i właśnie to byłoby najgorsze. Znam takie osoby: budzą litość.

Nigdy dużo nie piłem, ale od marca upijam się prawie co wieczór. Zawsze cieszyłem się dobrym zdrowiem, jednak od marca czuję się podle. Nie mam pracy, nie mam pieniędzy i przyszłość zarysowuje się przede mną nieskończenie mniej bogata, mniej piękna i mniej żywotna od przeszłości; nie tylko krótsza.

Miałem żonę, która mnie porzuciła, zabierając ze sobą naszą córkę.

Mieszkam z Violą, suczką nieokreślonej rasy. Była u nas wcześniej, gdy miałem rodzinę. Jest to jedyna osoba, która mnie znosi. Tak, osoba: nie rozmawiam z nią wprawdzie, jeszcze do tego nie doszedłem, ale czuję na sobie jej twarde, pełne dezaprobaty spojrzenie. Bez Violi katastrofa byłaby jeszcze większa.

Człowiek naprawdę zdolny, specjalista od reklamy młodzieżowej, może tryumfalnie stawić czoło takim zmianom. I życie znów się do ciebie uśmiechnie. Przygaszone ambicje znowu odezwą się z całą mocą. Możesz zawrócić, a to jest bardzo rzadki przywilej. Masz piękne buty i koszule, swoje stare rolexy, prędzej czy później powierzą ci jakąś wielką kampanię. Masz doświadczenie i wiesz, jak ugryźć robotę. Masz chleb i masz zęby. Ponadto w mieście pełno jest młodych, szalonych kobiet, szukających seksu i poczucia bezpieczeństwa właśnie u czterdziestolatka, który zna lokale i może doradzić film lub książkę, ponieważ jest inteligentny. A zresztą zaliczam się do grupy „prawdziwych mężczyzn, których jest coraz mniej”.

Kiedyś wydawało mi się to portretem pełnowartościowego mężczyzny, teraz wydaje mi się podobizną kretyna. Do takiego doszedłem stwierdzenia. Moja żona doszła do tego pierwsza. Potrafię to zrozumieć. Teraz, gdy jest już za późno.

W tej sytuacji uznałem za coś normalnego, że przydarzyły mi się dziwne rzeczy. Normalne stało się dla mnie, że nie rozpoznaję siebie w tym, co mówię i robię.

Mamy maj, ale jest bardziej gorąco niż zazwyczaj w maju. Nie było młodzieńczych wzlotów. Ani kolacji iskrzących uśmiechami, zapowiadających to, co nastąpi potem. I nie było żadnego potem.

Teraz mieszkam w lokalu z malutką łazienką: jest WC i kabina z prysznicem, nie ma bidetu ani wanny. Kuchenka do gotowania jest umieszczona nad małą biblioteczką; służy mi tylko do przygotowywania kawy, bo nie jadam w domu. Zjadam płaty pizzy w impregnowanym papierze, na stojąco, w pobliżu pojemnika, do którego wyrzucam papier, gdy skończę. Jem hamburgery i frytki ze zwykłymi dodatkami. Nauczyłem się prać swoje rzeczy w pralni; powinienem chyba raczej powiedzieć, że się nie nauczyłem, bo zawsze jestem z tym do tyłu i prawie nigdy nie mam nic czystego ani uprasowanego. Od miesięcy nie mam nic nowego.

Oznacza to, że nie dbam o nic.

O Boże, jaki inny byłem kiedyś. Albo może nie, byłem taki sam, ale był ktoś, kto mi pomagał, kto robił dla mnie wiele: była moja żona i była rodzina.

Chodzę teraz często do kościoła, częściej niż przedtem. Chodzę do kościoła, ale nie na mszę; odkąd wyszedłem z lat chłopięcych, nigdy chyba nie bywałem na całej mszy. Sądzę więc, że te moje odwiedziny są bezwartościowe. Odbywam swą codzienną wędrówkę do katedry, gdyż pociąga mnie jej architektura, historia, półmrok, cisza, skupienie, siła sugestii i niejako marginalnie – obecność Boga. Nigdy nic nie wiadomo.

Zawsze wchodzę do naszego Duomo4 z powodów, o których właśnie powiedziałem. I jeszcze dlatego, że jest tam co najmniej pięć stopni chłodniej.

Niedawno zdrzemnąłem się w ostatnim rzędzie, w ławkach z lewej strony, z brzegu. Na pewno spałem kilka minut. Gdy się obudziłem, trzech Japończyków przyglądało mi się z ciekawością i z pewnym zakłopotaniem. Może chrapałem.

Przed chwilą prosiłem Ukrzyżowanego, wiszącego na krzyżu wysoko, u podstawy wielkiej kopuły – zawsze zwracam się do Niego – aby coś dla mnie uczynił, żeby wskazał mi kierunek, bo sam nie wiem, co mam robić. Powiedziałem Mu, że jestem gotów, gdy nadejdzie mój czas, umrzeć bez większego żalu; ale żadnych przewlekłych, obłożnych chorób, leżenia, morfiny, przykrych niespodzianek, cierpień. Byłem raczej zdecydowany na nagły zawał, w stanie upojenia, a więc niezauważony. „Mówię serio, Panie, pomyśl o tym”.

Po tych ostatnich odwiedzinach wydarzyło się coś dziwnego. Z początku nie zwróciłem na to uwagi. Myślałem: „Jestem pijany, mam ograniczoną świadomość, może wydają mi się dziwnymi rzeczy, które dziwne nie są. Nie jestem jednak w stanie ich ocenić”.

Teraz dobrze wiem, że mimo wszystko byłem w stanie ocenić te wydarzenia. Były rzeczywiście bardzo dziwne.

Miałem też swoje dobre chwile, byłem rozpieszczany (czasem wręcz rozpuszczany), widziałem, że doceniane są moje zdolności i odwaga, ale nigdy nie potrafiłem całkowicie przestać stawać dęba. Teraz chciałem po prostu dobrze zjeść. Usiąść po tak długiej przerwie w otoczeniu, które by mi przypominało czasy dobrobytu, i zostać obsłużonym przez uprzejmego kelnera. Wszedłem więc do „Tre colline” – restauracji, do której od trzydziestu lat uczęszczała moja rodzina i która była zarazem dobrym, sprawdzonym miejscem na krótki posiłek w czasie pracy. A więc byłem tam znany.

Nie sądzę, aby Cappi, właściciel restauracji, wiedział o moim obecnym stanie. Przyjął mnie jak zwykle i jak zawsze znalazł wolny stolik, choć nie zrobiłem rezerwacji.

Czułem się dobrze w tym pierwszorzędnym lokalu, podobała mi się panująca w nim atmosfera – rezultat pół wieku uprawianej na wysokim poziomie profesji.

Przeczytałem menu i zrobiłem to, co robiłem zawsze: rozejrzałem się dokoła. Zawsze był tu ktoś, kogo znałem. Przyszedłem z określonym pragnieniem: zakąski rybne. Zamówiłem i czekałem.

Moją uwagę, i wielu innych ludzi, zwrócił hałas – brzęk spadających na talerz sztućców – przy stoliku odległym o cztery metry od mojego. Sztućce były tylko wstępem do czegoś poważniejszego: oto jakiś mężczyzna osuwał się powoli z krzesła na ziemię. Już nieprzytomny, poszarzały na twarzy, z zamkniętymi oczami. Jakaś kobieta krzyknęła, doskoczył kelner i uchronił biedaka od upadku na ziemię. Podtrzymując go pod pachami, ulokował na dywanie i powiedział: „Zostawmy mu wolną przestrzeń, musi czymś oddychać”.

Potem odpiął mu guzik od kołnierzyka.

Podszedłem, bo przez moment miałem wrażenie, że to ktoś, kogo znam. Patrzyłem na leżącego człowieka. Po chwili poruszył się nieznacznie, otworzył oczy i próbował się uśmiechnąć; podniósł ręce, jakby chciał powiedzieć, że to nic poważnego. Czuć było, że ogólne napięcie opadło. Ktoś powiedział temu człowiekowi, żeby się nie ruszał, żeby trochę poczekał. Ja stałem nad nim, toteż łatwo go rozpoznałem. To był Adalberto Signini, adwokat, stary przyjaciel mego ojca, potem także mój.

Powiedziałem: „Ja go znam... przepraszam, podniosę go”.

Oczy Adalberta skrzyżowały się z moimi. Starzec wzdrygnął się, jakby sobie czegoś nie życzył.

– Nie, nie. Proszę.

– Adalbercie, to ja, Aleksander.

– Nie, czuję się źle.

Podtrzymywałem go i czułem jego bezwładny ciężar. Znowu zemdlał. Ale po chwili wrócił do siebie.

Kilka minut potem siedział przy swoim stoliku, a ja stałem przed nim. Kelner przyniósł jakiś napój. Adwokat Signini był jeszcze blady, ale odzyskiwał już siły.

– To nic poważnego, Aleksandrze... ciśnienie. Przywykłem do tego. Muszę uważać na emocje.

– Co tu wzbudziło w tobie takie emocje? Szparagi?

Starał się uśmiechnąć.

– Zupełnie co innego. Zobaczyłem ciebie i zrobiło mi się ciemno przed oczami.

– Naprawdę? Robię takie wrażenie?

Wypił łyk. Zawahał się, jakby dobierał słowa. Potem się zdecydował.

– Powiem ci, Aleksandrze... ja byłem pewny, że nie żyjesz.

Poczułem lekki skok ciśnienia, lecz starałem się nie dramatyzować.

– Jestem żywy.

– Tym lepiej.

Ludzie dokoła nie rezygnowali z resztek widowiska.

Zapytałem:

– Skąd miałeś taką wiadomość?

– Nie potrafię ci tego powiedzieć. Naprawdę nie pamiętam.

– Jak to, przecież nie jesteśmy dla siebie obcy. Nie zainteresowałeś się?

Potrząsnął głową. Był zakłopotany i stawał się rozdrażniony. Bałem się, że znowu się źle poczuje.

– Nie wiem, co ci powiedzieć, Aleksandrze. Dla mnie byłeś umarły. Kiedy cię zobaczyłem, poczułem się słabo. Wydaje mi się to zrozumiałe.

Wstałem, gdyż wyczułem, że tego pragnął adwokat.

– Rzeczywiście, to zrozumiałe. Przykro mi, że stałem się przyczyną twojego zasłabnięcia.

Nie byłem w stanie siąść do jedzenia, jakby nic się nie stało. Mimo że przekąski z morskich ryb już mi przyniesiono. Zostawiłem pieniądze na stoliku i wyszedłem.


3

Jak szybko można upaść, zmienić się, przeobrazić, stać się kimś innym.

Którejś niedzieli, po bezsennej nocy, podsypiałem w dzień. Wziąłem środki uspokajające, popiłem, zwymiotowałem.

Włączyłem klimatyzator – stare urządzenie, podarunek od kolegi, który miał nadzieję na darmową pomoc w przygotowaniu jakiejś story board5. Aparat zawsze robił bardzo dużo hałasu i nie dawał mi spać ani pracować. Włączyłem go i po chwili wysiadła instalacja elektryczna. Nie mogłem obejrzeć dzienników telewizyjnych ani skorzystać z ciepłej wody czy z golarki.

Pociłem się, prześcieradło było wilgotne, na pewno nie było czyste; powietrze na zewnątrz – nieruchome i nagrzane. Byłem słaby jak niemowlę. Powoli i z bólem wciągnąłem krótkie szorty, koszulkę trykotową, mokasyny. Potem przypomniałem sobie, że muszę coś zrobić, a uzmysłowiłem to sobie, patrząc na Violę, która dziwnie podrygiwała. Ona także z bólu.

Zadzwoniłem do Oresta, weterynarza. Był jej lekarzem i znał dobrze problem. Trzeba wyciąć ileś tam guzków na sutkach. Jeden był już kiedyś usuwany. Operacja poszła dobrze.

– Pamiętaj, że Viola jest jedyną towarzyszką mego życia – powiedziałem. – Biada ci, gdyby coś jej się stało.

– To zwykły zabieg. Już go widziałeś, prawda? Bądź spokojny. Przynieś mi ją we wtorek rano.

Zszedłem na dół, wziąłem kawę i ciastko z kremem. Minutę później w następnym barze wypiłem jedną grappę6. Ciągle jednak czułem głód, więc wsunąłem się do jednego z dwustu mediolańskich McDonaldów i wziąłem podwójnego hamburgera. Było dla mnie zupełnie naturalne, że trochę dalej w malutkim barze kupię butelkę zimnego piwa i że będę je sobie popijał, chodząc po placu przed katedrą, pośród setki cudzoziemców siedzących na stopniach. Nie wydawało mi się też niczym dziwnym usiąść na rzeźbie stojącej przed kościołem San Carlo i dalej sączyć piwo. Wyciągnąłem przed siebie nogi, oparłem głowę o wielką kulę z żyłkowanego marmuru, która stanowiła górną część rzeźby, i zasnąłem. Ale kiedy ujrzałem tuż przed sobą parę spodni z idealnymi kantami, nie byłem już na marmurze, lecz na bruku. Czułem silny ból szyi. Był wieczór.

Czyjaś ręka podłożona pod ramię pomogła mi się podnieść, a była to ręka silnego człowieka. Pomyślałem, nie wiadomo dlaczego, że należała do kogoś grającego w tenisa.

Wciąż zamykały mi się oczy i czułem się nieswojo, ponieważ miałem wrażenie, że nie powiedziałem czegoś ważnego, choć nie wiedziałem, co to miało być.

W końcu sobie przypomniałem i wydusiłem:

– Dziękuję.

Usiłowałem utrzymać się na nogach.

– Sandro, jak się masz? Wszystko w porządku?

– Jasne, w porządku. Fabrizio... prawda, że grasz w tenisa...

– Co takiego?

Potem powiedział szczerze:

– Aleś się urządził.

Usiedliśmy przy stoliku w ogródku kawiarnianym przed katedrą. Ludzie z letniej orkiestry odłożyli na bok swoje instrumenty i ktoś nastawił płytę z muzyką południowoamerykańską. Spróbowałem przyjrzeć się sobie: plamy na koszulce, parę zadraśnięć na ramieniu, zarośnięta broda, workowate spodnie. No i mdłości. Czy to rzeczywiście byłem ja?

– Lepiej się czujesz? – zapytał Fabrizio.

– Tak, o wiele lepiej.

– Miło mi, że cię spotkałem. Nie pytam cię, czy przyłożyłeś się wtedy... do tamtej story board?

– Nie przyłożyłem się.

– Dlaczego byłem tego pewny?

– Ponieważ znasz ludzi i dlatego robisz za pełnomocnika administratora.

– Słuchaj, czy chcesz zarobić trochę pieniędzy? Pokaźną sumę?

– Pokaźną sumę? Jak dużą?

– A jaką chciałbyś usłyszeć?

– Tysiąc, dwa tysiące...

– Dziesięć tysięcy.

– Pewnie, że chcę.

Wyjął wizytówkę z kieszeni marynarki, potem z innej kieszonki wyciągnął złote pióro i napisał jakieś nazwisko oraz adres.

– Pojutrze o jedenastej.

– Dobrze.

– Przyjdź na pewno.


4

Następna noc po tym spotkaniu była prawie normalna. Od wielu tygodni noce stanowiły dla mnie udrękę nie do zniesienia. Tak było zawsze aż do czwartej rano.

Tym razem jednak spałem dobrze i obudziłem się, gdy słońce znajdowało się wysoko, ale nie czułem bólu głowy. „Kto wie – pomyślałem – może ktoś zaoferuje mi pracę”. Potem przypomniałem sobie, że ktoś mi ją właśnie zaoferował: spotkanie pojutrze o jedenastej.

W tym okresie wprowadziłem w życie pewną strategię organizowania czasu. Żeby nie pozostawać w domu i nie siedzieć przed telewizorem, przygotowałem sobie topografię spraw, które mam załatwić pieszo. Najpierw poszukiwanie pracy; stałem się dobrą przestrogą dla mojego środowiska: człowiekiem, który zawsze musi prosić. Potem były sklepy z wideokasetami, parki, te same kościoły, jakaś dawna, ulubiona kawiarnia, plakaty – jeśli zostały zmienione – w Palazzo Reale i inne wystawy. Ale przede wszystkim księgarnie. Odwiedzałem dwie w danej dzielnicy, najchętniej w centrum. Dwadzieścia pięć minut dla wydawnictwa Mondadori przy corso Vittorio Emmanuele, dwadzieścia minut dla Hoepliego, czterdzieści dla Feltrinellego przy corso Venezia i tak dalej. Godziny wędrówki wolne od zamkniętych w czterech ścianach lęków.

Kilka dni wcześniej, gdy szedłem drugą stroną ulicy, zobaczyłem piękną wystawę wielkiej księgarni przy corso Porta Romana. Nie przeszedłem jednak przez ulicę. Zapamiętałem tylko miejsce i zachowałem tę możliwość na stosowny moment.

Tego dnia właśnie tam się kierowałem. Pójść, obejrzeć, wrócić. Uchronię parę godzin od bezwładu myślowego, od tych samych, beznadziejnych myśli. I zaoszczędzę sobie co najmniej litr piwa pitego na tapczanie z burczeniem w brzuchu i spoconym karkiem.

Oto księgarnia i wystawa. Monograficzna, poświęcona kinu. Wielkie albumy fotograficzne, słowniki, jakiś oryginalny zajazd. Oglądałem wszystko pomimo wielkiego hałasu. Na corso trwały prace, bo poszerzano właśnie chodnik. Ruch był chaotyczny, zwolniony, ale nie skierowano go gdzie indziej. Ustawiono tylko barierki, które ograniczały ulicę do wąskiego pasemka dla pojazdów publicznych. Aby przejść na drugą stronę, znaleźć jakąś lukę między płotkami, musiałbym przebyć około pięćdziesięciu metrów.

Nigdy nie zatrzymywałem się na żółtym świetle i przez całe życie jeździłem pod prąd jednokierunkowymi ulicami na rowerze lub skuterze. Nie znoszę straty czasu. Przeskoczyłem więc barierki, ale niezbyt pewnie, bo nerwy i mięśnie już nie te, co dawniej. Refleks też...

Przypominam sobie krzyk jakiejś kobiety, potem donośne męskie: „Idiota!” i huk wielkiej maszyny z niesprawnymi hamulcami, które właśnie wysiadły. Pamiętam ciepło kostki ulicznej pod rękami i potem wiele oczu zwróconych zewsząd na mnie, a następnie podnoszące mnie czyjeś ramiona. Stałem na własnych nogach, ale niczego jeszcze nie rozumiałem. Ludzie mówili: „To nie do wiary”, „Wariat” i pytali mnie, czy dobrze się czuję. Pojawił się ktoś ze straży miejskiej. Chwycił mnie pod ramię i powiedział: „Chodźmy się czegoś napić, zaprowadzę pana”.

Przeszliśmy kilka metrów, a on ciągle mnie podtrzymywał. Weszliśmy do baru, usiadłem, przyniesiono mi kieliszek. Strażnik zapytał, jak się czuję. „Dobrze” – odpowiedziałem.

– Czy nie ma pan jakichś obrażeń?

– Dlaczego miałbym mieć obrażenia?

– Bo został pan potrącony przez tamtą betoniarkę.

Zrobiłem znak, że nie.

– Nie zostałem potrącony.

– Proszę mi wierzyć, sam to widziałem. I wielu innych ludzi.

Pod barem zebrał się tłumek.

Strażnik spytał znowu:

– Naprawdę nie czuje się pan źle?

Wtedy obmacałem swoje ciało i poruszyłem się. Żadnego bólu. Popatrzyłem na siebie: żadnych obrażeń.

Strażnik uśmiechnął się. Dopiero teraz spojrzałem na niego uważniej: był młody, elegancki, miał inteligentne oczy.

– Jak się pan nazywa? – zapytał.

– Aleksander Forte.

– Panie Forte, nie potrafię zrozumieć, jak może pan być cały, bez żadnych obrażeń.

Potrząsnąłem głową.

– Czy jest pan nadal pewny, że zostałem potrącony?

– Został pan potrącony przez pojazd ważący co najmniej sześć ton.

Znowu potrząsnąłem głową.

– Przeszedł wyżej, nade mną, nie miażdżąc mnie kołami.

– To jedyne wyjaśnienie. Ale ja widziałem, na jakiej wysokości nad brukiem był ten pojazd – trzydzieści centymetrów, nie więcej. Nie wydaje się to możliwe. Być może, gdyby wszystko wcześniej było przygotowane, z tymi sztuczkami, jakie wyprawiają w telewizji, z kaskaderami, z setkami zabezpieczeń i środków ostrożności...

Odezwała się jakaś kobieta, gruba i spocona, która podeszła do nas:

– Stał się cud.

Strażnik uśmiechnął się:

– Tak, cud, ale z tych prawdziwych. Które Kościół uznaje dopiero po stu latach świadectw i konfrontacji... Czy chce pan złożyć oświadczenie?

– Nie.

– Czy mam towarzyszyć panu w drodze do domu?

– Nie. Dziękuję.


5

Ciemna koszula, lniany garnitur, krawat: wszystko w kolorze popielatym. Tak, prezentowałem się dobrze. Miałem nie najgorszą noc. Towarzyszące mi zwykle po przebudzeniu okropne myśli i ogólne złe samopoczucie, które mogłoby mi się dawać we znaki przez cały dzień, odeszły na drugi plan w związku z tą nieprzewidzianą, pomyślną nowiną. Była praca. Znałem Fabrizia, pragmatyka, który nie toleruje bezproduktywnego spędzania czasu.

Dwa wieczory przedtem ostatnie jego słowa brzmiały: „Tylko nie nawal, nie chcę cię traktować jak dziecka, ale... przyjdź na pewno”. Nie wiem, czy innym wydam się świeży i w dobrej formie, ale tak się czułem.

Wysiadłem z taksówki przed czerwonymi murami fabryki, w dzielnicy Milano Fiori. Miałem wrażenie czegoś nowego, racjonalnego, efektywnego.

Oczekiwano mnie: marketing, zarządzanie, reklama, właściciel. Jeden reprezentant z każdego działu. Znałem dobrze ten rytuał. W końcu wszystkie produkty przedsiębiorstw, zwłaszcza te ludzkie, są do siebie podobne i stają się przezroczyste oraz przewidywalne pomimo różnych wysiłków symulacyjnych. Rozszyfrowałem natychmiast hierarchie, role, osobowości i sprawy łóżkowe. „Łóżko” oznaczało tutaj odgadnąć, kto jest przyjacielem tej wpływowej szatynki, jedynej kobiety w tym towarzystwie, ubranej na czerwono, energicznie podkreślającej swoją pozycję. Chodziła do łóżka z właścicielem. A więc musiała sporo znaczyć.

Zarządzanie było oczywiście reprezentowane przez Fabrizia. Właściciel, pewny siebie, z farbowanymi włosami, chciał sprawiać wrażenie, że z przyjemnością zatrudni pełnomocnika. „W sumie ściągnęliście mnie tutaj, choć możecie to robić sami” – próbowałem sobie wytłumaczyć tę sytuację.

Dama w czerwieni była z marketingu. Młodzieniec z wygoloną głową zawiaduje reklamą. Po napojach i kawie to właśnie on przemówił.

– Myśleliśmy o bardzo mocnej kampanii, łatwej do zidentyfikowania, nie za poważnej, która wprawi w zakłopotanie, tak że ludzie ją zapamiętają. Równowaga jest rzeczą bardzo delikatną. Jeden milimetr, przecinek, pociągnięcie pędzlem i to, co było dobre, staje się złe. Ale pan te rzeczy zna bardzo dobrze.

Znałem również dobrze takie przemówienia. Tyrada „łysej pały” z działu reklamy mogła być zastosowana absolutnie do wszystkiego.

Każdy wyrażał koncepcje dotyczące jego własnej specjalności. Były także konkretne pomysły. Zanim powiedziałem, że mi się nie podobają, poczekałem na słowa Fabrizia:

– Proszę cię, Sandro, prosimy wszyscy, byś powiedział szczerze, co myślisz. Nikt się nie obrazi.

Popatrzyłem na nich szybko.

– Dobrze. Wasze propozycje są ciekawe. Ale nie mają siły przebicia. To tak, jakby kazać pić aperitif pięknej blondynce w wieczorowym stroju i w salonie pełnym pałacowych sreber – w otoczeniu mężczyzn w smokingach. Może to i dobre, ale nie zachwyca.

Specjalista od reklamy powiedział:

– Naprawdę?

Czerwona potaknęła nieśmiało. Fabrizio czekał w napięciu.

Przemówił właściciel:

– Niech pan nam to wyjaśni, doktorze Forte, proszę podać przykład.

Potrząsnąłem głową, ale starałem się dać im jednocześnie jakąś nadzieję.

– W reklamie nie ma pomysłów od ręki ani improwizacji. Myśli się tygodniami i ciągle coś się zmienia.

Mówił jeszcze człowiek od reklamy, który wyraźnie się obraził.

– Pan należy do czołówki. Pewnie będzie miał pan inne zasady.

Podniosłem się z siedzenia, aby zaalarmować po trosze wszystkich i z uwagi na obowiązkową teatralność, która zawsze mi się podobała. Popatrzyłem przez szerokie okno na szklane gmachy przemysłowego miasta. Potem znowu usiadłem.

– Trzeba nadać waszym fotelom ważne znaczenie, spektakularną funkcję, nawet...

– Nawet? – zachęcił mnie Fabrizio.

– Mitologiczną.

Nastąpiła chwila przerwy – miała zwiększyć napięcie, podkreślić mieniące się wszystkimi odcieniami złota, wycyzelowane słowa, które będą za moment wypowiedziane. Byłem zawsze bardzo biegły w tych strategiach. I wydawało mi się, że jestem nadal, chociaż zacząłem już odczuwać bóle żołądka.

Podjąłem ponownie:

– A więc teraz nadarzy się okazja i będę zadowolony, jeśli problem zostanie rozwikłany kolegialnie. Jeżeli przez jeden moment, choćby krótki, wszyscy będą myśleli o tym samym, będzie to znaczyło, że mechanizm działa.

Wymienili spojrzenia, ostrożne i trochę zaskoczone. A ja wystartowałem:

– Gdyby Bonaparte miał do dyspozycji jeden z waszych foteli, tak wygodnych, tak relaksujących, stwarzających tak idealne warunki dla ciała i dla umysłu... gdyby generał mógł dysponować takim fotelem, powiedzmy pod Waterloo...

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com