44 dni - Daniel Hurlak - ebook
Wydawca: Psychoskok Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 539 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 44 dni - Daniel Hurlak

Tomasz Król niby jest pianistą, niby jest rzeźbiarzem, niby wie, o co mu w życiu chodzi. Niby, bo coraz mniej rzeczy jest pewien. Zagadka numer jeden, w której się pogrąża z każdym krokiem, coraz bardziej czując jej kres, lecz coraz mniej i ją i siebie rozumiejąc: co się stanie, gdy zabije ostatnią osobę z listy? Im bliżej finału do zrealizowania czterdziestu czterech zadań, tym więcej pytań i kuriozów spada na głowę Tomasza. Zaczyna wręcz zastanawiać się, dlaczego w ogóle zabija. I to zabija ludzi, którzy – obiektywnie rzecz ujmując – ani nie mają ze sobą nic wspólnego, ani nic w ich życiorysach nie wskazuje na to, że mogliby komukolwiek aż tak zaleźć za skórę. Bo komu, na przykład, mogłoby zajść za skórę dziecko? Tomasz nie wie i choć czasem zaprząta mu to głowę, to ponad czterdzieści razy skreślił z listy stosowne nazwisko, czym zadowalał swojego przyjaciela, który powierzał mu owe "misje", nigdy nie mówiąc czemu. Czy w takim ferworze nienaturalnej determinacji możliwe jest zaprzestanie dotychczas podjętych działań? I czy w całym tym szaleństwie pochłaniającym bohatera cokolwiek dzieje się naprawdę? Na te i wiele innych wątpliwości odpowiedzi należy szukać w debiutanckiej powieści Daniela Hurlaka "44 dni", nad którą autor pracował blisko dwa lata.

Opinie o ebooku 44 dni - Daniel Hurlak

Fragment ebooka 44 dni - Daniel Hurlak




Prolog

 

– Tak, słucham?

Gdzie jesteś?

– Już w drodze.

– Wiesz, że masz dzisiaj spotkać się z ta dziewczyną.

Wiem, wiem. Ale trochę jestem opóźniony, bo był korek na drodze. A Jeszcze na dodatek jest gołoledź i cholernie gęsta mgła…

,Postaraj się nie spóźnić, bo inaczej może zrezygnować. – Robię, co w mojej mocy. Uspokój się. A tak w ogóle, gdzie jesteś?

Jeszcze w Goussainville, ale już za chwilę jadę na samolot. Powinienem być dziś wieczorem w Warszawie.

– Przyjechać po ciebie na lotnisko?

Nie trzeba, poradzę sobie, ale zadzwoń, jak z nią porozmawiasz.

– Dobra, zadzwonię.

– Posłuchaj, jeszcze…

– O, kurw…!

Co się stało?! Halo! Słyszysz mnie? Co się stało!?

Rozległ się dźwięk głuchego sygnału …

 


Rozdział I

 

Jest szósta rano. To godzina, o której zaczyna się każdy dzień Tomasza Króla. Czasami można odnieść wrażenie, że nazwisko to dane mu zostało zupełnie nieprzypadkowo. Jego życie wyglądało tak, jakby posiadał pewną władzę. Był to jednak zwykły mężczyzna, ale tylko z pozoru. Dla człowieka, który go znał, był momentami chodzącą zagadką, wręcz przerażającą postacią. Jak każdy miał swój cel w życiu, a także swoją pasję, która sprawiała mu radość. Najważniejsze, aby być usatysfakcjonowanym, a Tomek taki właśnie był. Mieszkał sam w małym domku, który znajdował się na obrzeżach Tarnopola, położonego we wschodniej Polsce. Z natury nie był człowiekiem gadatliwym. Jego twarz sprawiała wrażenie ciągle zamyślonej i skoncentrowanej. Znajomość z sąsiadami polegała tylko na mówieniu ,,dzień dobry”. Czasami podejmował polemikę, lecz było to wręcz wymuszone. Na przykład w sytuacji, gdy przez przypadek potrącił siedmioletniego syna swojej sąsiadki. Wypadek był niegroźny i wina nie stała po stronie Króla, jednak musiał na przekór swoim chęciom, przeprowadzić wymianę zdań.

Tomasz był uważany w swoim mieście za dobrego człowieka, ale tak naprawdę nikt go nie znał od jego innej strony, można rzec, tej mrocznej. Budził się zawsze o szóstej rano. Musiał iść do warsztatu, aby przygotować materiał na wykonanie zamówienia. Trzydziestopięcioletni Tomasz był rzeźbiarzem. Miał małą firmę, w której sam się zatrudniał. Przyjmował zamówienia, także z poza miasta. Potrafił grać również na pianinie, którego obudowę sam wykonał. Czasami, gdy potrzebował chwili na rozmyślenie, to siadał i grał. Oddawał się muzyce tak, jakby to ona miała rozwiązać jego problemy lub zmotywować go do dalszego działania. Gry nauczył się, gdy chodził do szkoły podstawowej, jego nauczycielem był nieżyjący już pianista, Jan Dąbrowski, przyjaciel jego matki. Tomasz od urodzenia mieszkał w Tarnopolu. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miał dwadzieścia pięć lat. Śmierć ojca odczuł najmocniej, to on był jego największym przyjacielem. Król nie miał rodzeństwa, a nawet żadnej ciotki, czy wujka ani kuzynostwa. Był po prostu samotnikiem. Miał jedynie swojego przyjaciela, którego poznał niedługo po śmierci wspomnianych rodziców. Nazywał się Jacek Morawiecki. Mieszkał kilka ulic dalej. Często spotykali się w domu Tomka i grali w pokera, pijąc przy tym wódkę i paląc niezliczoną ilość papierosów. Tak naprawdę, to podczas tych spotkań, kończyło się życie pewnych osób. Podczas jednego z takich spotkań, Król wpadł w stan głębokiego zamyślenia. Odłożył papierosa, dopił kieliszek ciepłej wódki, wstał i powolnym krokiem udał się w stronę okna. Skupionym wzrokiem spojrzał przez szybę i zaczął mówić do Jacka:

Jak myślisz, tym razem mi się uda?

– Przecież tobie zawsze się udaje – odparł Jacek ze sporym zdziwieniem.

Wiem, ale tym razem czuję jakiś niepokój, tak jakby coś miało się wydarzyć – powiedział Tomasz, przypatrując się przez okno wiosennej zieleni.

– W barku jest lista – rzekł Jacek wypuszczając dym z ust.

To już dziewiąta – odparł z niepokojem Tomek.

Tak, to już dziewiąta lista – potwierdził melancholijnie Jacek.

Mężczyźni przez kilka dobrych minut byli w stanie głębokiego zamyślenia. Sprawiali wrażenie osób, które są zupełnie odłączone od świata. Ciszę przerwało stukanie do drzwi. Tomek nie wykonując żadnych ruchów ciałem, spojrzał na Jacka i powiedział:

Nikogo się nie spodziewałem – następnie wstał i poszedł otworzyć drzwi. Okazało się, iż był to listonosz, którego Tomasz wprawdzie nie lubił, mimo, iż widział go najwyżej raz w tygodniu.

– Dzień dobry – rzekł z uśmiechem dostarczyciel listów, próbując zachęcić Króla do rozmowy.

Nie taki dobry – odburknął Tomasz i wziął kopertę, która już czekała w dłoni doręczyciela – jeszcze coś?

– Już nic – odparł listonosz z małym grymasem na twarzy i pożegnał się. Król nie odpowiedział, zamknął drzwi, trzymając nerwowo w ręce kopertę. Następnie wszedł do pokoju, gdzie wcześniej grali w pokera i rzekł do Jacka:

On będzie następny.

Nie żartuj sobie, to zwykły listonosz – odparł Jacek, odkładając już wypalonego papierosa na stół.

Powiedz mi lepiej, co do ciebie przyszło – rzekł Morawiecki. Tomasz otworzył kopertę, szybko przeszył zawartość wzrokiem i odparł:

– Ehh, pieniądze za stół i list z podziękowaniem.

Jaki stół? – spytał z zaciekawieniem Jacek.

Dwa tygodnie temu była u mnie jakaś starsza kobieta i chciała, abym jej zrobił stół taki, jaki był na zdjęciu, które przyniosła. Mówiła, że to dzieło jej zmarłego męża, który zginął w pożarze ich domu – mówił z przejęciem Tomasz– wszystko, co było w środku, spłonęło, nawet ten stół. Bardzo chciała, bym wykonał jej identyczny mebel, nie mogłem jej odmówić – powiedział Król, trzymając w ręce kilka polskich banknotów. Jacek nie wiedział, czy jego przyjaciel zrobił to z litości czy dla pieniędzy. Słowa ,,nie mogłem jej odmówić” wypowiedziane przez jego kolegę, który jednocześnie trzymał gotówkę w dłoni, raczej nie wskazywały na bezinteresowną przysługę. Morawiecki postanowił jednak to przemilczeć, ponieważ wiedział, że jeżeli spyta czy Tomasz zrobił to dla pieniędzy (a przykładał do nich dużą wagę), czy też z dobrego serca (choć określenie to w stosunku do Króla było wręcz kłamstwem), to ten może się zdenerwować. Następnie rzeźbiarz schował gotówkę do kredensu i zaczął kontynuować wypowiedź. – Wracając do naszej rozmowy, coraz częściej mam wrażenie, że już wystarczy. Czasami mam dosyć. Ale ciągle męczy mnie dziwne uczucie, że to jeszcze nie koniec.

Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał z niepokojem Morawiecki, tak jakby zaprzestanie dalszych działań jego przyjaciela miało mu zaszkodzić.

Nie trwóż się Jacku, nie trwóż się, to jeszcze nie koniec. Ciągle siedzi we mnie jakieś dziwne uczucie, które wręcz kieruje mną, nakazuje mi, ale nie dbam o to.

 – Wiedziałem, że na ciebie zawsze można liczyć – odpowiedział przejęty Morawiecki. Następnie wyjął z kieszeni marynarki jakąś kartkę, na której było coś zapisane i dał ją swojemu przyjacielowi. Na kartce były imiona i nazwiska pięciu osób. Przy każdej z nich był również adres. Każda z tych postaci miała swoją historię. Nieprzypadkowo znaleźli się na tym kawałku papieru. Jacek na każdej takiej liście składał swój podpis, który był bardzo charakterystyczny. Od tej pory nikt z tej listy nie mógł być pominięty przez Tomka. Król z koncentracją przyjrzał się pierwszej osobie na trzynastej liście i odczytał jej imię i nazwisko:

Jerzy Wolski, ksiądz Jerzy Wolski – poprawił się Król. Następnym nazwiskom nie poświecił więcej uwagi, po prostu zostawił je na później. Następnie spojrzał na adres obok nazwiska, zapamiętał go i zgiął starannie kartkę. W tym momencie uczucie, które prowadziło go do kolejnych działań, wzmagało się. Sprawiało, iż był jeszcze bardziej bezwzględny, a jego motywacja sięgała najwyższego punktu. Po chwili podszedł do barku i tam schował kartkę. Nie musiał jej nosić przy sobie, ponieważ po każdym zrealizowanym zadaniu wracał do domu, aby spotkać się ze swym przyjacielem.

Gdy odszedł od barku, Jacek wstał. –Czas na mnie. Odprowadzisz mnie do drzwi? – spytał z życzliwym uśmiechem.

– Oczywiście – odparł Jacek i obaj ruszyli w stronę korytarza. Gdy doszli do wyjścia, Morawiecki rzekł:

Jak skończysz z księdzem, to spotkamy się u ciebie.

Jak zawsze – uśmiechnął się Tomasz, pożegnał się z przyjacielem i zamknął drzwi. Następnie wolnym krokiem z zamyśloną twarzą ruszył do pokoju, w którym przed chwilą trzymał w ręku listę wybrańców. W tym dniu na jego twarzy widać było prawie wszystkie możliwe uczucia, które towarzyszą człowiekowi podczas życia. Od smutku, po chwilową radość przeplataną głębokim zamyśleniem. Postanowił długo nie czekać i już następnego dnia chciał złożyć wizytę u księdza Wolskiego. Był on proboszczem w małej parafii Prochowice, odległej 20 km od Tarnopola. Aby wszystko sobie uporządkować, usiadł przy pianinie, które znajdowało się w tym samym pokoju, wziął głęboki oddech i oddał się grze. Uwielbiał grać utwory Chopina. Twierdził, że muzyka tego wybitnego kompozytora pasuje do nastrojów, które najczęściej w nim się kotłują. Jego palce sprawiały wrażenie tyranów, które swoimi agresywnymi ruchami wymuszały na klawiszach swoistą pracę. Owoc tej pracy to melodia będąca ukojeniem dla uszu. Z każdą chwilą jego gra nabierała tempa. Na czole pojawiały się krople potu, serce biło coraz szybciej, a wzrok tkwił ciągle w jednym punkcie. Palce poruszały się błyskawicznie, a każda niechciana nuta była oznajmiana wyrazistym stękaniem. Tempo gry się zwiększało. Tomasz wyglądał na kogoś, kto czegoś się boi. Sprawiał wrażenie, jakby miał przed oczami jakieś sceny, które go dręczyły. Tempo z sekundy na sekundę wzrastało, serce biło jeszcze szybciej, pot spływał z jego twarzy coraz rzęsiściej. Zaczął zaciskać zęby, wyglądał, jakby coś go bolało. Nagle zakończył grę i zaczął głośno krzyczeć. Jedną ręką trzymał się za głowę, drugą zaś mocno dociskał do górnej obudowy pianina. Przez kilka chwil głęboko oddychał. Od tej chwili czuł się trochę lepiej, jakby zrzucił z siebie jakiś ciężar. Jego piękna, a zarazem agresywna gra była pewnego rodzaju buntem przed czymś, o czym nikt nie miał pojęcia. Następnie wstał ruszył w kierunku łazienki. Włożył głowę pod kran i schłodził ją zimną wodą. Wyprostował się i spojrzał głęboko w lustro, wycierając przy tym twarz. W swoich oczach widział smutek, lecz także miłość, którą od czasu śmierci swoich rodziców nikogo nie obdarzył. Po chwili przemyśleń, ruszył do sypialni, padł jak martwy na łóżko i usnął.

 

Rozdział II

 

Gdy kładziemy się spać, mamy nadzieję, iż choć przez chwilę nie będziemy myśleć o przykrych wspomnieniach, a także o problemach, które nas dotyczą. Tomasz Król też zapewne miał taką nadzieję. Niestety, jego umysł był karmiony złymi emocjami w tak dużym stopniu, że nawet podczas snu poddawany był psychicznym torturom. Mijała minuta za minutą, a Tomasz spał spokojnie. W końcu jednak nadeszła godzina trzecia nad ranem. Król wydobył z siebie pierwszy jęk. Pewnym było to, iż śnią mu się jakieś traumatyczne sceny. Na jego twarzy, podobnie jak podczas gry na pianinie, pojawiły się krople potu. Na poduszce można było dostrzec mokre plamy. Z jego ust padały niewyraźne słowa. Najczęściej wypowiadane to: ,,Ojcze” oraz liczba ,,czterdzieści cztery”. Wyglądało na to, że rzeźbiarzowi śnił się ojciec, którego za życia traktował jak najlepszego przyjaciela. Więcej podejrzeń może wzbudzać liczba „czterdzieści cztery”, którą wykrzykiwał jak żołnierz postrzelony w kolano. Trwało to do godziny 5.00 rano. Wtedy Tomasz nagle się zerwał i po kilkunastu głębokich oddechach położył się spokojnie na łóżko. Wyglądał na człowieka, któremu podobne sceny przydarzają się regularnie. Od tej pory już nie spał. Leżał spokojnie do godziny szóstej, ponieważ, jak każdego dnia, szedł do warsztatu. Tomasz wiedział, że był to kolejny z ,,tych” dni. Równo o godzinie szóstej wstał z łóżka i ruszył w stronę łazienki. Obmył starannie twarz, umył zęby i ruszył do kuchni, aby spożyć śniadanie. W kuchni Króla, jak i w całym domu, panował harmonijny porządek. Niezauważalny był fakt nieobecności kobiecej ręki. Tomek na śniadanie jadł to, co większość ludzi. Najczęściej zwykłe płatki kukurydziane z mlekiem. Po zjedzeniu już wspomnianego posiłku, robił sobie kawę, siadał przy stole i pijąc łyk za łykiem, rozmyślał o tym, co wydarzy się tego dnia. Musiał sobie wszystko rozplanować, nie mógł pozwolić na to, żeby w jego poczynania wdarł się chaos. Zwykle picie kawy zajmowało mu nie więcej niż 15 minut, jednak tego dnia trwało to o 10 minut dłużej. Wyraźnie coś nie dawało mu spokoju. W końcu zebrał siły i wstał, obmył kubek, zrobił dwa głębokie wdechy i poszedł do warsztatu. Tam czekały na niego pokorne drewniane klocki, które bez oporu oddawały się jego dłoniom wiedząc, iż te uczynią je czymś wyjątkowym, niepowtarzalnym. Król przed rozpoczęciem pracy spoglądał do swojego notesu, który leżał na biurku. Chciał bowiem sprawdzić, jakie zlecenie musi zrealizować tego dnia. Wiedział, iż czeka go jeszcze wizyta u księdza Wolskiego, i że nie da się jej przełożyć. Ze skupieniem otworzył notes, następnie przewertował strony, aż natrafił na aktualny dzień, a był to 3. maja. Tomasz nie uważał się za jakiegoś większego patriotę, dlatego też bez skrępowania oddawał się pracy, nawet w tak ważne święto. Gdy spojrzał na stronę, na której widniała data, na jego twarzy można było zauważyć pewną ulgę. Wyglądał, jakby chciał powiedzieć: ,,nie będę musiał się śpieszyć” albo „skoncentruję się tylko na jednym”. Po chwili zamknął notes, położył go z powrotem na biurku i wręcz pobiegł do domu. Gdy przekroczył drzwi mieszkania, to już się nie spieszył. Momentami, ktoś, kto patrzył z boku mógł pomyśleć, że jest chory na umyśle, lecz takie osądy są godne pogardy, bo tak naprawdę, nikt go nie znał. Tomasz wszedł do swojej sypialni, gdzie, podobnie jak w kuchni, panował porządek. Następnie otworzył szafę i wyjął z niej swój najlepszy garnitur. Gdy go wyciągnął, jego oczy przykuł mały punkcik znajdujący się na rękawie garnituru. Była to mała plama, wyglądająca jak zeschnięta krew. Tomasz widząc to, wpadł w stan głębokiego zamyślenia, który nie był dla niego niczym obcym. Jego przemyślenia w ciągu tych kilku chwil były tak głębokie, że aż w oczach zebrały mu się łzy, lecz szybko się otrząsnął, zdrapał plamę, i przywdział galowe ubranie.

 

Król nie lubił krawatów, wolał chodzić z rozpiętym kołnierzykiem. Może dlatego, że często miał wspomnienia, które powodowały u niego duszności. Spojrzał ostatni raz w lustro i poszedł do pokoju, w którym grał w pokera ze swoim przyjacielem. Po chwili otworzył barek i wyjął z niego listę, którą dzień wcześniej dał mu Jacek Morawiecki. Jeszcze raz dokładnie spojrzał na adres i pod nosem powiedział: „Prochowice 66”, zgiął kartkę i z powrotem ją schował. Obmacał kieszenie, sprawdzając czy ma portfel i ruszył w stronę drzwi. W korytarzu coś mu się przypomniało i skierował się do kuchni. Podszedł do szafki, gdzie przetrzymywał lekarstwa i wziął jakąś malutką buteleczkę z pigułkami. Następnie schował ją do kieszeni od marynarki. Wtedy już z przekonaniem, iż ma ze sobą wszystkie istotne rzeczy, wyszedł z domu, zamknął starannie drzwi, a klucze schował pod doniczkę znajdującą się tuż obok. Mimo tego, iż był to maj, na dworze temperatura wynosiła nie więcej niż dziesięć stopni. Tomasz aż strzepał się z zimna i ruszył przed siebie. Jego celem był dworzec autobusowy. Ze względu na to, iż miejsce zamieszkania księdza Wolskiego nie było odległe, Król postanowił dotrzeć na miejsce autobusem. Do celu szedł spokojnym chodem. Mijał przy tym wielu ludzi, jednych znał bardziej, drugich mniej. Po kilkunastu minutach doszedł do dworca. Autobus do Prochowic wyjeżdżał o godz. 8.15. Tomek miał jeszcze w zapasie 10 minut. Postanowił kupić sobie gazetę, aby nie nudzić się podczas jazdy. Gdy już dokonał transakcji, wsiadł do autobusu, w którym prawie nikogo nie było, dzięki temu mógł spokojnie sobie usiąść w miejscu, które lubił najbardziej, czyli przy oknie. Król był przekonany również, że nikt do niego się nie przysiądzie, skoro w pojeździe jest tak dużo wolnych miejsc. Gdy już wygodnie zajął miejsce, postanowił otworzyć gazetę. Jego uwagę przykuł artykuł dotyczący zabójstwa młodej kobiety. Po około dwudziestu minutach czytania, nagle usłyszał:

– Można? – pytanie pochodziło od starszego mężczyzny.

Król, zanim odpowiedział, rozejrzał się dookoła, jakby chciał zasugerować starcowi, że autobus jest prawie pusty. Lecz gdy widział, że nieznajomy wykazuje dużą chęć aby usiąść, pozwolił mu.

– Proszę, niech pan siada – odpowiedział zniechęcony Tomasz.

Mężczyzna usiadł obok rzeźbiarza i niespodziewanie rzekł:

Szkoda panu?

Co mi szkoda? – odpowiedział zdziwiony posiadacz gazety.

Tej dziewczyny– wyjaśnił starzec.

– Aa, o to panu chodzi. Wie pan, jakoś tak niespecjalnie – rzekł Tomasz z miną bardzo obojętną.

Nie rusza pana fakt, iż młoda, niewinna dziewczyna straciła życie?

– Z całym szacunkiem, ale nie znałem jej – odparł Król.

To była wspaniała dziewczyna, już zaręczona i planowała ślub – opowiadał nieznajomy.

No niestety, nie wszystkim jest dane dożyć takich pięknych momentów – stwierdził Tomek i ponownie próbował wczytać się w gazetę, jednak jego rozmówca nie zaprzestawał dialogu.

To niesprawiedliwe, że na świecie żyją ludzie, którzy są w stanie odebrać komuś marzenia, są w stanie zadać ogromny ból, zabić kogoś, krzywdząc przy tym najbardziej bliskich ofiary – starzec z przejęciem kontynuował. – Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale najbardziej poszkodowana nie jest ta dziewczyna o której pan czyta, tylko ci co ją kochają. Ona jest teraz po drugiej stronie, tam nie ma bólu, rozpaczy, cierpienia. Tu niestety to wszystko jest, i te właśnie uczucia gnębią jej bliskich.

– Mówi pan tak, jakby pan znał tę dziewczynę – odpowiedział zasłuchany Król.

To moja wnuczka – stwierdził ze łzami w oczach starszy pan. Gdy Tomasz usłyszał te słowa, przestał spoglądać na gazetę, a jego oczy na chwilę stanęły w jednym punkcie. Następnie spojrzał na starca i rzekł:

Przykro mi – powiedział to z wielkim zakłopotaniem, tak jakby to on był winny śmierci tej kobiety.

– Przepraszam, że to panu mówię, ale nie mam nikogo, z kim mógł bym porozmawiać, jestem samotny, pan na pewno nie wie, co to za uczucie – stwierdził starzec.

Słowa te niejako dotknęły Tomasza, ponieważ on również prowadził życie samotnika (miał jedynie przyjaciela, Jacka). Następnie z delikatnym uśmiechem odpowiedział:

Wie Pan, bardzo dobrze rozumiem co pan czuje, lecz pan nie wie, co może czuć taka osoba jak ja – po tych słowach autobus się zatrzymał. Król szybko wstał, poprosił swojego rozmówcę, aby ten go wypuścił. Starzec podziękował mu za rozmowę i podarował mu złote pióro. Tomasz się zdziwił i w odpowiedzi rzekł:

Tak drogo ceni sobie pan kilkuminutową rozmowę?

– Wartość każdej rzeczy to sprawa subiektywna, dla jednych zwykła rozmowa to zjawisko całkiem normalne, dla innych zaś, jest to piękna czynność, na którą nie zawsze można sobie pozwolić. Pan ze mną rozmawiał kilka minut, dla mnie to bardzo dużo, ponieważ były to pierwsze słowa wypowiedziane przeze mnie od niespełna trzech lat.

Tomasz ze zdziwienia wypuścił pióro. Szybko je podniósł i półżartem rzekł:

– Całkiem dobrze panu idzie, nie zauważyłem, żeby pan miał jakieś problemy, podczas gdy rozmawialiśmy. – Starzec uśmiechnął się i podał rękę Tomaszowi na pożegnanie. Od momentu, kiedy autobus się zatrzymał, minęło kilka chwil, w tym czasie kierowca wysiadł, ponieważ poszedł kupić gazetę, a Król i obcy mężczyzna mogli przez to jeszcze porozmawiać. Gdy Tomek zobaczył, że kierowca wraca, zwrócił się do mężczyzny:– Dziękuję za pióro, przyda mi się – i zmierzając w stronę drzwi, powiedział– do widzenia.

Do zobaczenia – odrzekł starszy pan. Zabrzmiało to tak, jak by starzec był pewny, że obaj mężczyźni się jeszcze zobaczą.

Król wyszedł z autobusu, lecz nie patrzył w stronę swojego rozmówcy, tylko pewnym krokiem ruszył przed siebie. Przez chwile rozmyślał o rozmowie w autobusie, jednak później otrząsnął się i stanął przed rzeczywistością, jakiej musiał sprostać. Ta, krótka wymiana zdań była pewnym oderwaniem się od jego codziennego życia. Na chwilę zapomniał o tym, kim jest i co w swoim życiu robi.

Od tej chwili wszystko wróciło do normy. Celem Króla była oczywiście plebania, gdzie mieszkał ksiądz Jerzy Wolski. Niechciał on zwracać na siebie uwagi, dlatego też nie pytał nikogo, gdzie znajduje się wspomniany budynek. Po kilku minutach ciągłego chodzenia, rozejrzał się dookoła. Nagle jego wzrok zatrzymał się. Król dostrzegł wieżę kościoła i ruszył w jej kierunku, sądząc, że właśnie przy kościele znajduje się plebania, w której mieszkał Ksiądz Jerzy. Tomasz zauważył wieżę z odległości około dwustu metrów, więc droga jaką musiał przebyć, nie była zbyt długa. Gdy szedł, unikał kontaktu wzrokowego z ludźmi. W sumie było to u niego normalne. Lecz zarazem nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Nie sprawiał wrażenia człowieka, który czegoś się boi lub będzie się bał. Tę strategię miał opracowaną do perfekcji. Po pewnym czasie zorientował się, że ciągle ma w ręce złote pióro. Jeszcze raz przypomniał sobie słowa starca, z którym jechał w autobusie, a szczególnie te: ,,Wartość każdej rzeczy to sprawa subiektywna, dla jednych zwykła rozmowa to zjawisko całkiem normalne, dla innych zaś jest to piękna czynność na, którą nie zawsze można sobie pozwolić. Pan ze mną rozmawiał kilka minut, dla mnie to bardzo dużo, ponieważ były to pierwsze słowa wypowiedziane przeze mnie od niespełna trzech lat”. Te właśnie dwa zdania Tomasz zapamiętał tak dobrze, że mógłby je wyrecytować jak uczeń mówiący wiersz na języku polskim. Po tych przemyśleniach Król dotarł do kościoła. Przez chwilę przyjrzał się wieży, a następnie poszukiwał wzrokiem plebanii. Następnie spostrzegł mały dom, z którego ścieżka prowadziła wprost do bramy kościoła. Tomasz był pewny, że właśnie tam mieszka ksiądz Jerzy. Rzeźbiarz nie czekając, ruszył w kierunku domu parafialnego. Gdy dotarł do drzwi, rozejrzał się jeszcze raz i zapukał. Po pięciu minutach bezskutecznego molestowania drzwi, postanowił poszukać księdza w świątyni. Kościół w Prochowicach był bardzo duży. Przypominał małą katedrę. Gdy Tomasz wszedł na teren kościoła zauważył, że drzwi frontowe są otwarte. Miał nadzieję, że zastanie tam księdza Wolskiego. Tomasz wszedł do przedsionka, spojrzał w stronę prezbiterium i zauważył postać w czarnym ubraniu, klęczącą w pierwszej ławce. Król domyślił się, iż jest to człowiek z listy, którą otrzymał od swojego przyjaciela, następnie delikatnym krokiem podszedł bliżej ołtarza i usiadł tuż za modlącym się mężczyzną. Wolski usłyszał, że ktoś za nim jest, lecz dalej w skupieniu się modlił. Król postanowił mu nie przeszkadzać i cierpliwie czekał. Po dziesięciu minutach ksiądz Jerzy zakończył modlitwę, wstał i obrócił się w stronę Tomasza. Po chwili z uśmiechem rzekł:

Pan do spowiedzi?

– Niezupełnie – odpowiedział Tomasz, odwzajemniając uśmiech.

– Więc chce pan zamówić mszę? – mówił z przekonaniem proboszcz.

– Chcę porozmawiać, ale nie chcę, aby to była spowiedź – zaznaczył wyraźnie Król.

Rozumiem – odparł życzliwie Wolski. Następnie zapytał:

Pan przyjechał z daleka, bo nie mogę skojarzyć pańskiej twarzy?

Jestem z Tarnopola – odparł Tomek.

A, to niedaleko – stwierdził starszy ksiądz, po chwili spytał:– a o czym chce pan porozmawiać?

Od tej pory Tomasz stał się aktorem, genialnym aktorem. Wcielił się w inną postać tak dobrze, że chwilami myślał, że jest kimś innym.

Wie ksiądz, mam problemy rodzinne – rzekł ze smutkiem w oczach Król.

– Proszę mi o tym opowiedzieć, jeżeli pan ma takie pragnienie, postaram się panu pomóc – odparł proboszcz Prochowic, odwracając się w stronę ołtarza. Rozmowa dwóch mężczyzn wyglądała niczym spowiedź, choć nią nie była. Ksiądz siedział w jednej ławce, w drugiej zaś, tuż za nim, Tomasz, który rozpoczął opowiadać o swoich problemach. Głównie chodziło o zdobycie zaufania swojego rozmówcy:

Widzi ksiądz, mam żonę, która jest ciężko chora. Lekarze mówią, że zostały jej dwa miesiące życia – mówił z przejęciem Król.

– Proszę kontynuować – rzekł zasłuchany proboszcz.

Nie mogę sobie z tym wszystkim poradzić, to spadło na mnie jak grom – twarz Tomasza była pełna emocji – bardzo ją kocham, a już niedługo jej nie będzie. Rozumie mnie ksiądz?

Rozumiem, jednak uczucie, którym pan jest dręczony, jest mi obce, ponieważ nigdy nie byłem w takiej sytuacji – stwierdził kapłan.

Wie ksiądz, czego się boję najbardziej? – zapytał Wolskiego.

– Czego?– odparł proboszcz czekając na odpowiedź.

Gdy umrze i będzie jej pogrzeb – rzeźbiarz przestał na chwilę mówić, a w jego oczach pojawiły się łzy, następnie kontynuował – i gdy będzie leżała w trumnie, w pięknym ubraniu, ja będę prosił ją, aby powiedziała choć jedno słowo, żeby się choć uśmiechnęła, a ona będzie na to obojętna i nic nie będę mógł zrobić.

Ksiądz Wolski przejął się bardzo słowami swojego rozmówcy, chcąc mu pomóc, rzekł:

Musi się pan modlić, a Bóg wesprze pana w trudnych chwilach, ale nie może pan zwątpić, musi pan wierzyć.

Ja już chyba przestałem wierzyć – odparł Tomasz, a jego mina nie była już tak przejęta.

Słońce przysłoniły chmury i zerwał się silny wiatr, który sprawił, iż drzwi wejściowe zatrzasnęły się z wielkim hukiem. W kościele zrobiło się ciemno. Chwilę po tym zdarzeniu Tomasz powolnym krokiem zmierzał ku wyjściu. Miał bardzo zamyśloną twarz, lecz nie było w niej widać przerażenia. Gdy wszedł do przedsionka, umoczył rękę w wodzie święconej, odwrócił się w stronę prezbiterium, uklęknął i starannie się przeżegnał. Następnie pod nosem powiedział ,,czterdzieści” wstał i wyszedł.

Ksiądz Jerzy siedział w pierwszej ławce, wyglądał tak, jakby dalej modlił się w skupieniu, szukając odpowiedzi na wiele nurtujących pytań. Po wyjściu Tomasza ze świątyni można było zauważyć pewną różnicę dotyczącą kapłana. Wcześniej był to zwykły ksiądz, który całe życie poświęcił Bogu i ludziom, teraz zaś jest to ten sam człowiek, jednak jego szyja ozdobiona jest pięknym złotym piórem, po którym powoli spływał czerwony atrament. Tomasz Król po raz kolejny nie zawiódł swojego przyjaciela.

 

Rozdział III

 

 Po wizycie w kościele prochowickim, Tomasz dotarł na dworzec, aby podobnie, jak przyjechał wrócić do swojego tarnopolskiego domu. Podczas tej krótkiej podróży jego twarz była martwa. Ciągle rozmyślał. Przypomniała mu się osoba, która miała numer dziesiąty na liście jego przyjaciela Jacka Morawskiego. Był to sześcioletni chłopiec. Tomasz odebrał mu życie podając truciznę, po której powoli umierał. Mały chłopiec o imieniu Jakub zaufał Królowi ponieważ ten, podobnie, jak w rozmowie z księdzem, tak i z nim stał się aktorem. Mały Kuba przed samą śmiercią, nie wiedząc, co go czeka, spytał Tomasza:

– Proszę pana, a wszyscy ludzie umierają?

Rzeźbiarz nie mógł nic odpowiedzieć, chłopiec zmarł mu na rękach po wcześniejszym zażyciu trucizny. Tomasz długo rozmyślał o tym młodym człowieku. Po chwili złapał się za głowę i hamował się, aby nie wpaść w szał, jakiemu często ulegał gdy był sam w domu. Kiedy autobus się zatrzymał, rzeźbiarz wybiegł szybko w stronę swojego domu. Znalazł się tam po niespełna kilku chwilach. Nie wyglądał już tak elegancko jak wtedy, gdy wybierał się do Prochowic. Miał rozpiętą koszulę, mokre włosy i pobrudzone pantofle wraz z nogawkami. Nerwowo otworzył drzwi i wbiegł do środka. Od tego momentu uwolnił wszelkie uczucia, jakie ukryte były w jego wnętrzu. Na czole Króla pojawiły się krople potu, które zalewały oczy, z tych zaś leciały łzy. Krople potu i łez rywalizowały ze sobą jak dwóch biegaczy. Wygra ten, który pierwszy dotrze do mety. Tomasz wbiegł do pokoju, w którym jego przyjaciel z niezrozumiałych przyczyn dał mu kolejną listę osób. Następnie podszedł do barku, otworzył go i chwycił paczkę papierosów, obok której leżała wspomniana lista. Mężczyzna, trzymając już papierosy w ręku, zatrzymał na chwilę wzrok na kartce, która była powodem śmierci księdza Wolskiego. W jego oczach można było zauważyć wielki lęk. Miał wrażenie, jakby owa kartka płonęła. Zamknął nerwowo barek i szybko usiadł na fotelu. Na stole leżały zapałki, wziął jedną i z trudem odpalił papierosa. Zrobił to za trzecim razem, ponieważ jego ręce tak bardzo się trzęsły, że połamał dwie zapałki. Gdy już odpalił papierosa, głęboko się zaciągnął, przytrzymał dym i energicznie go wypuścił. Kolejne zaciągnięcia były o wiele szybsze. Papierosa trzymał kciukiem i palcem wskazującym, co wyraźnie dawało do zrozumienia, że nie palił z odprężeniem. Tomasz tak szybko palił używkę, że w końcu poparzył się, gdyż żar doszedł do samego filtra. Król wyrzucił pozostałość kiepa, głośno przy tym klnąc. Następnie wstał i po raz kolejny podszedł do barku, aby wziąć stamtąd butelkę whisky. Otworzył mebel, lecz nie zaglądał do jego wnętrza, tylko po omacku chwycił butelkę i wyciągnął ją, po czym trzasnął drzwiczkami. Ponownie usiadł na fotelu i prosto z butelki zaczerpnął pokaźny łyk trunku. Po chwili Tomasz uspokoił się. Na jego czole nie widać było już kropli potu, a oczy choć zaczerwienione, były całkiem suche. Obróciwszy się w stronę mebli, zauważył trzy stojące obok siebie zdjęcia. Każde z nich umieszczone było w złocistych takiej samej złocistej ramce. Miłośnik pianina odłożył butelkę z whisky i podszedł do fotografii. Spojrzał na nie z wielkim wzruszeniem. Po chwili wziął je i wrócił na fotel. Na pierwszym zdjęciu, któremu się przyglądał, był młody, przystojny blondyn o piwnych oczach. Miał małe, zgrabne uszy i lekko spiczasty nos. Na jego twarzy widniał szczery uśmiech. Pod jego prawym okiem była centymetrowa blizna, która nie szpeciła jego wyglądu, wręcz przeciwnie, dodawała mu męstwa. Na fotografii tej był Tomasz Król, rzeźbiarz, miłośnik pianina i wierny przyjaciel, który potrafił przenieść innych ludzi na drugi świat. Król odłożył zdjęcie na stół i pochwycił następne. Na nim zaś był starszy mężczyzna z krótkimi, czarnymi włosami. Miał kilka głębokich zmarszczek na czole, lecz twarz jego nie była uśmiechnięta. Był to ojciec Tomasza, który kiedyś zginął w wypadku wraz z jego matką. Następnie rzeźbiarz z Tarnopola wziął do ręki fotografię kobiety i to jej poświęcił najwięcej czasu i nad nią rozczulił się najbardziej. Widniała na niej postać osoby w średnim wieku. Podobnie jak Tomasz, miała blond włosy i była uśmiechnięta, a w jej oczach było widać wielką miłość. Przy tej właśnie fotografii Król uronił czterdzieści cztery łzy. Jego rodzice byli ostatnimi osobami, które go kochały i którym na nim zależało. To oni go wspierali i nigdy nie zostawiali bez pomocy. Ojciec Tomasza był jego przyjacielem, któremu mógł mu zwierzyć się ze wszystkiego z czym miał problem. Matkę kochał również mocno, ale to do ojca szedł ze swoimi problemami. Teraz jednak, już ich nie było, a ich syn wpadł w pułapkę, w której dokonuje rzeczy strasznych, nie widząc tak naprawdę, co go do tego zmusza. Tomasz odłożył zdjęcia na swoje miejsce i tępym wzrokiem spoglądał na mieszkanie. Czuł, że musi się spotkać z Jackiem jeszcze dziś. Musiał się komuś wygadać, a jego przyjaciel był jedyną osobą, która mogła go wysłuchać. Po chwili bezpłodnego patrzenia się na pomieszczenie, usiadł do pianina. Obecność whisky w jego organizmie sprawiła, że jego ruchy były zdecydowanie wolniejsze. Jednak w tym dniu nie potrafił wydobyć z instrumentu żadnej sensownej melodii. Klawisze sprawiały wrażenie odważniejszych, wyglądały tak, jakby się już nie bały tyrańskich palców Tomasza. Przygnębiony mężczyzna zaczął mówić sam do siebie:

Kim jestem? Co się stało? Dlaczego? Po co? Kiedy? Gdzie? Skąd? Dla Kogo? Codziennie szukam odpowiedzi na to pytanie – po tych słowach podparł głowę swoją ręką i wyglądał jak filozof szukający odpowiedzi na wiele pytań z natury prostych, lecz odpowiedź na nie bardzo trudno znaleźć. Przez chwilę milczał. Na jego czole znów pojawiły się głębokie zmarszczki, tętno przyspieszyło, a jego ręce drgały. Nagle uderzył ręką o pianino i zdecydowanym i zarazem zrozpaczonym głosem, rzekł:

– Życie, wszędzie życie, a we mnie śmierć. Czy już umarłem? – podniósł głowę i patrząc do góry, po raz kolejny krzyknął – Czy już umarłem!?– lecz nikt się nie odezwał. Brak owej odpowiedzi sprawił, że Tomasz wpadł w szał. Zaczął uderzać o klawisze, sprawiając, że jeden odłamał się i spadł na ziemię. Następnie podbiegł do fotografii, na których był on, jego matka i ojciec. Pochwycił je i rzucił z całej siły o ścianę. Jego oddechy były bardzo szybkie i głębokie, a powieki zaczęły drgać. Całe ciało wyglądało jak nienastrojone pianino, które przez wewnętrzny nieporządek wydaje z siebie dźwięki niepożądane, chaotyczne, wręcz przerażające

 

Król wybiegł do kuchni. Tam zaś po lewej stronie od drzwi znajdował się spory obraz, na którym widniało jezioro, a przy nim mężczyzna z zarzuconą wędką. Tomasz zrzucił malowidło ze ściany. Jak się okazało, za wspomnianym dziełem znajdował się sejf. Król chwycił za pokrętełko i wpisał kod do drzwiczek. Podczas, gdy Rzeźbiarz je otwierał, owe drzwi wydawały przeraźliwy pisk. W końcu światło zawitało we wnętrzu jego domowego skarbca. Znajdowała się tam spora suma pieniędzy, dużo kartek zawiniętych w rulonik i kilka dziwnych przedmiotów. Tomasz nie był zainteresowany żadną z tych rzeczy, jedyne, co przykuło jego uwagę, to wspomniane kartki zwinięte w rulonik i obwiązane materiałowym sznurkiem. Miłośnik pianina sięgnął głębiej, wyraźnie czegoś szukając. Po krótkich poszukiwaniach, jego ręka zatrzymała się i coś chwyciła. Król wyjął pożądany przedmiot. Był to prawdziwy pistolet. Tomasz spojrzał na niego ze smutkiem w oczach i padł na ziemię. Oparł się plecami o ścianę, w której był sejf i siedział. Wyglądał na osobę, która chce popełnić samobójstwo. Ręka trzymająca pistolet zaczęła pomału zmierzać ku górze. Rzeźbiarz z Tarnopola wycelował sobie w skroń. Gdy już miał pociągnąć za spust, ktoś wbiegł do kuchni i gwałtownie chwycił go za rękę. Pistolet wystrzelił …

Tomek, co robisz, nie możesz! – krzyknął zatroskany Jacek Morawiecki – czemu chciałeś to zrobić!? – na szczęście Króla, a na nieszczęście pozostałych osób z listy schowanej w barku, kula trafiła w sufit. Jak się okazało, Jacek w ostatniej chwili chwycił rękę swojego zdesperowanego przyjaciela i oderwał lufę od jego głowy. Morawiecki wziął pistolet i położył go z powrotem do sejfu. – wstań – powiedział stanowczym głosem Jacek. – Nie możesz odebrać sobie życia, musisz wytrzymać jeszcze trochę, to niedługo się skończy – jednak słowa te nie docierały do Tomasza, który dalej przerażony leżał na podłodze.

– Wstań, proszę – powtórzył Jacek delikatniejszym głosem.

 Król spojrzał na przyjaciela i niczym małe dziecko, stwierdził – ja chciałem tylko poznać odpowiedź.

– Odpowiedź na co? – zapytał Morawiecki.

– Odpowiedź na pytanie, które chce mnie zabić – słowa te zabrzmiały, jak by wypowiedział je szaleniec, jednak Tomasz był ciągle poczytalny.

Co ty mówisz? – krzyknął Jacek.– Jakie pytanie? Co chcesz poznać? – w oczach Morawieckiego było widać pewien niepokój, lecz nie był on powodowany troską o przyjaciela, lecz czymś zupełnie innym. Król głęboko spojrzał w oczy mężczyzny i przemęczonym głosem, w którym można było wyczuć lęk, odparł:

Ty wiesz – i zemdlał, a była godzina dwunasta.

 

Rozdział IV

 

Tomasz znalazł się w tajemniczym miejscu. Było tam ciemno i głucho. Dookoła rosły schorowane drzewa i słychać było jakby ludzkie jęki. Z oddali dochodził płacz dziecka, a także wycie psów. Miejsce to było nad wyraz odrażające. Wszędzie czuć dało się zapach rozkładających się zwłok. Między drzewami znajdowały się kamienne pomniki z licznymi pęknięciami, a z owych pęknięć ciekła krew. Tomasz stał i obserwował. Wyglądał na osobę, która zna to miejsce. Oczy miał przepełnione wzruszeniem. Po chwili usłyszał słowa:

– Tomaszu, podejdź tu – i powolnym krokiem ruszył w stronę źródła głosu. Po kilkunastu krokach znalazł się pod jednym z pomników. Gdy już zbliżył się do kamiennej rzeźby, ta przemówiła do niego spokojnym męskim głosem: – Dlaczego mi to zrobiłeś, Tomaszu, przez ciebie krwawię, a męki moje są nieskończone.

Kim jesteś i co ci zrobiłem, że mnie o to pytasz? – odpowiedział mężczyzna.

Nie poznajesz mnie, jestem jednym z tych, którzy byli z papieru, a stali się kamieniem i już nigdy nie wrócą – odrzekł posąg.

Król chwilę pomyślał i rzekł w odpowiedzi:

Wybacz, nie znam cię i nie wiem, jak cię skrzywdziłem, ale wiedz, że tego żałuję. – Nie wiesz, jak mnie skrzywdziłeś a żałujesz?! Ty głupcze! Zginiesz! 

Po tych słowach kamienny posąg zapłonął żywym ogniem, a z ziemi zaczęły wychodzić zmarli już ludzie. Ich twarze pozbawione były życia, a narządy wylewały się spod przegniłych żeber. Powtarzali ciągle: „chodź do nas, chodź do swoich, nie bój się nas, przecież już nie żyjemy.” Tomasz podszedł bliżej, nie bał się. Wyglądał jak zauroczony. Jedna ze śmiertelnych nimf podeszła do niego i powiedziała:

 – Królu mój, tu też jest miłość – po czym pocałowała go, a widok ten był nad wymiar obrzydliwy i odrażający. Po tym miłosnym akcie rozkładająca się kobieta rzekła – Chodź za mną. 

Gdy Tomasz chciał podążyć za trupem, nagle usłyszał głośny krzyk:

– UCIEKAJ!!!–

Król ocknął się i zorientował, co robi. Zrozumiał, że podążanie za kobietą źle dla niego się skończy. Cofnął się, pokazując zarazem, iż nie chce iść dalej. Zmarła kobieta widząc to, delikatnym głosem rzekła:

– Proszę cię, chodź ze mną, nie bój się, będzie nam dobrze.

Tomasz, robiąc krok po kroku do tyłu, mówił po cichu: – Nie, nie chce. 

Zmarła nimfa z przerażającej postaci zmieniła się w jeszcze bardziej ohydną i odrażającą kreaturę. Z jej oczu zaczęła płynąć krew, a każde słowo było przeplatane cuchnącymi wymiocinami.

– Chodź natychmiast, nie zostawisz mnie – chwyciła go za prawą rękę tak mocno, aż widać było czerwoną pręgę. Król usłyszał po raz kolejny słowa ,,uciekaj” i biegnąc, podążył za nimi. – Uciekaj, nie oglądaj się, uciekaj co sił! – tajemniczy głos znów dał o sobie znać. Tomasz biegł, mijając przy tym nieskończoną liczbę posągów i chorych drzew, pod jednym z nich leżało małe dziecko owinięte w kocyk, głośno płakało, a obok niego było sześć wygłodniałych wilków. Wyglądało na to, że owe wilki chcą je pożreć. Tomasz zatrzymał się i zaczął głośno krzyczeć, chcąc przegonić wygłodniałe bestie, jednak te spojrzały w stronę Króla i rzuciły się za nim. Ten zaraz ruszył do ucieczki. Tajemniczy głos ciągle mówił do niego – Uciekaj prędko, tak jak czas, uciekaj prędko, tak jak chwila, uciekaj prędko, tak jak radość, bo życia twego ostatnia mila! – Po niedługim czasie Tomasz znalazł się nad głębokim dołem, przygotowanym do czyjegoś pochówku. Na jego dnie leżał mężczyzna, którego twarz była niewidoczna. Rzekł on – Skacz, a ocalejesz. – Król obejrzał się, wygłodniałe wilki były coraz bliżej – skacz, a ocalejesz. – powtórzyła tajemnicza postać – Tomasz jeszcze raz spojrzał do tyłu i rzekł ze zwątpieniem – moja dusza umarła – i skoczył.

 

Rozdział V

 

Następnego dnia Tomasz Król obudził się w swoim łóżku. Jego pokój znajdował się na pierwszym piętrze. Były tam również jeszcze dwa pokoje, ale do nich nie wchodził. Nie wiadomo, co tam było. Po chwili podniósł się i rozejrzał dookoła. W pokoju panował porządek. Naprzeciwko łóżka były meble, na których Tomasz miał swoje najpotrzebniejsze rzeczy. Jego sypialnia i on stanowiły pewnego rodzaju kontrast.

Król sprawiał wrażenie osoby, której nic się nie przyśniło, ewentualnie nic ciekawego. Wstał, ubrał się i ruszył do łazienki, aby się odświeżyć. Wcześniej spojrzał na zegarek. A była godzina 10.16. Król wiedział, że o tej porze powinien pracować w swoim warsztacie. Od pewnego czasu rzeźbiarz nie przykładał się tak bardzo do pracy. Przyjmował coraz mniej zamówień. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż na koncie miał odłożone czterdzieści cztery tysiące złotych i trzymał sporą gotówkę w domu. To, co robił za namową swojego przyjaciela, było dla niego o wiele ważniejsze. Po chwili znalazł się w łazience. Wziął prysznic, po którym umył zęby i postanowił się ogolić. Gdy już wytarł twarz ręcznikiem, zabolała go prawa ręka. Spojrzał na nią i zobaczył czerwoną pręgę. Przyjrzał się uważnie, lecz nadto się nią nie przejmował. Dokończył swoje poranne czynności i ruszył do pokoju, gdzie znajdowało się pianino. Przez chwilę jednak zastanawiał się, skąd ten ślad. Kiedy wszedł do pokoju, tak mocno się przestraszył, że aż krzyknął. Jak się okazało, czekał już tam na niego Jacek Morawiecki, ten sam, który dzień wcześniej powstrzymał go od samobójstwa.

Jacek? Co tu robisz? – spytał ze zdziwieniem Król.

Czekam na ciebie, synu– odparł, a twarz jego była zatroskana.

Słowo ,,synu” mogło wzbudzić oburzenie u Tomka, lecz ten nie zwrócił na to uwagi.

Wybacz moje zdziwienie, ale nie spodziewałem się twojej wizyty – rzekł Król i dodał – mniejsza o to. Fajnie, że przyszedłeś – Miłośnik pianina dosiadł się do niespodziewanego gościa i spytał – może czegoś się napijesz?

– Nie, dzięki, martwi mnie jedna rzecz.

Co takiego?

– A to takiego, że nic nie pamiętasz, nie wiesz, co wczoraj się stało – stwierdził z przejęciem Jacek.

– Wiem, chciałem się zabić – powiedział ze spokojem Król i dodał – nie pierwszy raz, zresztą mam prawo, zbyt duży ciężar na mnie spoczywa, a ty chcesz, żebym się jeszcze przejmował takimi błahostkami?

– Błahostkami!? Co ty wygadujesz? – Jacek podniósł głos. – Chciałeś odebrać sobie życie, nie możesz tego zrobić.

– Wiem, że nie mogę, choć chciałbym, ale nie mogę, proszę, zrozum mnie, mam prawo się denerwować i myśleć o głupich rzeczach, w końcu mam na sumieniu czterdzieści osób, a na liście, którą od ciebie dostałem, są jeszcze cztery – Tomasz mówił to tak, jakby się usprawiedliwiał.

Razem będzie sześćdziesiąt sześć – rzekł z bardzo umiarkowaną satysfakcją Jacek.

Chwilami zastanawiam się, dlaczego to robię i dlaczego tobie na tym tak zależy – stwierdził Król.

– Kiedyś może zrozumiesz – odpowiedział jego przyjaciel, po czym dodał – skończmy naszą rozmowę, to nie przyniesie niczego dobrego – wstał i wyciągnął rękę w celu pożegnania się i rzucił – idę do domu, a ty odpocznij i nie zamartwiaj się.

Król podniósł się z fotela i uścisnął rękę swojemu przyjacielowi, po czym z dużym zrezygnowaniem powiedział:

– Spróbuję – i odprowadził Morawieckiego do drzwi wyjściowych, gdzie się pożegnali.

Po chwili Tomasz wrócił do salonu i usiadł przy pianinie. Następnie zauważył puste miejsce po klawiszu. Nie mógł skojarzyć, co się z nim stało. Postanowił się rozejrzeć. Po krótkich poszukiwaniach, zauważył brakujący element. Leżał on nieopodal stolika, przy którym Król grał w pokera ze swoim przyjacielem.

Tomasz wstał i wziął do ręki klawisz, głęboko spojrzał na niego, tak jakby chciał sobie przypomnieć, jak znalazł się on na podłodze. Nagle zrozumiał, że ów element został ułamany właśnie przez niego. Uśmiechnął się i podszedł powtórnie do pianina. Przyłożył klawisz, a był to dziesiąty biały klawisz od prawej strony. Postanowił jednak, że nie będzie go naprawiał i położył ułamany przedmiot na półce, gdzie stały fotografie, które prawdopodobnie postawił tam Jacek Morawiecki, podczas gdy Król spał.

 

Tomasz Król odczuł głód i najzwyczajniej w świecie poszedł poszukać czegoś w lodówce, lecz oprócz dwóch jajek i starej sałaty, nic ciekawego tam nie było. Postanowił, że pójdzie na zakupy. Na dworze było ciepło, więc tylko ubrał buty i wyszedł z domu.

 

Sklep, w którym zaopatrywał się w żywność, znajdował się na ulicy Cichej. Tam też stał dom Króla. Odległość, jaką musiał przemierzyć, wynosiła niecałe sto metrów. Ów sklep by średnim monopolem. Pianista po dojściu na miejsce powziął koszyk i ruszył na zakupy.  

Gdy Tomasz kończył spacerować po sklepie, jakiś mężczyzna przywitał się z nim,  mówiąc:

Witam pana.

Król obrócił się i automatycznie odpowiedział:

– Dzień dobry – gdy zauważył, kto za nim stoi, poczuł dreszczyk i rzekł z zakłopotaniem – o, to znowu pan – próbował się przy tym uśmiechać.

Tak, to znowu ja – odrzekł starszy mężczyzna. Był to starzec, którego rzeźbiarz spotkał w autobusie, podczas podróży do księdza Wolskiego.

– Miło pana znowu widzieć – rzekł Król.

– Widzę, pan na zakupach ?

– Tak, trochę zgłodniałem – odpowiedział ze sztucznym uśmiechem Tomasz i dodał – nie sądziłem, że jeszcze pana spotkam.

Mieszkam niedaleko, przechodząc obok, postanowiłem wstąpić i kupić słonecznik, żeby pokarmić gołębie.

– Widzę, że jest pan miłośnikiem gołębi?

Starzec podrapał się po brodzie i po chwili namyślenia odpowiedział:

– W sumie są mi obojętne, lecz gdy przypomni pan sobie naszą ostatnią rozmowę w autobusie, to zrozumie pan.

 

Król próbował szybko skojarzyć, co mają wspólnego gołębie z ich ostatnią rozmową, lecz nie udało mu się to. Zmieszany rzekł:

Przykro mi, ale mimo, iż pamiętam dokładnie, o czym rozmawialiśmy, to nie mogę zrozumie rozumieć, czemu pan to robi.

Starszy mężczyzna odparł, trzymając zarazem dwie paczki słonecznika:

Gdy rzucam ziarna, wtedy gołębie przylatują do mnie, a ja wmawiam sobie, że przychodzą one, bo po prostu tego chcą, bo im na mnie zależy – mówił ze wzruszeniem. – Ja do nich nie mówię, ja z nimi rozmawiam. Samotność wywołuje w człowieku dziwne zachowania, z czasem zapominasz, jak to jest z kimś porozmawiać o tym, co ciekawego cię dzisiaj spotkało, aż w końcu żalisz się zwykłym ptakom i myślisz, że rozumieją twoje słowa.

Tomasz popatrzył na ziarna, które ściskał w swych rękach starzec i rzekł:

– Jeżeli Pan chce, porozmawiać, to zapraszam pana do siebie – powiedział to pod wpływem chwili, na przekór sobie. Król z natury nie lubił mieć gości, ale tym razem coś w nim pękło. Może było to spowodowane wzruszeniem, jakie widział w oczach starszego mężczyzny ubranego w płaszcz.

– Minęło już ładnych kilka lat, kiedy ktoś zaprosił mnie do siebie – stwierdził zakłopotany – z chęcią skorzystam z pańskiego zaproszenia – dodał.

– A więc chodźmy – powiedział Tomasz i obaj panowie ruszyli do kasy, aby zapłacić za zakupy, a następnie powędrować to domu Króla.

Starzec sprawiał wrażenie bardzo inteligentnego i dobrze wychowanego człowieka. Na jego twarzy dało się zauważyć kilka głębokich zmarszczek. Wyglądały jak korytka wyrzeźbione w skale przez płynące po niej malutkie strumyki.

Obaj panowie podczas drogi dużo nie rozmawiali ze sobą. Byli nieco spięci. Tomasz po raz pierwszy od dłuższego czasu zaprosił kogoś do swego domu, natomiast jego gość dawno nie był przez kogokolwiek zaproszony. Obaj zapewne myśleli na tym, o czym będą rozmawiać. Po kilku minutach byli już na miejscu.

To tutaj – powiedział Tomasz, wskazując delikatnie ręką na swój dom, po czym zaprosił swojego gościa do środka.

– Ładny ma pan dom. – Taki tam, wprawdzie nie narzekam, ale mógłby być nieco większy.

– Większy? – zdziwił się starzec – przecież mieszka pan sam.

Wiem, ale z moimi myślami i problemami czasami jest ciasno – zażartował Tomasz.

– Chyba, że tak– delikatnie zaśmiał się starszy pan. po czym wyciągnął dłoń do Króla i rzekł

– Dagobert.

Król wpadł w zakłopotanie

– Proszę? – spytał z lekkim zdziwieniem.

Mam na imię Dagobert – wyjaśnił gość.

Aha, przepraszam, ale pierwszy raz słyszę o takim imieniu – wytłumaczył Tomasz i podał rękę swojemu rozmówcy.

Nic nie szkodzi.

Po chwili rzeźbiarz zaprosił przybysza do salonu, gdzie stało pianino.

– Proszę, niech pan sobie usiądzie, a ja przyszykuje coś do zjedzenia.

– Naprawdę nie trzeba, jedyne o co poproszę, to o szklankę zimnego mleczka. – Dobrze, to ja pójdę do kuchni i zaraz wrócę – po tych słowach Tomasz szybkim krokiem ruszył do kuchni, mówiąc cicho po nosem: stary chłop i pije mleko, dziwne. Pan Dagobert siedział w tym czasie i dyskretnie rozglądał się dookoła. Wyraz jego twarzy zmienił się. Mężczyzna siedząc sam w pokoju wyglądał na pewniejszego siebie. Może on też odgrywał swoją rolę?

Po chwili wstał i ruszył w kierunku zdjęć. Wziął do ręki fotografię, na której znajdował się ojciec Tomasza. Spojrzał na nią i rzekł:

– O, Honoriuszu, dzieło twe bliskie końcowi, jak i dalekie …

Starzec odłożył zdjęcie, po czym chwycił leżący tam klawisz. Obejrzał go i spojrzał na pianino. Następnie podszedł do niego i zauważył brakujący element. Nagle usłyszał kroki Tomasza, który zmierzał do pokoju. Szybko usiadł na fotelu, zapominając o odłożeniu klawisza. W mgnieniu oka schował go do spodni. Wtedy to wszedł Tomasz, trzymając w prawej ręce szklankę mleka, a w lewej herbatę i rzekł:

– Proszę, mleko dla pana, a dla mnie herbatka.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział niepewnym głosem Pan Dagobert

Na pewno pan nic nie zje? – powtórnie spytał Tomasz.

– Naprawdę dziękuję.

– A nie będzie przeszkadzało panu, jak ja sobie coś przegryzę? Konam z głodu – uśmiechnął się Tomasz, a wyraz ten nie gościł często na jego twarzy.

– Proszę się nie krępować– odrzekł skrępowany gość.

Król wyszedł jeszcze raz do kuchni. Pan Dagobert zasmakował w tym czasie mleka. Gdy odłożył szklankę, do pokoju powtórnie wszedł Tomasz. W jego rękach znajdował się talerz, a na nim odgrzana lazania.

Wie pan, muszę zjeść, bo od rana jestem o pustym żołądku.

– Proszę spokojnie jeść.

Król pochwycił pierwszy kęs swojego przysmaku, a starzec po raz kolejny skosztował mleka. Po chwili odezwał się przybyły gość:

– Ładne pianino. Umie pan grać?

Chopinem nie jestem, ale nieskromnie mogę stwierdzić, że nie znam nikogo, kto by grał lepiej ode mnie.

Jakie utwory lubi pan grać, Chopin? Beethoven? – spytał z zaciekawieniem pan o dziwnym imieniu.

– Głównie Chopin – stwierdził Tomasz, połykając kawałek lazanii i dodał – gdy gram, potrafię zapomnieć o problemach, wszystko co we mnie jest złe wyrzucam z siebie poprzez moje palce, a te już robią swoje – uśmiechnął się Król.

Jeden klawisz chyba nie wytrzymał tych wyrzutów emocji – stwierdził skromnie Pan Dagobert.

 

Tomasz troszkę spoważniał i spojrzał na klawiaturę. Przypomniał sobie okoliczności, w których pianino uległo uszkodzeniu, następnie próbując się uśmiechać, powiedział:

Czasami emocje w człowieku są tak duże, że nawet wytrzymałe klawisze mogą ulec uszkodzeniu – po tych słowach Król odłożył talerz z niedokończoną lazanią. Napił się herbaty i spytał starca:

– A pan umie na czymś grać

Chyba umiem – odrzekł Pan Dagobert, po czym wstał i ruszył w stronę pianina, usiadł przy nim i zaczął grać. Tomasz był zdziwiony, gdy usłyszał pierwsze dźwięki wydobyte z pianina. Były czyste i harmonijne. Utwór, który grał starszy mężczyzna, to ,,Mury”  Jacka Kaczmarskiego.

Pan Dagobert grał, a Król wpatrywał się w jego ręce. Był wręcz zauroczony. Nawet podśpiewywał sobie: … a mury runą, runą i pogrzebią stary świat – po tym fragmencie piosenki starzec zakończył swą grę, a Tomasz stwierdził:

– Muszę powiedzieć, że już znam kogoś, kto lepiej ode mnie gra – uśmiechnął się.

Starszy pan wstał od pianina i ponownie usiadł na fotelu. Napił się mleka i drapiąc się po uchu odrzekł:

Bardzo rzadko gram, jedynie jak jest jakaś okazja, a dzisiaj się trafiła.

Gość Tomasza spojrzał, na fotografie jego ojca, po chwili spytał:

Kim jest ten pan na zdjęciu? – pytanie to było wręcz retoryczne. Król spojrzał na obrazek i w odpowiedzi rzekł:

To był mój ojciec, a zarazem najlepszy przyjaciel, kilkanaście lat temu zginął wraz z mamą w wypadku samochodowym.

Przykro mi.

Od tej pory nie mam nikogo, oprócz mojego przyjaciela, Jacka Morawieckiego.

Ma pan przynajmniej się do kogoś odezwać – pocieszył Tomasza Dagobert.

Jacek to równy gość – stwierdził zamyślony Król.

Po tych słowach starzec spojrzał na swój zegarek i rzekł:

Czas na mnie, pora wracać.

– Już pan idzie? – reakcja Tomasza wskazywała na to, iż chciałby jeszcze dłużej cieszyć się z obecności gościa.

– Gołębie na mnie czekają – uśmiechnął się starszy mężczyzna.

– Mogę pana odprowadzić?

Nie będę miał nic przeciwko – obaj mężczyźni wstali i opuścili dom.

To gdzie idziemy? – spytał Król.

Zawsze chodzę do parku przy ulicy Złotej, to będzie jakieś piętnaście minut drogi.– a więc chodźmy – po słowach Tomasza panowie ruszyli w kierunku parku, gdzie znajdować się mieli rozmówcy Dagoberta.

 

Podczas drogi obu panom ciężko było znaleźć jakiś temat do momentu, gdy zobaczyli obcą kobietę z dzieckiem, które strasznie płakało. Matka siedziała na ławce i trzymała małego chłopca na rękach. Widok ten sprawił, iż Tomasz rzekł do swojego nowego znajomego:

– Zastanawiał się pan kiedyś nad relacją pomiędzy dzieckiem a jego matką?

Dagobert spojrzał na Króla i z uśmiechem odpowiedział:

Jest to bardzo silna więź, której nie nawiąże nic ani nikt na tym świecie poza matką i jej potomkiem – po czym dodał – prawdziwa matka zrobi wszystko, aby chronić swoje dziecko.

Ma pan rację – te słowa Tomasz wypowiedział obracając swój wzrok bezpośrednio w kierunku kobiety.

Pan Dagobert po chwili rzekł:

Wie pan, przypomniała mi się pewna historia, chyba panu ją opowiem.  

Zainteresowany Król powiedział:

– Z chęcią posłucham.

Starzec zebrał myśli i zaczął opowiadać:

– Była sobie kiedyś pewna kobieta. Miała męża, syna oraz córkę. Syn miał dwa latka, zaś córeczka pięć. Byli szczęśliwą rodziną. Wszyscy bardzo się kochali. Trwało to do pewnego dnia, w którym ich życie odwróciło się do góry nogami – Tomasz słuchał z niebywałym skupieniem, zaś Pan Dagobert widząc to, kontynuował. – Dzień ten przebiegał zupełnie spokojnie. Rano ojciec poszedł do pracy, matka została w domu, aby opiekować się dziećmi. W tym właśnie dniu zostawiła swoją córeczkę na podwórku, aby się bawiła, sama poszła do domu, by przygotować obiad. Musiała zaopiekować się również dwuletnim synkiem. Po pewnym czasie poczuła pewien niepokój i postanowiła wyjrzeć na podwórko. Gdy wyszła na dwór, po jej córce nie było ani śladu. Na początku zaczęła ją spokojnie wołać. Brak odpowiedzi ze strony malej córeczki bardzo ją zaniepokoił. Zaczęła biegać dookoła domu i jej szukać, głośno przy tym krzyczała. Gdy jej nawoływania nie przyniosły skutku, poszła do sąsiadów, aby sprawdzić czy tam nie ma małej dziewczynki. Jak się okazało, nikt jej nie widział. Serce matki zaczęło tonąć w przerażeniu, a lęk przed utratą dziecka pożerał ją. Zadzwoniła do męża, ten zaś natychmiast wrócił do domu. We dwoje próbowali znaleźć swoją córkę. Do pomocy ruszyli również sąsiedzi. Jednak na nic się to zdało, – na twarzy pana Dagoberta malował się spokój, natomiast Tomasz słuchał w głębokim skupieniu. Starzec kontynuował, – Po godzinie poszukiwań zatroskana matka powiadomiła policję, która włączyła się do akcji. Poszukiwania trwały kilka tygodni, niestety po małej dziewczynce nie było ani śladu. Zostały po niej tylko zabawki i pusty pokój. Matka popadła w załamanie. Obwiniała się za to, że pozwoliła, aby jej dziecko zniknęło. Bolało ją to, że nie wiedziała, gdzie jest jej córka. W burzy uczuć wolała, aby jej dziecko nie żyło i miało swoje miejsce, gdzie mogłaby z nim przebywać. A tak, nie wiedziała, gdzie jest. Jednak ciągle wierzyła, że nastąpi ten piękny dzień, kiedy znów zobaczy swoją córkę.  Głęboki żal pożerał jej miłość wobec drugiego dziecka. Chłopiec odczuł to w dużym stopniu. Odbija się to na jego życiu po dziś dzień. – Pan Dagobert spojrzał na Tomasza, a ten szedł wpatrzony w ziemię, dokładnie analizując to, co usłyszał. Wyglądał jakby czuł, że ta historia nie jest mu obca. – Mijały lata – kontynuował starszy mężczyzna – matka nie mogła się pogodzić ze stratą córki. Codziennie wchodziła do jej pokoju, siadała na krześle i patrzyła na zabawki swojego aniołka. Od dnia, w którym zaginęła jej córka, nie dotykała żadnej ze znajdujących się tam zabawek. Czuła wtedy obecność swojego dziecka. Matka przez wszystkie lata widziała w innych dziewczynkach swoją córkę. Bywały sytuacje, że podchodziła do obcego dziecka i przytulała je, mówiąc ,,kochanie, to ty” jednak za każdym razem myliła się. Dziesięć lat później rodzina zaczęła żyć w miarę normalnie. Mały synek stał się już większym chłopcem, ojciec pracował w szkole, natomiast matka trudniła się jako szefowa kuchni w jednej z większych restauracji. Pewnego dnia kobieta z nie wiadomo jakich przyczyn zrezygnowała z dobrej posady. Postanowiła zatrudnić się jako kucharka w domu dziecka. Jej mąż bardzo się dziwił, ale jej upór był bardzo silny. W domu dziecka owa kobieta zarabiała o wiele mniej, ale coś motywowało ją do tej pracy. Po niedługim czasie można było zauważyć, że faworyzuje ona jedną z zamieszkujących tam dziewczynek, której na imię było Madzia. Faworyzowanie jej polegało na tym, że kucharka podawała jej więcej jedzenia, przynosiła jej mleko do łóżka zanim poszła spać i dbała o to, aby nic jej nie brakowało. Cała ta sytuacja nie podobała się rówieśnikom Madzi, którzy jej dokuczali. Z czasem sama Madzia miała dość nadopiekuńczości kucharki. Trwało to do pewnej nocy, która długo zapadnie w pamięci wszystkich związanych z tym domem dziecka. Owej nocy, ktoś wszedł do pokoju Madzi i posługując się brzytwą, ogolił jej głowę. Na głowie Madzi powstało wiele ran. Ból był tak silny, że obudziła się. Gdy otworzyła oczy, zauważyła, jak ktoś szybko i nerwowo opuszcza pokój. Dziewczynka na tyle dobrze widziała postać, że stwierdziła, iż jest to właśnie nowa kucharka, matka zaginionej córki. Obok łóżka była szklanka z niedopitym mlekiem. Sprawa trafiła do sądu, a na ławie oskarżonych usiadła kucharka z domu dziecka. Kobieta twierdziła, że to nie ona dokonała tego czynu. Przesłuchiwani byli kolejni świadkowie, jednak żaden z nich nie wnosił za wiele do sprawy. Do momentu, gdy na sale rozpraw wszedł mąż oskarżonej kobiety. Mężczyzna twierdził, że winną jest właśnie jego żona. Gdy zrozpaczona matka zaczęła wypytywać go o czym mówi i że to ni prawda, on w trosce o nią, postanowił powiedzieć całą prawdę przed sądem. Opowiedział o tym, że dziesięć lat temu zaginęła im córka. Powiedział także w jakich okolicznościach i to, że matka obwinia siebie do tej pory. Stwierdził również, że jego żona próbuje znaleźć w innych dzieciach swoją córeczkę. Po tych słowach coś w oskarżonej kobiecie pękło, gorzko zapłakała, a następnie opowiedziała całą prawdę. Mianowice, pewnego dnia znalazła w gazecie artykuł o piętnastoletniej dziewczynce z domu dziecka, która wygrała konkurs piosenkarski. Ową dziewczynką była właśnie Madzia. Kobiecie zdawało się, że to jest jej zaginiona córeczka. Matczyna miłość i poczucie winy wymusiły na niej podjęcie późniejszych działań. Kobieta postanowiła rzucić dobrze płatną posadę w restauracji na rzecz domu dziecka. Przyznała, że faworyzowała Madzię od samego początku, ponieważ czuła, że to jest jej zaginiona córka. Jednak ciągle nie miała pewności. Aby sprawdzić czy Madzia jest jej dzieckiem, postanowiła dopuścić się tego czynu. Kobieta od tej pory mówiła płacząc. Pani sędzia, która prowadziła tę sprawę, również się wzruszyła. Nawet prokurator nie był obojętny na te słowa. Następnie matka powiedziała o bardzo ważnym wydarzeniu, mianowicie opowiedziała o tym, jak jej córka mając dwa latka, spadła z huśtawki i uderzyła głową o metalową rurkę. Na tylnej części głowy miała głęboką ranę, po której została kilkucentymetrowa blizna. Kobieta nie była pewna w stu procentach o tożsamości Madzi, więc postanowiła tego wieczoru podać jej mleko z środkiem nasennym, bardzo silnym. Gdy dziewczynka wypiła mleko, natychmiast usnęła. Zatroskana matka mówiła, że chciała obciąć tylko troszkę włosów ,,swojego aniołka”, lecz gdy nie mogła znaleźć blizny, popadła w pewnego rodzaju panikę i w poszukiwaniu śladu na głowie, zaczęła chaotycznie obcinać włosy garść za garścią. Twierdziła jednak, że nie chciała zrobić dziewczynce żadnej krzywdy. Po chwili dziecko obudziło się, a ona szybko uciekła z pokoju. Gdy to powiedziała, spojrzała na Madzię, która siedziała na sali i przeprosiła ją i gorzko zapłakała. Oczy Madzi wypełniły się łzami, jedna z nich spłynęła powoli po prawym policzku dziewczynki. Nastąpiła głucha cisza, nawet pani sędzia musiała pozbierać myśli. Po chwili zakończyła przewód sądowy i udała się na naradę. – Tomasz spojrzał na starca, chwycił go za ramię i z wielkimi emocjami spytał o wyrok. Pan Dagobert powoli odpowiedział, jak dziadek odpowiadający swojemu wnukowi na pytanie – kobieta musiała zapłacić pięćset złotych na dom dziecka, gdzie pracowała. – zaciekawiony Król zadał kolejne pytanie:

Po tej sprawie Madzia rozmawiała z kobietą, wybaczyła jej?

Po rozprawie porozmawiały ze sobą. Kobieta powiedziała takie słowa do dziewczynki: ,, przepraszam cię, mam nadzieję, że mi wybaczysz” wtedy to Madzia przytuliła się do cierpiącej matki, a ta w przypływie emocji, ze łzami w oczach rzekła ,,dziękuję, że choć przez chwilę pozwoliłaś mi poczuć bliskość mojej córeczki, która przeze mnie zaginęła”. Słowa te tak dużo kosztowały kobietę, że osłabła i o mało nie upadła na ziemię, jednak przed upadkiem powstrzymała ją Madzia. Matka trafiła do szpitala i po paru dniach wyszła, było to zwykłe omdlenie, stwierdził lekarz, ale każdy, kto widział tę scenę z bliska, wiedział, że to matczyne serce prawie pękło z żalu – po tych słowach starzec zakończył opowiadanie, a jego twarz wręcz ironicznie się uśmiechała, co spowodowało, że na jego czole pojawiły się grube zmarszczki. Następnie spojrzał na Tomasza, ten zaś miał przymrużone oczy. Sprawiał wrażenie osoby, której coś nie daje spokoju.

Chyba pana zanudziłem – stwierdził Pan Dagobert, drapiąc się po brodzie.

Nie, nie wręcz przeciwnie, ta historia jest mi jakby skądś znajoma – odpowiedział Tomasz, który ciągle próbował skojarzyć sobie to opowiadanie, jednak nic mu nie przychodziło do głowy, w końcu stwierdził: – może tylko mi się wydawało.

 

Po chwili obaj panowie znaleźli się w parku, do którego zmierzali. Pan Dagobert usiadł na ławce i otworzył paczkę słonecznika. Wziął garść nasion i rzucił je przed siebie, gwiżdżąc przy tym bardzo charakterystyczną melodię. Po paru sekundach w miejsce rzuconego słonecznika zleciało się stado gołębi. Od tej pory starzec zachowywał się tak, jakby nie potrzebował już obecności Króla. Możliwe, że były to tylko pozory; starsi ludzie często dziwnie się zachowują. Tomasz widząc, że Pan Dagobert oddał się całkowicie karmieniu ptactwa, rzekł:

– Będę pomału szedł.

Starzec był tak zajęty, że nie słyszał, co mówi do niego młodszy znajomy. Król jeszcze raz zwrócił się do starca:

Panie Dagobercie – mężczyzna spojrzał na Tomasza i wręcz z pretensjami odrzekł – słyszałem pana, proszę już iść.

Tomasz poczuł się troszkę zakłopotany, zdziwiło go, że starzec nagle stał się mniej uprzejmy, wręcz obojętny. Na koniec powiedział dość uprzejmie ,,do widzenia” i powoli się obrócił, czekając przy tym na odpowiedź miłośnika gołębi. Gdy Tomasz zrobił już dobrych kilkanaście kroków, nagle usłyszał: ,,Dziękuję!”, zatrzymał się, jego usta stworzyły parabolę skierowaną ramionami ku górze. Następnie obrócił się, Dagoberta już tam nie było. Zostały tam jedynie gołębie, które ów starzec karmił. Król był bardzo zdziwiony tajemniczym zniknięciem swojego nowego znajomego, ale jeszcze bardzo zadziwiło go pewne zjawisko. Mianowicie, to, że znajdujące się tam ptaki wpatrywały się w niego. Trwało to kilkanaście sekund. Widok wpatrujących się gołębi wzbudził zaniepokojenie u Tomasza. Mężczyzna wziął kamień i rzucił w ptaki, te natomiast od razu się spłoszyły. Jeden z gołębi w ogóle się nie przejął zachowaniem Króla i permanentnie wpatrywał się w rzeźbiarza. Gołąb był koloru czarnego. Tomasz wystraszył się, jego serce zaczęło bić bardzo szybko, a na twarzy pojawiły się rumieńce, jedna z jego powiek zaczęła drgać. Król obrócił się i nerwowym krokiem ruszył w kierunku swojego domu. Gdy szedł, próbował wytłumaczyć sobie to zjawisko. Najpierw wmawiał sobie, że to jakieś przewidzenie, później tłumaczył to tym, iż zwierzęta momentami mogą zachowywać się dziwnie, jednak żadne z jego wytłumaczeń nie przekonywało go do końca. Wszystko to sprawiło, że drogę do domu pokonał w przeciągu chwili. Gdy dotarł do mieszkania, od razu poszedł do łazienki umyć twarz, tak jakby chciał zmyć z siebie jakiś wewnętrzny brud. Następnie spojrzał głęboko w lustro i zauważył twarz mężczyzny, którego coś gnębi i prześladuje. Wytarł się o ręcznik i stwierdził, że to wszystko to jakiś jeden wielki przypadek. Chciał po prostu zapomnieć o tych wszystkich wydarzeniach. W tym celu poszedł do garażu, aby poświecić się pracy. Gdy już dotarł na miejsce, pierwsze co zrobił, to zajrzał do swojego notesu, aby sprawdzić, jakie zamówienia ma na najbliższy czas. Jak się okazało, za dwa dni miał wykonać figurkę Matki Bożej dla jakiejś młodej kobiety. Następnie spojrzał do zeszytu, w którym miał szczegółowy opis tego, jak ma wyglądać zamówienie.

Figurka miała być sporych rozmiarów, na twarzy zaś miał malować się uśmiech. Król posiadał tak duże zdolności, że wykonanie takowej figurki, choć zajmowało sporo czasu, było dla niego pestką. Od razu zabrał się do pracy. Praca pochłonęła go aż do wieczora. Można stwierdzić, że przez ten czas Tomasz był odprężony. Po prostu nie myślał o niczym nieprzyjemnym ani stresującym. Zapomniał o koszmarach, o liście swojego przyjaciela, Jacka. Najprościej w świecie oddał się pracy. Kiedy już skończył, spojrzał na swoje dzieło, wyglądał na zadowolonego. Jedyne, co jeszcze musiał zrobić, to pomalować ową figurkę i to właśnie uczynił. Król skończył pracę około godziny dwudziestej drugiej. Wyglądał na strasznie zmęczonego. Oczy miał czerwone, a pod nimi widniały worki. Włosy  widocznie się przetłuściły, a ręce ze zmęczenia dopadały skurcze. Tomasz odłożył figurkę pod ścianę, posprzątał po sobie i poszedł do mieszkania. Był tak zmęczony, że od razu udał się pod prysznic, a następnie położył się spać. Wyglądał jak zabity.

 


Rozdział VI

 

Następnego dnia, z samego rana do Tomasza przyszedł Jacek Morawiecki. Król już nie spał, siedział sobie w pokoju, w którym znajdowało się pianino. Jacek wszedł bez pukania i z powagą spytał swojego przyjaciela:

– Gdzie masz listę?

– Co? – Król spytał zadumany.

– Gdzie lista?– powtórzył bardziej stanowczo Jacek.

– A, lista… lista jest tu w barku – rzekł Tomasz, wskazując ręką na wspomniany mebel.

Jacek od razu podszedł do barku i nerwowo szukał owego kawałka papieru. Gdy już znalazł, usiadł na fotelu koło Króla i rzekł zdecydowanie spokojniejszym i przyjacielskim głosem:

– Tomek, posłuchaj.

– Mów, przyjacielu – Król odparł, już pełen życia.

Jacek położył listę na stole i rzekł:

 – Nie chcę, abyś mnie źle zrozumiał, ale te cztery osoby, które się tutaj znajdują, nie mogą długo czekać.

– Wiem, Jacku, przepraszam cię ale ostatnio dużo myślę o tym wszystkim – w tym momencie przerwał mu Morawiecki, mówiąc:

– Niepotrzebnie, nie myśl o tym, uwierz mi, kiedyś zrozumiesz, a tak w ogóle, to przecież sam chcesz to zrobić  Jacek wręcz przekonywał Tomasza. – Przecież sprawia ci to radość

– Nie wszystko, co robię, sprawia mi radość, szczególnie to, co robię teraz – mężczyźni spojrzeli sobie głęboko w oczy, po czym Król zapewniając swojego przyjaciela, rzekł – spokojnie, zrobię to, w sumie już zbliżamy się do końca tej przygody – słowa te sprawiły, że na twarzy Jacka pojawił się uśmiech.

– To chciałem usłyszeć – powiedział Morawiecki, podając listę Królowi i dodał – wiem, że mnie nie zawiedziesz – po czym opuścił dom.

Miłośnik pianina został sam z kilkoma nazwiskami osób. Wiedział, że zbliża się czas kolejnej zbrodni. Nie wiedział do końca dlaczego to robi, ale sama ciekawość tego, co się stanie, gdy już dokona całego dzieła, popychała go do dalszego działania. Tomasz spojrzał na listę, kolejna osoba nazywała się Monika Szydlewska. Miejsce jej zamieszkania wskazywało na to, iż Króla czeka dalszy wyjazd. Owa kobieta mieszkała w Warszawie. ,,Pora odwiedzić stolicę” mruknął pod nosem rzeźbiarz, następnie schował z powrotem kartkę do barku i poszedł do swojego pokoju, aby przygotować się do podróży. Król nie chciał dłużej zwlekać i planował wyjazd już następnego dnia. Do wieczora Tomasz nie robił już nic wartego uwagi, trochę pokręcił się po domu, trochę po warsztacie, w pewnym momencie zasiadł również do pianina. Kolejnego dnia Król wstał wcześnie rano, około godziny piątej. Musiał kupić jeszcze bilet na pociąg do Warszawy  . Rzeźbiarz z Tarnopola wykonał poranną toaletę, zjadł śniadanie i poszedł do swojego pokoju, aby się spakować. W sumie nie można powiedzieć, że się pakował, jedynie co ze sobą brał to małą torbę, do której włożył piżamę i koszulę na zmianę. Zawsze, gdy nadchodziły te dni, ubierał się w któryś ze swoich garniturów. Tego dnia kolej przypadła na garnitur koloru granatowego oraz różową koszulę, natomiast koszulę zieloną, mężczyzna włożył do wspomnianej torby.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.